|
Michał Borowiec
Anioł zasługuje na śmierć
|
Słońce zaszło już zupełnie, a temperatura powietrza zbliżała się do zera.
Mężczyzna wysiadł z samochodu i nabluźnił siarczyście. Podniósł klapę
od silnika i popatrzył dłuższą chwilę na metalowe części.
- Pieprzony akumulator - zaklął ponownie. - Pieprzone gówno za piętnaście
euro!
Drzwiami od strony pasażera wysiadła kobieta o zatroskanym obliczu. Pocierała
zmarznięte dłonie jedna o drugą i niezbyt wiedziała, co powiedzieć.
- Koniec podróży, co? - Uśmiechnęła się krzywo, chcąc pocieszyć męża,
jednak zdawała sobie sprawę, że są dobre dziesięć kilometrów od miasta.
Darek spojrzał na nią spode łba i niemalże zgrzytnął zębami.
- Daruj sobie - warknął rozzłoszczony. - I tak zaraz nasłucham się od
tej plastikowej kukły. - Wskazał samochód i Karolina zobaczyła małą postać
na tylnym siedzeniu, ciekawsko wpatrującą się w nich parą szklanych, jarzących
się błękitem, oczu. - Lepiej zadzwoń po taksówkę.
Metrowy ludzik o proporcjach dorosłego mężczyzny stał już obok nich. Ubrany
w prosto skrojoną marynarkę i spodnie w podłużne paski, z twarzą przyobleczoną
wyrazem lekkiego zatroskania, prezentował się śmiesznie i dostojnie zarazem.
Otworzył czerwone do przesady usta, z których dobył się chłopięcy głosik.
- Chyba nie stać cię, Darku, na taksówkę. O ile mi wiadomo, zarabiasz
tylko sto pięćdziesiąt dwa euro miesięcznie.
Darek spiął wszystkie mięśnie i wyglądał przez chwilę, jakby szykował
się do morderczego ataku. "O ile mi wiadomo" wściekło go najbardziej.
Pawciu wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, że Darek dostaje na rękę sto
pięćdziesiąt dwa euro, że pracuje na te marne pieniądze dziesięć godzin
dziennie sześć dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, że ostatni
raz kochał się z Karoliną dokładnie dwadzieścia osiem dni temu, że załatwia
się równo na godzinę przed snem, że ma notorycznie koszmary, w których
jest więźniem w więzieniu dla homoseksualistów, że od początku małżeństwa
marzy o dziecku, lecz nie jest wystarczająco zamożny, by żywić kolejnego
członka rodziny, że zbliża się do czterdziestki i trapi go przez to coraz
więcej dolegliwości zarówno zdrowotnych jak i duchowych, że chciałby się
zabić, ale nie ma dość odwagi, no i wie oczywiście, iż jego życiowym marzeniem
jest zabicie Pawcia, połamanie jego syntetycznego ciałka, wyprucie elektronicznych
flaków i rozrzucenie ich w promieniu wielu kilometrów. To wszystko wie
Pawciu lepiej niż ktokolwiek inny... lepiej niż sam Darek...
- Być może rozwiązaniem jest dodatkowa praca - kontynuował Pawciu. - Przecież
masz jeszcze wolne czternaście godzin w dobie. Ty jednak wolisz tracić
ten czas na mało ważne czynności, a przy tym śpisz stanowczo za dużo,
jesz za wolno, a przebywanie w ubikacji pochłania całe siedemnaście i
trzy czwarte minuty, średnio licząc oczywiście.
Darek trząsł się, a twarz miał koloru purpury. Karolina weszła do auta,
by zadzwonić po taksówkę. Choć tak naprawdę wiedziała, co się zaraz stanie,
a miała zbyt miękkie serce, aby się temu przypatrywać. Wolała zostać w
samochodzie.
Rysy twarzy Pawcia ułożyły się w wyraz zamyślenia i milczenie nie trwało
długo.
- Choć Karolina nie jest tu bez winy - rzekł spokojnie. - Zarabia marne
pieniądze, wyszywając serwety. A przemysł zbrojeniowy? Braliście to pod
uwagę? Mężczyźni nie mają wyłączności na pracę w fabrykach broni, kobiety
równie dobrze mogą przyczynić się do obrony swego państwa...
Darkowi nie trzeba było więcej. Rzucił się na Pawcia, poderwał go do
góry i z impetem wykopnął przed siebie. Pawciu pofrunął z krzykiem kilka
metrów dalej i upadł bezwładnie na zmarzniętą ziemię. Darek w momencie
stał już przy nim i znów zamachnął nogą, trafiając Pawcia w głowę. Mały
ludzik zawył rozdzierająco, a Darek tłukł go nogami i pięściami, w ogóle
nie reagując na płacz, skomlenie i wycie w niebogłosy. Kopał go, przeciągał
po asfalcie, walił małą główką o ziemię i przerzucał z miejsca na miejsce.
Karolina nie potrafiła już dłużej znieść krzyku Pawcia. Zapłakana wyskoczyła
z auta i podbiegła do ogarniętego furią męża.
- Darek! Darek! Proszę cię, przestań - wołała przez zalane łzami gardło.
- Wystarczy... Proszę! To przecież nie jego wina, że jest taki...
Darek zwrócił się w jej stronę i Karolina o mało nie zemdlała pod naporem
tryskającego z jego oczu szału.
- Nie jego wina?! - ryknął. - Chryste! Mówisz mi, że to nie jego wina...?
A czyja, do kurwy nędzy, jak nie tej silikonowej kukły z blaszanym mózgiem,
która piętnasty rok dzień po dniu, godzina po godzinie mówi nam, co zrobiliśmy
źle, co moglibyśmy zrobić lepiej, skąd się biorą nasze błędy, co źle obmyśliliśmy,
i tak w kółko, ciągle, bez końca, aż do usranej śmierci? Jak ja nienawidzę
tego małego ludzika, który wie więcej o nas niż my sami, jak ja go kurewsko
nienawidzę...
Kolana ugięły się pod nim i usiadł na zimnym asfalcie. Ukrył twarz w dłoniach
i oddychał tak ciężko, iż zdawało się, że warczy. Obok niego leżał Pawciu.
Marynareczka podarła się zupełnie, a spodnie były ubłocone i poplamione
olejem. Mały ludzik wyglądał żałośnie i przez dłuższą chwilę nie ruszał
się w ogóle. Dopiero, gdy Karolina uklęknęła przy nim, zamrugał parą szklanych
oczu i przez złożone w jedną linię wargi wyszeptał:
- Ja już nie będę... Na pewno. To się już więcej nie powtórzy...
Na te słowa Darek zawył płaczliwie, a z ust wypłynęły mu kłęby pary.
- Nie zniosę tego! Nie zniosę! Przecież on to powtarza za każdym razem...
że już nie będzie, ale... Nie mam siły. - Rozłożył ręce w geście bezradności
i podniósł się z asfaltu.
Z lewej strony zbliżały się dwa snopy białego światła i po chwili minął
ich niespiesznie czarny, stłuczony w kilku miejscach, samochód. Przez
panującą wokoło ciemność Darek nie dojrzał twarzy ani kierowcy ani pasażera,
jednak w tyle auta mignęły mu dwa jasnoniebieskie punkty. To Anioł tamtych
ludzi siedział sobie i ględził na pewno, rozwodząc się nieprzerwanie nad
niedoskonałością swojego właściciela.
Darek przelał swoje współczucie na nieznajomego kierowcę auta. Jeśli była
to kobieta, siedziała zapewne sztywno, kurczowo ściskając koło kierownicy
i starała się anielskie słowa wpuszczać jednym uchem, a drugim od razu
wypuszczać. Jeśli kierowcą był mężczyzna, to najprawdopodobniej - myślał
sobie Darek - ciął ciemność przed sobą przekrwionymi ze złości oczami
i czekał tylko momentu, aż wjedzie w jasne obrzeża miasta, wyskoczy z
auta i skopie wredną kukłę.
Tak - nic więcej poza porządnym skopaniem Anioła nie wchodziło w grę.
Pawciu właśnie podnosił się z jezdni i malutkimi rączkami starał się otrzepać
do całkowitej czystości zniszczone ubranko. Na dzisiaj mam z nim spokój
- ucieszył się w duchu Darek.
- Gdzie ta cholerna taksówka? - zapytał na głos. - Zaraz zamarzniemy na
śmierć.
Temperatura rzeczywiście spadała coraz bardziej. Noc była pogodna, niebo
gwiaździste, a Księżyc chwalił się swym pełnym obliczem. Drzewa po bokach
jezdni stanowiły zwartą, ciemną ścianę, straszącą niedostępnością. Karolina
obciągnęła rękawy swetra na dłonie, chcąc choć trochę się ogrzać, jednak
nic jej to nie pomogło, bowiem dygotała na całym ciele. Oparła się o zimną
stal samochodu i z wyrazem bezradności w oczach patrzyła na męża.
- Kochanie, nie ma sensu, żebyś marzła. Wejdź do auta. - Darek stanął
obok niej i pogładził lodowatą dłonią po jeszcze zimniejszym policzku
żony. - Wyjmę tylko akumulator i przyjdę do ciebie. - Popatrzył na nią
z miłością i przeszedł go dreszcz grozy, gdy wyobraził sobie świat, w
którym jest bez niej. Taki świat nie jest moim światem, nienawidzę go
jeszcze bardziej, niż tego tutaj - pomyślał i wymownie zerknął w stronę
Pawcia, który stał bez ruchu, z grzecznym wyrazem twarzy, bez słowa czekając
na polecenia Darka. Jutro i tak znów wszystko będzie po staremu... Darek
wzruszył bezradnie ramionami i ruszył odpiąć klemy z akumulatora.
- Tak bardzo cię kocham, Darku. - Karolina nie posłuchała męża i stała
obok niego. - Jest mi cholernie przykro, że... że... Sama nie wiem! Wszyscy
mają swojego Anioła, ale... Chodzi o to, że nasza miłość jest przez cały
czas wystawiana na ciężką próbę... no wiesz, nie chcę, byśmy się poddali,
a Pawciu ciągle mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć. Znaczy nie
są to jakieś złe rzeczy, broń Boże, ale ta jego przenikliwość odbiera
nam jakąkolwiek prywatność... Słabe punkty, ciągle je podkreśla. One czasem
bolą... Tak! Dobrze o nich wiemy, ale wolelibyśmy nie mówić o nich głośno...
a on mówi. Darku... To znaczy... chcę cię zapewnić o mojej miłości do
ciebie. Kocham cię i... dziecko... może mimo wszystko powinniśmy o tym
pomyśleć...
Darek wystawił głowę spod podniesionej maski i ustawił odczepiony akumulator
na ziemi.
- Wiem, najdroższa - powiedział wzruszony. - Również kocham cię ponad
życie i w żadnym razie nie myśl sobie, że mógłbym przestać cię kochać
z powodu dziec... A zresztą to nasza wspólna decyzja. - Nagle w jego ciemnych
źrenicach odbiły się reflektory nadjeżdżającego samochodu. Zamknął klapę
i mocno objął Karolinę. - To już na pewno taksówka. Zaraz będziemy w ciepłym
domu. - Pocałował sine usta i pogłaskał targane przenikliwym wiatrem włosy
w kolorze kasztanów.
Taksówkarz miał dobre pięćdziesiąt lat i co najmniej tyle samo myśli
do wypowiedzenia w każdej chwili. Zaczął oczywiście od pogody, jaka to
ona zmienna, że jeszcze wczoraj było dwadzieścia stopni, a dzisiaj przymrozek
ścina ziemię. Potem gadał o swoim trzydziestoletnim stażu za kierownicą
i że nie widzi dla siebie innego zajęcia, że lubi jeździć, bo czuje się
wolny (nie to, żeby brakowało mi wolności na co dzień - dodał od razu,
przechodząc tym samym do zalet państwa, w którym również uwielbia żyć,
a tak w ogóle to on wszystko lubi, a konkretnie nie ma czegoś, czego by
jakoś wyjątkowo nie cierpiał).
- No bo i z tymi Aniołami to dobra sprawa - odezwał się znowuż i kiwnął
głową do lusterka wstecznego, w którym odbijały się błękitne oczy jego
Anioła i Pawcia, a także lekko skulona postać Karoliny. Darek siedział
z przodu i czekał znudzony ciepłego łóżka i dotyku kochanego ciała żony.
Anioły zdawały się w ogóle siebie nie zauważać i wszyscy milczeli, oprócz
kierowcy oczywiście, który mówił dalej: - Ile to ja już błędów uniknąłem
dzięki radom Maciusia, tak ma na imię, wiecie. Racja, gada często różne
takie rzeczy, że wolałbym ich nie słuchać, ale... Co ja wam zresztą będę
tłumaczył, sami na pewno dobrze wiecie, że bez Aniołów byłoby o wiele
gorzej. No bo i po was patrzę: szczęśliwe małżeństwo, myślę sobie, bo
szczere niesamowicie względem siebie nawzajem być musi, gdyż jak nie,
to i tak od Anioła prawda wyjdzie, on powie, czy kochacie naprawdę, czy
tylko tak udajecie. Wielka to zaleta dla ludzi, że wszelakie kłamstwo
się tak pleni, że wszędzie czysta prawda. Ach... - westchnął niby od niechcenia
i skręcił w drogę na miasto. Dodał gazu i znów się rozgadał: - Toż to
ta nasza kochanieńka władza sobie obmyśliła, naprawdę mądre tam głowy
siedzą u steru. Każdemu po Aniele sprzedać - prawda, że drogo cholernie,
ale Maciuś to już ze mną osiemnasty rok jeździ, więc nawet nie pamiętam,
ile za niego dałem. Ja to się taki doskonalszy czuję, taki... prawie doskonały
rzekłbym, ale skromność mnie hamuje. - Uśmiechnął się co najmniej nieskromnie
i znów zerknął na odbicie we wstecznym. - To wszystko Maciusiowi zawdzięczam,
tak wiele mnie on nauczył, że ho ho. Widzę, żeś pan stłukł przed chwilą
swojego Anioła - tu niespodziewanie zwrócił się do Darka, zapatrzonego
tymczasem w nieprzeniknioną czerń za szybą, z rzadka tylko rozświetlaną
przez mijające taksówkę samochody. Darek nie odpowiedział od razu, co
sprowokowało taksówkarza do dalszej przemowy: - Czyż to nie cudowny pomysł,
że można Anioła złoić czasem na kwaśne jabłko? Jak to ci ludzie wymyślili,
żeby krzyczał, że go boli, żeby naprawdę płakał i prosił, by przestać?
Nic go przecież dosłownie boleć nie może, no bo niby i jak, kiedy on tylko
maszyna. Ale ile w tym pomyśle geniuszu, żebyśmy mogli się wyżyć na lalce,
zostawić na niej całą agresję. Bo i potem po co ja mam bić się, na przykład,
z panem, kiedy pan wyglądasz na silniejszego i krzywdę byś jeszcze wyrządził,
a tak dowalę ja Maciusiowi, ten pokrzyczy, czym niebywałą radość mi sprawi,
a i zamknie się ze swoimi pouczeniami na dzień cały... tak on genialnie
skonstruowany. Ja się czuję wspaniale, nazajutrz Maciuś powraca do swoich
rad i wskazówek, wytyka błędy, od czego z dnia na dzień mądrzejszy się
staję i kiedy znów przebierze miarkę w słowach, biję go raz kolejny. A
pożytek z tego mam tylko ja... na tak wiele różnych dróg w dodatku.
Wjechali między latarnie miastowe i zrobiło się nieco przyjemniej. Ludzi
na ulicach nie było w ogóle, bo zbliżała się już północ, a mróz doskwierał
coraz bardziej. Taksówkarz raz kolejny wykazał ponadprzeciętną ciekawość
i zapytał:
- A w samochodzie to co się popsuło?
Darek odkleił wzrok od latarni i niechętnie wymamrotał:
- Akumulator siadł na mrozie.
- Aaa... - przytaknął taksiarz. - Dziwne, że stało się to w trakcie jazdy.
Sam się wtedy ładuje... wie pan.
- Wiem. Dziwne.
- Strach tak auto w środku lasu zostawić. Nie lepiej było wezwać lawetę?
- dociekał.
- Laweta jest droga. Przez noc podładuję akumulator i pójdę jutro przyprowadzić
samochód. Mam nadzieję, że nic się nie stanie.
- Na piechotę pan tam pójdzie?! - udanie zdziwił się kierowca. - Dwunasty
kilometr już stamtąd jedziemy. Może pan już dzisiaj się ze mną umówi na
kurs... za trzy czwarte ceny? Co pan na to?
Darek poddał się narastającemu w nim gniewowi i wypalił bez zająknięcia:
- Mówił pan, że jest doskonały. Trzy czwarte ceny dla człowieka w potrzebie
to żałosna zniżka. Nie sądzi pan?
Taksówkarz nic nie odpowiedział i przyspieszył. W końcu stanęli pod wskazanym
adresem, a na taksometr zaskoczyło jedenaście i pół euro. Tylnymi drzwiami
wygramoliła się Karolina, ciągnąc za sobą Pawcia. Pawciu powiedział "do
widzenia" do kierowcy, a Maciuś tymi samymi słowami pożegnał Karolinę.
Same na siebie Anioły nawet nie spojrzały.
- Jedenaście euro się należy - powiedział łagodnym, przepraszającym głosem
taksiarz.
Darek dał mu kartę, ten włożył ją w czytnik i na klawiaturze wystukał
należność. Oddał kartę i Darek wysiadł, dźwigając akumulator.
- Doskonałość ustępuje miejsca chęci godnego życia - rzucił za nim taksówkarz.
- Niestety... - dodał jakby na usprawiedliwienie.
Darek odetchnął mroźnym powietrzem późnego wieczoru i nie chciało mu się
polemizować. Zobaczył jednak, jak Karolina stoi na progu domu, jak niepotrzebnie
marznie, czekając na niego, więc powiedział:
- Doskonałość jest ponad wszystko. Ponad ten świat, ponad dostatnie życie,
ponad życie w ogóle, ponad śmierć. Nie ma pan pojęcia o doskonałości.
- Może i nie mam - przyznał taksiarz niechętnie. - Ale nikt nie ma, pan
również.
- Nieprawda. Niech pan spojrzy na moją żonę. - Wskazał Karolinę; ta drżała
z zimna, ale nie weszła do domu. Na spojrzenie Darka odpowiedziała ciepłym
uśmiechem, przy którym usta zdawały się układać w słowo: "kocham".
- Jest pan szczęściarzem. - Taksówkarz wcisnął lekko gaz i Darek zatrzasnął
drzwi. Zaskoczyła jedynka i taksówka odjechała. Zaraz też znikła za zakrętem.
Przed snem napili się gorącej herbaty i wzięli kilka tabletek. Mimo to
Karolina miała wielkie czerwone wypieki na polikach, gorące czoło i wszystko
wskazywało, że i tak się rozchoruje. Darek zasnął od razu, wiedząc bardzo
dobrze, jak ciężki czeka go jutro dzień. W pracy musi być na siódmą, a
bez samochodu będzie to trudne, bo autobusy nie jeżdżą zbyt często. Pracę
skończy o siedemnastej, kiedy to świat ogarnia już jesienna szarówka,
wejdzie do domu tylko po akumulator i ruszy w drogę. Przejdzie dwanaście
kilometrów z ciężką torbą i wróci do domu nie wcześniej niż na dziesiątą.
I może będzie miał szczęście, gdy nie rozchoruje się na grypę lub - nie
daj Boże - na coś poważniejszego. Jedyną zaletą tej pieszej wędrówki to
brak Pawcia, który zostanie w domu, by marudzić Karolinie.
Karolinę trawiła gorączka i kilka razy w nocy szła do kuchni napić się
chłodnej wody i wziąć coś przeciwgorączkowego. Pawciu stał w wąskim przedpokoju
i obserwował ją uważnie. Raz tylko odezwał się, że nie chorowałaby tak
łatwo, gdyby więcej czasu spędzała aktywnie na dworze, a będąc w liceum
nie unikała notorycznie zajęć wychowania fizycznego. Potem nie mówił już
nic do samego rana.
Leżąc w łóżku, nie mogąc odgonić gorączki ani zaprosić snu, patrząc tępo
w czarny sufit, Karolina myślała o wielu sprawach, lecz głównie o przeszłości.
Za Darka wyszła siedemnaście lat temu, gdy miała dwadzieścia lat, a on
był jedynie o rok starszym, ale za to o ile bardziej dojrzałym od niej
mężczyzną.
Mieli to szczęście, że Urząd zezwolił im na zakup tylko jednego Anioła,
tak zwanego rodzinnego. Zapłacili za niego całe niebotyczne dwa tysiące
dwieście euro, co wiązało się oczywiście z wzięciem państwowego kredytu,
który spłacili dopiero przed pięcioma laty. Po drodze okazało się, że
ich Anioł (nazwali go Krzyś) był wadliwy, a mianowicie za mało widział,
słyszał i kojarzył, co gwarantowało jako taki spokój Karolinie i Darkowi.
Jednak w centrali już po dwóch latach wykryli usterkę (operatorów dyżurnych
zdziwiło, że ani razu Krzysia nie zbito, a sygnały właśnie tego faktu
były monitorowane w ramach kontroli). Przyszli więc dwaj urzędnicy, kazali
wypełnić stosy formularzy, zabrali Krzysia i postawili w jego miejsce
Pawcia, a na odchodnym powiadomili, że oczywiście nie trzeba płacić za
nowego Anioła, który jest w zamian za fabrycznie wadliwego, lecz oprocentowanie
zaciągniętego kredytu wzrasta od tej chwili o pięć punktów procentowych
w skali roku w ramach kary za brak niezwłocznego zgłoszenia usterki.
Od tego momentu Darek bił Pawcia regularnie, gdyż mały ludzik był jak
najbardziej sprawny i stróżował - zwykła tak mawiać władza - nad wyraz
dobrze. Świetnie odgadywał emocje z ruchów twarzy, wyłapywał każde najdrobniejsze
słowo, które uważał za wyraz słabości i niedoskonałości Karoliny lub Darka,
ciągle upominał i natrętnie zachęcał a to do intensywniejszego myślenia,
a to do cięższej pracy, to znów do tego, a to do tamtego i Darek kopał
go, okładał pięściami i wiele razy obiecywał, że odetnie mu w końcu tą
małą główkę, lecz wtedy wkraczała Karolina, przypominając mężowi, że nie
stać ich na nowego Anioła i że przecież taki wydatek zrujnowałby ich finanse
doszczętnie, a w dodatku kolejny Anioł będzie się identycznie zachowywał
i całe ich życie, od pieniędzy po psychikę, legnie w gruzach na dobre.
Nagle do Karoliny dotarło, że dzisiaj - tam na drodze, w ciemności i w
mrozie - coś w niej pękło i że tak dalej być nie może. Pawciu był okrutny
- to wiedziała na pewno. Lecz przecież żyła z nim już piętnasty rok, dzień
po dniu uważając na własne słowa i słuchając jego słów, nauczyła się,
iż Anioły są nieodłącznym elementem współczesnego jej świata. Wszyscy
posiadali Anioły; tak samo nieznośne jak Pawciu, różniły się jedynie niektórymi
cechami wyglądu. Żaden człowiek w państwie nie był bardziej wolny niż
ona z Darkiem, wszyscy żyli w tym samym piekle, próbując wmówić sobie
konieczność takiego życia.
Piętnaście lat! - zdziwiła się w duchu i przekręciła na bok w stronę
śpiącego męża, zmęczonego minionym dniem, choć może i minionymi latami.
Oboje chcieli mieć dziecko, ale na co dzień jedli głównie ziemniaki, popijali
je kompotem, a kolacje i śniadania to wciąż chleb, smalec i marmolada,
przepijane zieloną herbatą. Nosili od lat te same ubrania, szanując je
możliwie najbardziej, a wszelkie rozrywki stanowiły relikt najdawniejszej
przeszłości. Nie widzieli więc w swej rodzinie miejsca dla dziecka z tysiącem
potrzeb i z niewypowiedzianą, ale z natury oczywistą, chęcią dobrego startu
życiowego, którego za nic nie mogli mu zapewnić. Dziecko stanowiło dla
nich wymarzony luksus, marzenie najszczersze z możliwych, lecz z wiadomych
przyczyn nieziszczalne.
Ale był Pawciu. A Darek bił go co najmniej raz na tydzień. Ale jak bił!
- Karolina aż drgnęła na wspomnienie ciosów, krzyków, płaczu. Tak dobrze
wiedziała, że Pawciu to - jak wciąż powtarzał rozwścieczony Darek - syntetyczna
kukła wypchana kablami i z blaszaną puszką w głowie zamiast normalnego
mózgu, ale jego reakcje były tak sugestywne, tak realne i przerażające
swą naturalnością, że Karolina cierpiała niezmiernie i wierzyła w tych
bolesnych momentach, że Pawciu czuje ciosy, że płacze prawdziwymi łzami
z prawdziwego bólu.
A ona z dnia na dzień uważała go coraz bardziej za własnego... Westchnęła
z rozpaczy, że gubi się w tej iluzji, że przecież jest zbyt rozsądna,
by myśleć takie rzeczy. Ale Pawciu miał ładną buzię: białe, pulchne policzki,
okrągłe jak monety, błękitne oczy patrzące spod długich, czarnych rzęs.
Chudy, spiczasty nosek, a pod nim czerwone i małe usta. Na główce czarne,
zawsze czyste i schludnie ułożone włosy. Kobiety lubią chłopców o cukierkowej
urodzie, a Pawciu niewątpliwie był jak cukierek... a Darek go wciąż bije.
Przecież to nie jego wina, że jest taki - wyszeptała przez suche usta
i usnęła niespokojnym snem.
Noc była chwilą, gdyż o piątej zadzwonił budzik i Darek zerwał się ja
oparzony, zjadł trzy kanapki ze smalcem i jedną z marmoladą, trzy kolejne
przyszykował niedbale i włożył do torby. Wypił duszkiem kubek przestudzonej
herbaty, założył gruby, dziurawy w kilku miejscach sweter, na niego naciągnął
kurtkę, porwał torbę i stał już w progu, gdy usłyszał za sobą zachrypnięty
głos żony:
- Miłego dnia, Darku. - Karolina była blada i trzęsła się z zimna, ale
wargi skrzywione miała w półuśmiechu.
Darek podbiegł do niej i pocałował gorące czoło.
- Dziękuję kochanie. Połóż się natychmiast do łóżka i leż w nim cały dzień.
Nie szyj dzisiaj niczego.
- Nie będę - rzekła cicho. Wahała się przez moment i odezwała się jeszcze:
- Darku... Czy jesteś w stanie wybaczyć mi... cokolwiek złego bym zrobiła?
Darek patrzył na nią z niepokojem.
- Jesteś chora, Karolino. Proszę cię, połóż się wreszcie. - Popchnął ją
delikatnie w stronę sypialni, a sam zawrócił do wyjścia. - Spieszę się
bardzo...
- Darku! - krzyknęła za nim. - Muszę wiedzieć.
Darek westchnął ciężko i powiedział z wyraźną niechęcią:
- Kocham cię i wybaczę ci wszystko. - Wybiegł z domu i Karolina została
sama.
- Kocham cię - szepnęła za mężem i wróciła do łóżka.
Karolina siedziała na taborecie w kuchni i tępo patrzyła na szarą terakotę,
kiedy pod dom podjechał Darek. Nie wybiła jeszcze nawet ósma, a on był
już z powrotem (jeśli nie liczyć jego króciutkiego pojawienia się o wpół
do szóstej, gdy wziął jedynie akumulator i wybiegł od razu) i wyglądał
na szczerze zadowolonego, gdyż wbiegł do domu, ściągnął kurtkę i buty
i podśpiewując pod nosem wpadł do kuchni. Od razu zasypał żonę setką słów:
- Nawet nie wiesz, jakie miałem szczęście... Szedłem poboczem... miałem
dosyć... A tu nagle samochód się zatrzymuje... Nie zgadniesz jaki... minął
nas wczoraj na drodze... czarny, poobijany, pamiętasz? W środku siedzi
młoda kobieta i mówi, że mnie pamięta z tej drogi... że widziała, jak
nam się auto popsuło, ale nie miała odwagi się zatrzymać, a poza tym Anioł
by jej marudził, że przecież nic nie ma z tej życzliwości... ale teraz
to jej się tak szkoda zrobiło, że chcę tyle przejść na piechotę, że mnie
podwiozła i pomogła z akumulatorem... i... - zamilkł na moment, bo zdziwiło
go zachowanie Karoliny. Zawinięta w żółty szlafrok, siedziała ze spuszczoną,
potarganą głową i jakby w ogóle nie reagowała na przybycie męża.
Darek podszedł bliżej i spytał niepewnie:
- Karolina, wszystko w porządku?
Karolina podniosła głowę i Darek ujrzał zalane łzami oczy, czerwony nos
i pogryzione wargi koloru miedzi. Odsunął się mimowolnie i zamarł przerażony.
- Karolinko! Karolinko! Co ci jest, kochanie?! - Otrząsnął się z szoku
i tulił już ukochaną głowę, głaskał poplątane włosy, muskał gorące policzki,
całował zimne usta. - Co ci jest, kotku? - pytał, a Karolina chlipała
coraz głośniej aż wybuchła wielkim płaczem. Płakała nieprzerwanie dobre
pięć minut, żałośnie i boleśnie zarazem, a Darek tulił ją tylko, nie wiedząc,
co może zrobić, ani co tak naprawdę się stało.
W końcu, gdy łzy powoli się wyczerpywały, Karolina wydobyła z siebie cichy,
ledwie słyszalny głos:
- Darku... Ja... Powiedziałeś, że wybaczysz mi... wszystko mi wybaczysz...
Ja już nie mogłam dłużej, strasznie cierpiałam...
Darek pomyślał nagle, że to na pewno Pawcia wina, że Anioł zrobił lub
powiedział coś okrutnego, coś, co doprowadziło Karolinę do takiej rozpaczy.
Podskoczył jak poparzony i ryknął na całe mieszkanie:
- Gdzie jest ta parszywa kukła?! Choć tu, plastikowy pajacu, pokażę ci,
na czym świat stoi!!! - Wybiegł z kuchni, przebiegł po parterze i popędził
do sypialni na piętrze, potem zbiegł z powrotem do kuchni i zdyszany wrzeszczał
na całe gardło:
- Ukrył się, co?! Dobrze, bo tak go stłukę...
- Nie, nie, nie... - Karolina cicho pojękiwała. - Nigdy więcej, Darku,
nigdy więcej...
Darek patrzył na nią szeroko rozwartymi oczami i dyszał za złości. Nic
nie rozumiał ze słów żony.
- To nie jego wina - mówiła - nie jego... Piętnaście lat był z nami, a
ty go wciąż biłeś, tłukłeś... Nie! - wykrzyknęła żałośnie. - Był taki
ładny i nie zasłużył sobie na ból!
Darek już chciał się odezwać, że przecież to robot, ale zdał sobie sprawę,
że to nie ma sensu.
- Tylko jego mieliśmy... - Karolina odzyskiwała powoli siły i mówiła coraz
głośniej. - Byliśmy tylko my i on, my i mały Pawciu... odkąd pamiętam.
Mieszkał z nami i ja go... Nie zniosłabym więcej bólu, który mu zadawałeś.
Nigdy więcej, rozumiesz?...
Darek bał się zrozumieć i uwierzyć we własne domysły. Tyle lat ciężkiej
pracy, codzienna harówka za marne grosze i znów miałby zaciągnąć praktycznie
niespłacalny kredyt...?
Jakiś samochód podjechał pod dom i wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Zadzwonili
do drzwi i sparaliżowany Darek poszedł ich wpuścić. Karolina stanęła za
nim i gdy jeden z urzędników spytał: "gdzie?", pokazała im wyjście
do ogrodu. Ruszyli wszyscy i wyszli z domu na zmarzniętą trawę, na oblane
mrokiem podwórko i z początku nie dostrzegli nic szczególnego. Dopiero,
gdy wzrok przywykł do ciemności, zobaczyli czarny, mały kształt, leżący
w dziwnej pozie pod płotem. Darek jęknął i wiedział już na pewno, że to
prawda. Siekiera wbita z impetem w kark Pawcia nie mogła nie zniszczyć
skomplikowanych układów maszyny.
Wrócił do ciepłego domu i usiadł na tym samym taborecie w kuchni, na
którym przed chwilą siedziała Karolina i tak samo jak ona rozpłakał się
łzami niewysłowionego żalu. Urzędnicy zabrali nieruchome ciało Anioła
do samochodu i wrócili z plikiem kwitów i dokumentów. Darek podpisywał
machinalnie, gdzie kazali i kiwał skwapliwie głową na ich słowa, żadnego
jednak nie słysząc. Potem poszli, obiecując, że jutro z rana przywiozą
nowego Anioła.
Karolina stanęła przy zlewozmywaku i drżała ze strachu. Bała się, że Darek
odejdzie lub nawet zrobi coś gorszego. Lecz przecież...
- Powiedziałeś, że wybaczysz mi wszystko - rzekła płaczliwym głosem.
Nie padła żadna odpowiedź, żaden gest, żaden ruch. Karolina nie mogła
znieść tego dłużej.
- Darku!!! Błagam... - jęknęła i gorzki płacz porwał jej słowa.
Darek uniósł głowę i zapytał:
- Dlaczego...?
Zebrała wszystkie siły, zacisnęła dłonie w piąstki i wykrzyknęła:
- Bo on zasługiwał na coś więcej... na spokój... na śmierć...
Darek popatrzył na nią, jak na wariatkę.
- Anioł zasługuje na śmierć??? - Trząsł się tak bardzo, aż nóżki taboretu
uderzały o podłogę. - A ja? Na co ja zasługuję? Dlaczego nie mogę dostać
tego, na co zasługuje każdy człowiek? Co ja mam z życia, co ja mam z pracy,
co ja mam z... - przerwał, nie mogąc wciąż uwierzyć w to, co się stało.
- Myślałem, że mnie kochasz...
- Kocham cię! - Skoczyła w stronę męża i chciała go przytulić, ten jednak
odepchnął ja brutalnie. Przerażona gestem, znów oparła się o zlewozmywak.
- Nasza miłość miała przetrwać, mówiłeś, że jest ponad cały ten świat,
ponad całe zło, które nas otacza... A teraz...
- Teraz już w nic nie wierzę. Nie wierzę, że życie ma sens, a skoro tak,
to każdy aspekt tego życia również jest bez sensu. Nie chcę żyć! To ja
i ty zasługujemy na śmierć, rozumiesz, my zasługujemy na święty spokój,
a ty dałaś go tej parszywej kukle! Zasługujemy na śmierć, bo życie nas
nie chce, jest dla nas okrutne i bezlitosne! Ja i ty...
Podniósł oczy i spojrzał na żonę. Pawcia już nie było, by mógł dorzucić
swoje pięć groszy. Tego wieczoru zabrakło Anioła i Darek poczuł się naprawdę
wolny pierwszy raz od tylu lat.
|