Spłata długu (cz. 1)



- Hej ty! - ktoś krzyknął.
Nie odwracałem się - może sobie odpuści. Nadal szedłem przed siebie, a moje ruchy nie świadczyły nawet w najmniejszym stopniu o usłyszanym przywołaniu.
- Hej ty! - tym razem głośniej i bardziej ukierunkowanie.
Nadal nic nie robię, nic co mogłoby zdradzić iż usłyszałem
. - Hej, głuchy jesteś?
Teraz musiałem stanąć, gdyż postać - wcześniej wołająca - stała teraz naprzeciw mnie. No dobra - pomyślałem. Czas sprawdzić zamiary "chętnego do rozmowy".
- Mówisz do mnie? - spytałem w bardzo nieprzyjemny sposób.
- Do ciebie mówię, kurwa, a do kogo - odpowiedział.
Odwróciłem wzrok od niego i szybkim ruchem - trącając mojego rozmówcę - ruszyłem. Nie miałem zamiaru się odwracać, stawać, rozmawiać i robić czegokolwiek. Niech się facet trochę namęczy zanim z nim porozmawiam.
- Klik! - usłyszałem przechodząc, może, dwa kroki. Nie miałem wątpliwości iż jest to dźwięk przeładowywanej broni. No to świetnie - pomyślałem. Może to już teraz. Nie mam zamiaru się odwracać, nawet jeśli strzeli. Przygotowałem się iż nawet nie drgnę gdy strzeli, nawet o milimetr.
- Strzał! - Wokół ludzie padający na ziemię lub uciekający gdzie popadnie - żadnego zorganizowanego zachowania - no i ja, nawet o milimetr nie wzruszony. Jeszcze dwa kroki, może trzy, i dostrzegam kątem oka jakąś postać z karabinem padającą na ziemię - szybka dedukcja - strzał mnie chronił.
- No dobra... - chciałem zacząć. Nikogo jednak nie było, nikogo z kim przed chwilą wymieniłem zdania. Mały mętlik w głowie. Szybka akcja sprawdzenia spojrzeniem trupa z karabinem, potem spokojny marsz w inną stronę. Cały czas zastanawiam się kto mi uratował życie.





       Szedłem do strefy walki. Miałem jeszcze wiele zobowiązań, które powinienem załatwić. Tym razem górę wzięła rutyna i zabezpieczyłem się przed różnymi dziwnymi spotkaniami. Oczywiście nie mówię o jakichś wielkich zabezpieczeniach; po prostu założyłem kevlar, miałem moją ulubioną .44 i nóż.
       Namiary na jednego Nomad'a miałem chyba dobre, więc nie marnowałem czasu na zbędne "kontakty międzyludzkie". Przemykałem ciemnymi uliczkami lub wręcz rezygnowałem z poruszania się po ulicach na rzecz kanałów - zresztą to chyba normalne w combat zone.

- No dobra, pójdziecie do trzeciej barykady i przygotujecie się na zatrzymanie oddziału wysłanego przez korpa. Bez przesady panowie, macie ich zatrzymać przez chwilę, żeby nie myśleli iż idzie im zbyt łatwo. My zajmiemy się nimi przecznicę dalej. Wszystko jasne? To do roboty.
- No, no - powiedziałem. Stałem 2-3 metry od grupy ludzi omawiających jakąś akcję. Sami Nomadzi, a może raczej miejskie punki. Szkoda, że nie mają lepszego słuchu, choć widowiskowo wyciągają broń w sytuacji zagrożenia, muszę przyznać iż zawsze lubiłem efektowne wejścia, a wycelowane 12-14 luf w moją stronę wyglądało całkiem widowiskowo.
- Opuścić broń. - powiedział gość, który wcześniej wydawał rozkazy. - Mogłeś zginąć, po co się tak skradasz?
- Stare przyzwyczajenia. - odparłem szybko. Nad czym tak dyskutujecie?
- Mamy porachunki z jednym z korpów, już wysłał oddział.
- Ilu?
- Co najmniej 6-ciu.
- Zabijecie ich?
- Będziemy się starali.
- Słyszałem, że jesteś w mieście, mam u ciebie dług i chyba lepszy pomysł.
- Mów - powiedział bez zastanowienia, tak jakby po prostu wiedział, że mój plan się powiedzie, tak jakby czekał właśnie na mnie, tak jakby wiedział iż splata długu jest właśnie teraz najbardziej odpowiednia.
- Normalnie korp nie wyśle swoich ludzi do strefy walki, jeśli nie musi. Zakładam iż są to jacyś wynajęci goście, może z jakiegoś konkurencyjnego gangu. Zabicie ich będzie mogło zaburzyć równowagę między wami, a ich ludźmi. Proponuję ich efektownie unieszkodliwić i rozgłosić iż jestem po waszej stronie razem z kilkoma kumplami. Jeśli się uda to zyskamy trochę czasu. Dość by przygotować się na przybycie prawdziwego oddziału ze stajni korpa.
- Chcesz ściągnąć na siebie ich uwagę?
- To dużo prostsze, a ja mam kilka pomysłów jak unieszkodliwić ludzi korpa.
- Dobra, czego potrzebujesz?
- Dwóch dobrych strzelców i kogoś kto dobrze zna teren. Ile mamy czasu?
- Nie więcej niż 30 minut.
- Wystarczy.

       Geniusze z ulicy. Kilku punków którzy mają broń i myślą iż są wielcy. Przyczailiśmy się w miejscu dość słabo nadającym się na zasadzkę. Instrukcje wydane, a mówiąc prościej goście którzy są ze mną mają mnie osłaniać. Ja wybrałem taktykę zabicia najsilniejszego w stadzie.
       Szeroka ulica, niskie puste domy, wszędzie dobry widok. Grupka punków z karabinami i w marnych kamizelkach idzie środkiem drogi. Właściwie to jak na nich patrzę to widzę przestraszonych facetów z zabawkami mającymi stłumić strach.
       Stanąłem w jednym z budynków, mieli przechodzić kilka metrów od niego. Najsilniejszy ze stada szedł drugi. Wyszedłem gdy byli 2-3 metry ode mnie. Wszyscy wycelowali broń w moją stronę.
- Przepraszam chyba się zgubiłem, jestem z korporacji Maomi. Panowie, zapłacę jeśli tylko mnie stąd wyprowadzicie - trochę aktorstwa i odpowiedni wygląd.
- Ile zapłacisz - spytał ten którego określiłem jako najsilniejszy w stadzie.
- Mogę... - nie czekałem. Kiedy tylko lekko opuścili broń, a ja byłem przy gościu na wyciągnięcie ręki, szybkim ciosem w klatkę piersiową zdezorientowałem gościa i niemal równocześnie chwyciłem go za szyję umiejętnie osłaniając się jego ciałem. W chwilę potem byłem już w budynku z którego wyszedłem, oddałem jeszcze serię z jego broni z zamiarem rozproszenia reszty.
       Zadziałało. Goście rozbiegli się, nawet strzelali kilka razy w moją stronę. Po chwili zdezorientowani zaczęli się wycofywać, ostrzeliwując budynek w którym byłem. Faceta którego wciągnąłem zemdlał pod siłą uścisku, a ja po szybkim zabezpieczeniu go konsekwentnie ostrzeliwałem wycofującą się grupkę amatorów. Goście, którzy mnie mieli osłaniać niezdarnie próbowali wyeliminować resztę - nie zwracałem na to uwagi, chyba tylko dlatego, że było mi na rękę, iż szło im fatalnie.
       Kiedy facet się ocknął, sam powiedział z jakiego jest gangu. Ja przedstawiłem się i uświadomiłem iż nie mam nic do niego ani jego kumpli. Dalej, bez większych kłopotów wyśpiewał kto ich wynajął, a ja tak po prostu go puściłem. Zapomniałem rozwiązać mu ręce i nogi, ale nie protestował. Teraz wiedziałem jakie mogą być możliwości korpa, który ich wynajął, chyba wcale nie będzie tak łatwo.

- Gratuluję. Całkiem niezła akcja. Może nauczysz moich chłopców kilku sztuczek.
- Może kiedy indziej. Musimy pogadać.
- Jasne - pokazał ruchem ręki żeby inni się rozproszyli, a my poszliśmy w stronę czegoś co wyglądało jak bunkier. Kątem oka widziałem ludzi którzy byli ze mną jak gestykulują opowiadając o akcji na której ze mną byli.
- Może nie być łatwo. - zacząłem. Naraziłeś się skośnookim. Korp, który wynajął tę bandę punków, nie działał chyba w swoim imieniu. Co zrobiliście, że tak się zdenerwowali?
- Buchnęliśmy truck'a. Na nasze nieszczęście pełnego elektroniki.
- Sprzedaliście to komuś?
- Nie. Nie złamaliśmy zabezpieczeń naczepy. Potem chyba chłopaków trochę poniosło i towar cholera wzięła. Mieliśmy jeszcze problem z konkurencją.
- Rozwaliliście transport elektroniki, bo nie mogliście się do niego dobrać, a nie chcieliście żeby przejęli go inni.
- Masz jakiś plan? - spytał jak dziecko pytające czy mu się wybaczy.
- Chcecie się wywinąć?
- No jasne, ale nie chcemy być tchórzami.
- Oczywiście, przecież jesteście pogromcami korporacyjnych transportów - dodałem dość żartobliwie, by rozładować atmosferę niepewności. Wszystko da się załatwić, korpy to też ludzie.
       Nie byłem tylko pewny swojej roli w tym przedsięwzięciu, ale obiecałem sobie iż spłacę dług względem tej bandy dzieciaków, bo jak inaczej można ich nazwać.



GTS