Wiara, Nadzieja, Miłość...



Noc w orkowej dzielnicy Seattle nie należy do przyjemnych. Hart, krwawiąc obficie z przestrzelonego ramienia, zatoczył się i oparł o ścianę jednego z licznych w tych okolicach opuszczonego domu. Jego pościg - orkowy gang "Wyrywacze" - widocznie zgubił się gdzieś koło portu. Była tylko jedna osoba w orkowej dzielnicy, która, zobaczywszy Harta - półelfa, nie przeładuje shotguna. Hart skrzywił się na samą myśl o owej osobie. Nagle usłyszał dobiegające z końca ulicy przekleństwa w ledwo zrozumiałym orkowym angielskim. Nie miał wyboru.

Po odnalezieniu nory medyka, Hart zastanawiał się jeszcze przez chwilę, po czym wszedł. W opuszczonym magazynie poniewierały się drewniane skrzynki z nazwą "Mitsu", a w kącie całego tego bałaganu leżał sklecony z odpadków barłóg, stolik i trzy żelazne szafki. Koło strzępów nylonowej torby podróżnej siedział Gnagg. Właśnie wciskał tłoczek mlecznobiałej strzykawki wprowadzając do swej ciemnozielonej krwi przeźroczysty płyn, lecz gdy tylko półelf zrobił dwa kroki, dzięki przyśpieszającemu refleks cyberwszczepowi z nadludzką prędkością wycelował do niego ze swego Ingrama. Był morfinistą.

- A, to ty, elfie.
- Jestem półelfem.
- Większość orków nie widzi różnicy - wyseplenił przez przerośnięte zęby.

Co taki wspaniały runner robi w moich progach, co? - Lufa potężnego MACa przechyliła się, gdy ork puścił rękojeść.

- Znowu zacząłeś to brać? W tym stanie nie przyszyłbyś nawet ucha trollowi.
- Więc nie masz tu żadnego interesu! - ork odłożył broń, po czym położył się na wznak. Zapadłą krótka cisza. - No, czego tu jeszcze szukasz?!
- Mam rozerwany mięsień. Kaliber 14mm. Pocisk gwoździowany. Trzy sztuki. Z gwintowanego obrzyna - Remingtona.
- E, Hart! Kto cię tak załatwił? I co robisz w orkowym Seattle? - ork wstał nagle, jakby zapominając o dawnej sprzeczce.
- Shadowrunner musi często zmieniać pracę.
- Rozumiem, kiepsko Ci się wiedzie?... - ork podszedł do półelfa i chwycił za postrzelone ramię - Pokaż mi to... Uhuhu...
- Nie hukaj, tylko weź coś na drżenie rąk. Zaraz mi obetniesz ramię.

Ork wyjął z apteczki czerwono-czarne pigułki i łyknął dwie. Po namyśle, wziął jeszcze cztery. Podobno przed goblinizacją był wspaniałym lekarzem. Dopiero przemiana w orka i to do tego w późnym wieku spowodowała taką zmianę. Hart zacisnął zęby, gdy ork założył klamrę na ostatnią ranę i popryskał dermosprayem.

- Robota skończona?
- Nie.
- Jak to, nie?
- Tak to. Pociski były gwoździowane z lotkami dla ustabilizowania lotu i rozprysku. Siedzą w tobie odłamki.

Hart pobladł. Usunięcie tych odprysków będzie kosztowało tysiące nowych jenów, a zawsze mogą wystąpić komplikacje. Wstawienie cyberkończyny kosztuje jeszcze więcej.

- I co?
- Mam na to specjalne lekarstwo.
- Jak to?... Jak?... Jakie lekarstwo?!... Zaraz!
- Nie wierć się i zaufaj mi. - ork przysiadł i położył dwa palce na ramieniu Harta, a drugimi dwoma wykonał niezrozumiały gest.
- Co to ma... Akupunktura?! Odbiło ci, Gnagg?! Naćpałeś się!
- Cicho!! - wokół Gnagga zatańczyły niemal niewidoczne smugi fioletu. Hart popatrzył na nie i uspokoił się. W jego oczach pojawiła się iskierka zrozumienia, przesłonięta nieco smugą zdziwienia.
- Czarodziejstwo... - Hart cierpliwie patrzył jak palce orka pozostawiają na jego skórze powoli znikające ślady, układające się we wzór krwionośnych arterii. Jego skóra stała się na parę chwil przeźroczysta. W tkance wyraźnie widać było czarne igły odłamków. Powietrze wypełnił trzask magicznych wyładowań. Gnagg otworzył oczy i opuścił ręce - Skończone.
- Nic nie czuję.
- Dorfy załatwiły sprawę bólu... Ale zmniejszyły refleks.
- Gnagg, jesteś magiem? - to było raczej stwierdzenie, niż pytanie.
- Nie magiem, ale szamanem.
- Co?
- Będąc orkowym medykiem, trudno uniknąć orkowych sposobów leczenia.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Ile płacę?
- Tyle co zwykle, minus dziesięć procent, jeżeli powiesz, kto ci zrobił takie kuku.
- Korm i jego "Wyrywacze".
- Wow! - ork wyglądał na zaskoczonego - To nie masz szczęścia. Bardzo możliwe, że zaraz do mnie wpadną. Poza tym Korm nie odpuści ci. Nawet, jeżeli uciekniesz poza dzielnicę orków, dopadnie Cię.
- Znasz go?!
- Jakby ci to po... - rozległo się łomotanie do drzwi, połączone z kilkoma krótkimi słowami w orkowym slangu quasiangielskiego. Gnagg zaklął cicho. Wskazał ręką na piwniczne okienko, po czym zacisnął pięść. To był znak. Gdy Hart wypełzał na ulicę, słyszał jeszcze, jak Gnagg otwiera drzwi.


***

Hart opuścił czwartą ulicę bez większych problemów. Rozjaśniło się. Plastikowe chodniki zaczęli zapełniać straganiarze i wszelkiego rodzaju paserzy. Po ulicach jeździło mnóstwo elektrycznych skuterów i patroli Lone Star - policji utrzymywanej przez Stany Zjednoczone Ameryki i Kanady. Miejsce, do którego zmierzał - niekorporacyjny blok w dzielnicy nędzarzy, w większości uchodźców z Aztlan, oraz Cesarskiej Japonii był tak przewiercony dziurami po kulach, że przypominał kawał spleśniałego sera. Wcisnął przycisk videofonu przy odpowiednim numerze. W małym, potłuczonym okienku ukazały się pasy zakłóceń, a z głośnika dał się słyszeć głos kobiety.

- Tak?
- To ja.
- Ty, to znaczy kto?
- Hart. Otwórz.
Cisza.
- Nie było cię tu z rok, a ty mówisz - "To ja."?!
- Lively, otwórz... - cisza - Proszę...

Dało się słyszeć brzęczenie elektrycznego zamka, a po chwili drzwi stały otworem. Wszedł po żelbetonowych schodach na czterdzieste piąte piętro i podszedł do metalowych drzwi. Na korytarzu były widoczne ślady po samoprzylepnej taśmie policyjnej, przyklejanej, by odgraniczyć miejsce zbrodni. Drzwi otworzyły się. Lively, wysoka blondynka o oczach przesłoniętych tarczami optycznymi, była ubrana w praktyczny strój najemnika ze, specyficznymi dla niej, elementami klanu "Enema".

- Kto ci tak ładnie zrobił to ramię? - odłączyła z gniazd na skroni wtyczki optyków i zdjęła je, ukazując zmęczone oczy.
- Gnagg...
- Aha... - przyjrzała się mu uważnie, po czym wpuściła do środka. - Znowu brudna robota?... - mieszkanie było surowe, brak eleganckich dodatków.

Plastikowe meble, szafka na broń i amunicję. W samym kącie mata i radiotelewizor z odtwarzaczem chipów.

- Mam problem.
- A, więc przyszedłeś tu, bo masz problem, Hart? Nic si...
- Nie spałem dwie noce. Muszę spać.
Lively spojrzała na niego uważnie.
- To świetnie, bo ja muszę iść. - na powrót założyła tarcze - Uliczny

samuraj ma ciężkie życie, może tego nie wiesz?... - Wyjęła z szafki FN-HARa i schowała do nylonowej, podróżnej torby - idź spać. Kartę do zamka mam w szafce - Schowała nóż w nogawce buta i poprawiła rękawice - gdyby chciało ci się jeść, to... - zapięła pas z magazynkami i włożyła czarny mikrosoft do gniazda za uchem - Chyba cię niańczę... Jeszcze nie zapomniałam, jak się to robi... - spojrzała na niego zza szkieł. Nie rozpoznał jej wyrazu twarzy - W końcu kiedyś byliśmy... - Za skórzanym, opancerzonym tytanowymi płytkami płaszczem schowała dwa Starki Fujikawy `98. Wyszła, nie zamykając drzwi.

Hart opadł na matę, zdejmując płaszcz. Zdjął szelki z kaburą i uprząż z kataną. Odpiął pendent miecza i owinął w płaszcz. To samu zrobił z szelkami, uprzednio wyjąwszy pistolet - Ruger Super Warhawk - jedenastomilimetrowy colt, nazywany pieszczotliwie Rugeveurem. Odciągnął kurek i wyjął magazynek. Przejrzał jego zawartość - jeden srebrny pocisk HE&S. Przedmuchał komory, wyjął kulę i włożył do kieszeni płaszcza. Jeszcze raz opadł na matę i odetchnął. Rozebrał się. Ruszył w poszukiwaniu prysznica. Napuścił wrzątku do plastikowej kabiny. Zmył z siebie bród i zakrzepłą krew. Delikatnie przemył miejsce, gdzie dermospray nie zamienił się jeszcze w tkankę. Wytarł się ręcznikiem i ruszył w kierunku szafki z rzeczami Lively. Był tam kombinezon korporacji "Renraku" z zaplamionym krwią rękawem. Pewnie potrzebny do jakiejś akcji, pomyślał Hart. Oprócz tego kilka par broni i stosik plastików. Pogrzebał w nich trochę i wreszcie znalazł klucz. Przesuwał nim po zamku do czasu, aż nie poczuł zgrzytu smartlinku. Wrócił do maty i odłożył klucz na miejsce. Ubrał się. Przez chwilę bezmyślnie przerzucał kanały telewizji, aż doszedł do STI - informacji non-stop.

"Godz. 23:34. Muzeum "de Palazzio". Kradzież bezcennego "Piekła" anonimowego artysty z początku 2030 roku. "Piekło" ruchomy obraz zapisany na chipie jest warty ok. 5.000.000. nowych jenów. Sprawca nie pozostawił śladów."


***

Bar "Fit" znajdujący się parę przecznic od domu Lively był w rzeczywistości ciemnym pokojem z barem z imitacji drewna. Przy barze stał Mono - niemiecki ochroniarz, a przy drzwiach dwa elfy ubrane na czarno, o długich włosach. Wzrost przekraczający sześć stóp, umięśnieni aż do przesady, z ilością wszczepów nie zostawiających miejsca człowieczeństwu. Najemni mordercy. Najszybsi strzelcy w Seattle. Nikt nigdy nie chciał się z nimi mierzyć, oczywiście za wyjątkiem głupich młodych runnerów, którzy ciągle starali się zdjąć ich w niezliczonych pojedynkach strzeleckich. Hart rozejrzał się po wnętrzu i ruszył w kierunku upatrzonego stolika. Siedział przy nim elf, o nieodgadnionym wyrazie twarzy. Chromowany otwór infogniazda sterczał ze skroni. Mlecznobiałe włosy, w nieładzie, sięgały do pasa.

- Illcom - Hart usiadł koło nieobecnego elfa.
- Co? - elf zwrócił się do Harta niewidzącymi oczami. Ten trzepnął go kilka razy po twarzy, nie zwracając większej uwagi reszty bywalców baru.
- Mówiłem: Illcom. Tak chyba cię nazywają, co?
- Cześć, Har. - elf ożywił się - mam za sobą cztery doby w matrycy. Muszę się obudzić.
- Pomogę ci: słyszałeś o "Piekle"?
- Tak... - elf przetarł oczy - Jakiś runner gwizdnął je z Palazzio. Nie wiem kto, jeżeli o to ci chodzi, półczłowieku.
- To ja ci powiem - ja.
Zapadła chwila ciszy. Elf zamrugał oczami.
- Co ja?
- Ja. Ukradłem. Piekło.
Elf popatrzył na Harta i przetarł zaropiałe oczy.
- Hart, przesadziłeś.
- Trudno. Potrzebuję gotówki.

Illcom patrzył chwilę na Półelfa, po czym jego wzrok znów stał się nieobecny.

- Wy, shadowrunnerzy udajecie Robin Hoodów. Niezłe z was kanalie. Wszędzie na świecie identyczny. Od Czerwonego Salish-Sidhe, po barbarzyńskie Niemcy, wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, udawający, że go nie potrzebują. Kloszardzi, nędzne nieroby. Jesteście raz to drobnymi przestępcami, reketerami, lub po prostu prostytutkami. Nazywacie siebie shadowrunnerami tak, jakby wyszukana nazwa mogła ukryć wasze prawdziwe oblicze złodziei, terrorystów i pasożytów. Taki jesteś, Hart. Takim stałem się ja - chwilę patrzył w przeszłość, po czym zmienił temat - Chcesz to opchnąć?
- Tak.
- Rynków zbytu jest w Seattle mało. Dużo akcji. Sytuacja jest taka: szykuje się kilka skoków. Pierwszy na stację orbitalną korporacji rodzinnej Touiss - Dared. Fixer, który jest łącznikiem runnerów i pracodawcy, to Ticchio.

Pracodawcą jest ten smok Enrodhail, który wykupił niemal wszystkie akcje T-D, a gdy szef korporacji dowiedział się, że ich głównym udziałowcem jest wielki gad, wpadł w panikę. Gdy o-stacja przestanie istnieć umówię cię na spotkanie z Ticchio. On zajmuje się sztuką, ale ma słabość do smoczych oddechów. Drugi na placówkę Renraku - Hart drgnął - organizuje go niejaki Boro krasnolud - elf wzdrygnął się - Pracodawca, to jakiś Katou. Podobno on sam jest z Renraku, a to oznacza, że coś tu śmierdzi. Cel nieznany. Lepiej nie mieszać się w to... - elf zamilkł i spojrzał nagle na drzwi za Hartem. Półelf odwrócił się i spojrzał na wchodzącego jegomościa. Był raczej niewysoki - krępy ameroindianin. W kevlarowej, czerwonej koszulce. Na głowie miał starodawną przepaskę i wpięte w nią barwione pióra - oznaka nieistniejącego już plemienia zamieszkującego Salish-Sidhe. Jego oczy spokojnie przebiegły po gościach baru, którzy zdążyli go już rozpoznać.

- Spójrz na tego faceta, Hart i zapamiętaj - elf uśmiechnął się tajemniczo - To niejaki Szybki Brzeszczot. Pojawił się nagle i już pierwszego dnia zadarł z gangami Emunów, Los Desperados i Ulicznych Zamonów.

Nieznajomy usiadł przy stoliku. Nie krył dwóch Llama Comanche o przeraźliwie długich lufach, schowanych w kaburach przyczepionych do pasa dokładnie na biodrach.

- Załatwił Diamanda z Desperados. Oddał się w ręce policji, ale Lone Star załatwianie szefów gangów jest na rękę. To jakiś świr. Nikogo się nie boi.

Myśli, że każdy, który z nim zadrze jest demonem, albo duchem!... Ma halucynacje, a więc albo coś bierze, albo to najprawdziwszy świrus. Nagle ściana baru eksplodowała. Odłamki szyb raniły w oczy.

- Kryj się! - Hart pchnął elfa i ukrył się za stoliki.

Grupa sześciu orków z Thompsonami M1928 o bębenkowych magazynkach zaczęła ostrzeliwać bar. Hart wiedział, kogo szukali. Elfy z nadludzką prędkością znalazły się za barem. Zaczęli strzelać do orków ze swoich "dziewiątek". Brzeszczot nawet się nie poruszył, tylko wyszczerzył zęby. Stał pośród strzałów i wyciągał powoli swoje rewolwery. Wrzasnął.

- Zielone demony!!!

Wycelował i strzelił. Dwóch orków padło. Właśnie, gdy napastnicy przenieśli ogień na nieznajomego, skończyła się amunicja. Przez chwilę nikt nie wiedział co robić, gdy nagle zza zaplecza wybiegł Mono, odpychając wrzeszczącego indiańskie inkantacje Brzeszczota za bar. Z ogromnym sześciolufowym działem gatlinga z heksagonalnym magazynkiem w dłoniach i radosnym okrzykiem na ustach nacisnął spust. Lufy zaczęły się obracać w zwariowanym tempie. Taśma pocisków trzepotała w sobie tylko znanym rytmie. Strzelanina wznowiona. Illcom znów stracił świadomość i kurczył się pod stołem. Hart, ze swym rewolwerem, w którego magazynku znajdował się jeden pocisk nie robił nic. Brzeszczotowi, który bez ustanku strzelał w kierunku orków, skończyła się amunicja. Hart próbował przenieść elfa w bezpieczne miejsce, lecz tamten tylko krzyczał coś niewyraźnie i trząsł się w skurczach. Orkowie schowali się za, znajdującą się przed barem, furgonetką. Zmieniali magazynki. Elfowie wciąż strzelali. Mono doczepiał nową taśmę. Brzeszczot bez żadnej widocznej broni szedł prosto w kierunku furgonu.

- Wyłaźcie, złe duchy! - wrzeszczał.

Gdy był jakieś pół metra przed samochodem, stanął przed nim wielki ork z wyrzutnią rakiet Strieła 9 na ramieniu, wycelowaną prosto w bar. To był Krom. Brzeszczot zastąpił mu drogę. Twarz orka wyrażała niepomierne zdziwienie. Opamiętał się i kopnął Brzeszczota w brzuch. Ten zgiął się w pół. Krom, nie widząc spodziewanego rezultatu, poprawił pięścią. Klęknął, dokładnie wycelował i, gdy zamierzał strzelić, jego głowa eksplodowała. Jeden z elfich zabójców stał jeszcze chwilę z wyciągniętą bronią w dłoni. Zapadła cisza. Furgon zapalił. Zaczął odjeżdżać. Goście wyszli na zewnątrz, dołączając do pojawiającej się grupki gapiów. Gdy furgonetka już znikała, zza okienka samochodowego wychylił się jeszcze jakiś ork. W jego dłoni zalśnił AK-98. Gapie zniknęli tak szybko jak się pojawili. Na czole klęczącego Brzeszczota pojawił się czerwony punkt celownika optycznego. Wszystkich ogłuszył strzał. Nie był to jednak karabin orka. Furgonetka stanęła w płomieniach. Wzrok obecnych spoczął za strzelającym. Illcom stał z dymiącym otworem nadgarstkowej wyrzutni rakiet Panthera, wbudowanej w jego cyberrękę. Po chwili Hart spostrzegł, że chwieje się na nogach, a z jego uda wystaje trzycalowy odłamek szkła, po którym kapie jasna krew. Brzeszczot, zrozumiawszy sytuację, chwycił go i wziął na ręce. Rozejrzał się po obecnych.

- Którędy do medyka?
Hart podszedł do niego.
- Za mną, szybko.



***

Doszli do bloku Lively. Hart nacisnął przycisk videofonu, lecz nikt się nie odezwał, a drzwi były zamknięte. Bez wahania, wyciągnął swojego Rugera Super Warhawka, odsunął się o krok i wypalił w elektroniczny zamek. Srebrny HE&S z prędkością naddźwiękową wniknął w stal i eksplodował, wypalając w drzwiach sporą dziurę. Budynek stał otworem. Pędem puścili się po schodach, aż doszli do pancernego zabezpieczenia Lively. Hart wiedział, że jeżeli Lively nie chce, by ktoś dostał się do jej mieszkania, to nikt się tam nie dostanie, lecz nie chciał dać za wygraną. Pancerne drzwi były zamknięte. Hart próbował je podważyć, wiedząc, że i tak nie da rady, potem spojrzał pytająco na Brzeszczota. Ten, zwęził oczy i podał wciąż nieprzytomnego elfa Hartowi. Odsunął się kilka metrów, po czym z niezwykłą prędkością wyjął swe Llama Comanche z pochew. Nie celując wypalił z obu luf. W drzwiach pojawiły się dwa dwunastomilimetrowe otwory, ze śladami po wypaleniu. Hart spróbował otworzyć te drzwi teraz. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, że kule trafiły akurat w miejsce złączenia smartlinku z elektronicznym zamkiem. Weszli do pokoju, w którym jeszcze nie dawno odpoczywał Hart. Brzeszczot położył elfa na macie.

- Ten, który to zrobił, posmakuje mego świętego gniewu.

Hart zignorował go, znając naturę dziwnego podróżnika i zajrzał do rzeczy Lively. Zniknął kombinezon Renraku i kilka par broni. Apteczka leżała nieopodal fałszywych paszportów. Zajrzał. Spinacz skórny, dermospray, komplet chirurgiczny i plastry. Najdroższy sprzęt, jaki można dostać w Seattle. Na początek obnażył zranione miejsce. Przemył i usunął odłamki szkła. Nalepił kilka plastrów na kark nieprzytomnego i założył spinacz skórny. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, Lively, myślał, gdy zwierał zatrzaski spinacza wartego pięćset nowych jenów. Popryskał dermosprayem i wstrzyknął betachemonofleinę. Elf odzyskał przytomność natychmiast. Bez słowa spojrzał na Harta i usiadł ociężale na posłaniu. Niedbałym ruchem odkleił sobie z karku wyblakłe plastry przeciwbólowych derm.

- Czyja to kryjówka?
- Pewnego ulicznego samuraja, którego znam. - Hart odsapnął. - Dobrze się czujesz?
- Zadajesz głupie pytania, Hart...
Brzeszczot zbliżył się do elfa i pochylił głowę. Położył brudny kciuk na czole elfa i z przymkniętymi oczyma wyszeptał błogosławieństwo. Wyprostował się.
- Dzięki za uratowanie mnie. Jeżeli taka twoja wola, zajmę się tymi, którzy targnęli się na twe życie.

Elf spojrzał na niego, jakby nie rozumiał co się do niego mówi. Po chwili znowu przeniósł wzrok na Harta.

- Co te orki robiły w środku korporacyjnego Seattle?
- Polowały na mnie.
- To był Korm, nieprawdaż?... Zły Korm. Hart, zadzierasz z przemienionymi?
- Zdarza mi się... Słuchaj, chodzi mi o tą akcję Renraku.
Elf przyjrzał się Hartowi uważnie.
- A czego ty tam szukasz?
- Ktoś, kto nie powinien zginąć będzie się w to mieszać.
- Ten twój samuraj?
- Tak.
- Jest ci bliski?
Hart skinął głową. Elf milczał przez chwilę.
- Czego chcesz?
- Wiedzieć. Wszystko to , co ty.
- Akcja podstawiona. Nie wiadomo dlaczego. Na placówkę Renraku w Seattle. Będziesz coś z tym robić?
Hart przeniósł wzrok na milczącego rewolwerowca.
- Panie Brzeszczocie? - Hart uśmiechnął się chytrze i spojrzał na stojącego w kącie, cichego nieznajomego - Czy możemy na pana liczyć w tej akcji?
- Moje Llamaveury płoną już świętym ogniem.
- To wspaniale, bo, jeszcze dzisiaj, wybieramy się do Renraku Tower.


***

Neonowa reklama Renraku błyszczała w świetle patrolujących miasto policyjnych sterowców Lone Star. Czerwonych Samurajów - elitarnych strażników korporacyjnych Renraku, było zazwyczaj na placówce mnóstwo, lecz Hart nie natknął się na nich - znak, że Lively i "Enema" byli tutaj. Świadczył o tym także zakryty mini-ekranem maskującym okular kamery i ślady po krwi na drzwiach do głównego wieżowca - prawdopodobnego celu "Enemy". Brzeszczot nie wiadomo kiedy przybrał barwy wojenne. Nucił pod nosem jakaś smętną melodię. Od czasu do czasu wybuchał okrzykiem - "Wychodźcie, demony!", co mogło przywołać straże, nikt jednak nie miał odwagi go upominać. Illcom - elf-deker uparł się, żeby iść. Cały czas wyglądał, jak wyłączona maszyna. Ten, kto go nie znał mógłby pomyśleć, że jest, po prostu zamyślony, jednak Hart wiedział, że hacker bierze za dużo elektronicznego narkotyku - LNŻ. Występował w postaci chipów, które wkładało się do infogniazd, lub złącz sprzęgu samochodowego Jego działanie polegało na stymulowaniu wrażeń zmysłowych, wzmacnianie ich elektronicznie i dostarczanie ich do mózgu poza zwykłymi drogami percepcji, w celu zwiększenia ich intensywności i głębi tak, by były mocniejsze, niż cokolwiek dotąd poznanego. Jego nazwa Lepsze Niż Życie, była kusząca. Hart nigdy ich nie używał. Z prostego powodu - nie było go stać na infogniazdo.

Ubrani na czarno, stąpali cicho po korytarzu opuszczonego wieżowca. Renraku Tower był jednym z najwyższych, po Aztlantech Tower, wieżowców w Seattle. Zazwyczaj goście poruszali się tu windą, jednak Hart zauważył, że elektryczność nie działała. Illcom wysunął się na przód, jakby pewny tego, że nikt mu nie zagraża. Półelf ściskał w spoconej ręce swego Rugera Super Warhawka z magazynkiem pełnym srebrnych pocisków HE&S. Weszli po metalowych schodkach na następne piętro. Małe otwory tuż przy suficie przesączały do wnętrza nikłe, blade światło księżyca. Od trzeciego poziomu panowały nieprzeniknione ciemności, ponieważ brakowało okien. Hart zapalił latarkę i poszli dalej.

Nagle, posłyszeli dobiegające z dołu pokrzykiwania po japońsku.

- Strażnicy! - powiedział Illcom. Szybko, na górę.
Rozległo się głośne ujadanie psów.
- Ja ich zatrzymam. - powiedział nagle Brzeszczot stając i przybierając groźny wyraz twarzy. - Wy idźcie.
- Czyś ty z byka?!... - próbował Hart - To bionicznie wspomagane barghesty.

One... - Illcom pociągnął go za ramię i wymownym spojrzeniem dał do zrozumienia, że to na nic.

- Idziemy.

Hart pożegnał go spojrzeniem i pobiegł w górę za Illcomem. Nim doszli do czwartego piętra, Brzeszczot wbił swój magiczny nóż w twardą skórę zmutowanego psa. Illcom przyśpieszył kroku. Za nim Hart. - Hart! Co ty tu robisz?!

Lively stała przed stalowymi drzwiami do tajnego laboratorium. Koło drzwi stał Faboi z palnikiem acetylenowym i olbrzymi troll obwieszony wszelkimi rodzajami broni, Kerther.

- Ta akcja jest podstawiona. Wszyscy zginiecie... - próbował Hart, gdy nagle Faboi wyszczerzył długie na kilka centymetrów kły, a na jego skórze pojawiła się szara sierść. Wilkołak rzucił się gdzieś za Harta, lecz w tym samym momencie rozległ się huk wystrzału i potwora odrzuciła na przeciwległą ścianę.
- Widzisz, Hart... Nie tylko ty używasz srebrnych kul... - Illcom stał z dymiącym Aresem Predatorem.
- Dlaczego, dlaczego... - Olbrzymi Kerther podbiegł do rannego przyjaciela łkając.
Illcom przeniósł niewidzialny promień celownika na Harta.
- Akcja podstawiona, shadowrunnerze, co?
- Illcom, dlaczego ty...?
- Nie wygłupiaj się, Hart. Renraku płaci nieźle za świeżutkie ciała do eksperymentów... Biotechnika musi iść w górę, a materiałów do wiwisekcji mało...
- Illcom, dostarczasz ludzi do eksperymentów?!
- Nie tylko ludzi. A w zasadzie to nie ludzi, ale shadowrunnerów. Tak, tak...
- Hart, przyprowadziłeś tu?... - Lively wydawała się zdezorientowana. Po chwili jednak już tylko obserwowała Illcoma zza nieprzeniknionych szkieł swych optycznych tarcz.
- Ach, czy to nie ten uliczny samuraj, którego tak śpieszyłeś uratować?...

Przykro mi... Muszę was zmartwić, szczury. To zdecydowanie będzie bolało. Powiem wam jeszcze coś ciekawego o waszym przyjacielu Brzeszczocie. My się znamy, tylko, że ten stuknięty Indianiec ma kłopoty z pamięcią. Wspaniale się to składa. Chyba słyszę już kroki ludzi Renraku na schodach. Ten szajbus i oni... - Illcom chciał jeszcze coś powiedzieć, gdy jego głowa eksplodowała. Brzeszczot opuścił rękę z rewolwerem.

- Witam. - wysapał i... ...zemdlał.



***

Poranek na przedmieściach Seattle wygląda obiecująco. Słońce zaczyna wschodzić i oświetla superstradę, na której Harley Scorpion Brzeszczota porusza się wolno. Samotnik jeszcze pomachał ręką wyjąc, jak szalony i ruszył pełną mocą pięćset-koniowego silnika. Hart i Lively stali jeszcze przez chwilę po czym zaczęli wolno wracać w kierunku ogromnej metropolii.


Strona tytułowa
Strona tytułowa

Strona główna
Strona główna
SIN