| |
2001: Odyseja kosmiczna (2001: A Space Odyssey)
|
Tytuł: 2001: Odyseja kosmiczna (2001: A Space Odyssey) Gdy sięgnę pamięcią wstecz, dochodzę do wniosku, że 2001: Odyseja kosmiczna była pierwszą książką science-fiction, z jaką się zetknąłem. Naprawdę wiele lat temu obejrzałem jej ekranizację wyreżyserowaną przez Stanley'a Kubrick'a. Będąc małym chłopcem niewiele z niej zrozumiałem, ale film na tyle zapadł w mojej pamięci (chyba głównie dzięki wspaniałym zdjęciom przedstawiającym kosmos), że gdy zacząłem czytać poważniejsze książki, postanowiłem mniej lub bardziej niezwłocznie kupić literacki pierwowzór. I na pewno nie była to błędna decyzja. Zimna i przejrzysta noc mijała spokojnie, a księżyc wschodził powoli
pośród równikowych konstelacji, których nigdy nie zobaczy ludzkie oko.
W jaskiniach pomiędzy niespokojnym snem a zlęknionym oczekiwaniem rodziły
się koszmary przyszłych generacji. Jest rok 2001. Doktor Heywood Floyd, autorytet w dziedzinie astronomii, zostaje w trybie natychmiastowym wezwany z Ziemi do księżycowej bazy Klawiusz. Z niewiadomych powodów ośrodek objęty został kwarantanną, a Stany Zjednoczone przydzieliły całej sprawie klauzulę najwyższej tajności. Po krótkim pobycie na międzynarodowej stacji okołoziemskiej i spotkaniu ze swoim radzieckim przyjacielem, Dymitrijem Moisiejewiczem, Floyd bez przeszkód ląduje na Księżycu. Bierze tam udział w naradzie, na której dowiaduje się wszystkich szczegółów tajemniczego, i jak się okazuje, absolutnie niezwykłego oraz bezprecedensowego zdarzenia. W regionie krateru Tycho, siedem metrów pod powierzchnią księżycowego gruntu, zlokalizowano obiekt o niezwykle silnych właściwościach magnetycznych. Szybko zorganizowane i przeprowadzone wykopaliska doprowadziły do wydobycia na powierzchnię satelity czarnej płyty o wymiarach trzy i pół na półtora metra. Badania geologiczne doprowadziły do zdumiewającego rezultatu. Monolit - ochrzczony nazwą kodową AMT-1 - liczy sobie około trzech milionów lat. Gdy go zakopano, ludzie jeszcze nie istnieli. Jest to pierwszy dowód na istnienie inteligentnych form życia poza Ziemią. Floydowi przypominała olbrzymi, złowieszczy kamień nagrobny. Jej krawędzie były ostro zakończone, całość zaś sprawiała wrażenie niezwykłej symetrii. Płyta była tak czarna, że zdawała się połykać padające na nią światło. Powierzchnia płyty była idealnie gładka. Nie można było stwierdzić, czy wykonano ją z kamienia, metalu czy plastiku. Być może zrobiono ją z materiału całkowicie nieznanego ludziom. Naukowcy wyruszają na spotkanie z monolitem w księżycowym łaziku. Nikt nie ma pojęcia, jakie jest przeznaczenie lub funkcja enigmatycznej struktury. Badacze rozważają także pochodzenie jej twórców, ale oczywiście nikt nie jest w stanie przedstawić hipotezy wiarygodniejszej od pozostałych. Przybycie ludzi zbiega się z księżycowym świtem - monolit ogląda światło dzienne po raz pierwszy od kilku milionów lat. W słuchawkach radiowych naukowców wybucha ogłuszający gwizd. Bezpośrednio po tym zdarzeniu sondy kosmiczne rejestrują potężny impuls energetyczny, który odrywa się od Księżyca i leci gdzieś w kierunku gwiazd... Po trzech milionach lat ciemności AMT-1 powitała księżycowy świt. Amerykański statek kosmiczny "Discovery" wyrusza na pierwszą załogową misję do zewnętrznych planet Układu Słonecznego. Ostatecznym celem wyprawy jest Saturn. Na pokładzie "Discovery" znajduje się sześć osób. Trzech z nich, naukowa część załogi, pogrążona jest w hibernacji i ma zostać obudzona dopiero po przybyciu do celu. Komfortu tego zostali pozbawieni David Bowman, kapitan, i Frank Poole, jego zastępca, którzy przez całą podróż mają czuwać w dwunastogodzinnych zmianach nad jej przebiegiem. Szóstym członkiem załogi jest HAL 9000, inteligentny komputer, który pozostając posłusznym ludzkiej woli posiada absolutną kontrolę nad wszystkimi systemami pokładowymi. Ani David Bowman, ani Frank Poole nie znają prawdziwego charakteru swojej misji. Nie wiedzą, że podążają śladem sygnału wysłanego kilka lat przez AMT-1 z Księżyca. Poza dowództwem misji na Ziemi, zdają sobie z tego sprawę jedynie trzej zahibernowani naukowcy - i HAL 9000. Ale już na pewno nikt nie domyśla się, jaki przebieg będzie miała podróż, i co znajdą na końcu kosmicznej drogi ci, którzy ocaleją. - Przepraszam, że przerywam uroczystość - odezwał się nagle Hal -
ale mamy pewien problem. Powiem wprost, że 2001: Odyseja kosmiczna jest książką wyjątkową z kilku powodów. Zacznijmy od tego, iż w dość wiarygodny sposób przedstawia czytelnikowi pozaziemską inteligencję. Amatorzy "kosmicznych oper" nie znajdą tu ani małych, szarych ludzików, ani owadopodobnych, krwiożerczych potworów. Obcy Clarke'a są czymś zupełnie innym. Mimo, że w pewnym sensie odgrywają oni w powieści raczej marginalną rolę, tworzą wspaniałe, spowite mgłą zagadki tło fabuły. To właśnie wszechobecna enigma czyni z 2001: Odysei kosmicznej fascynującą lekturę, od której naprawdę trudno się oderwać. Arthur C. Clarke nie jest laikiem w tematach, które porusza. Posiada wykształcenie astronomiczne i astronautyczne, co umożliwiło mu w fachowy i artystyczny sposób oddać piękno, potęgę i tajemniczość Wszechświata. Opisy międzyplanetarnego lotu przez pustkowie Układu Słonecznego, spotkania z asteroidą gdzieś za orbitą Marsa i wykorzystania Jowisza jako grawitacyjnej trampoliny nie zostały obdarte z podstawowych techniczno-naukowych, przystępnie podanych szczegółów, a tam, gdzie trzeba dokonywać spekulacji, autor robi to w sposób sprawny i wiarygodny. Nie wolno zapomnieć, że pisana kilkadziesiąt lat temu 2001: Odyseja kosmiczna opowiada o przyszłości, która dla nas jest już przeszłością, a w najlepszym razie - teraźniejszością. Żadna baza na księżycu oczywiście nie istnieje i musi minąć jeszcze wiele lat, zanim powstanie (o ile w ogóle powstanie), a załogowe loty nie tylko do Jowisza i Saturna, ale nawet na Marsa należą do równie, lub jeszcze bardziej odległej przyszłości. Każdy autor powieści science-fiction ma z pewnością ambicje - świadome lub podświadome - by jego futurystyczne wizje znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Clarke'owi bez wątpienia się to nie udało (a w każdym razie zbyt pochopnie wybrał datę), ale nie sądzę, żeby przeszkadzało to któremukolwiek z czytelników. Najistotniejsze, żeby wizje pisarza, trafne czy nie, były intrygujące, a tym w 2001: Odysei kosmicznej na pewno nie zabrakło owej cechy. Wspomniawszy wcześniej o obcej inteligencji przedstawionej w książce, nie sposób pominąć faktu, że wątek z nią związany w umiejętny sposób spleciony został z tym dotyczącym inteligencji sztucznej, której powieściowym reprezentantem jest myślący superkomputer HAL 9000. Trudno powiedzieć, czy zdarzenia do jakich doszło na pokładzie "Discovery" należy traktować jako przestrogę przed pokładaniem zbyt dużej ufności w krzemowych mózgach. Niewątpliwie jednak - niewątpliwie, bowiem autor wyraźnie zaznacza to we wstępie - książka stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, ważne zarówno z naukowego, jak i filozoficznego punktu widzenia. Jeżeli we Wszechświecie istnieją pozaziemskie, inteligentne formy życia, dlaczego wciąż nie doszło do bezpośredniego spotkania z ludźmi? Każdy zainteresowany tą kwestią już tylko z tego powodu powinien sięgnąć po 2001: Odyseję kosmiczną. Pierścienie bowiem - o czym wiedziano od dziewiętnastego wieku - nie
były ciałem stałym. Z punktu widzenia praw mechaniki taka ewentualność
nie wchodziła w rachubę. Składały się z miliardów elementów - prawdopodobnie
pozostałości po księżycu, który zbliżywszy się do planety został rozerwany
na kawałki przez siłę przyciągania Saturna. Bez względu na pochodzenie
pierścieni, ludzie mieli ogromne szczęście, że taki cud znalazł się w
zasięgu ich wzroku. Cud ten bowiem mógł istnieć jedynie przez krótki fragment
historii Układu Słonecznego. Powieść Arthure'a C. Clarke'a jest obowiązkową pozycją dla miłośników profesjonalnego science-fiction, ale nie powinni nią też wzgardzić tolerujący fantastykę miłośnicy dobrej prozy jako takiej. Książka oferuje klimatyczną, wciągającą fabułę obfitującą w kilka niespodziewanych zwrotów akcji, a wszystko to zostało osadzone w najpiękniejszej z możliwych scenografii - w kosmosie, początkowo tylko malowniczym i tajemniczym, który jednak z czasem zamienia się w synonim niewyobrażalnej pustki, staje się granicą ludzkiego poznania. 2001: Odysei kosmicznej naprawdę zarzucić można bardzo mało, choć według mnie powieści brakuje tego czegoś, co umożliwiłoby jej przyznanie najwyższej noty - w układance doskonałości zabrakło kilka niezidentyfikowanych przeze mnie elementów. Wybredny czytelnik nie powinien się jednak tym martwić. Zakończenie, które go czeka, jest zarówno niespodziewane, jak i zachęcające do własnych rozważań na pewne tematy. Tylko osoby, które tym zajęciem się brzydzą, nie polubią wspaniałego literackiego dzieła Arthure'a C. Clarke'a. (...) miał czas na wypowiedzenie jednego nie dokończonego zdania,
którego ludzie czekający w Centrum Sterowania Lotem, oddalonym o dziewięćset
milionów mil i osiemdziesiąt minut w przyszłość, nigdy nie zapomną: OCENA: 9 / 10 |