| Recenzje |
Krytycznym okiem: ekranizacja "Władcy Pierścieni" |
Było nas dziewięciu. Stało się tak zupełnie przypadkowo, ale mimo wszystko był to dość zabawny zbieg okoliczności. Wybraliśmy się w dziewiątkę do kina "Koloseum" w Oslo, by zobaczyć pierwszą część ekranizacji trylogii "Władca Pierścieni" - było więc nas tylu, ilu pierwotnie liczyła Drużyna Pierścienia. Niestety, w rodzimych kinach w naszym kraju premiera pierwszej części "Władcy Pierścieni" będzie miała miejsce dopiero w lutym. Ja mogę nazwać siebie szczęściarzem, bo widziałem ją już dzisiaj, piątego stycznia, w jednym z największych skandynawskich kin. Tak się składa, że mieszkam w Norwegii, a tutaj premiera filmu miała miejsce 19 grudnia, czyli równocześnie ze światową. Chcę podzielić się z Wami swoimi wrażeniami, opowiedzieć o tym obrazie, który już zdążył uzyskać opinię kultowego - bądź co bądź trylogia, na podstawie której go nakręcono, jest zaraz po Biblii najbardziej popularną (czyli sprzedaną w największej ilości egzemplarzy) książką. Poniższy tekst nie jest jednak typową recenzją, bo takie każdy może znaleźć w gazetach i czasopismach. Omówię film, starając się skoncentrować na aspektach ważnych dla miłośników tolkienowskiej trylogii, porównując go jednocześnie z książkowym pierwowzorem. Dlatego ci, którzy nie mają żadnego pojęcia o fabule filmu niech zaprzestaną w tym momencie czytania. Tekst adresowany jest przede wszystkim do tych, którzy znają dobrze trylogię J.R.R. Tolkiena. Muszę podkreślić, że poniższy tekst jest częściowo subiektywny. Po pierwsze dlatego, że nikt nie musi zgadzać się z moją opinią, a po drugie, bo jakiekolwiek wrażenia nie wywarłby film, pozytywnego czy negatywnego, na pewno będzie ono ogromne, i uniemożliwi pełny obiektywizm. ZOBACZYĆ - I UMRZEĆ?Wielu z Was jest z pewnością bardzo ciekawych pierwszych scen filmu. W jaki sposób Peter Jackson otwiera pierwszą część "Władcy Pierścieni", przeniesionej na wielki ekran? Spodziewałem się, że zaraz po tytule na czarnym tle pojawią się ogniste litery, które lektor odczyta ponurym głosem: "Trzy pierścienie dla królów elfów pod błękitnym niebem (...)". Ku mojemu zaskoczeniu, ten wiersz będący zarówno mottem przewodnim książki, nie pojawia się w całości ani razu w trakcie trwania filmu. Cóż więc dostaliśmy w zamian? Dynamiczna retrospekcja wydarzeń, jaką zaoferowano nam jako prolog, jest wspaniała i sposób jej realizacji prawie zrzucił mnie z krzesełka. Kobiecy głos - przypuszczam, że należący do Róży - opowiada nam o wydarzeniach poprzedzających Trzecią Erę. Ci, którzy nie znają książki, dowiadują się, czym są Pierścienie, kim jest Sauron i gdzie położony jest Mordor oraz pozostałe krainy (na chwilę na ekranie pojawia się mapa przedstawiająca całe Śródziemie). Widzimy, jak pośród płomieni kuźni wykuwane są Pierścienie. Trzy elfy - w tym Galadriela - nakładają na palce po jednym z nich, przyglądając im się w olśnieniu. Siedmiu krasnoludzkich władców w podziemnej komnacie jednocześnie bierze z okrągłego stołu kolejnych siedem Pierścieni. Dziewięciu ludzkich, posępnych królów stoi w szeregu z innymi Pierścieniami na palcach - to właśnie oni zaprzedadzą wkrótce swoje dusze Sauronowi, stając się Nazgulami. Następnie zostaje ukazana nam wielka bitwa pod bramami Mordoru, bitwa z czasów Ostatniego Sojuszu ludzi i elfów. I tej, trwającej zaledwie parę minut sceny nie da się opisać słowami, nie oddam jej wspaniałości. Ogromne wojska ustawione w gigantycznych szeregach stoją w pogotowiu, czekając na odparcie hordy goblinów, pędzących w ich stronę. Jak to jest niesamowicie zrealizowane! - moim zdaniem, bitwa ukazana w STAR WARS: EPISODE 1 nie dorasta tej scenie do pięt, dlatego, że tu mamy do czynienia z prawdziwymi statystami w liczbie kilkudziesięciu tysięcy, a nie ze stuprocentową animacją komputerową, jak to było w przypadku dzieła Lucasa. Pojawia się sam Sauron, który w tamtych zamierzchłych czasach miał jeszcze fizyczną postać. To pięciometrowy rycerz zakuty w czarną zbroję. Sieje postrach w szeregach ludzi i elfów walczących ramię w ramię. Potężnymi ciosami odrzuca na boki po kilkunastu rycerzy jednocześnie. Naprzeciwko niego staje Isildur. Sauron powala go, lecz syn króla w ostatniej chwili odcina palec Cienia - ten palec, na którym tkwi Jedyny Pierścień. Sauron ginie, a jego fizyczna forma eksploduje z ogromną siłą, siejąc spustoszenie wśród obu stron walczących. Isildurowi udaje się przeżyć i podnosi swoje trofeum - wielki palec zamienia się w proch, a rycerzowi zostaje na dłoni sam Pierścień... Prolog zrealizowany jest naprawdę świetnie - dynamika scen, muzyka i odgłosy dudniące w tle zrywają czapki z głów. Byłem wniebowzięty, aczkolwiek wyobrażałem sobie wprowadzenie nieco inaczej - myślałem, że reżyser stworzy bardziej klimatyczny, stonowany początek, wprowadzając widza we wspaniały świat Śródziemia. W dalszym ciągu widzimy Isildura, którego drużyna zostaje zaatakowana przez orki - ranny wojownik tonie, a Pierścien zsuwa się z jego palca opadając na dno rzeki. Po wielu wiekach wydobywa go Gollum (postać stworka stworzono komputerowo, ale w tej części filmu pojawia się zaledwie dwa-trzy razy i jego sylwetka spowita jest ciągle cieniami). Widzimy, jak Bilbo zagubiony w ciemnych podziemiach znajduje Pierścień, a Gollum wrzeszczy przeraźliwym głosem: "Nie!!! Mój skarbie!!!"... Pierwsze sceny "właściwego" filmu pojawiają się na ekranie. Legenda ożywa... PIERWSZY ZAWÓD?Wprowadzenie do filmu jest jak najbardziej wierne książce. Widzimy Froda siedzącego pod drzewem i czytającego książkę. Nieco dalej drogą jedzie Ganadalf - koń ciągnie wyładowany wóz. Frodo zauważa go i po chwili dwójka serdecznie się wita. Czarodziej przybył oczywiście na sto jedenaste urodziny swojego starego przyjaciela, Bilba, wioząc ze sobą fajerwerki. Hobbit i starzec wjeżdżają do Hobbitonu, który według mnie zbyt mocno przypomina wieś - wydawało mi się, że osady hobbitów to raczej zadbane miasteczka. To nie ma jednak większego znaczenia, bo scenografia tej pierwszej lokacji robi bardzo pozytywne wrażenie. Weseli hobbici, wszechobecna zieleń i radosne nawoływania mieszkanców małych domków świadczą dobitnie, że znaleźliśmy się w beztroskiej osadzie zamieszkanej przez szczęśliwy ludek. Wygląd domu Bagginsów - okrągłe drzwi i okienka, eleganckie mebelki, przytulne wnętrze - jak najbardziej pokrywa się z moimi wyobrażeniami. Wszystko jest jak na razie jak najbardziej w porządku. Przyjęcie urodzinowe Bilbo Bagginsa rozpoczyna się. Gandalf urządza pokaz fajerwerków. Coś jednak zaczyna się tu nie zgadzać. O ile dobrze pamiętam, w książce nie było żadnej wzmianki o tym, jak Pippin i Meriadok wykradli z wozu największy fajerwerk - przemieniający się na niebie w ognistego smoka - i nieumiejętnie go odpalili, niszcząc namiot i wzbudzając pani- kę wśród zgromadzonej gawiedzi. Czy ta "nieścisłość" jest zapowiedzią faktu, że Peter Jackson postanowił nie trzymać się ściśle książkowego pierwowzoru? Niestety, odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. CZEPIAM SIĘ?W całym filmie podobnych "smaczków" jest mnóstwo. Dotyczy to tylko szczegółów, ale wszyscy wiemy, że to właśnie "diabeł tkwi w szczegółach". Na całe szczęście wszystkie wydarzenia z ogólnej perspektywy zostały ukazane jak najbardziej prawidłowo i poprawnie - innymi słowy, fabuła rozwija się dokładnie tak, jak w pierwszym tomie trylogii, z tym że... No właśnie, dochodzimy tu do sedna sprawy. Film trwa trzy godziny, i z pewnością myślicie, że to bardzo dużo. Mnie też się tak wydawało, ale prawda jest nieco inna. Trzy godziny to o wiele za mało, by dokładnie przedstawić na ekranie wszystkie wydarzenia ukazane w książce. Co z tego wynika? FILM NIE MA TAKIEGO KLIMATU! Wszyscy czytelnicy z pewnością zachwycali się nastrojem świata fantasy, jaki Tolkien konsekwentnie podtrzymywał w pierwszym tomie swojej trylogii. Stało się tak częściowo kosztem szybkości rozwoju fabuły, ale za to "The Fellowship of the Ring" był niesamowicie klimatycznym wprowadzeniem do dwóch kolejnych tomów. Na dobrą sprawę dopiero w "Dwóch Wieżach" i "Powrocie Króla" akcja rozwija się na całego. Peter Jackson niestety nie zdołał odtworzyć wiernie tego klimatu. Reżyser był zmuszony uprościć wiele elementów fabularnych. Niestety, przez taki zabieg film stracił bardzo, ale to bardzo na klimacie - nie czuje się w ogóle, że znaleźliśmy się we niezwykłym świecie fantasy, pełnym magii i zamieszkanym przez różnorakie stwory. Piszę to ze smutkiem, ale niestety, według mnie tak to wygląda. Co zyskaliśmy jednak w zamian? Powiem tak - "Władca Pierścieni" przeniesiony na wielki ekran jest cholernie dynamicznym widowiskiem. Nigdy wcześniej nie widziałem filmu, w którym tyle by się działo, a gdzie akcja byłaby jednocześnie tak niezwykle zróżnicowana. Siedząc w kinie, nie mamy czasu na nudę - można zapomnieć o pojęciach "dłużyzna" czy "przestój w akcji". Hobbici przedzierający się przez las w Shire, uciekający przed przerażającymi Nazgulami; szturm Czarnych Jeźdźców na Bree; burzliwa narada u Elronda w Rivendell; starcia z orkami w Kopalniach Morii; bieg przez most w Khazad-Dum. Oglądając film siedzisz wciśnięty w fotel i brak Ci tchu. Pobyt Drużyny w Lothlorien to zaledwie krótkotrwała chwila na złapanie oddechu. Film jest naprawdę niesamowicie spektakularny i zrealizowany z prawdziwym rozmachem. NIEŚCISŁOŚCIRozumiem dobrze, że żadnej książki nie da się zupełnie dokładnie przenieść na wielki ekran - literatura i film rządzą się odmiennymi prawami. Ale niezbyt podoba mi się fakt, że Jackson pozmieniał wiele szczegółów, sta- rając się na siłę wszystko "usprawnić". Brak całej sekwencji spotkania z Tomem Bombadilem i wędrówki przez Kurhany jestem w stanie przeboleć - rozumiem, że z czegoś musieli zrezygnować, bo w przeciwnym razie film trwałby nie trzy, a cztery godziny. Wymienię jednak te "nieścisłości", które najbardziej mi się nie spodobały: * wspomniana wcześniej scena, gdy Merry i Pippin wykradają Gandalfowi fajerwerki * Arwena przypomina w filmie "wojowniczą księżniczkę"; to właśnie ona, nie Glorfindel spotyka drużynę przed Rivendell i pomaga im przedostać się przez rzekę, bohatersko uciekając na koniu z nieprzytomnym Frodo przed Nazgulami * w książce narada u Elronda była naradą z prawdziwego zdarzenia. W filmie jest to raczej spotkanie, w którym uczestniczy dziesięć osób. Nie dowiadujemy się na niej właściwie niczego - Elrond mówi tylko, że Pierścien należy zabrać do Mordoru i wrzucić go do otchłani Góry Przeznaczenia * na filmowej naradzie dowiadujemy się aczkolwiek jeszcze czegoś, na co Tolkien jakoś nie wpadł. Czy wiedzieliście, że tuż po pokonaniu wojsk Saurona wiele stuleci temu, Elrond i Isildur stali nad ognistym kraterem Góry Przeznaczenia i już mieli wrzucić Pierścień do środka, gdy Isildur odwrócił się i poszedł sobie, zabierając Pierścień ze sobą? * czy Gimli usiłował zniszczyć swym młotem Pierścień podczas narady u Elronda, z okrzykiem bojowym na ustach (mówię o książce)? Nie. W filmie usiłuje, z nadzwyczaj mizernym skutkiem - moc Pierścienia roztrzaskuje jego broń i odrzuca krasnoluda na kilka metrów do tyłu * Aragorn nosił przy sobie złamany miecz Isildura, natomiast w filmie zniszczona broń leży w kilku kawałkach na tacy trzymanej przez posąg w Rivendell * czy Boromir podczas podróży uczył Pippina i Meriadoka walki na miecze? * a czy do mostu w Khazad-Dumie prowadziły kamienne, pękające schody, które rozsypywały się, gdy biegła przez nie Drużyna? I czy Legolas trzymał Gimliego za brodę, ratując go przed runięciem w przepaść? * podczas pobytu w Lothlorien bohaterowie wraz z paroma elfami nocowali na drzewie, a Gollum usiłował wtedy się do nich zakraść. W filmie nie ma tej sekwencji. Co gorsza, cały pobyt w Lothlorien został diametralnie skrócony. W filmie tylko Frodo otrzymał dar od Galadrieli - na szczęście był to ten sam artefakt, co w książce
I na koniec powiem o najgorszej - w moich oczach - scenie filmu: BAJERY-SZMERY I CUDA-NIEWIDYW żadnej wielkobudżetowej produkcji nie może zabraknąć efektów specjalnych, bo to właśnie one pochłaniają najwięcej pieniędzy (nie licząc gaży aktorskich). Nie inaczej jest w przypadku "Władcy Pierścieni". Tu efekty specjalne są na bardzo wysokim poziomie, ale na szczęście nie przesadzono z ich użyciem. Tam, gdzie tylko się dało, wykorzystano scenografie, kostiumy, charakteryzację i dekoracje. Animacje komputerowe zastosowano z umiarem, i właśnie dlatego pod tym względem film zasługuje na piątkę z plusem. Jeżeli chodzi właśnie o animacje komputerowe, to wspaniałe wrażenie robi troll, z którym Drużyna walczy w komnacie Morii (tam, gdzie znajduje się grób Balina). Potwór nie przypomina specjalnie klasycznego trolla - jest niezbyt kudłaty, porównałbym go raczej do golema - ale mimo wszystko starcie z bydlakiem robi wrażenie. Wspaniale wykreowano też Balroga - gigantyczny, dziesięciometrowy cień spowity ogniem. Starcie Gandalfa z demonem na moście Khazad-Dum należy do jednej z najciekawszych sekwencji filmu. Scenografie również zostały poprawnie zrealizowane. Shire, Bree, Rivendell, Moria (gigantyczna sala z lasem ogromnych, kamiennych kolumn - to trzeba zobaczyć!) i Lothlorien - wszystkie lokacje przedstawiono na filmie dokładnie tak, jak opisał je Tolkien w książce. Parokrotnie jest nam też dane ujrzeć Isengard - smukłą, wysoką, czarną wieżę - i sam Barad-Dur - forteca Nieprzyjaciela jest naprawdę przewspaniała. Nad kostiumami nie ma się co zachwycać, bo w ich przygotowanie nie włożono wiele serca. Podobnie sprawa przedstawia się z kwestią charakteryzacji w przypadku orków. Gobliny są grane przez prawdziwych ludzi, ale ja osobiście inaczej wyobrażałem sobie te stwory. W filmie ich twarze mają zbyt mało ludzkich cech. Bardziej pasowałyby mi "klasyczne" orki, choćby te, które znamy z gry WARCRAFT. Jednakże Uruk-Hai (niestety - w pierwszej części w liczbie jeden) wywiera już dużo ciekawsze wrażenie, bo przypomina "zezwierzęconego człowieka", a nie "humanoidalne bestie", jak jego goblinowaci pobratymcy. CZYNNIK LUDZKIW filmach przygodowych gra aktorów odgrywa mniejszą rolę niż w filmach obyczajowych czy dramatach psychologicznych. Mimo wszystko, czytając zapowiedzi dotyczące filmu, dziwiłem się mocno - dlaczego producenci nie zaangażowali ani jednej naprawdę znanej twarz? O ile Elijah Wood można skojarzyć z "Dnia Zagłady" czy "Wiecznie Młodego", o tyle komu mówiły coś wcześniej takie nazwiska jak Ian McKellen czy Viggo Mortensen? Bardzo chciałbym napisać teraz: "Zupełnie nieznani aktorzy zaskoczyli wszystkich świetną grą", ale niestety nie mogę. Omówię teraz poszczególne role, ale chcę, żebyście pamiętali o jednym: nie zrażajcie się moimi słowami, ponieważ w tym filmie liczy się przede wszystkim akcja, fabuła i spektakularność; gra aktorów schodzi na dalszy plan. Główną postać, Froda Baggins, zagrał Elijah Wood. I teraz większość z Was zbulwersuję. Ja widziałbym w tej roli tak nielubianego przez niektórych Leonardo di Caprio. Tak - doskonale zdaję sobie sprawę, co sądzi o nim męskie grono publiczności i jakie opinie krążą na jego temat w Sieci. Ale młody Wood zagrał naprawdę w nieciekawy, bezbarwny sposób - co więcej, on wręcz momentami kojarzy się z "Leosiem", zarówno za sprawą sposobu gry jak i wyglądu. A bądź co bądź, cokolwiek sądzi się o Caprio, jest on aktorem o klasę lepszym. Ci, którzy widzieli "Co gryzie Gilberta Grape'a" wiedzą pewno, co mam na myśli. Na domiar złego filmowy Frodo jest o wiele za chudy jak na hobbita. Pozostali hobbici to wręcz pomyłka. Pippin i Meriadok odgrywają praktycznie zupełnie marginalną rolę w filmie - są co prawda jednymi z tytułowych bohaterów, ale niewiele się odzywają i rzadko znajdują się w centrum jakiejkolwiek sceny. Natomiast Sam... Sean Astin gra w miarę przyzwoicie, ale problem tkwi w tym, że on w filmie nie przypomina pokornego i pomocnego sługi, który gotów jest iść za Frodem choćby do samego Mordoru (co zresztą zrobił). Filmowy Sam to po prostu kolejny hobbit, w przeciwieństwie do pozostałych naprawdę gruby, który - podobnie jak Merry i Pippin - odgrywa marginalną rolę. Postać Gandalfa Szarego kreuje Ian McKellen. Tutaj nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń, bo zagrał ją w pełni poprawnie. Mój kolega, z którym wybrałem się do kina, upierał się jednak, że Gandalf nie przypominał zbytnio swego książkowego odpowiednika. Niektórzy - aczkolwiek ja akurat nie - mogą zgodzić się z tą opinią. U Tolkiena, Gandalf nie był zwykłym śmiertelnikiem, był kimś o wiele potężniejszym, ale jednocześnie autor nie powiedział tego wprost; potęgę starca wyczuwało się czytając kolejne stronice książki z jego udziałem. U Jacksona, Gandalf przypomina potężnego, ale jak najbardziej ludzkiego maga. Aragorna kreuje Viggo Mortensen. Pan Mortensen przyznał się, że nigdy nie czytał tolkienowskiej trylogii. I cóż, filmowi to na dobre nie wyszło. Jacksonowski Obieżyświat różni się diametralnie od tego książkowego. U Tolkiena Aragorn był dość mistyczną postacią, od której emanowała siła i duma - był w końcu królem, którego przeznaczeniem było odzyskać tron Gondoru. W filmie natomiast Aragorn jest dość płytką postacią reprezentującą typ macho-twardziela. Na szczęście Mortensen nie gra źle, po prostu Obieżyświat w jego wykonaniu kłóci się mocno z książkowym wyobrażeniem. Filmowy Gimli jest bardzo fajny. Nie chodzi mi tu nawet o odtwórcę jego roli, ale o sam wizerunek tej postaci. Właśnie tak ma wyglądać krasnolud z prawdziwego zdarzenia - mrukliwy, opryskliwy, uparty, nie zdejmujący swojego przyciasnego hełmu. Legolas z kolei został wykreowany fatalnie i w ogóle nie przypomina szlachetnego, odważnego elfa - prędzej można by go nazwać homoseksualistą. Łukiem posługuje się jednak nieźle. LEGENDA OŻYJENigdy wcześniej nie miałem okazji pisać recenzji filmu, dlatego przepraszam za wszelkiego rodzaju merytoryczne niedociągnięcia. Wiem, że jestem bardzo krytyczny i subiektywny w swojej ocenie. Kwestię subiektywizmu wyjaśniłem na wstępie, natomiast jeśli chodzi o krytycyzm, to chyba jest on typowy dla każdej recenzji. Reasumując, "Władcę Pierścieni" naprawdę warto zobaczyć, koniecznie na dużym ekranie. Zarówno ci, którzy nie mieli wcześniej w ręku książki, jak i ci, którzy twórczość Tolkiena traktują jako hobby, powinni wybrać się do kina. Ci, którzy znają dobrze tolkienowską trylogię, niech w trakcie seansu nie porównują każdego fragmentu filmu do książki - ja przestałem to robić dopiero po godzinie, i od tego momentu film spodobał mi się bardziej. Natomiast ci, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z twórczością spod znaku J.R.R. będą zachwyceni, i z pewnością wkrótce sięgną po legendarną trylogię - której lektura jeszcze bardziej spotęguje pozytywne wrażenia, jakie wyniosło się z kina. Rozumiem, dlaczego opinia Christophera Tolkiena na temat filmu była sprzeczna z opinią krytyków. Christopher znał doskonale świat stworzony przez swojego ojca i widział wyraźnie, że twórcy filmu w dużym stopniu zabili klimat wielkiej trylogii, stawiając na akcję. Krytycy natomiast prawdopodobnie nie mieli okazji zapoznać się wcześniej z książkowym pierwowzorem. Podkreślam ponownie, że film jest niesamowicie dynamicznym obrazem. Stało się tak kosztem uproszczenia fabuły i zredukowania klimatu - "Władca Pierścieni" utrzymany jest raczej w konwencji filmu akcji, tyle, że z oryginalną, nietypową oprawą świata fantasy. Jednak w każdej chwili możemy ponownie (lub po raz pierwszy) sięgnąć po literacki pierwowzór i z niego dowiedzieć się wszelkich niuansów fabularnych. Myślę jednak, że najlepiej byłoby zapoznać się z "papierową" trylogią dopiero po, a nie przed obejrzeniem ekranizacji. Ja jednak z wielką przyjemnością i niecierpliwością wybiorę się za rok do kina, aby obejrzeć "Dwie Wieże". I znów podzielę się z Wami, czytelnikami Inkluza, swoimi wrażeniami i opinią. "...w krainie Mordoru, gdzie zaległy cienie." P.S.: Jeżeli masz jakieś pytania związane z filmem, napisz do mnie (ajson@tenbit.pl), a ja spróbuję na nie odpowiedzieć. Zastrzegam jednak od razu, że nie jestem jednym z tych, którzy znają tolkienowską trylogię na wylot - po prostu przeczytałem książkę raz, i tak bardzo mi się spodobała, że nie mogłem się doczekać jej ekranizacji. A teraz pokusiłem się o krytyczne, chłodne porównanie, za przeczytanie którego Tobie dziękuję. Szkoda, że więcej takich perełek nie gości na naszych ekranach. |