Spis treści Wytchnienie

 

Borys 'Ajson' Jagielski

Wojownicy Zodiaku - Odcinek 8

Poniższy tekst powstał w oparciu o fabułę gry wideo pt. "Final Fantasy Tactics" stworzonej przez firmę Squaresoft.

Wewnątrz młynu znajdującego się gdzieś na bezdrożach Nizin Fovoham panował przyjemny chłód. Wiatr wiejący znad Kanału Larner obracał wolno wiatrak rzucający ruszający się cień na drewnianą, skrzypiącą podłogę. Żarna mieliły pachnące ziarno z trzaskami.

Na jednej z licznych, sześciennych skrzyń ustawionych w pomieszczeniu, wypełnionych gotowym do produkcji mąki zbożem, siedział Golagros Levine i obracał w dłoni swój sztylet, zerkając od czasu do czasu na związaną, przerażoną dziewczynę siedzącą w kącie. Mimo, iż banita kilkakrotnie, od momentu uprowadzenia z rezydencji Beoulve w Igros przed kilkoma dniami, próbował dodać jej otuchy, przekonując, że wkrótce puści ją wolno, nie robiąc nic złego, ona nadal nie odzywała się i niewiele jadła.
Do młyna szybkim krokiem wszedł jedyny ocalały towarzysz Golagrosa - pozostali czterej zostali zabici przez strażników podczas napadu na rezydencję. Dziewczyna - banita zdołał dowiedzieć się, iż ma na imię Teta - uniosła wzrok.
-Golagros, Wiegraf przyjechał.

Golagros zeskoczył ze skrzyni, przypiął sztylet z powrotem do paska i ustawił się na środku pomieszczenia, czekając na rycerza. Przełknął głośno ślinę. Przy pomocy posłańca umówił się na spotkanie z Wiegrafem w tym właśnie miejscu, informując go o całej zaistniałej sytuacji. Wiedział, co z rąk przywódcy Korpusu spotkało Gustava Margueriffa. Golagrosowi pozostawało mieć tylko nadzieję, że nie czeka go ten sam los. Zawsze lubili się z Wiegrafem, a poza tym rycerz znalazł się teraz w kiepskiej sytuacji. Cała organizacja znalazła się kiepskiej sytuacji. A Golagros musiał zobaczyć się z Wiegrafem i prosić o pomoc. Nie miał innego wyjścia.
Do młyna wkroczył przywódca Korpusu Śmierci. Rozejrzał się po spowitym w cieniach pomieszczeniu. Wzrok skierował najpierw na towarzysza Golagrosa, opierającego się o skrzynię i bacznie go obserwującego, następnie na skrępowaną Tetę, aby wreszcie ulokować go na Golagrosie, który nerwowo przełykał ślinę.
-Miałem dość kłopotów z Gustavem - odezwał się cicho, lecz wyraźnie Wiegraf. - Wiesz, co sądzę o porywaniu ludzi dla okupu.
-Nie porwałem jej dla okupu - odparł lekko drżącym głosem Golagros. Wciąż pamiętał, co stało się ze wspomnianym Gustavem. - Wziąłem ją ze sobą jako zakładniczkę, by móc się wydostać z Igros.
-Skoro tak, to po opuszczeniu miasta trzeba ją było wypuścić. A poza tym - Wiegraf wbił zimne spojrzenie swych niebieskich oczu prosto w Golagrosa - to kto kazał ci napadać na rezydencję Beoulvów i próbować zabić Dycedarga?
-Chciałem to zrobić dla twojej idei! - wykrzyknął rozżalony Golagros. - Ja też chcę osiągnąć ten sam cel co ty, ale uważam, że niemożliwym jest wywalczenie go twoimi pacyfistycznymi metodami! Czasem trzeba przejść do zdecydowanego działania. Wiesz, że Dycedarg jest jednym z tych, którzy są przeciwko równości szlachty i plebsu.
-Rozumiem, że chciałeś dobrze. Ale co osiągnąłeś? Ścigają cię teraz rycerze dowodzeni przez samego przywódcę Hokutenów. Mogę iść o zakład, iż niezadługo cię dopadną i powieszą.
Wiegraf zamilkł na chwilę, spuścił wzrok.
-Zabili mi siostrę - odezwał się.
-Co takiego?
-Przypadkowo natknęli się na osamotnioną Miludę w rejonie Płaskowyżu Lenalii dzisiaj rano - wyjaśnił smętnym głosem Wiegraf. - Zalbag ją rozpoznał. Chciał wziąć do niewoli, ale Miluda stawiała opór. Zginęła. Widziałem wszystko z pobliskiego wzniesienia. Tak bardzo chciałem jej pomóc, ale wiedziałem, że nic nie poradzę przeciwko kilkudziesięciu rycerzom.
Golagros zbliżył się nieco do Wiegrafa.
-Przykro mi.
-Sam widzisz, że jeżeli będziemy postępowali tak, jak postępujemy do tej pory, to po kolei nas wybiją - rycerz uniósł z powrotem wzrok, do jego głosu wróciła hardość i pewność siebie. - Musimy zrobić coś, żebyśmy nie musieli już uciekać. Coś, żeby nasze dzieci żyły w lepszym świecie.
-Co?! - zawołał Golagros.
Na to pytanie Wiegraf już nie miał odpowiedzi. Zamyślił się przez chwilę, po czym rzekł:
-Posłuchaj. Jesteśmy teraz w nieciekawej sytuacji. Pozostała nas tylko garstka. Z tego co wiem, wszyscy zdążyli dostać się już do Fortu Zeakden. My też się tam udamy, my i twoja zakładniczka. Gdyby Zalbag i rycerze nas dopadli, wykorzystamy ją jako kartę przetargową, chociaż bardzo tego nie chcę. Gdy tylko się tam zbierzemy, natychmiast wyruszymy w dalszą drogę.
-Dobrze - kiwnął głową Golagros. - Ale dokąd?
-Na wschód wzdłuż wybrzeża. Ale najpierw do Foru Zeakden. Wyruszajmy niezwłocznie, a za kilka godzin tam będziemy.

Właśnie tego popołudnia zmarł król Omdolia. Wojna Lwów miała się niebawem rozpocząć.

Niecałą godzinę później drzwi młyna rozwarły się na oścież i do pomieszczenia wbiegł Delita. Widząc, że w środku nie ma nikogo, przystanął, a na twarzy odmalował mu się zawód. Rozejrzał się, wciągając nosem suche, pełne drobinek zmielonego ziarna powietrze. Do młyna wszedł za nim Ramza.
-Mówiłem ci, że tu nikogo nie będzie. Ten młyn nie jest oputoszały. Widziałem dom kilk...
Ale Delita wydawał się go nie słuchać. Rozglądał się dalej, postąpił kilka kroków w stronę drewnianych skrzyń.
-Ona tu była - rzucił szybko. - Wiem o tym.
Ramza pokręcił z dezaprobatą głową, spoglądając na plecy przyjaciela. Nieoczekiwanie ten rzucił się w stronę zarośniętego pajęczynami kąta młyna, zasłoniętego przez worki z niezmielonym ziarnem. Deski zaskrzypiały pod jego stopami. Po chwili zbliżył się z powrotem do towarzysza. W dłoni trzymał niebieską apaszkę z delikatnego lnu. Ramza od razu ją poznał. Należała do Tety. Siostra Delity często ją zakładała. W rogu chustki cienką nicią wyszyte były inicjały: T.H.
Delita opadł na kolana, ściskając apaszkę w prawej dłoni.
-Ona tu była! - krzyknął zrozpaczony. - I to całkiem niedawno. Gdybyśmy się pospieszyli... - i wybuchnął urywanym płaczem.
Ramza patrzył na łkającego przyjaciela, nie mając pojęcia, co powiedzieć, jak go pocieszyć. Zwątpił już nieco w prawdziwość słów, że z Tetą wszystko będzie dobrze. Przypuszczał, że przyjaciel od początku w nie nie wierzył.
-Dlaczego to musiało spotkać właśnie ją? - wyszeptał Delita, starając się pohamować płacz. - Dlaczego?
Ramza, nie mówiąc nic, słuchał cichnących szlochów swego najlepszego przyjaciela, zagłuszanych stopniowo przez monotonny zgrzyt żaren mielących ziarna.

Fort Zeakden wzniesiony został w pierwszej połowie Wojny Pięćdziesięcioletniej na wysokości trzech tysięcy metrów, na skalnym płaskowyżu w strategicznym miejscu, bo naprzeciwko Kanału Larner. W czasie wojny armaty fortu ostrzeliwały bez przerwy wojska Romandy, starające dostać się od tej strony na terytorium Gallione i zaatakować Igros. Twierdza świetnie spełniła swoją rolę i ani razu nie pozwoliła przedostać się nieprzyjacielskim siłom na drugą stronę gór. Po zakończeniu wojny stała się jednak bezużyteczna i porzucono ją. W magazynach fortu tkwiło obecnie tylko kilka rdzewiejących dział i kilkadziesiąt skrzyń wietrzejącego prochu.
W okresie jesieni, w Ivalice w górach zwykle padał już śnieg i ten pochmurny dzień nie był wyjątkiem. Gęsto sypiące się z granatowoszarego nieba płatki otulily fort i okoliczne świerki białym puchem. Na wybrukowanym kamieniami dziedzińcu stał Algus Sadalfas w towarzystwie dwóch rycerzy. Oddział Zalbaga wysłał tę trójkę w przód jako zwiadowców - pozostali mieli dotrzeć do fortu za kilkadziesiąt minut.
Algus, dzierżący w ręku kuszę z sosnowego drewna z bełtem gotowym do strzału, spoglądał w górę, osłaniając wolną dłonią oczy przed padającym śniegiem. Widoczność była kiepska, ale nie na tyle, by chłopak nie mógł zobaczyć Golagrosa stojącego na tarasie fortu pięć metrów wyżej. Banita był sam, jeśli nie liczyć Tety, którą trzymał przed sobą niczym żywą tarczę. Dziewczyna najwyraźniej zrezygnowała z wyrywania się mężczyźnie i straciwszy resztki nadziei czekała na swój los.
-Gdzie twoi kumple?! - zawołał w górę Algus. Powoli zaczął unosić kuszę. Od Zalbaga dostał wyraźne rozkazy, które przypadły mu do gustu, i zamierzał się do nich zastosować.
-Nikogo nie ma! - odkrzyknął Golagros. - Wszyscy już uciekli, a ja muszę zyskać dla nich kilka minut! No to jak?! Pogawędzimy sobie?!
-Nie mam zamiaru gadać z plebejuszem i bandytą! Wiedz, że twoi kamraci nie uciekną daleko! Dopadniemy ich jeszcze dzisiaj i pozarzynamy jak psy! Ale pierwszy do piekła pojdziesz ty razem z nią!
Algus uniósł w górę kuszę. Uśmiechał się.
Skóra Golagrosa stała się o odcień bledsza.
-Blefujesz! Nie ośmielisz się! Mam zakła...
Algus ciągle się uśmiechając oddał strzał. Bełt poszybował ze świstem w górę rozcinając wirujące płatki śniegu. Zatopił się głęboko w piersi Tety, która wydała zduszony jęk. Golagros puścił ją zupełnie zaskoczony i dziewczyna upadła bezwładnie na popękaną posadzkę tarasu. Nie spodziewał się, że ten szczeniak może ośmielić się z zim...
Padł kolejny strzał. Golagros w ostatniej chwili uchylił się w bok i bełt zamiast w serce wbił się głęboko w okolice mostka. Trudno było określić, czy to tylko poważna, czy może śmiertelna rana, ale sama siła strzału wystarczyła, by zwalić banitę z nóg. Jedno musiał przyznać chłopakowi z kuszą - celnie strzelał.
Algus patrzył zadowolony na dwa leżące na tarasie ciała i nagle usłyszał wrzask. Donośny, mrożący krew w żyłach wrzask wściekłości, gniewu, nienawiści i żalu. Chłopak odwrócił się i zauważył stojącego sto metrów dalej Delitę. To on wydawał ów wrzask.
-Zabiłeś mi siostrę!! - zawył. - Jesteś już martwy!!
Obok Delity pojawił się Ramza. Dwaj towarzyszący Algusowi rycerze wyciągnęli miecze i stanęli w gotowości do walki. Sam Algus wyraźnie się rozluźnił widząc, że będzie miał do czynienia najwyraźniej tylko z tą dwójką kadetów. Zawołał w stronę Ramzy:
-Witaj, przyjacielu! Jak widzę, dalej trzymasz z przybłędą!
-Zabiłeś mi siostrę!! - znów Delita zawył niczym ranny, rozwścieczony pies.
-Dlaczego to zrobiłeś, Algusie?! - zawołał Ramza.
Chłopak wzruszył obojętnie ramionami.
-Przykro mi. Takie było polecenie twojego brata, Zalbaga! Powiedział, żebym zabił wszystkich banitów jakich spotkam na swej drodze, nie przejmując się losem ewentualnych zakładników!
Delita wyciągnął miecz. Umilkł i zaczął powolnym krokiem zbliżać się w stronę Algusa i rycerzy. Ramza pospieszył za nim, również wyjmując swoją broń.
-Nie chcę was zabijać, ale zrobię to jeśli stąd natychmiast nie odjedziecie. Czas byś nauczył się czegoś, Ramzo! - zawołał donośnym głosem Algus. Umieścił w kuszy kolejny bełt. - Gorsze pochodzenie oznacza zupełnie inne życie! Inne przeznaczenie! Ani Delity ani Tety nie powinno tu teraz być! Powinni sprzedawać gdzieś kwiatki!
-Poślę cię do piekła, przysięgam - wyszeptał Delita, idąc dalej naprzód. Odległość pomiędzy nim a Algusem zmalała do pięćdziesięciu metrów.
-Dziwię się tobie, Ramzo! - wołał Algus. Unosił wolno kuszę. - Kalasz imię swego rodu! Przynosisz mu wstyd zadając się z tym włóczęgą!
-Zamknij się! - odkrzyknął Ramza. - Nie obchodzą mnie twoje słowa!
-Skoro tak... - Algus wzruszył ramionami.
Wycelował celownik kuszy prosto na gardło Delity, który widząc to, zaczął biec. Oddał strzał. Delita uchylił się i pocisk przeszył jego ramię, ale chłopak wydawał się na to zupełnie nie zważać. Nawet się nie skrzywił. On i Ramza byli już oddaleni o niecałe dziesięć metrów.
-Brać ich! - krzyknął Algus do swoich towarzyszy. - Zostawcie mi rannego.
Dwójka rycerzy ruszyła w stronę Ramzy, który cofnął się niepewnie, zasłaniając się mieczem. Co prawda walczył już z dwoma, a nawet trzema przeciwnikami naraz w Szkole Rycerskiej, ale wtedy to były ćwiczenia... Poza tym rany barku i pleców zadane przez pantery nie zdążyły się jeszcze całkowicie zagoić.

Algus odrzucił na bok kuszę i wyciągnął swój miecz. Po chwili skrzyżowali z Delitą ostrza.
-Jesteś wściekły, śmieciu? - syknął przez zaciśnięte zęby Algus. - Jesteś wściekły, bo nie mogłeś nic zrobić, by uratować siostrzyczkę? Bardzo dobrze, znaj granice swych możliwości. Tacy jak ty nie mogą nic. Wściekaj się, to wszystko, na co cię stać.
Delita nie odpowiedział nic. Wpatrywał się z gniewną zaciętością w twarz przeciwnika i w milczeniu walczył, albo próbując wyprowadzić celne pchnięcie, albo blokując ciosy Algusa. Od razu zorientował się, że umiejętności chłopaka przewyższają jego. W końcu Delita był zwykłym kadetem szkolącym się na rycerza w zwyczajny sposób, a Algus należał do elitarnej brygady Aegis. Poza tym był bardzo silny. Na dobrą sprawę o zwycięstwie Delity w tym pojedynku mógł zadecydować tylko przypadek. Algus miał zdecydowanie większe szanse, nawet mimo tego, że miał zranioną dłoń - pamiątkę po walce z drużyną Miludy przy starej chacie rybackiej.
Tymczasem dwaj rycerze zdecydowanie i pewnie zaatakowali Ramzę. Kadet uskoczył do tyłu, uchylając się przed jednym ciosem, a parując swym mieczem drugi. "Nie jest dobrze", pomyślał. Zerknął w bok i zobaczył, że Delita również nie ma specjalnych szans na zwycięstwo. I ze strachem uświadomił sobie, że ich życie może teraz uratować tylko szczęśliwy traf losu.

Golagros siedział na progu tarasu, opierając się plecami o framugę, w której kiedyś znajdowały się drzwi. Dyszał ciężko. Z jego piersi sterczała metalowa końcówka bełtu. Golagros czuł, jak krew gromadzi mu się we wnętrzu klatki piersiowej. Gdyby teraz złapał oburącz pocisk i wyciągnął go ze swego ciała, czerwona posoka trysnęłaby strumieniem - był tego pewien. Obok leżała martwa dziewczyna imieniem Teta, którą - kiedy to było? dziś? wczoraj? - wziął ze sobą jako zakładaniczkę. Ten chłopak na dole strzelił, nie przejmując się nią, najpierw zabił dziewczynę, a potem strzelił do niego i...

Śmiertelnie ranny mężczyzna poczuł ogarniającą go senność, która niczym czarny, bezdenny wir poczęła zasysać jego umysł. Opuścił głowę na ramię i zamknął oczy. Nie upłynęło dziesięć sekund, a zaczął zapadać w przyjemny, kojący letarg. Wtem rozległ się straszliwy, jeżący włosy na głowie wrzask. Golagros poderwał głowę, ocknął się. Nie wiedział, czy ten dźwięk dobiegł z dołu, czy też może zrodził się w jego gasnącym powoli mózgu. Ale ów wrzask - wyimaginowany bądź prawdziwy - sprawił, iż mężczyzna poczuł, że nie może tak po prostu umrzeć, że jego śmierć nie może pójść na marne. Jego chwile są już policzone, pozostaje tylko zrobić coś, by umożliwić ucieczkę Wiegrafowi i pozostałym.

Golagros, podpierając się o ścianę, uniósł się. Przyszło mu to z trudem, ale w końcu znalazł się w pozycji wyprostowanej. Czuł, jak bluza na piersi przesiąka mu krwią. Nie czuł na razie bólu. Zastanowił się przez chwilę. Przyszło mu to z trudem, myśli miał jakby owinięte watą. Po chwili ruszył korytarzem, zataczając się i opierając raz o jedną, raz o drugą ścianę. Szarość zalewała mu oczy. Skoncentrował wszystkie swe siły, jakie mu pozostały, by nie upaść.

Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, ale dotarł do schodów - które na szczęście nie były zbyt strome - i zaczął schodzić po nich na parter, trzymając się oburącz poręczy. Schodząc, słyszał dobiegające sprzed fortu krzyki. Zastanawiał się, czy to... czy to...

Myśli znów zaczęły się rozpływać, pod Golagrosem ugięły się kolana. Zapasy sił najwyraźniej wyczerpały się. Mężczyzna przystanął w połowie schodów, zadyszany. Resztkami woli - bo siły już zabrakło - zmusił się, by nie zemdleć i w następstwie nie umrzeć. Jeszcze nie. Gdy upewnił się, że w ciągu kilku najbliższych minut nie straci przytomności, ruszył dalej, pokonując powoli kolejne stopnie.

Dlaczego w ogóle się tu znalazł? Walczył, zdaje się, o jakąś ideę, ale o jaką? Coś związanego z wolnością. Nie, z równością. Ale o co chodziło z tą równością? O równość pomiędzy... pomiędzy...

Golagros dotarł na parter i rozejrzał się. Zauważył drzwi, na których litery układały się w niewyraźny, rozmyty napis. MAGAZYN. Umierający mężczyzna pchnął je i wszedł do środka, po czym upadł pomiędzy workami ze zwietrzałym prochem sprzed kilkudziesięciu lat.

Banita nie miał siły wstać. Zresztą już nie musiał. Odpiął od pasa sztylet, wbił go w najbliższy, płócienny worek i szarpnął. Z rozcięcia wysypał się proch, który upływający czas zabarwił na zielonkawo. Golagros wypuścił sztylet i broń z brzękiem upadła na podłogę. Sięgnął do brezentowej torebki przewieszonej przez ramię, w której zwykł nosić najpotrzebniejsze rzeczy. Pogrzebał w niej ręką i wyciągnął krzemień i krzesiwo.
Pozostawało mieć nadzieję, że proch nie jest za mocno... Jak brzmiało to słowo? Ach tak, zwie... zw...
Skrzesał iskrę. Żółty ognik poleciał na rozsypany, zielonkawy proch, ale Golagrosowi nie było już dane dowiedzieć się, co stało się potem.
Czarnemu, bezdennemu wirowi udało się do końca zassać znękany umysł mężczyzny.

Przed chwilą jeden z rycerzy celnym ciosem wytrącił z ręki Ramzy miecz. Chłopak cofnął się o krok i z przerażeniem stwierdził, że stoi we wnęce jednej z grubych ścian fortu, pozbawiony jakiejkolwiek możliwości manewru. Drugi rycerz zamachnął się mieczem. "To już koniec", pomyślał Ramza. Miecz począł opadać długim łukiem w stronę piersi chłopaka.
Nieoczekiwanie zabite deskami pobliskie okno eksplodowało z hukiem, tryskając strumieniem ognia. Ramza stał we wnęce i to go uratowało. Dwóch rycerzy zostało dosłownie zdmuchniętych ognistym podmuchem. Chłopak poczuł, że budynek, do którego przywierał plecami, drży. Instynktownie skoczył do przodu i padając na śnieg zasłonił rękoma głowę. W samą porę, bo ścianę, pod którą się przed chwilą znajdował, rozerwała kolejna, o wiele potężniejsza eksplozja. Istny potok cegieł przeleciał nad leżącym Ramzą.
Delita walcząc z Algusem skoncentrował się w zupełności na nim, nie zwracając żadnej uwagi na bodźce zewnętrzne. Wściekłość odcięło go całkowicie od otoczenia, uwypuklając jedynie postać Algusa. I właśnie dlatego, gdy fortem z tyłu wstrząsnęła potężna eksplozja, Delita jej nie usłyszał i nie poczuł. Zauważył tylko niezmierne zdziwienie na twarzy przeciwnika patrzącego się na coś ponad jego ramieniem. Delita wykorzystał moment nieuwagi wroga i wepchnął miecz prosto w brzuch Algusa.
Ramza uniósł głowę i spojrzał na fort. Budynek cały płonął, snop czarnego dymu unosił się ku zachmurzonemu niebu. Zerknął w bok i zobaczył, jak Delita wyciąga miecz z trzewi Algusa. Ciało kadeta upadło bezwładnie na śnieg. Ramza odszukał wzrokiem taras, na którym przed chwilą leżała nieruchomo Teta; tylko po to, by stwierdzić, że ten jest całkowicie pochłonięty przez płomienie.
-Delita!!! - wrzasnął na całe gardło, chcąc przekrzyczeć syczący i trzeszczący ogień.
Rozległa się kolejna ekplozja. Struga ognia poderwała wstającego z ziemi Ramzę do góry i cisnęła go ponownie na śnieg, pozbawiając przytomności.

Wydarzenia w Forcie Zeakden okazały się być przełomowymi w życiu Ramzy Beoulve i Delity Hyral. Od tamtej chwili ich życia diametralnie się zmieniły. I już nigdy miały nie być takie, jak kiedyś.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Wszystkie prawa zastrzeżone. Powyższy tekst stanowi własność intelektualną Borysa Jagielskiego i jest chroniony przez międzynarodowe prawa autorskie. Jest on przeznaczony wyłącznie do darmowego rozprowadzania w postaci elektronicznej w magazynie internetowym "Inkluz". Jeżeli pragniesz umieścić go na swojej witrynie WWW skontaktuj się najpierw z autorem. Możesz wydrukować tekst na własny użytek lub nieodpłatnie przekazać go komuś innemu, lecz bez zmieniania tytułu, treści bądź nazwiska autora. Kopiowanie i rozprowadzanie tekstu pod jakąkolwiek postacią przy czerpaniu z tego korzyści materialnych jest bez pisemnej zgody autora karalne.
All rights reserved, 2000, 2001, 2002, copyright by Borys Jagielski.

Na górę strony