Spis treści Wytchnienie

 

Katarzyna 'Thil'nen' Ruszkowska

Pocisk

Zielony kursor na ekranie kontrolnym pulsował uspokajająco. Siedziała, zanurzona głęboko w fotelu Pierwszego Pilota, zapatrzona w bezmiar Wszechświata, który otaczał Syrenę XVII. Pozwalała, aby jej umysł swobodnie dryfował pomiędzy planetami, gwiazdami, Galaktykami, nie znajdując żadnych przeszkód ani granic. Mimo, że od 12 lat zasiadała za sterami przeróżnych statków, nadal nie wierzyła w to, co twierdzili naukowcy - że Wszechświat nie jest nieskończony. Że można znaleźć jego kres. Gina zawsze mówiła jej, że jest zbytnią marzycielką jak na fizyka. Może miała rację...

Po prawej stronie widniał inny ekran, ale Olga nie chciała na niego patrzeć. Płynnie zmieniające się, czerwone cyfry wyznaczały upływ czasu. Kiedy opadną do zera, Olga będzie musiała nacisnąć klawisz, odpalający pocisk. Co będzie dalej? Bóg jeden raczy wiedzieć. A może nawet on nie...

Gdzieś na skraju świadomości słyszała Nawigatora, który odbierał raporty od eskortujących Syrenę XVII statków. Wszystko szło dobrze, wręcz leniwie. Tu, w kosmosie, nie było czuć szaleństwa trwającej na Ziemi wojny. Ile to już lat? Pięćdziesiąt, może trochę więcej. A zaczęło się tak niewinnie, wojna z terrorystami, odwet za Twin Towers... Wydawało się wtedy, że Zjednoczone Siły Obrony Ziemi zwyciężą bez problemów. Chociaż nie, z tego, co mówili jej w szkole, sojusz utworzono dopiero po użyciu technologii Obcych. Arabowie pierwsi ujawnili swoje kontakty z O'ghami, z Czerwonym Klanem. Wtedy okazało się, że Stany Zjednoczone już wcześniej nawiązały stosunki z Klanem Melail, dlatego konflikt rozgorzał z wielką siłą. Prosta wojna z terrorystami zmieniła się w Wojnę O Ziemię. Nikt tak naprawdę nie wiedział, o co chodzi Obcym, skąd przybyli i czy spotkali we Wszechświecie jakieś inne cywilizacje. Kontakty z nimi należały do przywilejów wąskiej grupy specjalistów. Gina należała do tej grupy, zajmowała się językiem O'ghów. Aby jej praca była bardziej efektywna, Obcy rozbudzili w niej moce telepatyczne. Olga czasem zastanawiała się, po co im to tak naprawdę było...

Nie lubiła Obcych. Nie ufała im, chociaż korzystała z ich technologii i czasem współpracowała z o'ghaskimi pilotami. Ciekawiło ją, jak wyglądał świat, kiedy ludzie myśleli, że są we Wszechświecie sami. Oglądając stare filmy można było dojść do wniosku, że zawsze tęsknili do spotkania. Może uważali, że lepsza jest nawet najstraszniejsza prawda niż niepewność? Olga wolałaby jednak niepewność. Bo ona pozwala mieć nadzieję. Tak było w przypadku choroby Giny. Kiedy tylko spojrzała w jej oczy, od razu wiedziała, że to Błękitna Śmierć. Napatrzyła się na nią w bazie, kiedy pechowi naukowcy umierali powoli, zżerani przez małe, niebieskie wirusy (tak przynajmniej wyobrażała je sobie Olga), przyniesione przez Obcych. Ale przez kilka dni łudziła się jeszcze nadzieją, że to omyłka. Niemal siłą zabroniła Ginie iść na badania, chcąc udawać, że wszystko jest w porządku... Ale nie było. Dziewczyna pomyślała o dziwnej teorii Teda, który mówił czasem, że Błękitna Śmierć to kara za to, że biali wykończyli ospą Indian i że teraz O'ghowie robią to samo z ludźmi. Ale Ted był pedałem i nikt w bazie nie brał go na poważnie.

Rozmyślania przerwał jej delikatny impuls w umyśle. Gina zawsze kontaktowała się z nią bardzo delikatnie, nie chcąc ingerować w prywatne myśli. Olga uwielbiała w niej tą delikatność. Jak i wszystko inne.

- Też cię kocham - odpowiedziała.- Jakie dziś niebo nad Nowym Jorkiem?
- Pełne smogu, jak zwykle. Tęsknię do ciebie.
- Już niedługo wrócę, maleńka. Też tęsknię.
- Ja umrę Olga. Już wkrótce.
- Nie mów tak. Na pewno coś wymyślą i będziesz zdrowa...
- To nie choroba mnie zabije.
- O czym ty mówisz?
- ...

Kontakt się urwał. Zielony kursor na ekranie kontrolnym nadal pulsował jednostajnie, odliczanie trwało.

Olga zasłoniła dłonią oczy, zacisnęła lekko powieki. Czuła wyraźnie niepokój Giny i sprawiało jej to niemal fizyczny ból, jednak uważała go za irracjonalny. Nie była zachwycona perspektywą wystrzelenia pocisku, który miał unicestwić kilkaset tysięcy istnień ludzkich, ale, do diabła, była przecież wojna! Gina należała do tych słodkich, naiwnych stworzeń, które chciały pokoju i miłości między wszystkimi. Olga nie wierzyła w miłość. Oczywiście, kochała Ginę każdą cząsteczką swojego jestestwa, ale nie wierzyła w te wszystkie górnolotne brednie o potędze miłości, która przezwycięży wszystko, która jest największą siłą człowieka, jego największym błogosławieństwem i tak dalej. Miłość to uczucie, naturalne jak pragnienie, głód czy popęd seksualny - wszystkie one składają się na istotę ludzką, a nikt nie widzi w nich nic nadzwyczajnego. Ale Gina myślała inaczej i stąd jej dzisiejszy niepokój...

Westchnęła lekko. Co ma powiedzieć Ginie? Że jej obawy są bezzasadne? Że pocisk nie zniszczy Ziemi, że nie ma takiej możliwości? Mówiła jej to już wiele razy. Gina jednak była uparta. Twierdziła, że zarażono ją wirusem Błękitnej Śmierci właśnie po to, żeby odsunąć ją od badań. Że odkryła za dużo. Olga nie wiedziała, co o tym myśleć. Z jednej strony chciała wierzyć ukochanej, z drugiej zaś wierzyć nie mogła. To było absurdalne, irracjonalne, chore. Nowa broń miała być przecież lepsza - silniejsza niż pocisk balistyczny, a nie powodująca żadnej radiacji. Miała nareszcie rozwiązać problem wojny, zniszczyć wrogie wojska. Podobno opierała się na wypróbowanej technologii Obcych, którzy niedawno sprowadzili ją na Ziemię. Gina uważała, że poznała sekret tej technologii, że udało jej się nawiązać kontakt telepatyczny z pociskiem... a konkretniej z istotą, która była w środku.

- To nie były przywidzenia, Olgo... - znów nawiązały kontakt.
- Jak żywe stworzenie może być bombą? Przecież to niedorzeczne... - napięcie, spowodowane niepokojem i bezradnością sprawiło, że powiedziała to zbyt szorstko. Wzięła głębszy oddech i przetarła palcami oczy.
- Tłumaczyłam ci przecież. Oni wzięli jakąś istotę i podzielili ją na trzy części, czy też może są to trzy oddzielne byty, nie wiem tego. - Olga wyczuwała w jej głosie desperację. Ale też słabość, którą w umysł Giny wtłoczyła choroba. Zagryzła wargi, czując kolejny przypływ wściekłości. Dlaczego była taka bezradna...! Opanowała się szybko. Nie chciała, żeby chora poczuła jej złość.
- Ale w jakim celu? Co im z tego przyszło? I jakie w tym zagrożenie? - zadawała te pytania głównie po to, aby nie myśleć o tym, co bolało. Rozmawiały już o tym przecież. Gina jednak powtarzała cierpliwie po raz kolejny.
- Te istoty, dla uproszczenia przyjmijmy tą wersję, są... stworzone z miłości. Albo też czują do siebie miłość. W każdym razie celem ich istnienia jest połączyć się w jedną całość, ponieważ się kochają, czy też są miłością samą w sobie. Przez całe życie szukają się, odczuwają pewną formę przyciągania. W końcu łączą się ze sobą, wydzielając przy tym duże ilości energii.
- To bez sensu, wiesz o tym dobrze. Istota, stworzona z miłości? To świetnie pasuje do tych bzdur o wielkiej sile miłości, ale ja w to nie wierzę!
- Nie kochasz mnie? - smutek w jej głosie ścisnął Oldze serce. Nie chciała jej zranić. Poczuła się jak potwór.
- Kocham cię, maleńka, najbardziej na świecie. Przecież wiesz...
- Więc czemu mi nie wierzysz? O'ghowie z Klanu Melail dali tą broń ludziom po to, żeby zniszczyć Ziemię. Wolą, żeby planeta nie istniała w ogóle, niż żeby Klan Czerwony zdobył na niej władzę. Coś się musiało widocznie stać, może nadchodzą posiłki dla Czerwonego Klanu, nie wiem.
- Gina, przecież broń została przetestowana przez naszych naukowców. Zrobiono próby, Bóg wie co i naprawdę nie istnieje aż takie niebezpieczeństwo. Nawet, jeśli siła wybuchu będzie nieco większa od przewidywanej, to najwyżej kawałek Półwyspu Arabskiego pójdzie pod wodę. Niewielka strata...
- Nie, ty nadal nic nie rozumiesz! - dopiero teraz Olga uświadomiła sobie, w jak ciężkim stanie była Gina. Czuła, jak tamta płacze gdzieś w środku, jak powoli osuwa się w rozpacz i beznadzieję. Strach złapał dziewczynę za gardło. A co jeśli... jeśli Gina zrobi jakieś głupstwo? Jeśli choroba zawładnęła już jej umysłem? Słuchała jednak nadal, zaciskając dłonie w pięści i marząc tylko o tym, żeby przytulić swoją małą, jasnowłosą dziewczynkę do piersi i mówić jej o tym, jak bardzo ją kocha...
- Jest coś jeszcze. O'ghowie nie powiedzieli ludziom o jednej, bardzo ważnej właściwości tych istot. Kiedy znajdują się blisko siebie, tak, jak to ma miejsce we wnętrzu pocisku, wyczuwają tą bliskość i z każdą chwilą przyciągają się silniej, gdyż tak bardzo pragną połączenia. Gdy więc po jakimś czasie pocisk zostaje odpalony, a komory w środku się otwierają, te stworzenia łączą się ze sobą z olbrzymią siłą. Z siłą zdolną zniszczyć Ziemię. Testy zostały przeprowadzone na istotach, które przebywały w swoim pobliżu krótko, dlatego błędnie przewidziano siłę pocisku.
Tego Gina wcześniej nie mówiła. Miała jakieś przeczucia, obawy, ale nigdy nie było to aż tak konkretne. Olga nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Oparła głowę na dłoniach. Zastanawiała się, co ma zrobić. Powiedzieć, że wszystko będzie dobrze? W to sama już nie wierzyła. Powiadomić dowództwo? Po co, i tak jej nie uwierzą. Nie wykonać rozkazu? Wykona go ktoś inny. A poza tym... co za różnica?

Rozmyślania przerwał jej ostry, powtarzający się sygnał. Spojrzała na ekran po lewej stronie. Czerwone cyfry pokazywały 00:00:10.

Czas zaczął nagle dłużyć się niemiłosiernie. Spojrzała na ogromną, błękitno-białą kulę, którą miała przed sobą, za oknem. Ziemia. Przez trzydzieści sześć lat jej dom. Przez dwanaście ostatnich cel, o który walczyła. Czy warto ją ocalić przed zagładą? Po co... Ginie pozostało najwyżej kilka dni życia. Bez niej nic nie będzie już miało sensu. Ludzkość? Czy Olgę kiedykolwiek tak naprawdę obchodziła ludzkość?

...9

Przed jej oczami stanęły nagle sceny z dzieciństwa. Ojciec, który uczył ją grać w baseball. "Nie mam syna, więc moja córka będzie grała w baseball lepiej niż jakikolwiek chłopak. Trzymaj kij prosto!". Całe życie podążała jego śladami. A może jedynie śladami jego ambicji? Tak, jak ojciec wstąpiła do Lotnictwa Zjednoczonych Sił Obrony Ziemi. Nigdy mu tego nie mówiła, ale lata szkolenia były prawdziwym koszmarem. Mimo teoretycznego równouprawnienia kobiety nie miały tam zbyt łatwego życia...

...8

Jej pierwsza miłość. Przystojny, strzelisty niczym młody dąb porucznik, dowódca jej oddziału. Brian MacDouglass. Na początku nie zwrócił na nią uwagi, potem na jedną noc wylądowała w jego kwaterze... Ojciec nigdy jej tego nie wybaczył, porucznik MacDouglass nie był mężczyzną, którego mógłby zaakceptować jako zięcia. Dlatego musieli się rozstać. Została przeniesiona do innej jednostki. I wtedy po raz pierwszy zapragnęła polecieć w kosmos...

...7

Wolna... W ciasnym, rozklekotanym statku kosmicznym po raz pierwszy w życiu poczuła się wolna. Bezkresna przestrzeń, w której myśli mogły krążyć nieskrępowane żadnymi barierami. Uzależniła się od tego. Nie chciała wracać na Ziemię. Przychylność dowództwa zyskiwała brawurowymi akcjami, z których zawsze wychodziła cało. Chwalili ją za odwagę. Nie rozumieli, że w kosmosie mogła wszystko...

...6

Spojrzała w taflę grubego szkła, która oddzielała ją od bezkresnej przestrzeni kosmosu. Ujrzała w niej zmęczoną, choć nadal młodą twarz, okoloną niesfornymi kosmykami ciemnych włosów. Głęboko osadzone, poważne oczy barwy chłodnej stali przypatrywały jej się uważnie, z jakimś smutkiem, czy może melancholią. Mundur pilota podkreślał zgrabną figurę i pełne, kształtne piersi. W jednostce kapitan Olga Tyson uważana była za piękność. Żołnierze podziwiali ją i cenili jako dowódcę. Jeszcze nigdy nie poświęciła nikogo na darmo, wyciągała swój oddział nawet z najgorszych opałów. Ale nie miała wśród nich przyjaciół. Była zawsze na dystans, myślami gdzieś daleko. Szukała...

...5

Drobna, smukła kobieta o delikatnych, jakby nieziemskich rysach i słodkim uśmiechu. Gina podbiła jej serce od razu, choć wiele wody musiało w rzekach upłynąć, zanim Olga to zrozumiała. Razem odkrywały świat, o którego istnieniu nie miała nawet pojęcia. Ojciec nie chciał jej znać, ale po raz pierwszy w życiu nie obchodziło jej to. Gina nauczyła ją, jak stać się jednością ze Wszechświatem. Jak poczuć się jego integralną częścią, jak zmieścić go w sobie i nie oszaleć. To było warte każdego poświęcenia...

...4

Ból. On też miał w jej życiu ważne miejsce. Towarzyszył jej od samego początku. Zawsze chciała go pokonać, zniszczyć, tak, jak uczył ją ojciec. Ćwiczyła ciało i umysł, aby się przed nim ochronić. To było głupie. Gina pokazała jej, jak zrozumieć ból. Jak czerpać z niego siłę. Olga nigdy nie mogła nadziwić się jej mądrości. Była taka słaba i krucha, trzeba było ją chronić i uważać, aby przypadkiem nie skrzywdzić. Ale jednocześnie wiedziała o życiu więcej niż ktokolwiek inny. Olga ją uwielbiała, niemal jak boginię. Była gotowa zrobić dla niej wszystko. Nawet zniszczyć świat...

...3

Gorące, miękkie usta Giny, jej namiętny pocałunek, natarczywe i delikatne pieszczoty. Dotyk nagiego ciała, elektryzujący i nieziemsko przyjemny. Duszne szepty, wilgoć, pot. Gwiazdy za oknem. Miłość, pożądanie. Pragnienie, aż do utraty tchu. Rozkosz... Spokojny sen w jej objęciach. Każdy wieczór i każdy poranek. Każde słowo...

...2

Ciekawe, czy istnieje przeznaczenie. Czy miłość jest rzeczywiście tak silna. Czy jest coś po śmierci. Już za chwilę się przekona. "Kocham cię, kocham cię Gina", posłała jej myśl. "Do zobaczenia. Wierzę w to, co mi mówiłaś. Wierzę w miłość. Spotkamy się po drugiej stronie..."

...1

Jej dłoń powoli, jakby zanurzona w jakiejś kleistej cieczy, sięgnęła do pulpitu sterowniczego. Palec wskazujący prawej dłoni wysunął się naprzód, celując w czerwony przycisk, zatwierdzający rozkaz odpalenia pocisku. Potem, równie powoli, przycisnął go.

Statkiem szarpnęło, gdy pocisk wyleciał z luku i poszybował w kierunku Ziemi. Jeszcze chwila i planetą wstrząsnęła gigantyczna eksplozja, rozrywając ją na kawałki.

"Ludzkość została zniszczona przez to, co uważała za swoją największą siłę...", zdążyła jeszcze pomyśleć kapitan Olga Tyson, zanim olbrzymi fragment planety uderzył w Syrenę XVII.


Na górę strony