Spis treści Świat Mroku

Fundacja


Wawrzyniec 'Magus' Pawlikowski
Baron of CUD

Przekleństwo szaleńca

"Myśleliście, ze rozumiecie świat, ze to co dało wam Przebudzenie dało wam moc kształtowania rzeczywistości? Myśleliście, ze wiecie co jest możliwe, a co nie? Myśleliście, ze są prawa i prawdy niezmienne i obiektywne? Nic z tych rzeczy! To my jesteśmy zaprzeczeniem waszych prawd! Zaprzeczeniem fałszu w którym żyjecie już tysiące lat... Fałszu który kultywujecie jako prawdę. Jedyną i właściwą. Mówicie ze jesteśmy szaleńcami, ze jesteśmy niebezpiecznymi i nieprzewidywalnymi psychopatami... Nie dajecie nam wyboru. Polujecie na nas z takim samym zaangażowaniem jak na mrocznych Nephandinów... Jesteśmy dla was tym czym uczyniły nas kłamstwa przeszłości. I te kłamstwa wpajacie z takim poświeceniem w umysły młodych Przebudzonych... Jakże się mylicie...

W ciągu ostatnich 200 lat, spędziłem wiele czasu nad rozmyślaniem nad tym kim, lub czym byłem nim odnalazłem ten świat w którym żyję obecnie. Udało mi się. Gdzieś na dnie w ciemnych zakamarkach mej pamięci, odnalazłem od dawien dawna skrywana prawdę o mnie samym. Tylko dlatego posługuję się ta prymitywna forma porozumiewania jaka jest wasze pismo. Po to by przekazać wam czym jestem. I jaki jest mój cel..."

Drżąca ręka wypuściła ze swego uchwytu pergamin. Człowiek zdjął okulary i zaczął nerwowo przecierać oczy.

- Czy myślisz ze możliwe jest aby to co mówił, nie było jedynie wymysłem jego szalonego umysłu? - zapytał siedzący za biurkiem młody mężczyzna. Inteligentnym, przenikliwym spojrzeniem wpatrywał się w sylwetkę drżącego z przerażenia, starszego mężczyzny. Jego wątłe ciało raz po raz wzdrygały się pod wpływem myśli kotłujących się w jego głowie. Na jego pooranej zmarszczkami twarzy, malował się grymas przerażenia. Siwe długie włosy pokrywające głowę drżały jak na delikatnym wietrze.
- Wilhelmie ty... Powinieneś najlepiej to wiedzieć. - odparł starzec - Ty jako jeden z niewielu mogłeś tam być...
Młodzieniec nie odpowiadając odwrócił się w kierunku kominka, usytuowanego w rogu pokoju. Splótłszy palce zaczął wpatrywać się w ogień. Jego oczy przybrały dziwny wyraz... Jakby zaszły mgłą. Urywanym, chrapliwym głosem rzekł do starca.
- Ja tam... Byłem... - po chwili milczenia dodał - Zrób to. Zobacz.
Starzec przypatrywał się obliczu swego najstarszego przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. Swego Mentora. Młoda twarz nie zdradzała wieku, mógł liczyć może ze dwadzieścia lat, ale jego oczy... Wzdrygnął się na myśl gdy po raz pierwszy je ujrzał. Było to tuz po jego przebudzeniu... Jakieś 50 lat temu. Wtedy te oczy go przerażały. Oczy pełne mądrości wieków. Oczy zupełnie nie pasujące do delikatnej twarzy młodzieńca - młodzieńca stojącego dopiero u progu dorosłości. Do dziś twarz tego człowieka nie zmieniła się ani trochę. Czas nie wpływał na niego w żaden sposób.. W końcu to on kontrolował czas. Po chwili wahania wszedł w jego umysł.

15 września 1793 roku

Był ciepły jesienny dzień, poranna bryza omiatała twarz Wilhelma. Był odprężony i spokojny... Pierwszy raz od dawna nie musiał udawać. Był sobą i czuł się dobrze. Ludzie którzy go tu przygarnęli byli tacy jak On. Czuli te wszystkie niuanse otaczającego ich świata. Widzieli smugi świetlnej energii które tworzyły siec pomiędzy wszystkimi zdarzeniami i istotami... Słyszeli te fale na jakich Rzeczywistość do nich przemawia. Czuł się tu tak dobrze..

Z głębokim westchnieniem wszedł z powrotem do pokoju. Wtedy zamarł. Błyskawicznie odwrócił się. Powietrze na balkonie dziwnie falowało... Jak w czasie dużego upału. Horyzont rozmywał się, jak pejzaż na obrazie na który wyleje się wodę. Po chwili zobaczył źródło tych zawirowań. Instynktownie patrzył swym Prawdziwym wzrokiem. Spojrzeniem Magyi. Zobaczył młodego chłopca, być może dorównującego mu wiekiem... Miał koło 17 lat.

Jego spojrzenie pełne obłędu padało raz na Wilhelma raz gdzieś za niego, to znów na niego. Zdawało się przenikać wszystko jak by nic nie napotykało. Wilhelm poczuł dziwne uczucie, coś jakby go rozrywało... Wybiegł z pokoju i pognał w dół. Po drodze o mało nie przewrócił jakiegoś młodego akolity. Wpadł do pokoju swego mistrza, dopiero natrafiając na jego spojrzenie przypomniał sobie o pukaniu. Jean Paul Mortie był człowiekiem o imponującej postawie. Potężne bary i ręce o nabrzmiałych muskułach przywodziły na myśl raczej drwala bądź marynarza, a nie człowieka studiującego arkana wiedzy tajemnej. Siedzącego obok mistrza człowieka Wilhelm nie widział wcześniej. Nie zdziwił się jednak. Był tu dopiero od tygodnia.
- Mi... Mistrzu.. Jaaa..... - zdołał wydukać młodzieniec - To znaczy.. Na
górze.. I ja... A...
Mężczyzna uniósł dłoń w gore.
- Spokojnie Wilhelmie... - odparł Jean Paul spokojnym głosem- Uspokój się i powiedz, cóż Cię tak przestraszyło ze wpadasz tu jak wicher...
Chłopak wziąwszy kilka głębokich oddechów zaczął opowiadać.
- W moim pokoju, na górze... Pojawił się ktoś. On... Jest jak my ale... On
jest inny... Popatrzył na mnie jakby mnie nie było i zacząłem zanikać... - tu przerwał by zaczerpnąć tchu. Jean Paul i nieznajomy wymienili szybko
spojrzenia - Spowolniłem czas.. Tak jak uczyłeś. Nie udało mu się zrobić tego co zamierzał...
Jean Paul i nieznajomy natychmiast wstali. Bez słowa minęli chłopaka i poszli na górę. Młodzian poszedł za nimi. Gdy doszli już na górę, oniemiał.

Większa część pietra nie istniała. Tak jakby ktoś ją wymazał. Ściany raz znikały, to znów się pojawiały jako migotliwe, półprzezroczyste twory. Sprawca całego zamieszania nadal leżał na podłodze w pokoju Wilhelma. Dopiero teraz chłopak spostrzegł ze chłopiec jest cały poraniony. Jego ciało pokryte było małymi rankami i kilkoma większymi, wijącymi się przez cale ręce i klatkę.
Rozszalałym spojrzeniem rozglądał się dokoła. Spojrzał na grupkę stojącą tam, gdzie kiedyś była ściana. Starsi magowie patrzyli na niego podejrzliwym i pełnym przerażenia spojrzeniem, zaś młodzian stojący z tylu z nie ukrywaną ciekawością i nabożną czcią co do jego siły. Spoglądając na Jean Paula chłopiec nakreślił znak w powietrzu, potem zemdlał. Wilhelm zadrżał. Znał ten symbol. Niegdyś widział go na szyi tych, którzy zabili jego rodzinę. Widział go tez w księgach swego nauczyciela. Nephandi. Pełen podziwu dla siły młodziana który zdołał poradzić sobie z Mrocznymi Wilhelm spojrzał na mistrza z zapytaniem.

- Co z nim zrobimy mistrzu? - spytał nieśmiało.

Jego nauczyciel z zasępioną miną wpatrywał się w nieprzytomnego chłopca. Z obawą podszedł do młodzika i dotknął jego spoconego czoła. Po chwili zaczął oględziny ran. Spojrzawszy na Wilhelma kazał mu udać się po stara Verbenę - Megan.

Chłopak niepotrzebnie chciał biec do jej pokoju. Odwracając się zobaczył Megan na schodach. Ubrana w tunikę z czarnej dzianiny, niosąc jakieś dziwne zioła i kilka talizmanów minęła Wilhelma i weszła do pokoju. Spojrzawszy ostro na nadzorcę Fundacji i nieznajomego mężczyznę kazała im wyjść. Obaj bez słowa sprzeciwu udali się na dół. Wilhelm poszedł za nimi.

- Nie - zasyczała kobieta. - Ty zostań chłopcze. Będę potrzebowała twej
asysty...

Po kilku godzinach rytuały lecznicze, odprawiane przez Megan i młodego Wilhelma zakończyły się. Młodzieniec zszedł pobladły na parter, spojrzał na swego mistrza i... zemdlał.
Wilhelm otworzył oczy. Pochylało się nad nim kilka sylwetek. Stara Megan, pochylała się nad nim wymachując naręczem jakichś ziół. Kolo niej stało kilku spośród młodych adeptów. W tyle, za nimi Wilhelm ujrzał powoli dopalające się zgliszcza fundacji. Powoli docierało do niego co właściwie się stało...

Walczył. Długo i bez przekonania... Nie dlatego ze nie wierzył w cel owej walki. Nie.. Walczył z niechęcią gdyż po raz pierwszy musiał stanąć przeciw swemu przyjacielowi. Przyjacielowi z którym przeżył tyle lat...

Nathaniel był przebudzonym dzieciakiem, Marauderem ktorego kiedyś znalazł. Chłopak pojawił się w jego pokoju, gdy Wilhelm był zaledwie Akolitą i nawet nie miał co myśleć o pozycji nadzorcy fundacji. To było dawno temu. Nathan uległ zmianom. Zmianom o których wiedzieli wszyscy, mieli jednakże nadzieje ze uda im się uratować go przed jego losem. Nathaniel oszalał. Szaleństwo było mu przypisane już od czasu przebudzenia. Jednak mentor Wilhelma wraz z innymi Magami z fundacji, starali się uratować Nathaniela przed nim samym. Niestety zawiedli. Nathaniel stal się nieprzewidywalny. Jak każdy Marauder. Jego moce były coraz dziksze i coraz niebezpieczniejsze dla otoczenia. Wszyscy w fundacji obawiali się co tez może przyjść młodzieńcowi do głowy. Postanowili go odesłać tam, gdzie nie będzie mógł już nikomu zaszkodzić. Do Głębokiej Umbry, świata w którym mógłby żyć samotnie i nikomu nie szkodzić. Jednak Nathaniel się opierał. Nie chciał opuścić tego miejsca. Był jak małe dziecko które nie chce opuścić piaskownicy w której się bawi. Był mocno przywiązany do Wilhelma. Wilhelm to wykorzystał. Przywiązanie Nathaniela obrócił przeciw niemu samemu. Rada fundacji używając wpływów więzi jaka łączyła Marudera z ich najzdolniejszym uczniem osłabiła Przebudzonego na tyle by "standardowe" metody dały rezultaty. Jednak nie docenili mocy szaleństwa jaką władał młody Adept. Wpadł w szal i wywiązała się walka... Zginęło wielu Magów. Miedzy innymi mentor Wilhelma i cala rada fundacji. Ale dopięli swego. Odesłali Nathaniela najdalej jak mogli. Zwycięstwo miało gorzki smak dla Wilhelma. Zdradził przyjaciela zamiast pomagać mu z całych swych sil... Fundacja została zmieciona z powierzchni ziemi, a jedynymi ocalałymi - poza starą Megan - byli nieliczni młodzi Adepci, którzy dopiero pobierali swe pierwsze nauki.

Doprawdy żałosna zbieranina... A pomyśleć ze Wilhelm był zwierzchnikiem Adeptów Czasu na przestrzeni podległej fundacji (czyli całej płd. -zach. części USA).

Po pozbieraniu wszystkich ocalałych i wszelkich przedmiotów jeszcze użytecznych Magowie wyruszyli na południe.

Michael wzdrygnął się opuszczając umysł Wilhelma. Przygnębiającą ciszę która zapadła w pokoju przerwał w końcu Michael:

- Zrobiłeś to co musiałeś zrobić. - rzekł chłodnym głosem - Nic nie mogłeś uczynić aby go uchronić przed tym losem...
Wilhelm spojrzał tylko spod byka na Michaela i nie odezwał się słowem. Michael widząc ze nic tu po nim, wstał i udał się do wyjścia.
- On nie może wiedzieć ze ja jestem mistrzem w tej fundacji. - spojrzał w oczy Michaelowi - Rozumiesz?
Starzec skinął głową i bez słowa opuścił pokój.

Michael otoczył się wieloma ochronnymi barierami nim ułożył się do snu. Potężne roty odprawione przez Maga miały uniemożliwić jego zranienie lub nawet wykrycie. Dopiero gdy zakończył ostatnią z nich, ułożył się do snu. Co w tym śmiesznego... Mógłby ktoś zapytać..? Człowiek otoczony aurą mocy chce za wszelka cenę się uchronić i spokojnie zasnąć. Śmieszna jest jedynie ignorancja jaką przejawiał nawet w tamtej chwili. Wiedząc że będzie obserwowany, zarówno on, jak i każdy inny Przebudzony na Ziemi. Snując plany jak wyrwać się z zaistniałej sytuacji, jak szybko zażegnać grożące mu niebezpieczeństwo, odpłynął.

Na jednej z fal... Oktarynowego morza Zapomnienia... W krainie ośmiu słońc... Gdy spostrzegł że coś jest nie tak... Zaczął krzyczeć. Do końca nie wiedział ze jest już za późno. Zrozumienie nadeszło gdy ujrzał Jego. Młodego człowieka, o zielonych oczach, którymi zdawał się go wchłaniać, nie mógł... A może nie chciał się uwolnić. Zapadał sie coraz dalej i dalej, w głębie swego rozpadającego się umysłu. Umierał. Lecz w tym momencie było mu to obojętne. Był tylko spokój, Zrozumienie... I zielone oczy młodzieńca.

Nazajutrz Wilhelm został poinformowany o zniknięciu Michaela. Wiedział że nie będzie mu już dane spotkać swego starego przyjaciela. Żal i smutek, zamienił we wściekłość... W palący nienawiścią gniew.

Zapłacisz mi za to... - syczał w dal, stojąc na balkonie willi - Za to wszystko czego się dopuściłeś przez te wszystkie lata... Wilhelm wrócił do swego pokoju, szybko spakował ubrania i niezbędne w podroży drobiazgi, po czym udał się na dół. Wszedł do biblioteki, Nicolai - jeden z najstarszych członków fundacji, opiekun Hermetyków, spojrzał lekko zdziwiony, na Wilhelma niosącego podróżną torbę. Zsuwając okulary z oczu wpatrywał się w swego przełożonego.

- Wyjeżdżasz... - było to raczej stwierdzenie niz pytanie. Wilhelm odparł skinieniem głowy. - Na długo...?

Kolejne skinienie. Nicolai pokiwał głową ze zrozumieniem. Zajmij się wszystkim w czasie mej nieobecności. - rzekł po chwili ciszy mistrz fundacji. - Wrócę... gdy tylko uporam się ze swymi problemami. - Nicolai skinął rozbawiony głową. - Tak... Czyli nieprędko. Dobrze więc, jedź. Nie bój się, myślę że nic nie zbroję pod twoja nieobecność.

Wilhelm uśmiechnął się nieznacznie po czym wyszedł. Szybko przemierzył długi korytarz na parterze, po czym wyszedł z willi. Wsiadł na parkingu do swego Volvo i wyjechał z fundacji. Mógł opuścić to miejsce w inny sposób, i w ułamku sekundy znaleźć się tam, gdzie chciał... Nie mógł jednak ryzykować w takiej chwili, każde uderzenie paradoksu mogło mieć długotrwały w skutkach wpływ na jego moce, a na to nie mógł sobie pozwolić. Ruszył na południe.

Po kilku dniach jazdy autostradą, dojechał do Meksyku. Przekroczył granicę bez większych nieprzyjemności, po czym udał się dalej, ciągle na południe. Po kilku tygodniach wylądował w końcu w Andach. Nawiązał kontakt z Kultystami którzy, rządzili w tych rejonach jeszcze w czasach przed narodzeniem Tradycji. Ostrzegł o tym co może nastąpić gdy nawiąże kontakt z Nathanielem. Magowie przedsięwzięli wszelkie kroki mające na celu ochronę ich fundacji, po czym pożegnali się z Wilhelmem.

- Taki stary... Jestem stary. - myślał Wilhelm pnąc się po górskim zboczu - A jednak wciąż żyję. Właściwie dłużej... - uśmiechnął się w duchu - od niektórych Kainitów... Niech to diabli. - syknął po chwili.

Po kilku godzinach karkołomnej wspinaczki doszedł na szczyt. Miejscowi nazywali to miejsce Hur Nabu. Góra Przepowiedni. Pośród okolicznych plemion krążyły legendy jakoby miejsce to było przesiąknięte magiczną esencją.

Magia jednak, dla cywilizowanego człowieka nic już nie znaczyła, dawno przestali oni przywiązywać wagę do słów tubylców. Dla nich, był to jedynie wygasły wulkan. Wilhelm wiedział jednak iż to miejsce rzeczywiście wibruje potężną energią nagromadzoną przez tysiąclecia, w czasie których kapłani i szamani dawno zapomnianych bóstw składali tu ofiary i napełniali miejsce to Kwintesencją. Wulkan stał się magiczną Nodą. Potężnym skupiskiem energii magicznej, tak potrzebnej teraz Wilhelmowi. Mag zaczął przygotowania.

Nim Mag się obejrzał zapadł zmrok. Ciężkie stalowo - szare chmury które nagromadziły się na południe od góry, zbliżały się powoli niesione wiatrem. "Jutro spadnie tu deszcz - pomyślał Wilhelm - Cholerna, wielka ulewa..."

Lecz to go nie dotyczyło. Wiedział że jutro już go tu nie będzie. Umysł starego maga skalibrowany był już z innym miejscem, gdzieś poza czasem. Długie przygotowania dały w końcu efekt. Udało mu się. Cale zdarzenie odarte było z "magicznej otoczki" jaką przypisują Śpiący każdemu magicznemu działaniu. Mag nie tańczył ani nie wykrzykiwał głośno inkantacji. Cały rytuał odbył się w ciszy. Nie było muzyki ni śpiewu. Jedynym akompaniamentem był cichy oddech a po chwili głuche uderzenie, gdy omdlały czarodziej padł na ziemie...

Gdzieś Indziej.
Kiedy Indziej.

Wilhelma obudziło lekkie, mentalne poszturchiwanie. Jego głowa i cale ciało było kwintesencją bólu. Usta bezgłośnie błagały wody, a spieczone wargi piekły niesamowicie. Mag powoli otworzył oczy. Wokoło nie było nic poza niezmierzonym oceanem niebieskiego piasku. Na nieboskłonie o kolorze platyny, świeciło osiem słońc, każde innego koloru. Nie pamiętał jak długo już tu był. Ile dni., tygodni dzieliło go od czasu przebycia granicy pomiędzy jego światem a rzeczywistością Nathaniela. Jego ciało poddawało się wszechobecnemu upałowi a i umysł osłabł znacznie opierając się stale atakom niewidzialnych dwuwymiarowych istot z niebios. Próbował podróżować inaczej niż pieszo, nie dawało to jednak żadnego efektu poza tym iż pojawiał się w miejscu z ktorego wyruszył. Przebywszy na czworaka kolejną wydmę ujrzał coś, na widok czego jego serce zabiło żywiej a napuchnięty język przetarł spieczone wargi. Cztery palmy kokosowe stały niewzruszone nad małym wywierzyskiem. Przyspieszył. Nie jadł już od sześciu dni, a nie pil od dwóch. Jeśli nie posili się teraz...

"Niechybnie zginę..." - pomyślał ponuro.

Podniósł się niezgrabnie i ruszył biegiem w stronę wody... Słyszał jej szum... Skoczył w jej kierunku, chcąc smakować każdą krople, wydawała mu się ona teraz równie dobra, co najprzedniejszy francuski likier... Padł na kolana chcąc zagarnąć wody w dłonie. I upadł na piasek. Poderwał się znów, wyrzucając w górę garści piachu. Krzyczał. Jednak z zaschniętego gardła dal się słyszeć jedynie cichy jęk. Klęczał na ziemi a jego pierś raz po raz targało ciche szlochanie. Po jego policzkach nie spłynęła żadna łza.

Obudził się w nocy. Dwa srebrne księżyce były już na niebie. Gdzieś w dali Wilhelm usłyszał ciche szemranie, jakby woda powoli, trochę leniwie, przedzierała się pomiędzy kamieniami. Powoli, bez entuzjazmu ruszył przed siebie. Powłócząc nogami, padając raz po raz, dotarł w końcu do kilku wielkich głazów. Chwila wypatrywania... Tak! Spływała tam... Srebrzysta w świetle księżyców, mieniąca się bladymi iskrami. Mag dopadł do głazu łapczywie spijając wodę z chropowatych ścianek skały. Lekko gorzkawa, smakowała teraz jak najlepszy szampan. Spływając powoli w dół jego przełyku powodowała na nowo ożywienie całego ciała Wilhelma. Pił łapczywie, a gdy już zaspokoił swe pragnienie, przetarł wodą twarz, obmył dłonie i ciało.. Ot, ludzka próżność...

Po chwili woda przestała płynąć.

Kolejne dni zdawały się być jeszcze gorętsze a wokół Maga jak okiem sięgnąć nie było nic, poza wydmami pokrytymi niebieskim, diamentowym piaskiem. Czwartego dnia padł wyczerpany. Oazy nie odnalazł. Napuchnięty od pragnienia język powodował trudności w oddychaniu, pęknięte wargi raz po raz pękały, powodując ból. Jego organizm się poddawał, nie był już w stanie podróżować. Ta wędrówka uczyła go w bolesny sposób pokory i pozwalała na poznanie granic swych możliwości...

Słabe to pocieszenie w obliczu śmierci.

W nocy o krok przed sobą ujrzał małe wywierzysko. Doczołgał się powoli do błotnistej sadzawki i począł wpychać w usta piach, wyciskał z niego wilgoć i wypluwał. Tak w kółko... Do odzyskania sił... Położył się, a koło ręki wymacał garść daktyli. Miał więc jedzenie. Tylko skąd...?

Domyślał się. Sięgnął w głąb siebie. Nadal żadna z jego mocy nie była aktywna. Otworzył oczy i zamarł...

Wokół wielkie kamienne bloki układały się w kaskady. Stał na kryształowym piedestale. W miejscu z ktorego wyruszył ponad dwa tygodnie temu... Padł na kolana i zapłakał.

Następnego dnia wyruszył w drogę. Zamierzał dotrzeć do Nathaniela gdziekolwiek by nie był. Po trzech tygodniach katorżniczej podroży, gdy pożywiał się będąc już na skraju życia i śmierci dotarł do monumentalnej świątyni. Pnąc się godzinami po schodach był pewien iż znalazł swój cel.

Gdy wszedł w końcu do wielkiej sali, ruszył śmiało w stronę podwyższenia. Na nim, jak gdyby nigdy nic, stał fotel. Normalny, XX wieczny, ciężki, obity skórą fotel. Podszedł do niego, obracając w swoją stronę. Z pewnością co na nim ujrzy, wymierzył cios.

Pieść przecięła powietrze i po chwili uderzyła w kamienna płytę. Czytając wiadomość owładnęła go rezygnacja. Po chwili zastąpił ja gniew. Kopnął w fotel z całych sił. Z głośnym hukiem siedzisko spadło z podwyższenia.

Kamienna płyta pękła na pół nierówną linią. Jakby w krzywym uśmiechu. "Nie szukam poklasku, tu mnie więc nie ma. Usta Świata to Ja. Pośród nagich skal, nieopodal kryształowych bram. Tam mnie odnajdziesz przybyszu. Sztuka twym oddaleniem."

Wilhelm opuścił świątynię. Stanął na wydmie opodal i za pomocą swej sztuki zmiótł ją z powierzchni ziemi...

Ot, ludzki odruch - zniszczyć co ci przeszkadza. Odwrócił się i ruszył w drogę powrotna. Za jego plecami dało się słyszeć ciche "blop". Spojrzał za siebie. Świątynia nietknięta, w stanie w jakim ja zastał gdy tu przybył, stała pośród piasków niebieskiej pustyni.

Wilhelm zadrżał z gniewu... i ruszył w drogę.

Kolejne tygodnie mozolnej podroży. Opuściła go złość. Opuściła go chęć zemsty. Jak mógł pokonać taką potęgę? To nie było tchórzostwo. To był glos jego rozsądku.

Cały jego umysł nurtowało teraz tylko jedno pytanie - dlaczego? Jaki miał w tym cel?

Na kilka dni przed dojściem na miejsce zobaczył TO. Potwor przypominał nieco jakąś maszkarę. Ciało płatami odpadało od kości a pozbawiony warg uśmiech nie wróżył nic dobrego. Wiedząc że nie może użyć sztuki przeciw tej maszkarze, zaczął uciekać. Przerażenie Maga wzrosło, gdy zza wzgórza na które się wdrapywał, wychynęła kolejna potworna sylwetka. I następna... Następna.... Wilhelm puścił się biegiem w kierunku rumowiska skalnych bloków. Wielkością dorównywało ono małym górom, dlatego już od kilku dni było widoczne. Grupa kościstych prześladowców, w rożnym stadium rozkładu rosła z minuty na minutę. Wilhelm szedł w kierunku bloków miarowym tempem, mając nadzieję, że uda mu się dotrzeć tam nim te upiorne maszkary go dopadną.

Szedł cały dzień i noc. Kolo północy, nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Kolo niego było małe bajorko i palma pełna daktyli. Umoczył usta w wodzie. Jakże ona smakowała... Po chwili uzmysłowił sobie że równie dobrze może umrzeć spragniony... Woda i daktyle, tak cenione przez ostatnie tygodnie, straciły teraz mnóstwo na swej wartości.

W bladej poświacie księżyców dojrzał zacieśniający się krąg zombie. Skalne rumowisko było kilka godzin drogi stad. Porażka. Tuz przed celem... Mógłby użyć swej sztuki, przez co znalazłby się znowu w świątyni, po cóż jednak, jeśli wcześniej te umarlaki go dopadną...? Leżał zrezygnowany z głową opartą o pień palmy. Koło niego leżała kupka daktyli, a przed nim na wyciągnięcie ręki wesoło szemrała woda.

Byli już tuz przy nim. Zwarty okrąg groteskowych sylwetek. Powietrze było ciężkie od wiszącego w nim odoru rozkładającego się ciała. Postaci powoli przesuwały się na boki, robiąc komuś, lub czemuś miejsce.

Do Wilhelma zbliżał się powoli kościotrup ubrany w szara togę. Wyciągnął rękę w kierunku otoczonego człowieka.

- Jesteś nasz.

Mag zamknął oczy. Spodziewał się uderzenia, bądź też cięcia po tętnicach, jakimś niewidzialnym ostrzem... I nic się nie stało.

Potworny fetor roztaczany przez chodzące trupy gdzieś zniknął. Powoli otworzył oczy. Był sam. W oddali, pośród skalnego rumowiska widać było złotawą, jasną lunę. Wilhelm ruszył przed siebie.

Gigantyczne głazy otaczające Wilhelma przytłaczały go. Czul się mały i nic nie znaczący. Jednak główną przyczyna zmieszania starego Maga był młody, może 15-letni chłopiec bawiący się przy kryształowej bramie do jego świata. Chłopiec zbierał kolorowe kryształy do małego koszyka.
Znal dobrze tego chłopca.

- Nathaniel... - wyszeptał jedynie.

Sam po sobie spodziewał się czegoś innego gdy odnajdzie cel swej wyprawy...
Nathaniel! - usłyszał Wilhelm obcy mu glos, gdy zza skały wybiegł drugi chłopiec. Stanął jak wryty spoglądając na Maga. - O! Cześć Wilhelmie. Następnie w podskokach podbiegł do Nathaniela pokazując mu fragment skały, przypominający nieco kształtem drapieżnego ptaka. Dzieci szczebiotały cos wesoło, zupełnie nie zwracając uwagi na brudnego osobnika w sfatygowanym mocno ubraniu.
Nathaniel. - stanowczo powtórzył Wilhelm - Musimy porozmawiać...

- O czym...? - spytał chłopiec odwracając się w kierunku Wilhelma - Chyba już wszystko wiesz. A jeśli nie... - uśmiechnął się ironicznie - To się domyślisz. Nie jesteś głupi Wilhelmie, prawda...?
Chłopiec powrócił do przerzucania kryształów. Mag stal w miejscu, nie do końca wierząc w realność tej sytuacji. Chwycił się za głowę starając się pozbierać myśli, ilekroć jednak spojrzał na bawiące się dzieci, tylekroć rozbiegały się we wszelkich możliwych kierunkach, jak stado owiec rozbiega się gdy ujrzy wilka.

- Dlaczego zabiłeś Michaela? - spytał powoli, jakby ważąc słowa. Dzieci podniosły głowy. Nathaniel zdawał się denerwować. Wokół niego aura mocy zagęszczała się, jego oczy przypominały teraz dwa ogniki. Podniósł się z ziemi powoli i podszedł do Wilhelma.
- Nie jestem... mordercą. - wycedził przez zaciśnięte zęby chłopiec, zaciskając z całej siły małe piąstki. Wskazując na drugie dziecko rzekł:
- Oto twoj przyjaciel.

Drugi chłopiec uśmiechnął się szeroko, po czym powrócił do zabawy. Nathaniel kontynuował. Dałem mu coś, o czym ty pewnie nigdy byś nie pomyślał. Dąłem mu Czas. Po to by poprawił błędy swej przeszłości. On cię pamięta, lecz teraz jesteś dla niego jakby... wujkiem. Gdy nastąpi jego Przebudzenie, powiesz mu wszystko... Ale nie wcześniej. Traktuj to jako... prezent ode mnie. Chłopiec podniósł koszyk pełen kamieni i kryształków o fantastycznych wzorach i powoli podreptał w stronę rumowiska. W pełnym zdziwienia spojrzeniu Wilhelma dało się wyczytać jedno pytanie. Dlaczego?

Chłopiec odwrócił się. Powoli na jego czole otwierało się trzecie oko. I po chwili wszystko było już jasne.. Po policzkach Wilhelma niepowstrzymanie płynęły łzy.
Chwycił Michaela - chłopca, za rękę i obaj opuścili świat Nathaniela.

Wilhelm całą podroż spędził w milczeniu, chłopiec baraszkował na tylnym siedzeniu z kilkoma zabawkami jakie Wilhelm kupił od Indian w pobliżu Hur Nabu. Co dziwne na granicy nie robiono im żadnych problemów, tak jakby chłopca wcale z nim nie było. Gdy dojechali w końcu do fundacji, Wilhelm odetchnął głęboko i przekroczył próg swej Willi. Nicolai siedział w swym fotelu, czytając to samo opasłe tomisko co przed wyjazdem Wilhelma, ciepłym uśmiechem powitał mistrza fundacji, po czym powrócił do lektury. O nic nie pytał. Nicolai nigdy o nic nie pytał.

Wilhelm zostawił Michaela w jego pokoju. Chłopiec, wyczerpany podróżą usnął błyskawicznie. Mag udał się do swego pokoju, rzucił w kat pergamin na którym właśnie nabrało końcowy kształt przesłanie Nathaniela. Mag zwalił się niczym kłoda na swe łóżko. Zasnął.

"...nie myślcie ze chcę was skrzywdzić. Nie. To tylko wasze stereotypowe myślenie. Zniszczyć to co mi nie pasuje. Może tak niegdyś robiłem. Wtedy byłem człowiekiem, równie ograniczonym jak wy. Przez te stulecia jednak nauczyłem się żyć inaczej. Spytajcie mistrza fundacji. On wam powie, powie o kimś kto strącił swe dzieciństwo przez rozszalałą Moc. Powie o tym, jak owo dziecko zmuszane było do ucieczki coraz dalej i dalej, a hordy Magów chcących poznać jego sekrety pędziły za nim niczym armia zombie... Tylko po to by Mocą zyskać władzę. Spytajcie go, on wie. On widział. Nauczcie się pokory i odpowiedzialności a Moc może sama do was przyjdzie. Nie można jej komuś odebrać, trzeba ja odnaleźć w sobie, i opanować. Inaczej jesteście straceni dla Magyi a ona dla was.

Nie szukajcie mnie więcej. Nikogo z nas. My odnajdziemy was, gdy nadejdzie pora."

Na górę strony