Spis treści Cum libro

social-fiction; powieść


Borys Jagielski

Limes inferior


Janusz A. Zajdel
Limes inferior
Recenzja powieści

Wydawnictwo i rok wydania: SuperNOWA, 2000
Rok pierwszego wydania: 1982
Liczba stron: 230
Oprawa i wymiary: miękka,12 x 20 cm
ISBN: 83-7054-116-X

"Na szukanie lepszego świata nie jest jeszcze za późno." <Alfred Tennyson>

Czyż można nie lubić łaciny? Martwy język starożytnych Rzymian, którego liczne pozostałości odnaleźć można we wszystkich współczesnych mowach świata, ma w sobie coś magicznego, ezoterycznego. Podobnego zdania byli nawet bohaterowie powieści Niziurskiego pt. "Naprzód, Wspaniali!", przezabawnej, notabene, książki. Ja sam znam kilkanaście, kilkadziesiąt łacińskich słów i wyrażeń, chociaż nigdy nie uczyłem się tego antycznego języka - co na pewno nadrobię w przyszłości, jeżeli nadarzy się ku temu odpowiednia okazja. Właśnie za sprawą własnego laicyzmu w tej materii przetłumaczyłem sobie tytuł sztandarowej powieści Janusza A. Zajdla błędnie, bo jako "Granicę piekielną", myląc przymiotniki "inferior" i "infernalis". Czy pomiędzy "moim" a "prawdziwym" znaczeniem tytułu nie można mimo wszystko postawić znaku równości? Nieprzyzwoicie arogancki to wniosek, ale płaszczyzna interpretacyjna w przypadku "Limes inferior" jest bardzo płynna. Na podszyte subiektywizmem wynurzenia typu "co autor książki miał na myśli" przyjdzie czas później, a na razie... Na razie zachowajmy recenzyjną kolejność.

Janusz A. Zajdel jest, obok Lema, czołowym przedstawicielem polskiej fantastyki naukowej. To utarty truizm i na poletku tego zdania dyskutować nie ma jak. Można jednak zastanowić się, dlaczego Zajdel, choć wynoszony przez polski fandom na ołtarze równie często co twórca "Cyberiady", znajduje się tak naprawdę w cieniu Stanisława Lema (sami odpowiedzcie sobie na pytanie: o którym z nich usłyszeliście najpierw?). Przyczyn tego zjawiska dopatrywać się możemy kilku. Przede wszystkim, Lemowi udało się zdobyć międzynarodowe uznanie; Zajdlowi nie. Zapewne dlatego, iż Lem tworzył s-f bardziej klasyczne - choć trudne i głębokie - podczas gdy najsłynniejsze utwory jego kolegi po piórze należą do tak zwanej fantastyki socjologicznej, której grupę odbiorczą charakteryzują odmienne parametry i który to subgatunek nie pozwolił autorowi na przebicie się na sam szczyt popularności, każąc mu zatrzymać się o parę półek skalnych niżej. Drugi powód jest konkretniejszy i smutniejszy zarazem. Zajdel zmarł w młodym wieku czterdziestu siedmiu lat, więc i jego dorobek siłą rzeczy musi być skromniejszy. Kto wie - może największego dzieła pana Janusza, dystansującego całą twórczość Lema o dwie długości, nigdy nie dane będzie nam przeczytać... Zostawił nam jednak "Limes inferior".

Treść książki trudno rozważać, jeśli odbiorcy nie znają fabuły, natomiast w przypadku
t e j książki trudno uchylić przysłowiowego rąbka bez obnażania całej - niedługiej i nieskomplikowanej w zasadzie - historii. Udowodnili to zresztą redaktorzy superNOWEJ, którzy trzema zgrabnymi zdaniami umieszczonymi na tylnej okładce w bardzo elegancki sposób zaspoilerowali całą powieść. Nie popełnijcie mojego błędu - nie zerkajcie tam w ogóle przed przeczytaniem książki, chyba że macie w zwyczaju zapoznawać się z krótkimi streszczeniami zanim zabierzecie się za lekturę właściwą.

Prezentując treść "Limes inferior", będę zatem ostrożny i powściągliwy, ale ci, którzy jeszcze nie czytali i wolą nie ryzykować, mogą przeskoczyć od razu do następnego akapitu. Czas akcji: nieokreślona, ale niezbyt daleka przyszłość. Miejsce akcji: Argoland, wielka metropolia, której pozornie niewiele brakuje do miana utopii. Nikt nie musi pracować, ponieważ wszyscy i tak mają zapewnione przyzwoite minimum egzystencji. Pracy zarazem nie ma zbyt wiele, gdyż automatyzacja wyręczyła ludzi we wszystkich fizycznych zajęciach. Stanowiska wymagające "ruszania głową" obsadzone są więc przez reprezentantów wyższych klas inteligencji. Podział na klasy owe, w założeniu sprawiedliwy i potrzebny, to obok specyficznego systemu płatniczego znak rozpoznawczy argolandzkiego systemu społecznego. Bohater: Bystry przedstawiciel metropolitalnego półświatka o pseudonimie Sneer uważający, że całkiem nieźle ulokował się w otaczającej go rzeczywistości. Splot dziwnych zdarzeń katalizuje filozoficzną mentalność Sneera, który niczym Neo zaczyna tropić mechanizmy rządzące światem.

Porównanie z "Matriksem" jest zamierzone, lecz nie oznacza wcale, iż Janusz Zajdel i bracia Wachowscy wpadli na jednakowy pomysł. Rozwiązania zagadki funkcjonowania społeczeństwa okazują się zupełnie różne, są inaczej ułożone i wyjawione, ale podstawowa struktura motoru napędzającego fabułę pozostaje ta sama. Ponadprzeciętna jednostka dostrzega podejrzane i dziwne luki systemu, których nieświadome niczego masy maskują brakiem wyobraźni i przywiązaniem do status quo. Bohater rozpoczyna przesuwanie pomieszanych fragmentów układanki, ale wie, że do zrozumienia całości nieodzowny jest jeden, zagubiony element. Wyrusza na jego poszukiwania nie zdając sobie sprawy, że koniec podróży przyniesie zmianę paradygmatu i postawi działanie systemu w zupełnie nowym świetle. W obliczu prawdy bohater zatęskni za poprzednim stanem percepcji i swym starym miejscem w świecie, ale powrót będzie już wtedy niemożliwością. W trakcie lektury ośrodki skojarzeniowe mózgu są mile łechtane i przyjemnie pomyśleć, że na ten pozornie rewolucyjny i świeży pomysł wpadł Polak - dwadzieścia lat wcześniej. Posądzenie braci Wachowskich o plagiat jest raczej absurdem, ale zastanawia fakt, iż amerykańscy reżyserzy i Zajdel wykorzystali parę identycznych motywów: Alicji z Krainy Czarów, pigułki pozwalającej na przejście do innego świata...

Jeśli twórca nada swojemu dziełu egzystencjalne akcenty, musi liczyć się z tym, że odbiorcy poświęcą trochę czasu na określenie współczynnika alegoryczności. Do "Limes inferior" podejść można na dwa sposoby. Dla mnie pozostanie bardzo dobrą powieścią fantastycznonaukową, czytaną dla walorów stylistycznych, fabularnych, charakterologicznych i scenograficznych, której wartość winduje dodatkowo w górę owo potencjalne "drugie dno"; możliwość interpretacji książki na różne sposoby, albo i żaden, w zależności od nastroju. Ale ja "Limes inferior" przeczytałem dopiero na początku dwudziestego pierwszego wieku i rozumiem doskonale, iż dla osób, które zapoznały się z książką w latach osiemdziesiątych, stanowiła ona przede wszystkim atrakcyjną metaforę stanu wojennego i ustroju politycznego, metaforę tym bardziej niezwykłą, iż nie piętnującą, a wyjaśniającą i usprawiedliwiającą. Sprawę komplikuje pewien fakt - Janusz Zajdel należał do "Solidarności"... Może więc był na tyle mądry, że odżegnał się od ferowania historycznych wyroków i wolał raczej zrozumieć działania ludzi stojących po drugiej stronie ideologicznej barykady; a może to ja mylę się w swojej interpretacji, nie dostrzegam "dna trzeciego". Sami musicie przeczytać, sami musicie rozstrzygnąć.

Dłużej nie będę się w tej kwestii rozwodzić, bo siłą rzeczy przyjdzie do dygresji poświęconych polskiemu komunizmowi, a w takowe nie chcę się wdawać - jestem za młody i brak mi gruntownej wiedzy historycznej. Bądźcie jedynie świadomi, że ogólnemu kształtowi "Limes inferior" zarzucić cokolwiek niepodobna. Stoi oto solidny, fabularny fundament, który opisać można wieloma superlatywami, a dwuznaczne rusztowanie na nim postawione umożliwia czytelnikowi konstrukcję dowolnych, zarówno prostych jak i złożonych interpretacji. Czegóż więcej wymagać od prawdziwie dobrej książki, która ma oferować coś więcej niż tylko rozrywkę? Przyjrzyjmy się temu fundamentowi, bo to właśnie z fabułą styka się najpierw czytelnik - na refleksję czas przychodzi dopiero po zakończeniu lektury. Zajdlowi udała się rzecz bardzo trudna. Wykreował frapujący świat i umieścił w jego ramach jednowątkową, lecz niezwykle wciągającą historię.

Zajdlowską scenografię bez trudu można ochrzcić mianem wizjonerskiej. Nasz świat powoli zaczyna przypominać Argoland, choćby z czysto technologicznego punktu widzenia. W fikcyjnej metropolii gotówka jest wycofanym z obiegu przeżytkiem; zastąpiono ją kartami płatniczymi, poddając tym samym tryb życia obywateli ścisłej kontroli. Przyjrzawszy się wyciągom z konta danego osobnika, policjanci są w stanie szybko rozpisać szczegółowy harmonogram jego zajęć. W okresie powstawania "Limes inferior" visy i mastercardy były w Polsce nieznane, a na Zachodzie nie posługiwano się nimi jeszcze bardzo często. Jak to wygląda dzisiaj, nie muszę chyba nikomu wyjaśniać. Pozostaje nam tylko czekać, aż papierowe pieniądze zostaną całkowicie zastąpione elektroniczną gotówką (co podobno ma nastąpić, przynajmniej w Europie i Ameryce Północnej, w przeciągu 20-30 lat), a ta z kolei podzielona na "kolory"... Jak u Zajdla.

W Argolandzie już tylko wirtualny pieniądz jest prawdziwie kolorowy. Świat wypełniły urbanizacyjne, monotonne barwy przeplatane zautomatyzowaną szarością miasta-molochu. Zajdel poświęca minimalną ilość linijek na opisy otoczenia, lecz atmosfera metropolii przyszłości i tak silnie wyziera z kart książki. W trakcie czytania oczami wyobraźni bezustannie widzimy ludzi przemykających niczym trybiki ogromnej maszyny pośród ciasno ustawionych, nowoczesnych budowli, które nocą przemieniają się w naziemne konstelacje świateł przecięte z jednej strony spokojną tonią jeziora Tibigan. Nie sposób nie wspomnieć "Pozytronowego detektywa" - Argoland Zajdla mocno przypomina Nowy Jork przyszłości Isaaca Asimova. I tu, i tu człowiek jako jednostka nic nie znaczy. To jedynie oczko w bezbarwnej, monotonnej materii socjostruktury.

"Limes inferior" możemy porównać z jeszcze inną książką, z "Nowym, wspaniałym światem" Aldousa Huxleya. Tym razem wspólnym mianownikiem byłby podział społeczeństwa na klasy. Podejście obu autorów do zagadnienia jest odmienne, choć każdy z nich szkicuje nim własną wizję antyutopii. "Nowy, wspaniały świat" powstał w latach trzydziestych i u Huxleya, określającego poszczególne kasty literami greckiego alfabetu, widać obawy przed okrutną, eugeniczną selekcją populacyjną. Zajdel, który hierarchię swojego społeczeństwa opisał modelem stanów atomowych, stara się o większą subtelność. Nie wiemy właściwie, czy Argoland jest utopią, antyutopią, a może naturalnym rezultatem postępu techno- i socjologicznego. Wyjaśnienia, jakie znajdziemy na końcu powieści, zmienią obraz sytuacji tylko pozornie. Bowiem człowiek, nie zdając sobie z niczego sprawy, potrafi kręcić się w kółko i bez elementów, które wprowadził autor do swego uniwersum.

O ile nasz świat będzie nadal rozwijał się w tym samym kierunku co w ciągu minionych dwudziestu lat, Zajdel popisał się nie lada wizjonerstwem. Wyrazisty sztafaż zbudowany z sensownych prognoz, który można odczytywać na różne sposoby, to główny czynnik decydujący o sile oddziaływania książki - główny, lecz nie jedyny. Dobrze skomponowano fabułę. Nie przysłania tła, lecz podkreśla je i splata się z nim. Wraz ze Sneerem odkrywamy krok po kroku rządzące światem reguły, a "wciągalność" zapewnia intryga, w którą wplątany został główny bohater. Dziwić może fakt, iż książkę czyta się tak szybko, choć przemyśleń Sneera o wiele tu więcej od właściwej akcji. Świadczy to wyłącznie o nieprzeciętnym, bardzo płynnym styl Zajdla, który sam w sobie nakłania do dalszej lektury niezależnie od tego, czy autor opisuje w danej chwili refleksje, czy konkretne wydarzenia. Do worka zalet poza scenografią, fabułą, kompozycją i stylistyką dorzucę na koniec charakterologię. Postacie Zajdla są psychologicznie przekonujące, sprawiają wrażenie istot z krwi i kości. Nie utożsamiamy się z nimi, nie dochodzi do zawiązania empatycznej więzi - bo też i nie o to autorowi chodziło - ale z autentycznym zaciekawieniem obserwujemy ich losy i nie podajemy w najmniejszą wątpliwość ich reakcji i zachowań.

U Janusza Zajdla pojęcie granicy - "limes" - odkrywa kluczową rolę, analogicznie jak w matematyce. Po drugiej stronie limes inferior kryje się prawda i zrozumienie, wyższy poziom percepcji, lecz zarazem ciężar odpowiedzialności i świadomość niemożności powrotu. Dla kogoś, kto żył dotąd w słodkiej ignorancji pseudoutopijnego świata, a teraz granicę tę przekroczył, sytuacja musi w pierwszej chwili przedstawiać się zaiste straszliwie. Dolna granica faktycznie staje się granicą piekła - wiemy już, co czekało na nas przez cały czas po drugiej stronie, ale dochodzimy zarazem do wniosku, że o wiele lepiej byłoby nadal tkwić bezpiecznie tam, skąd przyszliśmy. I w niczym nie pomoże fakt, iż granicę przekroczyliśmy od dołu na górę. Uważajcie, zdaje się przestrzegać Janusz Zajdel. Szukana z uporem prawda o świecie, prawda o nas samych - obojętnie, o jaki wymiar zrozumienia chodzi - może tylko obnażyć naszą bezsilność, ujawnić niedefiniowalny bezkres kryjący się po drugiej stronie. Niech każdy z nas trzyma się z dala od swej własnej limes inferior. Przekroczyć ją mogą tylko najodważniejsi, tylko najgłupsi.

Powieść spełniła prawie wszystkie wymagania, jakie spełniać musi według mnie powieść pretendująca do miana wyśmienitej. Utwierdziłem się w tym przekonaniu dopiero po lekturze, gdy zauważyłem, że myślami wracam do Argolandu i że zastanawiam się, w jaki sposób należałoby "Limes inferior" zekranizować (łącznie z wymyślaniem czołówki i dobieraniem muzyki do określonych scen; moje małe zboczenie umysłowe, jakie ujawnia się tylko w przypadku książek wywierających na mnie wielkie wrażenie). Najwyższej oceny mimo to nie wystawiłem. Dlaczego? W powieści zabrakło dwóch rzeczy. Ta mniej istotna to brak dobrego i logicznie podsumowującego całość zakończenia. To oferowane przez Zajdla albo zmusza do spojrzenia na świat i fabułę przez o wiele bardziej surrealistyczną soczewkę, albo sugeruje bezradność autora, któremu przy samym finiszu zabrakło klamry spinającej całość. Możecie posądzić mnie o małoduszność, ja jednak wybieram tę drugą opcję. Poważniejszy z zarzutów, jakie stawiam powieści, to nieobecność ładunku emocjonalnego, szczególna beznamiętność, brak okazji do wzruszenia i radości. Co najśmieszniejsze - wyraźnie widzę, że Zajdel zrezygnował z niego świadomie i że jego wprowadzenie zniszczyłoby lub w najlepszym razie zmieniło wydźwięk powieści. Niestety, tak już mój gust jest skonstruowany, że książka musi ów ładunek posiąść, zanim będę ją mógł nazwać arcydziełem. Nawet jeśli jest on w gruncie rzeczy zbędny. Paradoks? Paradoks.

Na mej półce z książkami woluminy uporządkowane są alfabetycznie, wedle nazwisk autorów. "Limes inferior" przypadło miejsce pomiędzy Vernem i Zelaznym. To z pewnością godziwi sąsiedzi. A wy nie traćcie czasu i jeśli dotąd tego nie zrobiliście, zapoznajcie się szybko z opowieścią o dolnej granicy, z zerową laureatką nagrody im. Janusza Zajdla.

OCENA: 9/10

Na górę strony