Jeśli chesz...
Richard Morris, jak zwykle, palił jedno ze swoich cygar. Dym przesłaniał całe pomieszczenie, w którym się znajdował. Stał przy oknie i wpatrywał się w ruchliwe arterie komunikacyjne miasta. Uwielbiał to robić. Z tak wysoka ludzie wyglądali, jak mrówki, które można po prostu rozdeptać. Czuł wtedy, że posiada władzę. Władzę nad tymi nagimi małpami, które tak pośpiesznie uwijają się pod nim. Tak musieli czuć się, chyba, jego przodkowie, gdy to oni rządzili tym nędznym, ziemskim padołem. Cóż, wszystko się kiedyś kończy, ale pocieszał się tym, że panowanie... ludzi także niedługo dobiegnie końca. Ach! Cóż to za uczucie! Stać tak i przypatrywać się małpom z góry. Tak bezpieczny za grubą warstwą betonu i szkła. I do tego wysokość...
Odszedł od okna. Podszedł do biurka i w pięknej, zdobionej, kryształowej popielniczce zgasił swoje cygaro. Pokręcił nim we wszystkie strony, aż najmniejsze ognisko żaru zgasło. Zostawił je. Usiadł w swoim skórzanym fotelu, założył okulary i zaczął przeglądać papiery, piętrzące się na biurku. Ledwo zaczął, gdy przeszkodziła mu jego sekretarka, która przez interkom oznajmiła przybycie umówionego gościa.
Do biura weszła piękna, wysoka kobieta. Richard podniósł głowę znad dokumentów. Była ubrana w krótką spódniczkę, spod której można było podziwiać kunszt firmy bieliźniarskiej... Do tego skóra, ciężkie wojskowe buty i ciemne okulary... Szalenie efektowna kreacja... typowa dla Dzieci betonu.
- Ach, to tylko ty...
- Aż tak się cieszysz?- powiedziała z sarkazmem
- Nie bądź taka dowcipna... Załatwiłaś to, o co cię prosiłem?
- Robert się nie zgodził. Mówiłam ci, że to nierealne...
- Pewnie, ty zawsze wiesz lepiej...
Richard wcisnął jeden z przycisków w czarnym, małym pudełku stojącym po prawej stronie jego biurka.
- Panno Burns.
- Tak, panie Morris?
- Proszę mi załatwić spotkanie z panem Hicks`em.
- Dobrze, już to załatwiam.
Puścił przycisk. Spojrzał z pogardą na kobietę, siedzącą przed nim.
- Pamiętaj. Nie ma rzeczy niemożliwych!
- Zobaczymy...
Niewiasta wstała, obróciła się na pięcie i stanęła tyłem do Morrisa. Pęd powietrza podniósł spódniczkę do góry, ukazując wszystkie atuty dziewczyny... Biznesmen przełknął ciężko ślinę. Widać było po nim, że ona nie jest mu obojętna. Szybko przemierzyła pomieszczenie i dotarła do drzwi. Otworzyła je i już miała wychodzić, kiedy odwróciła się i uśmiechnęła się sarkastycznie do Richarda. Potem trzasnęła drzwiami, wychodząc...
* * *
Następnego dnia do biura pana Morrisa wtargnął wysoki, przystojny mężczyzna. Jego twarz nie zdradzała emocji. W przeciwieństwie do ciała... Potrącał ludzi w drzwiach windy, energicznie i nerwowo otworzył drzwi do biura. Sekretarka próbowała go zatrzymać, jednak odepchnął ją jedną ręką, po czym upadła na biurko, uderzając się w głowę i tracąc przytomność.
- Z drogi jebana małpo!- krzyknął z nienawiścią i złością w głosie
Richard podniósł głowę znad papierów. Szybkim ruchem otworzył szufladę, z której energicznie wydobył swój pistolet. Za późno. Napastnik stał już koło niego z wymierzonym w jego skroń Coltem Pytonem.
- Jeśli nie przemienisz się w ciągu trzech sekund... rozwalę ci łeb.
- Odłóż pistolet...- Richard wychrząkał z siebie, ale ogromna spluwa, wymierzona w niego... nie przypominała za bardzo... pistoletu. Strach zajrzał mu głęboko w oczy, zahaczając przy okazji o czołowy płat mózgu...
- Jeden...!- mężczyzna liczył głośno
- Nie rozumiesz...- Morris starał się wytłumaczyć
- ...dwa...!
- Jesteś mi potrzebny...
- ...trzy...!- skończył liczyć, jednak nie nacisnął spustu... puścił cyngiel i schował broń do kabury- Myślałeś, że rozwalę ten twój pieprzony łeb?! Nie jestem aż tak głupi... Dlaczego nie próbowałeś walczyć?!
- Jesteś mi potrzebny... a poza tym... nie miałem żadnych szans, Robert.
- Cieszę się, że mamy podobne zdania... Po co przysłałeś do mnie tą swoją sukę?!
- Potrzebuję kogoś naprawdę dobrego...
- Po jakiego wała?!
- Musisz mi pomóc...!
- Wiesz, że nie pomagam nikomu! Nie wadzę nikomu i tego samego oczekuję od innych! Odwal się ode mnie!- Robert już szykował się do opuszczenia pomieszczenia
- Zaczekaj... chodzi o Elizę...
- Cooo?!? Co jej zrobiłeś, śmieciu?!- Robert wskoczył na biurko, chwycił Richarda za kołnierz i zaczął go szarpać. Szał wzrastał w nim szybko, ogarniając całe jego ciało, na którym już można było zobaczyć ślady metamorfozy- zaczęła się pojawiać sierść, a i mięśnie nagle przybrały w obwodzie.
- Uspokój się! Wiem, że kochasz ją nadal, ale to nie moja wina...!- krzyknął Richard. Robert puścił, zdążył opanować szał, zanim wybuchł i spowodował śmierć kolejnej istoty.
- Więc kto?!
- Tancerze... Chcieli dostać mnie, ale w ich łapska wpadła ona...
- Kurwa!!! Przez ciebie już raz ją straciłem! Teraz straciłeś ją i ty! Ale to i tak nie jest sprawiedliwe! Ona nie zasługuje na śmierć z brudnych łapsk Tancerzy! To ty powinieneś być przez nich torturowany i powinieneś zdychać w ich lochach!
- Wiem...
- Co powiedziałeś?! Powtórz!
- To moja wina... straciłem ją... Dlatego zadzwoniłem po ciebie. Wiem, że ją kochasz i zrobisz wszystko, aby nie stała się jej krzywda. Proszę, znajdź ją i odprowadź do mnie całą i bezpieczną.
- Dobrze... Ale pamiętaj! Nie robię tego dla ciebie! Robię to dla niej...
Robert zapiął swoją skórzaną kurtkę, postawił kołnierz. Spojrzał jeszcze raz na Richarda. Tym razem w jego oczach można było dostrzec bijącą z nich nienawiść. Odwrócił się i wyszedł, spoglądając jeszcze raz na leżącą na biurku małpę... sekretarkę.
Morris poprawił garnitur i powrócił do swoich zajęć. Tym razem na jego twarzy pojawił się wyraźny uśmiech...
* * *
Wysoka postać, ubrana całkowicie na czarno przemierzała pogrążone w mroku miasto. Robert szedł przed siebie, nie zważając na nikogo ani na nic. Kilku przechodniów, którzy stanęli mu na drodze, po prostu staranował. Myślał tylko o niej. Łzy pokazały mu się w oczach... Krople powiększały się z każdą sekundą... Płakał! Trzeci raz w życiu! Pierwszy- zaraz po porodzie, drugi... po stracie Elizy. A teraz trzeci... znowu przez nią. To niesprawiedliwe! Dlaczego on się nią tak przejmuje?! Odeszła z Richardem! Ta suka wolała luksusy i bogactwo. Nienawidziła trybu życia Roberta... Stop!!! Nie wyciągaj tego znowu! Już raz to przeżyłeś! Stop... stop...
Wszedł do swojego ulubionego baru. Podszedł do barmana i zamówił podwójną whisky. Z lodem oczywiście... Wypił jednym haustem i poprosił o następną. Człowiek stojący za barem odmówił. Znał dobrze tego "zabijakę", który za każdym razem gdy traci kobietę, zapija się do nieprzytomności. Tym razem nie. Robert rzucił na ladę 5 dolców i ze wyszedł jeszcze bardzie wkurzony niż przedtem. Szał narastał w nim z każdą sekundą. Coraz bardziej denerwowała go bliskość przechodniów. Dostawał klaustrofobii na otwartej przestrzeni. Zapach, dotyk małp... coś obrzydliwego... Musiał dać upust swojej dzisiejszej żądzy krwi. Skręcił w uliczkę. Zobaczył kilku pijaków, grzejących swoje brudne łapska przy beczce z rozpalonym w niej ogniskiem. Po prostu "wszedł" w nich. Gdy ci oburzeni rzucili się na niego, nie było już innego wyjścia. Tej nocy krwawy potok spłynie ulicami...
* * *
Obudził się rano. Czuł się okropnie. Smak krwi w ustach i ten cholerny ból głowy, który przychodzi zawsze po szale. Ledwo podniósł głowę z poduszki na kanapie. Obejrzał siebie. Strzępy ubrania wisiały na nim, niczym na strachu na wróble. Ba! Wyglądał o wiele gorzej.. Tak też się czuł. Resztkami sił wstał z leżanki i doczłapał się do barku. Wyciągnął butelkę taniej whisky i wziął solidny łyk... z butelki. Następnie poszedł do łazienki i zmoczył twarz zimną wodą. Ach! Cóż za cudowne uczucie... Spojrzał w lusterko. Faktycznie, wyglądał tak, jak sobie siebie wyobrażał. Podkrążone oczy, śniada cera. Stał tak parę chwil i wpatrywał się w lusterko.
Tą konsternację przerwało pukanie do drzwi. Co za hałas!! Wytarł twarz w ręcznik wiszący nieopodal zlewu i ruszył w stronę wejścia. Zdążył ledwie je uchylić, a potężny kopniak zwalił go z nóg. Następny zastał go leżącego na podłodze. Kopnięcie w nerki naprawdę boli... Teraz napastnik skoczył na niego i usiadł mu na klatce piersiowej. Zza mgły na oczach dojrzał swoją niedawną rozmówczynię.
- Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie suką, rozpieprzę ci ten jebany łeb!!!- powiedziała.
Jeszcze jeden cios. Tym razem w twarz. Robert stracił przytomność. Ocknął się po kilkunastu minutach. Drzwi dalej były otwarte. Podniósł się z olbrzymim wysiłkiem i je zamknął. Jak widać, gość dawno go opuścił. Robert ponownie doczłapał do łazienki. Napuścił zimnej, wręcz lodowatej wody do wanny i zamoczył się w niej po samą szyję. Mięśnie powoli się rozluźniały. Zasnął.
* * *
Obudził się dopiero następnego dnia. O szóstej rano... Całą noc przespał w wannie z zimną wodą. Mięśnie odpoczęły odpowiednio, a i on sam czuł się już o wiele lepiej. Wyszedł ze swojego "łóżka", ubrał się i wyszedł z mieszkania. Wyszedł z domu. Słońce nieźle dawało po oczach. Założył okulary przeciwsłoneczne i ruszył dalej. Dziś nawet tłok na mieście mu nie przeszkadzał. Po prostu szedł. Nie wiedział dokąd, ale szedł. Dotarł do baru, w którym zawsze, od dziesięciu lat, jadał. Więc, być może, wiedział dokąd szedł... Zamówił kawę i pączka. Łyk kofeiny od razu dodał mu siły. Następny i następny... nie zwracał uwagi nawet na fakt, że trunek jest strasznie gorący. W przerwach między kolejnymi łykami, zagryzał pączkiem. Wspaniałe uczucie. Zjeść z rana coś słodkiego i wypić coś z kofeiną. Daje to energetycznego "kopa", którego tak teraz potrzebował...
Nagle podeszła do niego znajoma ekspedientka i wręczyła mu małą karteczkę, mówiąc, że to od osoby, którą doskonale zna. W oczach Roberta błysnęły płomyki nadziei. Szybko wyprostował pognieciony świstek papieru i przeczytał jego treść. Brzmiała ona tak:
"Robercie, to ja, Eliza. Jestem w parafii św. Bernarda. Proszę przyjdź. Nie mów tylko Richardowi!!! To ważne. Przyjdź!"
W Robercie zawrzało. Został tak okłamany! Tancerze?! Ha! Gówno prawda. Jebany oszust! Wyjął dziesięć dolarów w rolce i rzucił je w pośpiechu na ladę, jednocześnie zakładając kurtkę i dopijając kawę. Wybiegł w pośpiechu. Wiedział gdzie dokładnie jest ta parafia, gdyż tam był chrzczony on i... Eliza. Biegł przed siebie, nie zwracał uwagi na nikogo. Bluzgi, wykrzykiwane przez zdenerwowanych kierowców, leciały za nim, a on nic... po prostu biegł...
Po kilkunastu minutach biegu, które dłużyły mu się w nieskończoność, wreszcie dotarł na miejsce. Przed jego obliczem stanął średni, ale bardzo zniszczony kościół. Jak dawno tu nie był... Od momentu pierwszej przemiany... Matka wychowała go w tradycjach katolickich, a to wszystko okazało się bujdą! Dlatego przestał rozmawiać z Bogiem... uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie istniał...
Wbiegł do środka przez wielkie wrota. Rozejrzał się dookoła. Pusto. Ani żywej duszy. Zdenerwowany ruszył w kierunku zrujnowanego ołtarza. Szedł szybko i zdecydowanie. Zaczął krzyczeć: "Eliza!". Odpowiedziało mu tylko głuche echo. Jeszcze raz. Tym razem głośniej. Drzwi od zachrystii, znajdujące się z prawej strony ołtarza, z wolna otwarły swe podwoje. Z cienia wyłoniła się dobrze mu znana sylwetka. To ona! Eliza! Ruszył biegiem w jej kierunku. Ona uczyniła to samo. Mniej, więcej w połowie drogi spotkali się i oboje rzucili się sobie na szyje.
- Myślałem, że... nie żyjesz...- wystękał uradowany i mocno zdziwiony Robert
- Dlaczegóż miałabym nie żyć?!
- Richard powiedział, że porwali cię Tancerze Czarnej Spirali!
- Richard... wiedziałam, że będzie próbował ciebie w to wmieszać. To nie tak... ja uciekłam od niego.
- Wiec okłamał mnie?! Sukinsyn!
- No, no... tylko bez takich!- głos dobiegł zza pleców Roberta, ten odwrócił się i zobaczył Richarda wraz ze swoją suką- Dziękuję ci bardzo, za znalezienie mojej własności.
- Ona nie jest twoją własnością bydlaku!
- Jest! A ty dobrze o tym wiesz!
- Nie jestem i nigdy nie będę twoja!- krzyknęła Eliza- Zostałam twoją żoną, tylko dlatego, że szantażowałeś mnie!
Powiedziałeś, że zabijesz Roberta!
- Co?! Ty skurwysynie! Już nie żyjesz.
Robert rzucił się w kierunku Richarda. Jednym susem przesadził całą kaplicę. I już miał zatopić pazury w ciele przeciwnika, gdy potężny ból przeszył go w okolicach nerki. Ból tak palący, że mógł zostać spowodowany przez srebro. Faktycznie, został postrzelony srebrnym pociskiem. Padł zemdlony na posadzkę. Podniósł głowę. Zobaczył sukę, która już raz go załatwiła. Czyżby teraz na dobre? Oczy powoli zachodziły mu mgłą. Głowa opadła na ziemię. Eliza ruszyła w kierunku Richarda, jednak ochroniarka ją uprzedziła. Złapała ją jedną ręką i cisnęła o jedną z ławek. Obie szurnęły po podłodze.
- Nie tak ostro! - krzyknął Richard - Chcę ją żywą... w końcu jest moją żoną. Ha, ha!
Suka odsunęła się od kobiety. Założyła rękę na rękę i uśmiechała się wyraźnie. Ciach! Potężny cios, naszpikowanej pazurami łapy pozbawił ją głowy. Kończyna potoczyła się po posadzce, ciągnąc za sobą krwawy znak. To Robert. Był już prawie przemieniony w Crinosa. Był olbrzymi. Wyglądał na bardzo potężnego wojownika, włochate ciało zdobiło kilkanaście blizn. Do tego ta rana w boku. Przez nią, Robert kulał nieco, chociaż w tej postaci nie cierpiał tak bardzo.
- Kurwa! Jak ja nienawidzę Pomiotu Fenrisa. Czy wy zawsze walczycie do ostatniej kropli krwi?!- Richard wybełkotał mocno zmienionym głosem.
Stali tak naprzeciw siebie. Roberta coraz bardziej ogarniał szał. Już miał wybuchnąć, kiedy Richard, zachowujący, cały czas, ludzką postać wsunął rękę za marynarkę i wydobył z niej swojego SIG`a. Wielka, włochata bestia ruszyła w jego stronę z ogromną prędkością. Bum! Bum! Bum! Trzy strzały. Wszystkie trzy dosięgły celu. Wielka kupa mięśni zwaliła się na podłogę, brocząc obficie krwią.
- Jak widzisz, srebrne pociski robią większe "kuku" niż kły i pazury!- zakrzyknął z dozą tryumfu w głosie Richard, stojący nad ledwo dyszącym Robertem, który powoli odzyskiwał ludzką postać.
- Zapłacisz... mi... za... to...- po tych słowach serce Roberta przestało bić, tłoczyć tlen do tętnic
- Postawię ci ładny nagrobek... za to, że pomogłeś mi znaleźć moją własność.- powiedział z sarkazmem Richard i napluł na zwłoki
Stał tak, brodząc w kałuży krwi swojej ochroniarki i swojego wroga. Z kieszeni płaszcza wydobył cygaro, odgryzł końcówkę, wypluł ją w kałużę krwi i zapalił. Stał tak chwilę i delektował się zwycięstwem. Z cygarem w gębie, powiedział, cholernie zadowolony z siebie: "Jeśli chcesz, aby coś było zrobione dobrze- zrób to sam...". Podniósł Elizę z ziemi i wyszedł z kościoła...