|
Norbert
'Irvin' Zapotoczny
Wiara-nadzieja-miłość
|
Budzik zadzwonił jak co rano o 5:30. Kowalski otworzył oczy i utkwił
wzrok w suficie. Przez chwilę wpatrywał się w popękane odłamki białej
niegdyś farby po czym obrócił twarz w stronę okna. Za szybą szalał listopadowy
wicher, który z radością rozplaskiwał na szkle lodowate kropelki jesiennej
mżawki.
O 5:40 Kowalski podniósł się z łóżka i stanął bosymi stopami na zimnej,
drewnianej podłodze. Zrobił kilka kroków i znalazł się kuchni, w której
było jeszcze zimniej. Nalał wody do czajnika i podpalił gaz przedostatnią
zapałką. Była 5:47.
O 5:49 Kowalski otworzył szafkę i wyjął z niej kawałek zeschniętego chleba.
Ukroił cztery kromki z niemałym trudem po czym posmarował je masłem. Na
wierzchu każdej z nich położył plasterek żółtego sera. Od pięciu godzin
i pięćdziesięciu minut trwał poniedziałek.
O 5:54 czajnik zawył sygnalizując swoją gotowość do zalania herbaty. Kowalski
zdjął go z gazu, zalał herbaciane fusy i tak sporządzony napar posłodził
dwoma łyżeczkami cukru. Po śniadaniu założył czystą koszulę w paseczki,
spodnie, skarpetki, buty, płaszczyk, czapkę, szalik i rękawiczki, po czym
wyszedł do pracy.
Acha, założył też czyste majtki.
Kowalski wrócił z pracy i zatrzasnął za sobą drzwi. Wbiegł do pokoju
oddychając ciężko, rozejrzał się dookoła po czym pobiegł do łazienki.
Odkręcił kurek z zimną wodą. Włożył głowę pod lodowaty strumień i pozostawał
tak przez pięć minut szlochając i zachłystując się naprzemian wodą. Gdy
jego mózg zamarzł na tyle, że przestał myśleć Kowalski zakręcił wodę i
sięgnął po ręcznik. Wycierał się długo i powoli, po czym odwiesił ręcznik
i wyszedł z łazienki. Udał się do małej, obskurnej kuchni, po drodze rozpinając
guziki przemoczonej koszuli w paseczki. Zdjął z kuchenki czajnik, napełnił
go wodą, po czym odstawił na palnik, zapominając podpalić gazu.. Usiadł
ciężko na krześle i utkwił wzrok w podłodze. Tam, pomiędzy poodginanymi
płytkami PCV, dwie mrówki toczyły zacięty bój o okruszek suchego chleba,
ale Kowalski ich nie widział. Po dziesięciu minutach wstał z krzesła i
zalał zimną wodą fusy herbaciane. Wypił zawartość szklanki jednym haustem
i odstawił do zlewu.
- To nie może być prawda - powiedział cicho i wyszedł z kuchni, gasząc
za sobą światło.
W ciemności mrówce atakującej od strony lodówki udało się zaskoczyć tę
, która atakowała od strony szafki z garnkami i wygrała bitwę o okruszek
odgryzając jej głowę w akcie dominacji.
Budzik zadzwonił punktualnie o 5:30. Kowalski wstał mechanicznie z łóżka
i poszedł do łazienki. Po porannej toalecie włożył czystą koszulę w paseczki,
po czym wczorajszą koszulę w paseczki włożył do kosza, w którym piętrzył
się stos brudnych koszul w paseczki z całego tygodnia. Zjadł śniadanie,
założył buty, czapkę i szalik i wyszedł do pracy.
Kowalski pracował w zakładzie stolarskim przy ulicy Szarej. Jak sugeruje
nazwa, ani on, ani jego zakład, ani żaden inny zakład na tej ulicy, co
więcej, nawet jej mieszkańcy nie pasowali by do serialu z numerem 90210
w nazwie. Podobne było całe życie Kowalskiego, który nawet nazwisko miał
jak najbardziej typowe.
Urodzony w biednej rodzinie robotniczej na przedmieściach, podobnie jak
jego czterej bracia, ukończył szkołę zawodową po czym rozpoczął pracę
w zakładzie stolarskim. Z powodu wrodzonej nieśmiałości a nawet strachu
przed płcią przeciwną nigdy się nie ożenił, nigdy nawet nie pocałował
dziewczyny, pomimo swoich pięćdziesięciu dwóch lat.
Pracował pięć dni w tygodniu, w sobotę odwiedzał swoją starą matkę, a
w niedzielę, po porannej mszy rozsiadał się przed telewizorem. Jego jedynym
nałogiem były papierosy, które zaczął palić jeszcze w szkole. Poza tym
nie pił, nie czytał gazet i nie miał na świecie nikogo, kogo mógłby nazwać
swoim przyjacielem. Oprócz swojej starej matki, dwóch żyjących braci i
znajomych z pracy nie znał i nie rozmawiał z nikim innym.
I wszystko było takie same dzień po dniu, rok po roku aż do wczoraj. Wczoraj
bowiem wydarzyło się coś tak niezwykłego, że Kowalski dziś już nie wiedział,
czy było to prawdą, czy snem. A było to wydarzenie naprawdę niezwykłe,
tym bardziej, że w jego życiu nie zdarzyło się dotąd nic, czego nie można
by przewidzieć. A nawet gdyby zwiedził cały świat i przeżył mnóstwo dzikich
i niebezpiecznych przygód to i tak to wydarzenie pozostałoby najbardziej
niezwykły ze wszystkich pozostałych. Otóż wczoraj Kowalskiemu ukazała
się Matka Boska.
W zasadzie słowo "ukazała się" nie jest najwłaściwsze, gdyż
widział ją w tym miejscu wielokrotnie. Dwa razy dziennie, w drodze do
i z pracy mijał kościół pod wezwaniem NMP stojący przy ulicy Żółtej. Był
to mały budynek z cegły, którego wielkość pomniejszała jeszcze bardziej
potężna plebania wybudowana tuż obok. Tuż nad wejściem do kościoła znajdowała
się dwumetrowej wysokości nisza, w której stała gipsowa figura Maryi z
rozpostartymi ramionami i wzrokiem utkwionym w chmurach. Stała tak codziennie,
przez trzydzieści jeden lat, aż do wczoraj. Wczoraj, natomiast, gdy Kowalski
wracając z pracy podniósł na nią oczy, figura zapłonęła jakimś niebiańskim
światłem, przebijającym jak gdyby z wewnątrz niej.
W pierwszej chwili Kowalski pomyślał, że proboszcz podświetlił figurę
celem przyciągnięcia uwagi wiernych, ale nie. Co więcej, w miejscu figury
Maryi nie było już figury. W miejscu figury Maryi stała Maryja. Jej wzrok
nie był już utkwiony w chmurach. Jej wzrok przeszywał Kowalskiego z piekielną...
tzn. z niebiańską przenikliwością. Kowalski stał jak wryty. Jego wnętrzności
palił paniczny strach. Nigdy nie przypuszczał, że Matka Boska może wywołać
u niego takie uczucie. Wtedy Maryja poruszyła ustami i przemówiła. Ale
jej głos nie dobiegał z jej ust. Jej głos dobiegał z samego środka głowy
Kowalskiego, jakby zawsze tam był i błąkał się przez wiele lat, przemierzając
tysiące kilometrów połączeń miedzy neuronami, a dopiero wczoraj odnalazł
drogę do obszarów mózgu odpowiedzialnych za słuch. Słowa, które usłyszał,
przeraziły go jeszcze bardziej niż sama postać i wtedy po prostu odwrócił
się i zaczął uciekać.
Biegł przez całą drogę do domu nie zatrzymując się ani razu. W ten sposób
spalił cały zapas strachu i już bez lęku mógł zasnąć. Zanim jednak zapadł
w sen przemknęły mu przez głowę słowa, które wypowiedziała postać. A brzmiały
one: " Zostań moim rycerzem".
Dlatego dzisiaj Kowalski poszedł do pracy inną drogą. Zajęło mu to więcej
czasu i przyszedł do pracy spóźniony o dziesięć minut. Gdy wszedł do zakładu,
maszyny nagle umilkły, robotnicy przerwali rozmowy, a majster przestał
opierdalać młodego praktykanta. Uwaga wszystkich została skierowana na
Tego Który Po Raz Pierwszy Od Trzydziestu Jeden Lat Spóźnił Się Do Pracy!
Wszyscy podeszli do niego w milczeniu, przez chwilę przyglądali mu się
z niedowierzaniem po czym zaczęli się z nim witać tak wylewnie i serdecznie,
jak gdyby właśnie wrócił z wojny jako jedyny ocalały żołnierz. Albo rycerz.
Majster nawet ucałował go i uściskał.
Powód tej nagłej sympatii był bardzo prozaiczny. Kowalski przez całe życie
pracował jak maszyna. Przychodził do pracy zawsze punktualnie, wykonywał
ją szybko i sprawnie a przy tym niezwykle dokładnie, nie chorował, nie
jeździł na wczasy, nie pił - jednym słowem pracownik idealny.
A ludzie nienawidzą ideałów. Bo ideały nie mają cech ludzkich, a ludzie
wstydzą się swoich cech ludzkich i zazdroszczą ideałom.
A dzisiaj kowalski spóźnił się do pracy jak każdy normalny człowiek. Koledzy
piali z zachwytu. I tylko Kowalski nie wiedział czym zasłużył sobie na
takie owacje. Ale gdyby nawet zapytał o to któregoś ze swoich kolegów
z pracy, albo nawet samego majstra, to i tak nikt by mu nie potrafił tego
wyjaśnić.
Kowalski sam znalazł sobie wytłumaczenie tej sytuacji. Zaczął ją łączyć
z wczorajszym objawieniem.
W drodze do domu szedł bardzo powoli, krokiem spacerowym. Zatrzymywał
się przed każdą witryną sklepową, mimo, że i tak nie miał zamiaru nic
kupić. Z każdym krokiem czuł jak włosy podnoszą się mu na karku a po plecach
spływają w dół kropelki zimnego potu.
Szedł właśnie ulicą Seledynową, i gdy skręcił w Żółtą, przyspieszył kroku.
Ze wzrokiem utkwionym w chodniku chciał przemknąć obok kościoła, nie patrząc
na postać, która wywoływała u niego śmiertelny strach. Szedł coraz szybciej
aż zaczął biec. Przebiegł koło kościoła ale nic się nie stało. Nie usłyszał
żadnego głosu ani nie zauważył żadnej poświaty. Zwolnił kroku, aż wreszcie
zaskoczony stanął i odwrócił się. W niszy nad wejściem nie było Maryi,
nie było także figury Maryi. Właściwie to niczego tam nie było oprócz
niszy.
Maryję spotkał w tramwaju. Nie miał już dokąd uciekać. Drzwi były zamknięte
a pojazd pędził pustymi ulicami.
- Nie bój się - powiedziała - nie możesz się bać. Nie możesz się już
niczego bać. Jesteś rycerzem, moim rycerzem. Będziesz głosił moją chwałę.
Kowalski pomyślał, że nie umie głosić chwały, nie umie rozmawiać nawet
z własną starą matką, a co dopiero z tłumem obcych ludzi, jednak jego
obawy rozwiały się w jednej chwili. Znikła bowiem Maryja, ale jej głos
pozostał. Właściwie był to już jego głos, ale nie wypowiadał już jego
myśli. Był jakby głosem niezależnym, był jak sufler z teatru. Podsuwał
mu myśli, każąc powtarzać je na głos. Gdy Kowalski milczał, głos zaczynał
dodawać mu pewności i otuchy. Mówił, że Kowalski jest teraz kimś szczególnym,
że wszyscy to teraz wiedzą, jego koledzy z pracy też. Że działa w słusznej
sprawie, że jest jedynym ratunkiem dla ludzkości w walce ze złem, że to
on ma zabić Szatana i doprowadzić świat do zbawienia.
A z każdym słowem wypowiedzianym przez głos Kowalski nabierał sił i pewności
siebie. Czuł, że staje się innym człowiekiem. Że jest w stanie kruszyć
skały i wyrywać drzewa z korzeniami, że jest w stanie nawrócić każdego
grzesznika, choćby był i samym diabłem, a przede wszystkim poczuł, że
on bardzo kocha ludzi! Wszystkich ludzi. Pała do nich tak ogromną miłością,
że aż rozpala ona jego serce. Czy wiecie jakim wspaniałym uczuciem jest
mieć rozpalone serce?
Na twarzy Kowalskiego pojawił się niebiański uśmiech. Zaczął iść powoli
wzdłuż wagonu tramwajowego i głosić chwałę. Właściwie powtarzać chwałę
głoszoną przez głos wewnątrz jego głowy. Ale ludzie w tramwaju nie wykazywali
zbytniego zainteresowania jego słowami. I im bardziej go ignorowali odwracając
się ostentacyjnie w stronę okien, tym bardziej ich kochał i tym bardziej
kochał ich głos w jego głowie głoszący chwałę. A im bardziej ich kochał
głos w jego głowie głoszący chwałę tym głośniej i płomienniej mówił. A
im głośniej i płomienniej mówił głos w jego głowie głoszący chwałę tym
głośniej i płomienniej mówił on.
Po pewnym czasie Kowalski już nie mówił, tylko krzyczał. Krzyczał o pokoju
i miłości zarówno w niebie jak i na Ziemi, o zmartwychwstaniu i zbawieniu,
o Bogu i Szatanie, Maryi i Dziewicy, Jezusie i Duchu Świętym. A gdy motorniczy
wyrzucił go z pojazdu w okolicach centrum, Kowalski zaczął biegać po ulicach,
krzyczeć, śpiewać psalmy, klękać i czynić znaki krzyża, po czym wstawać
i dalej biegać. Ludzie z zainteresowaniem zaczęli mu się przysłuchiwać
zbijając się w sporą gromadę. Ktoś postawił skrzynkę po owocach a na niej
postawił Kowalskiego, żeby widzieli go wszyscy zebrani. A Kowalski, niczym
prorok i mesjasz zarazem, głosił już nie tylko chwałę ale i słowo, choć
dla zebranych nie stanowiło to większej różnicy.
I ludzie uwierzyli mu, że jest rycerzem. Więc kazał im kochać a oni pokochali
się nawzajem. Miłością braterską, oczywiście. Kazał im się radować i zaczęli
się radować, wznosząc do nieba wesołe okrzyki. Gdy kazał im się modlić
to wszyscy uklękli i zaczęli się modlić. A na głównej ulicy zebrało się
już prawie całe miasto, bo chwała głosiciela chwały i słowa, proroka i
mesjasza, rozniosła się lotem błyskawicy. Na ulicę tą przyjechały nagle
wozy transmisyjne wszystkich telewizji świata, które rozpoczęły nadawanie
przez krążące po orbicie ziemskiej satelity bez przerw na reklamy. Kowalski
zażądał zakończenia wojen i wszyscy ludzie spojrzeli na siebie ze zrozumieniem
- zakończmy te wojny! Żołnierze walczących armii na całym świecie odrzucili
karabiny i podali sobie ręce. Kowalski powiedział:
- Zlikwidujmy nędzę, rasizm i dyktaturę - i ludzie zlikwidowali nędzę,
rasizm i dyktaturę. Bogaci podzielili się swoimi majątkami z biednymi,
nacjonaliści przygarnęli do domów uchodźców z krajów, gdzie toczyła się
wojna, ale ci podziękowali grzecznie za gościnę i wrócili do swoich krajów,
w których już przecież wojny nie było. Każde państwo dzieliło się z innymi
tym co miało i otrzymywało w zamian to czego mu brakowało. Państwa, które
miały więcej, dawały więcej a państwa, które miały mniej, dawały mniej.
I gdy na świecie zapanowało szczęście i miłość, gdy nędza, głód i wojny
zniknęłyły a wszyscy ludzie głosili chwałę i słowo ktoś wpadł na pomysł,
aby pomodlić się do Maryi i poprosić ją, żeby Kowalski dostąpił łaski
wniebowstąpienia. I wszyscy ludzie na kuli ziemskiej padli na kolana i
zaczęli się modlić.
A wtedy ukazała się ona na niebie, jaśniejąc wewnętrznym niebiańskim światłem
i spojrzała na miasto i główną ulicę, gdzie stał Kowalski, otoczony wiwatującym
tłumem. Wtedy głos w jego głowie zamilkł i zamilkł tłum. Z nieba bowiem
zaczął zbliżać się ognisty rydwan. Do niego zaprzężony był ognisty rumak,
którego rżenie było tak potężne, że powodowało lekkie trzęsienie ziemi.
Na ognistym rydwanie siedział śnieżnobiały anioł, którego wielkie skrzydła
cięły powietrze z wyciem i furkotem. Rydwan spadł prawie na głowę Kowalskiego,
porwał go i uniósł z powrotem w przestworza.
Tłum znów zaczął wiwatować i cieszyć się, a jego odgłosy milkły w oddali.
Kowalski leżąc na ogromnym, miękkim łożu, zamocowanym w ognistym rydwanie,
pośród wycia i furkotu, przeżywał właśnie religijną ekstazę.
Gdy otworzył ponownie oczy, znajdował się pośrodku rajskiego ogrodu. Leżał
na wielkim, białym obłoku a dookoła tańczyły złote gwiazdeczki, będące
główną składową niebiańskiego pyłu - pokarmu aniołów. Po obu stronach
jego głowy, na wyciągnięcie ręki, rosły piękne, rajskie rośliny, pnące
się w nieskończoność ku górze i wydające butelkowate, przezroczyste owoce,
wypełnione boskim nektarem. Ponad nim rozciągał się nieskończony kosmos,
migający miliardami gwiazd betlejemskich. Wszędzie panowała nieskończona
cisza, tak cicha, że dzwoniła w uszach. Na twarzy Kowalskiego malował
się wyraz nieskończonej błogości.
Stał się drugim mesjaszem. Drugim w dziejach ludzkości, ale pierwszym,
który coś zmienił. Odrzucił jednak dumę i pychę. Radował się radością
radujących się na Ziemi ludzi, którzy przez cały czas stali w tych samych
miejscach, wpatrując się w niebo. Kowalski spojrzał przed siebie i zobaczył
trzy postacie unoszące się nad ziemią przed jego obłokiem.
Pośrodku stał Bóg. Bóg miał mlecznobiałe włosy i nieskończenie mądre oblicze,
przeorane licznymi zmarszczkami, które dodawały mu powagi i doświadczenia.
Miał na sobie śnieżnobiałą szatę, która była tak biała, że wydawała się
świecić jakimś wewnętrznym światłem.
Po prawicy Boga stał Jezus. Jezus był młodzieńcem przecudnej urody, z
kilkucentymetrową, piękną brodą, okalającą jego piękne oblicze. Broda
dodawała mu powagi a także łagodziła jego rysy. Jego orzechowe oczy pałały
nieskończoną miłością, a jego szata była tak biała, jakby przeświecało
przez nią jakieś wewnętrzne światło.
Po lewej stronie Boga stała Maryja. Była nieskończenie piękna i kobieca,
a jej proste, gładkie i lśniące włosy dodawały jej kobiecości i piękna.
Miała na sobie śnieżnobiałą szatę, tak białą, jakby przeświecało przez
nią jakieś wewnętrzne światło.
Przez długi czas, który mógł być zarówno minutą jak i wiekiem panowała
cisza. Atmosfera przepełniona był miłością i uwielbieniem. Aż wreszcie
przemówił Bóg:
- Czy przyszły już zdjęcia z tomografii? - zapytał Jezusa.
- Tak, panie profesorze. Duża zmiana nowotworowa w obrębie lewej półkuli
mózgowej - przemówił Jezus do Boga - Pacjent nieoperacyjny - dodał.
- Nieoperacyjny - powtórzył Bóg za Jezusem - Siostro - zwrócił się Bóg
do Maryi - morfinę co osiem godzin. To i tak nie potrwa długo - dodał
ciszej po czym odwrócił się i wyszedł z sali chorych a za nim Jezus z
Maryją.
Zaprawdę powiadam wam, lekarze to straszni ignoranci.
18.02.00r.
|