Spis treści Fantasy

Earthdawn


Cyryl 'Borys' Boryczko

Słowa Prawdy

Okolica nie była zbyt gościnna i Raol dobrze o tym wiedział. Niestety wyglądało na to, że albo zabłądził, albo pomylił się w obliczeniach i nie zdołał dotrzeć do traktu przed zmierzchem. Według jego kalkulacji powinien był znaleźć się na nim rankiem. Trudno, będzie musiał tu przenocować. Do zachodu słońca zostało jeszcze około dwóch godzin, jednak mężczyzna był już tak zmęczony, że postanowił rozbić obóz właśnie teraz. Gorące powietrze i duchota znużyły go całkowicie. Jednak w takich warunkach nawet najtwardsi musieli dać za wygraną. Kręciło mu się w głowie i miał mdłości. To efekt zbyt długiego wystawiania ciała na bezlitosne promienie słoneczne. Raol zaczął się zastanawiać, czy dobrze postąpił, że wybrał drogę na skróty przez tę zniszczoną Pogromem krainę. Gdyby podróżował traktem, mógłby nie zdążyć, a na opłacenie statku na Wężowej nie było go stać. Trudno, pomyślał, jakoś przeżyję. Najważniejsze to znaleźć teraz odpowiednie miejsce na nocleg. Wokół tylko skały, piach, a jedyną roślinność stanowią tu niskie, suche krzewy. Co rusz zdradzieckie rozpadliny, dziury i jamy w ziemi, których mieszkańców Raol wolał nawet nie widzieć. Jedynymi żywymi stworzeniami jakie do tej pory spotkał na tych ziemiach były skorpiony i grzechotniki. Słyszał legendy, mówiące o potworach, dla których to pustkowie stanowiło dom i cieszył się, że nie natknął się na żadnego z nich. Podobno przed Pogromem to była żyzna kraina, aż trudno w to uwierzyć. Horrory naznaczyły ją straszliwym piętnem. Na samą myśl o Horrorach młody fechmistrz zadrżał. Był człowiekiem odważnym, nie bał się innych dawców imion, ale konfrontacja ze stworzeniem, które mogło wedrzeć się do umysłu, zniewolić go w celu zadania cierpienia była czymś zupełnie innym.

Może uda mi się jeszcze dotrzeć do tych skał - zastanawiał się Raol. Tam na pewno znajdę schronienie. Adept ruszył przed siebie w kierunku długiego pasma skał rozciągającego się przed nim. Dotarł na miejsce po mniej, więcej godzinie i rozpoczął żmudną wspinaczkę. Postanowił wspiąć się na szczyt przed zmrokiem, aby zobaczyć co znajduje się po drugiej stronie. Dwa razy omal nie odpadł od ściany, jednak udało mu się. Słońce właśnie zachodziło. Wyczerpany stanął na szczycie ostrych skał i oniemiał z radości. U podnóża skalistego pasma ciągnął się szeroki trakt, którego tak usilnie wypatrywał przez cały dzień. To zmieniało postać rzeczy. Raol zadecydował zejść na dół i spędzić noc w załomie nieopodal drogi.

Młodzieniec wkroczył na ścieżkę fechmistrza niedawno. Bardzo szybko awansował na drugi krąg swej dyscypliny. Jego rodzice zginęli w pożarze trzy lata temu. Osierocony nastolatek dostał się pod opiekę strażnika miejskiego w małej miejscowości Badran, nieopodal Jeziora Vors. Był znajomym ojca. Wkrótce okazało się, że Kinlan nie był tylko zwykłym strażnikiem miejskim, ale także doskonałym fechmistrzem, który przemierzył Barsawię wszerz i wzdłuż, a na starość postanowił osiąść w Badran. Kinlan zdecydował wprowadzić Raola na ścieżkę fechmistrza, gdyż jak uznał chłopak miał do tego predyspozycje. Młodzieniec był krzykliwy, zadziorny, odważny, no i nieźle robił mieczem. Pozostało tylko nauczyć go trochę pokory i samodyscypliny. Niestety to zadanie przerosło starego mistrza. Z dnia na dzień, jak tylko Raol nabierał umiejętności, stawał się coraz bardziej arogancki i pyszny. Wszczynał awantury w gospodzie, wyzywał na pojedynki kogo popadło, a pewnego wieczora oświadczył Kinlanowi, że od dziś będzie nazywał siebie Raolem Niezłomnym i jako takiego pozna go cały świat. Kilka tygodni później stwierdził z kolei, że wyrusza w Barsawię, gdyż jest już dostatecznie silny, a w świecie szybciej zdobędzie umiejętności. Na nic zdały się argumenty mistrza, chłopak uparł się na dobre. Kinlanowi nie pozostało nic innego, jak tylko dać Raolowi trochę pieniędzy na drogę i życzyć mu powodzenia. Po kilku dniach młodzieniec trafił do przydrożnej karczmy i nie obyło się bez burdy. Gdy pewien stary krasnolud upomniał chłopaka, by nie pchał się do baru, Raol odskoczył, błyskawicznie dobył miecza i jednym szybkim cięciem pozbawił krasnoluda spodni, odcinając mu pasek. Cała gospoda ryknęła śmiechem z wyjątkiem krasnoluda i kilku jego kompanów. Jak się po chwili okazało było ich tu aż siedmiu i Raol dławiąc się ze śmiechu musiał uciekać przed żądnymi zemsty kupcami i ich obstawą. Niefortunnie podczas ucieczki fechmistrz miał rozwiązaną sakwę i większą część jej zawartości zgubił. Krasnoludy dały za wygraną i mógł bez przeszkód podjąć dalszą wędrówkę do Travaru. Do wyboru miał dłuższą podróż traktem, wynajęcie statku na Wężowej Rzece lub skrót przez pustkowia w sercu Barsawii. Wybrał tą ostatnia trasę.

Wody mu nie brakowało, natomiast jedzenia zostało najwyżej na jeden dzień. No nic, jakoś przenocuję, a rano zobaczymy dalej, pomyślał Raol. Młodzieniec znalazł przytulny załom skalny, rozłożył podróżną derkę i ułożył się do snu. Był tak zmęczony, że zapomniał o jakichkolwiek środkach bezpieczeństwa i zasnął jak kamień. Na szczęście nocni łowcy dali mu tym razem spokój. Rankiem obudził go stukot końskich kopyt. Raol zerwał się na równe nogi i instynktownie dobył ostrza. Kiedy jednak wyjrzał zza załomu na trakt, natychmiast się uspokoił, zamiast orkowych nomadów, których się spodziewał, zobaczył bowiem małą karawanę kupiecką zmierzającą traktem w jego stronę. Spakował swój dobytek i raźnym krokiem wyszedł na drogę. Karawana składała się z czterech wozów. Na koźle pierwszego siedział brodaty, niemłody już krasnolud odziany w prostą brązową tunikę. Gdy ujrzał Raola sięgnął po łuk i nałożył strzałę na cięciwę, bacznie obserwując młodzieńca. Chłopak na ten widok roześmiał się, bo widok ten niezmiernie go uradował. Hmm już sam jego widok sprawiał, że inni się go bali.

- Spokojnie woźnico. Nie chcę ci zrobić krzywdy.
- Stój! Ktoś ty za jeden i czego chcesz? - padło w odpowiedzi - Powiedz swoim kumplom, że i tak nie macie nam co ukraść, wieziemy tylko zboże.
- Ha! Nie słyszałeś o mnie? Jestem Raol Niezłomny. Ale spokojnie, nie obawiaj się mówiłem już, że nie chcę ci zrobić krzywdy, jestem tu zresztą sam.
Woźnica uważniej przyjrzał się Raolowi i humor zaraz mu się poprawił.
- Aaa, Raol mówisz Niezłomny. Ciekawe, ciekawe, i zapewne do Travaru, na Wielki Turniej zmierzasz, hę?
- Baczny obserwator z ciebie woźnico. Czemu tak wnioskujesz?
- Niejednego takiego widziałem jak ty, jeżdżę tym traktem już parę lat. Jak tylko zbliża się mawag, to zaraz hordy napaleńców ciągną na Travar. Hehehe...
- Masz cięty jęzor,.... woźnico! - rozjuszył się fechmistrz.
- Spokojnie chłopcze nie chciałem cię urazić, mówię tylko, że pełno takich, którzy chcą wygrać turniej i zgarnąć nagrodę.
- Tak, tyle, że to JA wygram.
- Z pewnością, z pewnością, no ale poczekamy zobaczymy. Tymczasem jeśli chcesz możesz się do nas przyłączyć. Jedziemy do Travaru, więc ty będziesz miał szybciej, a i my raźniej i weselej.
- No cóż, rzeczywiście głupotą byłoby nie przyjąć takiej oferty - odparł spokojniejszy już Raol.
Droga mijała szybko i pogodnie, młodzieniec w towarzystwie krasnoludów zbliżał się do swego celu. Teraz nabrał już całkowitego przekonania, że szczęście mu sprzyja. Główna nagroda i sława jest w zasięgu ręki!

Po kilku dniach, bez większych przeszkód karawana dotarła do Travaru. Adept pożegnał się z życzliwymi, ale i nieco uszczypliwymi kompanami i skierował się do centrum miasta. Travar wywarł na nim wielkie wrażenie. Wspaniałe, białe domy z wysokimi wieżami i lśniącymi w słońcu dachami we wszystkich kolorach tęczy, zapierały dech w piersiach. Z zachwytem obserwował stragany na miejscowym targu, sklepikarzy oferujących towary ze wszystkich zakątków Barsawii i bogatych arystokratów kręcących się po targu. Żałował tylko, że nie ma pieniędzy, aby kupić sobie kilka ładnych drobiazgów. Poczekajcie no tylko, gdy wygram turniej bardzo się na mnie wzbogacicie - mówił w duchu do handlarzy. No ale cóż, na razie trzeba poszukać punktu rejestracyjnego. Nie okazało się to zbyt trudnym zadaniem, turniej bowiem miał odbyć się na rynku, więc i tam zapewne czegoś można się dowiedzieć.

Po kilkunastu minutach marszu głównym traktem miasta Raol dotarł z targu na rynek. Nie mylił się co do organizacji turnieju. Ustawiane tu były namioty, na których widniały napisy: "WIELKI TURNIEJ - REJESTRACJA UCZESTNIKÓW". Przed każdym z nich stała spora kolejka potencjalnych zwycięzców, a wokół tłum gapiów. Fechmistrz stanął w jednej z nich i po około godzinie nadeszła jego kolej.
- Nazwisko?
- Raol Niezłomny.
- Niezłomny? Hę?
- Tak Niezłomny - odpowiedział nieco podirytowany Raol
- Piszemy... Raol Niezłomny, rasa - człowiek, wiek?
- 19
- Dostajesz numer 74. Pierwsza walka jutro w południe, arena B, Następny! - mówiąc to urzędnik wydał Raolowi kawałek pergaminu, na którym widniało jego nazwisko i numer startowy.
No cóż mam dzisiejszy dzień na pozwiedzanie miasta. Poszukajmy jakiejś knajpy - uśmiechnął się pod nosem i ruszył przed siebie. Trafił do "Śliskiego gruntu" ale niezbyt mu się tam spodobało, bo raz, że wystrój jakiś dziwny, a dwa, że siedziały tam same typy spod ciemnej gwiazdy, a Raol chciał być w pełni sił przed jutrzejszą walką. Był pewien, że bez trudu pokonałby ich wszystkich, ale lepiej nie przemęczać się, czy niepotrzebnie narażać na drobne skaleczenia. Po odwiedzeniu kilkunastu karczm i zapoznaniu się z cenami fechmistrz zdecydował, że noc spędzi w "Czarnym łabędziu". Gospodę tę urządzono raczej skromnie, a i posiłki nie były wyśmienite, jednak Raol nie był wybredny. Przed snem posłuchał jeszcze pieśni o czynach Kolwartha Czerwonego w wykonaniu raczej marnego barda i udał się na spoczynek do wspólnej sali.

Rankiem rześki i wypoczęty Raol zjadł na śniadanie kaszę ze skwarkami popijając kubkiem ciepłego miodu. Sprawdził swą broń i spokojnie udał się w kierunku rynku. Kiedy tam dotarł walki już się toczyły. Do dyspozycji uczestników turnieju oddane były cztery areny. Nie były to jednak proste ringi, lecz wydzielone liną fragmenty rynku o nieregularnych kształtach, wraz z wszystkim co się na nim znajdowało. Fechmistrz uważnie oglądnął arenę, na której już za godzinę miał stoczyć swój pierwszy pojedynek. Ustawione w niej były cztery drewniane stragany, kilka beczek i jakieś skrzynie. Dwie granice wyznaczone były linami, pozostałe zaś stanowiły ściany budynków. Raol miał dobre przeczucie, odpowiadała mu ta arena. Wiedział, że wygra.

Młody fechmistrz odczytał regulamin wiszący na tablicy ogłoszeń turnieju. Zasady były proste - walka do pierwszej krwi. Z tego powodu w wieloletniej historii tych zawodów niezwykle rzadko zdarzały się wypadki śmiertelne. Wystarczyło choćby drasnąć przeciwnika, a natychmiast sędziowie przerywali walkę.

Chłopak przyglądał się spokojnie pojedynkowi toczonemu na arenie B. Jakiś t'skrang w krzykliwym czerwonym ubranku mierzył się z elfem walczącym dwoma krótkimi mieczami. Obaj zawodnicy prezentowali równy poziom, choć żaden z nich nie zachwycił Raola. Jestem lepszy, pomyślał. Walkę wygrał t'skrang zręcznym cięciem w udo.

Dochodziło południe. Jeden z sędziów wstał ze swej loży i gromkim głosem oznajmił: "Następna walka pomiędzy Raolem Niezłomnym, numer startowy 74, a Drolgilem z Urupy, numer startowy 41. Prosimy zawodników na arenę." Raol dziarskim krokiem wszedł na plac rozglądając się w poszukiwaniu swego pierwszego oponenta. Okazał się nim człowiek w wieku około 40-45 lat, odziany w skórzane brązowe spodnie i takąż kamizelkę. Był niski i raczej okrągławy. Jego twarz i ramiona pokryte były wieloma bliznami. Hmm, doświadczony - pomyślał Raol - ale gruby i stary, łatwy przeciwnik. Drolgil dzierżył solidny jednoręczny miecz, zdecydowanie cięższy, a tym samym wolniejszy od smukłego, niemal przypominającego rapier ostrza młodzieńca z Badran.

Przeciwnicy podali sobie dłonie i na dźwięk gongu rozpoczęli zmagania. Najpierw krążyli wokół siebie próbując wybadać się nawzajem. Napięcia nie wytrzymał Raol: "Nie przyjechaliśmy się oglądać tylko walczyć!" i rzucił się na rywala. Zasypał go gradem piekielnie szybkich ciosów, wykrzykując przy tym niezbyt grzeczne epitety dotyczące matki Drolgila, choć oczywiście nigdy jej nie widział. Ten jednak spokojnie odparł ataki młodzieńca nie odzywając się ani słowem. "Co? Zapomniałeś języka w gębie wieśniaku? Czy też może zgadzasz się z tym co mówię o twojej matce?". I Raol znów rzucił się na przeciwnika. Poczuł jak magia spływa do jego ciała - pchnięcie, kop, uskok, cięcie, unik, znów pchnięcie. Był w swoim żywiole. Nie widział nikogo i nic oprócz przeciwnika i obydwu ostrz, które wściekle wirowały odbijając promienie słoneczne. Wiedział, że walka jest już wygrana, Staruch właściwie tylko się bronił. To tylko kwestia czasu kiedy popełni błąd. Lecz nagle coś błysnęło i Raol poczuł ostry piekący ból na lewym policzku. Nie! To niemożliwe! Jak to się stało! To nie możliwe! Pokonał mnie! Ale, jak?... Młodzieniec odskoczył i otarł ręką twarz, aby upewnić się, czy to rzeczywiście prawda. Jego ręka pokryta była krwią. Po chwili zrozumiał. Przeciwnik tylko go zwodził, wypuszczał, czekał na okazję, a kiedy taka się nadarzyła, zamarkował pchnięcie i płynnym ruchem ciął od spodu w twarz chłopca, sprytnie wymijając jego miecz. Ale jakim cudem??? Jak do tego mogło dojść?!

Głos sędziego dotarł do niego jak z zaświatów. "Zwycięzcą został Drolgil z Urupy z numerem startowym 41." Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Jak taki stary grubas mógł go pokonać?!

- Za dużo mielesz ozorem chłopcze - usłyszał - a moja matka zmarła wydając mnie na ten świat - spokojnym głosem rzekł Drolgil - musisz się jeszcze wiele nauczyć - dorzucił.
Raol zrozumiał, że słowa Drolgila były prawdą, jeszcze wiele się musi nauczyć.
Kilka tygodni później w domu mistrza Kinlana w Badran rozległo się pukanie. Stary fechmistrz otworzył drzwi i ujrzał w nich młodzieńca z paskudną, jeszcze świeżą szramą na policzku. Chłopak upadł na kolana, objął mistrza za nogi i łkając wydusił:
- Mistrzu! Wybacz mi moją pychę.

Młodzieńcem tym był fechmistrz, którego wspaniałe dokonania opiewać będą kiedyś bardowie w całej Barsawii. A znać go będą pod imieniem Raol Pokorny.

Na górę strony