Życiorys Mistrza cz. 1



       Pisząc te słowa mam świadomość, że nie jestem pierwszym biografem, który podjął się ukazania światu życia i postaci wielkiego angielskiego pisarza Johna Ronalda Reula Tolkiena. Już w 1979 r. ukazała się pierwsza książka opisująca osobę i życie Tolkiena. Była to dość dziwna biografia, gdyż jej autor Daniel Grotta podczas jej pisania nie miał kontaktu z rodziną pisarza, a nawet działał wbrew jej woli pisząc swoją książkę. Ciężko dziś ustalić, dlaczego Tolkienowie rzucali kłody pod nogi biografa i nie chcieli, by życiorys Ronalda Tolkiena ujrzał światło dzienne.
       W kilka lat później ukazała się autoryzowana wersja biografii autorstwa Humphreya Carpentera. Tym razem krewni wykazali się pełną współpracą i spędzili wiele czasu opisując Humphreyowi życie Tolkiena. Ponieważ urodziłem się o kilka lat za późno, by móc podać rękę temu wielkiemu pisarzowi ani nie utrzymuję kontaktów z jego rodziną w dalszej części tej biografii będę się opierał na dwu wymienionych książkach. Więc wysłuchajcie historii życia Tolkiena.
       Zacznę od samego początku. Najpierw Bóg stworzył mężczyznę, a potem z jego żebra kobietę. Tu niektórzy pewnie pomyślę, że cofnąłem się zbyt daleko w przeszłość, a inni zaczną napomykać o małpach i ewolucji, ale prawda jest taka, że Tolkien był solennym katolikiem i na pewno tak zacząłby swoją autobiografię. Z tego miejsca przeskoczę od razu do marcowego dnia 1891 roku. Znajdujemy się właśnie na pokładzie statku Roslin Castel, którym panna Mabel Suffield płynie do południowej Afryki, by poślubić młodego bankowca Arthura Tolkiena. Niektórzy pewnie już się domyślili, że właśnie z tego związku uświęconego 16 kwietnia 1891 roku w kapsztadzkiej katedrze na świat przyszedł największy pisarz fantasy John Ronald Reuel Tolkien wówczas - jak opisał go jego ojciec : śliczne dziecko z pięknymi rączkami i uszami oraz długimi palcami i bardzo jasnymi tolkienowskimi włosami.
       Na chrzcie dziecko dostało aż 3 imiona, co sprawiło później kłopoty wielu osobom, gdy miały one zdecydować jak się do niego zwracać. W późniejszym czasie koledzy ze szkoły nazywali Tolkiena - Johnem Ronaldem, co brzmiało bardzo melodyjnie i dostojnie lub używali jego przezwiska Tollers. Większość osób zwracała się do niego Ronald i właśnie tego imienia będę używał i ja.
       Mały Ronald dorastał więc powoli w Afryce i już za młodu przeżywał przygody, które miały wpływ na jego twórczość pisarską. Żeby wszyscy zrozumieli co mam na myśli dla przykładu podam, że trzyletni Ronald nadepnął raz w ogrodzie na tarantulę, która następnie go ukąsiła. To wydarzenie wywołało u Ronalda niemalże arahnofobię do końca życia. Oprócz deptania po pająkach Ronald został raz ukradziony, a w wieku prawie trzech lat odbył z matką kilkusetkilometrową podróż nad wybrzeże na wakacje nad morzem.
       Ronald doczekał się po pewnym czasie braciszka, który urodził się 17 lutego 1894 roku. I jemu rodzice nie szczędzili imion i ochrzcili go Hilarym Arthurem Reulem. Gdy Hilary podrósł Mabel zdecydowała, że razem z dziećmi wyjedzie na pewien czas do Anglii i zostanie tam, dopóki chłopcy nie podrosną, gdyż afrykańskie upały szkodziły zdrowiu dzieci. Odpłynęli na statku S.S. Guelph w kwietniu 1985 roku. O ile mi wiadomo, nie wszystkie dzieci mają szansę przepłynąć statkiem 8 000 kilometrów w wieku trzech lat. Ronald miał taką szansę, a właściwie nie miał wyboru i musiał płynąć, bo nikt go nie pytał o zdanie. W każdym razie taka podróż na długo zapadła w pamięci Tolkiena i być może miała wpływ na jego późniejszą twórczość (przewodnim motywem Władcy Pierścieni jest podróż przez pół kontynentu).
       Po przyjeździe do Anglii Tolkienowie zamieszkali w wiosce Sarehole Mill na przedmieściach Birmingham. Tam po niecałym roku od chwili ich przybycia przyszła tragiczna wiadomość : Arthur Tolkien zmarł na ostre zapalenie otrzewnej. Stało się to w lutym 1896 roku. Był to wielki cios dla rodziny tak psychiczny jak i finansowy. Do tej pory Arthur utrzymywał Mabel i dzieci, więc ona nie musiała pracować i nie miała żadnej pracy. Śmierć ojca mocno przeżył zwłaszcza mały Ronald. Według dziennikarza z Sunday Times - Williama Cartera, który utrzymywał później kontakty z Tolkienem możliwe jest, iż mały Ronald winił siebie za śmierć ojca, ponieważ to ze względu na zły stan jego zdrowia matka z nim do Anglii i nie mogła zajmować się Arthurem. Biedny malec...
       Dość złych wiadomości. Póki co rodzina żyła sobie spokojnie choć w łagodnym ubóstwie. Tak naprawdę, to wcale nie byli biedniejsi od reszty wioski, ale w porównaniu z wystawnym życiem jakie prowadzili w Afryce, gdzie byli przyzwyczajeni do służących i wszelkich wygód ich ówczesna sytuacja była dużo skromniejsza. Pomimo tego Mabel ubierała chłopców zgodnie z obowiązującą wtedy modą więc dzieci miały zawsze nowe spodnie, kamizelki i kapelusiki. Chłodny klimat i spokojne, wiejskie życie najwyraźniej dobrze posłużyły zdrowiu Ronalda, gdyż w wieku siedmiu lat stał się silny i dość wysoki. Nie jestem pewien, czy o siedmiolatku można powiedzieć, że jest silny i wysoki, bo przecież to i tak małe chuchro, tak więc Ronald był silny i dość wysoki, ale jak na swój wiek.
       Zanim Ronald poszedł do szkoły Mabel zajęła się jego edukacją. Tolkien był oczywiści dość leniwym uczniem (a kto nie był ?), i wolał czas spędzać na świeżym powietrzu włócząc się tam i sam po wiejskiej okolicy, niż wkuwać całymi godzinami. Na szczęście był również bardzo zdolny i chwytał wszystko w mig, tak że po nauczeniu się czytania i pisania oraz podstaw matematyki w wieku siedmiu lat rozpoczął naukę łaciny i greki. Już widzę, jak wytrzeszczacie oczy. W Polsce siedmiolatki idą do pierwszej klasy i uczą się literek i cyferek a nie łaciny i greki. Jak widać Tolkien już od dziecka miał predyspozycje do bycia językowym geniuszem. To było dla niego prawdziwe odkrycie. W dwa lata później mówił już biegle w obu tych językach. Słowa i zdania zafascynowały go do tego stopnia, że wymyślił kilka języków w wieku 8 czy 9 lat. Niestety, później pod wpływem matki zniszczył ich zapisy, a szkoda, bo niewątpliwie dla jego obecnych fanów były by teraz wielką gratką. Jednak nie gniewajcie się zbytnio na Mabel. To właśnie ona odkryła przed Tolkienem tajemniczy świat baśni czytując mu Georga MacDonalda lub Lewisa Carrola. Wszyscy powinniśmy być jej za to bardzo wdzięczni.
       W 1900 roku Mabel zmieniła anglikanizm na katolicyzm, i pociągnęła swoich synów ku tejże religii. Jak słusznie się obawiała większość rodziny odwróciła się z tego powodu od niej i oczywiści wycofała swoją pomoc finansową. Nie był to najlepszy moment do odcięcie dostaw gotówki. Właśnie w 1900 roku Ronald zdał egzamin wstępny do Szkoły Króla Edwarda, jednak nie wystarczająco dobrze, by dostać stypendium i został zapisany jako uczeń płacący. Oj chyba trochę wyszły mu bokiem te wędrówki po okolicznych łąkach i lasach zamiast uczenia się. Na szczęście, jak to bywa w dobrych bajkach znalazł się bogaty wujek, który sfinansował edukację Ronalda.
       Gdy Tolkien trafił wreszcie do szkoły jesienią 1900 tego samego roku okazało się, że jest ona wielka, bardzo zatłoczona i hałaśliwa. Dla chłopca wychowanego w spokojnej wsi uczęszczanie tam stanowiło przerażającą perspektywę. Zaradny Ronald uskarżając się na swoje zdrowie większość pierwszego semestru spędził w domu. A może faktycznie chorował ?
       Ponieważ z Sarehole do Szkoły Króla Edwarda było prawie 6 kilometrów, a Ronald większość drogi musiał pokonywać pieszo Mabel znalazła dom bliżej centrum w Mosley i tam też się przeprowadzili. Pech chciał, że już rok później dom został przeznaczony do rozbiórki i rodzina znowu musiała szukać nowego domu. Tym razem trafili na dworzec kolejowy. Nie nie, nie dosłownie. Ich nowy dom przylegał tylko tyłem do stacji King's Heath. Czy wyobrażacie sobie przeprowadzkę ze spokojnej wsi otoczonej lasami i łąkami do betonowego centrum, a w dodatku w sąsiedztwo ruchliwej stacji kolejowej ? Potworność. Ronaldowi bardzo ciężko był się przyzwyczaić do takich warunków. Brakowało mu zieleni. Szybko jednak znalazł sobie zajęcie na wolne chwile. Spędzał teraz dużo czasu na nasypie kolejowym, gdzie odkrył nie tylko trawę i kwiatki, jego uwagę przyciągały dziwne napisy na wagonach z węglem. Słowa brzmiały obco, ale zarazem znajomo i pięknie. Ronald nie potrafił ich nawet wymówić, ale mimo to fascynowały go. Przyglądając się słowom : Nantyglo, Senghenydd czy Penrhiuceiber Ronald odkrył istnienie pięknego języka - walijskiego. Był to bardzo stary język, ale wciąż żywy, zwłaszcza na północy kraju. Niestety jedyne książki walijskie do jakich dotarł okazały się zupełnie niezrozumiałe. Chociaż to spotkanie z walijskim było krótkie i przyniosło mu raczej zawód Ronald odkrył wtedy całkiem inny świat językowy. Było to dla niego coś, co później studiował i wykładał do końca życia.
       Mabel szybko zrozumiała, że nie lubi tego domu, nie spodobał się jej też kościół rzymsko katolicki mieszczący się przy tej samej ulicy. Znów rozpoczęła długie wyprawy w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca modlitwy. Niebawem znalazła je - Oratorium Birmingham. Rodzina znów przeprowadziła się tym razem na Oliver Road w Edgbaston. Jeśli ktoś nie liczył to powiem wam że jest to już piąte miejsce zamieszkania Tolkiena. Prawdę mówiąc nie znam wielu osób, które przeprowadzały by się z powodu wystroju wnętrza ich kościoła parafialnego, ale Mabel była głęboko wierząca i potrzebowała miejsca do skupienia i modlitwy. Decyzję przeprowadzki można też tłumaczyć bliskością dworca kolejowego. Tak, czy inaczej stało się. Teraz Ronald znowu musiał przebywać długą drogę do szkoły, a i ich sytuacja materialna też się pogorszyła i tak więc Mabel wypisała Ronalda ze Szkoły Króla Edwarda i zapisała obu synów do katolickiej szkoły św. Filipa, która znajdowała się przy Oratorium i była prowadzona przez duchownych.
       Wkrótce po ulokowaniu się w nowym domu Tolkienom złożył wizytę ksiądz z ich nowego kościoła parafialnego. Był to ojciec Francis Xavier Morgan - postać, która miała potem duży wpływ na życia Ronalda. Po krótkim czasie stał się on szczerym przyjacielem rodziny i zastępował chłopcom ojca tak przez pomoc finansową jak i wsparcie duchowe. Stał się on częstym gościem w domu Tolkienów i był wprost uwielbiany przez dzieci.
       Nową szkołę Ronalda i Hilarego otaczały ubogie zaułki i slumsy, a budynek miał nagie, ceglane ściany łatwo był się domyślić, że poziom nauczania będzie podobny do szkoły - marny. Wkrótce Ronald wyprzedził w nauce kolegów z klasy i Mabel zrozumiała, że ta szkoła nie da mu odpowiedniego wykształcenia. Znowu sama wzięła się za edukację Ronalda i Hilarego i to z takim skutkiem, że w 1903 roku Ronald zdał wreszcie egzamin do Szkoły Króla Edwarda i otrzymał stypendium. Na taki rezultat miał być może także brak w okolicy lasów i łąk - wiecie o co mi chodzi. Hilaremu nie udało się dostać do tej samej szkoły i nadal pozostał w domu ucząc się wszystkiego od matki.
       Jesienią 1903 roku Ronald powrócił do Szkoły Króla Edwarda. Była to najstarsza i najbardziej prestiżowa szkoła w Birmingham, a duża część jej absolwentów dostawała się później do Oksfordu lub Cambridge. Gotyckie fasady i dobre finansowanie robiły naprawdę duże wrażenie. W dwóch budynkach gimnazjalnych uczyło się 500 chłopców, a w pobliżu istniało gimnazjum żeńskie kształcące 300 dziewczynek. Jak widać na przerwach musiała być spora konkurencja wśród chłopców. Ronald został zapisany do szóstej klasy, czyli mniej więcej w połowie toku nauczania.
       Nowy rok 1904 zaczął się bardzo nieszczęśliwie. Najpierw chłopcy zachorowali na odrę, potem na koklusz, a Hilary na zapalenie płuc. Jakby tego było mało w kwietniu Mabel trafiła do szpitala, gdzie stwierdzono u niej cukrzycę. Cukrzyków nie leczono jeszcze wtedy insuliną, więc stan Mabel pogarszał się stopniowo. Chłopcy zostali rozdzieleni i wysłani do różnych członków rodziny. W czerwcu gdy stan Mabel poprawił się nieco ojciec Francis Morgan załatwił całej trójce wakacje we wiejskiej osadzie Rednal. Dla całej rodziny były to najszczęśliwiej spędzone dni od kilku lat. Ronald i Hilary urządzali sobie długie wycieczki po okolicznych lasach, a Mabel mogła całymi dniami wypoczywać na słońcu. Gdy nadszedł wrzesień i Ronald musiał wrócić do szkoły Mabel nie mogła zdobyć się na opuszczenie tego miejsca, gdzie wszyscy byli tacy szczęśliwi i powrót do zadymionego Birmingham. Ronald wstawał więc wcześnie rano i szedł na stację, skąd dojeżdżał do Birmingham. Do domu wracał dopiero późnym wieczorem.
       Na początku listopada stan zdrowia Mabel gwałtownie się pogorszył. Po krótkim czasie zapadła w śpiączkę i zmarła po sześciu dniach 14 listopada 1904 roku. Ronald i Hilary zostali zupełnie sami.
       Mabel Tolkien pochowano na cmentarzu w Bromsgrove. W swym testamencie wyznaczyła ojca Francisa Morgana na prawnego opiekuna swych synów i od tamtej pory, aż do osiągnięcia przez nich pełnoletności opiekował się nimi. Ojciec Francis Morgan czerpał zyski z rodzinnego handlu winem, a poza tym Mabel zostawiła po sobie 800 funtów na wychowanie synów, więc Ronald i Hilary nie odczuwali braku pieniędzy. Morgan znalazł chłopcom nowy dom u ich ciotki Beatrice Suffield, która mieszkała w Birmingham w pobliżu Oratorium i miała wolne pokoje do wynajęcia. Poza tym tylko ona z ich rodziny akceptowała ich nową religię i nie namawiała do powrotu na protestantyzm. Tak więc chłopcy zamieszkali w wynajętym, dużym pokoju w ciemnym, ponurym domu przy Starling Road w dzielnicy Edgbaston.
       Ciotka Beatrice była wdową. Nie miała dzieci ani majątku, a jej uczuciowość była na poziomie ameby. Nie rozumiała więc stanu psychicznego chłopców po śmierci matki a wcześniej ojca. Ograniczała się tylko do wykarmienia ich i ubrania, a poza tym nie poświęcała im wiele uwagi. Naturalną więc rzeczą było, że chłopcy nie lubili spędzać czasu w domu w towarzystwie zgorzkniałej wdowy, lecz próbowali się stamtąd wyrwać. Szybko drugim i właściwie prawdziwym domem Ronalda i Hilarego stało się Oratorium. Każdego ranka chłopcy spieszyli tam i służyli ojcu Francisowi do mszy. Następnie jedli śniadanie w cichym refektarzu i wychodzili razem do szkoły, bo Hilary zdał wreszcie egzaminy wstępne do Szkoły Króla Edwarda. Tak mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.
       W szkole Ronald szybko zdobył pierwsze miejsce w swojej klasie. Drugie miał Christopher Wiseman. Rywalizacja między nimi po pewnym czasie przemieniła się w przyjaźń. Christopher był chłopcem o rok młodszym od Ronalda, miał jasne włosy, szeroką twarz i energiczne, pełne krytycyzmu usposobienie. Poza tym tak samo jak Ronald interesował się łaciną, greką i grą w rugby. Co prawda Wiseman był gorliwym metodystą, ale chłopcy odkryli, że mogą razem spierać się na tematy religijne bez przejawów wrogości.
       Ronald zaczął również rozwijać w szkole swoje zdolności językowe. Szkoła Króla Edwarda była do tego idealnym miejscem. Podstawę nauczania stanowiły bowiem łacina i greka, a ponadto Tolkien spotkał tam znakomitego nauczyciela Georga Brewtona, który zauważył u chłopca zainteresowanie językami i zaproponował, że pożyczy mu podręcznik do nauki języka staroangielskiego. Samo nauczenie się łaciny, greki, francuskiego, niemieckiego i jego ojczystego języka - angielskiego nie wystarczało Ronaldowi. Zaczął on poszukiwać powodów, dla których języki te są takie a nie inne, ich źródeł i cech wspólnych. Ronald nie świadomy jeszcze tego zaczął samodzielnie studiować filologię - naukę o słowach i językach.
       Innym impulsem, który pomógł Tolkienowi w jego rozwoju językowym był ówczesny dyrektor Szkoły Króla Edwarda - Robert Cary Gilson. Interesował się on szczególnie postępami w najstarszej, czyli pierwszej klasie, do której Ronald trafił na pół roku przed swoimi szesnastymi urodzinami. Gilson zachęcał uczniów do zagłębiania się w boczne uliczki każdego przedmiotu i zdobywania mistrzostwa we wszystkim z czym się stykają. Jako ciekawostkę można tu podać, że Gilson był nie tylko dyrektorem i świetnym nauczycielem, ale również domorosłym wynalazcą. Wymyślił on maszynę do powielania szkolnych formularzy, działko do piłeczek golfowych, a jego dom był zasilany w prąd przez wiatrak - elektrownię jego pomysłu i produkcji.
       Tolkiena bardzo pociągał język staroangielski. Pomimo, że nie miał on tak estetycznego uroku jak walijski bardzo go fascynował, bo wyglądał dla niego znajomo, a zarazem był odległy i nieznany. Poza tym był on przodkiem współczesnego angielskiego, a Tolkien bardzo chciał poznać przodka swego ojczystego języka. Wkrótce Ronald mógł już tłumaczyć fragmenty prozy z książki, którą otrzymał od Georga Brewtona, jednak jego prawdziwa przygoda z tym językiem zaczęła się, gdy Ronald wyszedł poza proste, podręcznikowe przykłady i odkrył wielki staroangielski poemat - Beowulf. Po tym spotkaniu Tolkien sięgnął do średnioangielskiego i znalazł tu utwór Sir Gawain and the Green Knight (pol. "Pan Gawen i Zielony Rycerz").

Ciąg dalszy w następnym numerze.


Piotr Sułek