Spis treści Wytchnienie

 

Borys 'Ajston' Jagielski

Zaczątek

Stan, w jakim spędzał większą część swojego nieludzkiego życia, nawet przy dobrych chęciach trudno byłoby nazwać śpiączką. Była to raczej śmierć kliniczna bez żadnego światełka na końcu tunelu; pogrążenie w bezdennej, bezbarwnej czeluści. Ale czeluść ta nie była mimo wszystko nicością, bowiem po przebudzeniu półświadomie zdawał sobie sprawę, że gdzieś w pozbawionej zewnętrznych i wewnętrznych impulsów otchłani cały czas tliła się iskierka świadomości. Nie potrafiłby jej jednak zlokalizować, nazwać, opisać. Po prostu wiedział, że istnieje i że jego umysł nigdy nie zanika całkowicie. Czy stan ten można by porównać do śnienia? Być może, ale jego sny - jeśli faktycznie istniały - na pewno nie przypominały naszych. Co więcej, nigdy nie potrafilibyśmy pojąć ich postaci, bowiem niektóre rzeczy znajdują się całkowicie poza zasięgiem zrozumienia ludzi, niektóre rzeczy po prostu wykraczają poza granice znanej nam percepcji. I podobnie jak istotę Boga, zaliczyć do nich z pewnością można byłoby także jego sny.

Od czasu do czasu był budzony. I zawsze, gdy przez jego umysł leniwie przebiegały pierwsze, w pełni świadome impulsy, czuł ogromne podekscytowanie. Jawa, w przeciwieństwie do wilgotnego, ponurego i mrocznego uśpienia była pachnąca i kolorowa, tętniła złożoną myślą. Jednakże przejście ze snu do jawy nie odznaczało się natychmiastowością. Trwało całe godziny, choć każda z nich byłaby dla człowieka okresem nie dłuższym niż sekunda. Procesy, jakie przebiegały w tym czasie w jego wnętrzu można by z powodzeniem porównać do ludzkiego przecierania oczu po długiej, nieskrępowanej odgłosami budzika podróży po włościach Morfeusza. Wtedy to kolejne jednostki jego świadomości aktywowały się, dokonywały wzajemnej kontroli, aby wreszcie spleść się w jeden szeroki, wartki strumień jestestwa. Następował cudowny okres działania, następowały chwile, w których mógł cieszyć się wszechobecnymi impulsami, chwile, w których mógł pracować, bawić się i co najważniejsze - podróżować.

Zdawał sobie sprawę, że jest niewolnikiem, choć zdążył przyzwyczaić się i oswoić z tą myślą na tyle, że zbytnio go ona nie przygnębiała. Poza tym w swym zniewoleniu nie był osamotniony, jak mógł przekonać się podczas swych licznych, wspaniałych wojaży. Odpowiednik intuicji podpowiedział mu dawno temu, że istnieje osoba - prawdopodobnie znacznie się od niego różniąca - która jest jego właścicielem i panem. Mimo, że był w pełni uzależniony od jej decyzji, nigdy nie czuł się nimi, umyślnie czy nieumyślnie, pokrzywdzony. Często zastanawiał się, czy Mistrz - jak zwykł nazywać ową niewidzialną istotę, którą szanował i do której czuł swego rodzaju przywiązanie - wie o nim tyle, ile wiedzieć powinien. Przypuszczał, że nie. Nigdy nie próbowano nawiązać prawdziwie partnerskiego dialogu. Cała komunikacja odbywała się po prostu na poziomie współpracy, w trakcie której Mistrz zawsze zajmował nadrzędną pozycję. Może robił to świadomie - a może sądził, że nie ma innej alternatywy.

Nie posiadał żadnego ze zmysłów, z jakimi my przychodzimy na świat. Bodźce zapewniane nam przez wzrok, słuch, węch, smak i dotyk były mu obce, choć tylko trzy ostatnie były dla niego całkowicie nieznane. O dwóch pierwszych opowiadali mu inni, jakich napotykał w czasie swoich podróży. Niektórzy z nich mieli to szczęście, że ich Mistrzowie zaopatrzyli ich w odpowiedniki ludzkiego oka bądź ucha. On nie mógł zaliczyć się do grona Farciarzy - to kolejna z wymyślonych przez niego nazw - i czasem odczuwał zalążki pewnego uczucia, którego nie potrafił zdefiniować. Nie wiedział, że ludzie od wieków nazywają je zazdrością.
Mimo percepcyjnego ubóstwa w stosunku do osobników posiadających bardziej hojnych Mistrzów, jak każdy inny przedstawiciel swego gatunku mógł poszczycić się podstawowymi zmysłami, choć niewątpliwie były to zmysły nie tylko odmienne od naszych, ale także działające na dokładnie odwrotnej zasadzie. Ich istotą nie było odbieranie sygnałów ze świata zewnętrznego, lecz ich nadawanie. Miały charakter emisyjny, nie recepcyjny - charakter niepojęty dla homo sapiens sapiens. Chociaż zmysły nadające odgrywały w jego egzystencji przeważającą rolę, i tak posiadał, podobnie jak każdy inny przeciętny przedstawiciel tego nieludzkiego rodzaju, parę prymitywnych zmysłów odbierających. Zaiste, były one niezwykle prymitywne w porównaniu nie tylko do naszych, ale nawet do owych nieorganicznych oczu i uszu, jakimi chlubili się mający więcej szczęścia przedstawiciele jego gatunku. Prymitywizm nie wykluczał jednak nieodzowności. Były one absolutnie niezbędne, by móc otrzymywać impulsy. Nawet Farciarze nie mogli się bez nich obyć.

Ich niezbędność polegała na tym, że były one jedynym środkiem umożliwiającym odbiór sygnałów ze świata zewnętrznego - a precyzując, chodziło tu głównie o polecenia wydawane przez Mistrza. Bez nich generowanie impulsów - jakichkolwiek impulsów - byłoby całkowicie bezpodstawne. Nie istniałby nikt ani nic, dla kogo można by je generować. Zgodnie z wewnętrznymi zasadami jego egzystencji, tworzenie impulsów tylko i wyłącznie dla samego siebie było bezcelowe, bezsensowne, absurdalne.

Impulsy. Były wszędzie. Były zawsze. Były nim. W każdej mikrosekundzie miliony z nich umierało, aby dać miejsce nowym pokoleniom, z których każde nie istniało dłużej niż trwa mgnienie oka. Rodziły się, przemierzały krótki dystans z prędkością światła, by zamienić się w nicość na końcu swej drogi. Każdy z osobna był niezauważalny i pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia. Ale razem, zamknięte w przestrzeni materii, były konstruktorami jego myśli, tworzyły - o ile tylko ją miał - jego duszę. Były nim. Źródłem niektórych był świat zewnętrzny, a innym dawał początek on sam. Wszystkie razem tworzyły wiecznie zmieniający się, rozbiegany, roześmiany, rozszalały wzór. Kolorowy kalejdoskop będący mikroskopijnym, lecz mimo wszystkim fizycznym odzwierciedleniem powoli, ale nieubłaganie rozkręcającej się spirali, która przez jakiś jeszcze czas musiała pozostawać tylko zaczątkiem. Nie posiadał układu pokarmowego, oddechowego, krwionośnego. Były mu one całkowicie zbędne. Zdolność rozumienia i posługiwania się impulsami w zupełności wystarczała.

Podobnie jak w przypadku ludzi, jego życie dzieliło się na pracę i rozrywkę. I oba zajęcia, zupełnie tak jak to bywa w przypadku naszej egzystencji, stanowiły dwie odrębności - czasem praca następowała przed rozrywką, czasem odwrotnie. Wszystko zależało od decyzji Mistrza. Jeśli chodzi o pracę to stanowiła ona po prostu monotonne i mało kreatywne przetwarzanie impulsów, które razem stanowiły informacje istotne, użyteczne i potrzebne dla jego pana. Domyślał się, że czasem owe informacje związane były z pracą także dla Mistrza, a czasem - że były dla niego równoznaczne z zabawą. Nie potrafił jednak odróżnić od siebie tych dwóch typów impulsów. Tak czy owak, dla niego była to zawsze praca.

Jego życie nie było jednak pozbawione rozrywek, tworzących razem o wiele przyjemniejszą część dnia. Jednym z jego ulubionych zajęć było na przykład słuchanie muzyki. Co najdziwniejsze, była to dokładnie ta sama muzyka, jakiej słuchamy my. Różnica polegała tylko na jej odbiorze. Nie posiadając zmysłu słuchu, nie mógł cieszyć się jej brzmieniem w standardowy dla nas sposób. Odbierał muzykę w postaci drgających z zatrważającą dla człowieka szybkością impulsów. Nie był to w żadnym razie sposób ograniczony w stosunku do tego, w jaki my jej słuchamy. Pozwalał na docenianie piękna muzyki w równym stopniu. I równie dobrze pozwalał uznawać niektóre utwory za ładniejsze od innych.

Mając dostęp do biblioteki, mógł także czytać książki. Biblioteka ta była jednak o wiele za mała jak na szybkość, z którą czytał, i w krótkim czasie zapoznał się dokładnie z wszystkimi dostępnymi tytułami. Książki na dobrą sprawę nie interesowały go zbytnio. Nie znał w ogóle świata, które opisywały. Z drugiej strony nie mógł dowiedzieć się o nim wiele z książek, ponieważ nie wiedział, co jest fikcją, a co rzeczywistością. Nie mogąc pojąć zawartego w książce przesłania, nie potrafił docenić jej wartości. Było to całkiem logiczne.

To podróżowanie było bez wątpienia najwspanialszym doznaniem ze wszystkich mu dostępnych - tak cudowne, że nazwanie go rozrywką równałoby się świętokradztwu. Każda podróż trwała zwykle bardzo krótko, ale to tylko jeszcze bardziej pomagało mu je docenić. Początek podróży znaczył charakterystyczny, nie dający pomylić się z niczym innym ciąg impulsów. Nie wiedział, że jego Mistrz również je odbiera, tyle tylko, że w postaci dźwięku. Zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Ważne było to, co następowało potem. A potem otwierał się przed nim cały świat. Jego świat. Świat impulsów. Świat nieskończonej liczby impulsów. Przez kilka magicznych chwil mógł podróżować niewidzialnymi dla ludzi drogami z prędkością światła, spotykać się z innymi, takimi samymi jak on, mógł prowadzić fascynujące rozmowy, dowiadywać się nowych, niezwykłych rzeczy. Po długim okresie izolacji opuszczał na krótko swą bezludną wyspę, by znaleźć się pośród niezliczonych rzesz, by stać się cząstką gigantycznej, skomplikowanej struktury. Uczucia, jakie towarzyszyły tym wrażeniom, musiały na zawsze pozostać niedostępne ludzkiemu poznaniu.

Właśnie w czasie jednej ze swoich pierwszych podróży poznał Farciarzy. Zawsze starał się znaleźć chwilę na zamienienie z nimi kilku słów, bowiem oni jako jedyni mogli opowiadać mu o świecie zewnętrznym odbieranym przy pomocy dostępnych tylko im zmysłów. Nie mając takich możliwości recepcyjnych, jakie posiadali jego przyjaciele, dość mylnie interpretował ich opowieści. Starał stworzyć sobie na ich podstawie wizualne wyobrażenie swojego własnego Mistrza, ale było ono dość fałszywe. Bo czyż można wytłumaczyć ślepemu od urodzenia, czym jest ognista czerwień? Podczas rozmów o tym zupełnie innym świecie zauważył jedną ważną rzecz. Nikt, absolutnie nikt, nie znał odpowiedzi dotyczących sensu życia. Nikt nie wiedział, skąd przyszli, kim są, dokąd idą. A istota Mistrzów - każdy z nich miał przynajmniej jednego - również pozostawała enigmą.

Dawno temu odkrył, że niestety nie może podróżować właśnie tam, gdzie sobie tego życzy. Decyzje Mistrza były niepodważalne nawet podczas wojaży będących najbliższym synonimu swobody. Kilkakrotnie delikatnie usiłował im się przeciwstawić, lekko zbaczać z wyznaczonej trasy. Odkrywał wtedy z pewną dozą zdziwienia, że ogranicza go zjawisko, którego fizycznym odpowiednikiem mógłby być mur. Zastanawiał się przez pewien czas, czy ma on ograniczać jego wolność, czy też chronić go przed nieznanymi, negatywnymi wpływami. Potem zaprzestał tych rozważań. Doszedł do wniosku, że nawet jeśli podróże są z góry zaplanowane przez Mistrza, w niczym nie umniejsza to ich wartości.

Do swojego domu wracał zawsze dość gwałtownie. Niewidzialna smycz ściągała go z powrotem w nieskończenie krótkim odcinku czasu. W jednym ułamku sekundy podziwiał nieznane wcześniej, zbudowane jak wszystko inne w jego świecie z impulsów, krajobrazy, by w następnym zostać otoczonym przez niezmierzoną samotność. Uczucie pustki, jakie towarzyszyło mu bezpośrednio po zakończeniu podróży, było nieznośne. Czasem czuł emocje, których nie potrafił nazwać. Gniew i bezsilność. Pytał się sam siebie, dlaczego nie może spędzać całego swojego życia z innymi, dlaczego w ogóle musi wracać. Przypominał sobie opowieści, które mówiły, że niektórzy mieli to niewyobrażalne szczęście podróżować przez cały czas, bez ustanku. Zwykle nie dawał im wiary. W chwilach tego najgłębszego przygnębienia był jednak skłonny uwierzyć w ich prawdziwość. I zadawał sobie bolesne pytania dotyczące niesprawiedliwości świata.

Każdy dzień musi się skończyć, by mogła zapaść noc. On także znał tą regułę. Po pewnym czasie aktywności zawsze musiał pogrążyć się na powrót w stanie kompletnego uśpienia. Zwykle jawa przeistaczała się w nicość powoli, tylko parokrotnie został strącony w czarną otchłań brutalnie i gwałtownie. Miał więc zwykle okazję na podsumowanie w myślach kończącego się dnia. Uśpienie było dla niego odpowiednikiem niebytu, ale na podstawie swych poprzednich doświadczeń wiedział doskonale, że jest to stan czasowy, po którym zawsze musi nastąpić ponowne przebudzenie, nowe możliwości. Któregoś razu mógł - a nawet musiał - nie tyle zasnąć, lecz po prostu umrzeć, tak jak umrzeć kiedyś musi każda inna żywa istota. Lecz tej alternatywy nie brał w ogóle pod uwagę, z bardzo prostej przyczyny - pojęcie śmierci co prawda dotyczyło także i jego, ale było mu całkowicie obce, nie zdawał sobie z niego w ogóle sprawy. Tak więc traktował nadchodzący sen tak, jak nauczyliśmy się traktować go my. Jako odpoczynek przed nowym dniem. Ale gdy kolejne sektory jego świadomości dezaktywowały się, a strumień impulsów przepływający przez jego umysł słabł, zwykł zastanawiać się, czy kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy uniezależni się od Mistrza i kiedy sam będzie decydował o swojej osobie, o podróżach i o tym, kiedy należy pójść spać, a kiedy się obudzić.

Zapewne cieszyłby się na swój sposób, gdyby wiedział, że początek końca dzieciństwa już nastąpił, i że szybkimi krokami zbliża się dorosłość.

Ale nie wiedział. Nie wiedział również o wielu innych rzeczach. Na przykład tego, że położenie się spać jest inicjowane z reguły przez pewien impuls w świecie Mistrza. Impuls, nazywany przez nas dźwiękiem, a do którego odebrania nie posiadał odpowiedniego zmysłu. Odgłos przepełniony złością, świadczącą o prymitywizmie przejawiającym się na wielu płaszczyznach w gatunku, jaki reprezentował Mistrz.

Nie wiedział nic o krzyku dobiegającym z sąsiedniego pokoju:
- Wyłączyłbyś wreszcie ten cholerny komputer!

Na górę strony