- Hej ty! - ktoś krzyknął.
Nie odwracałem się - może sobie odpuści. Nadal szedłem przed siebie, a moje
ruchy nie świadczyły nawet w najmniejszym stopniu o usłyszanym przywołaniu.
- Hej ty! - tym razem głośniej i bardziej ukierunkowanie.
Nadal nic nie robię, nic co mogłoby zdradzić iż usłyszałem
.
- Hej, głuchy jesteś?
Teraz musiałem stanąć, gdyż postać - wcześniej wołająca - stała teraz naprzeciw
mnie. No dobra - pomyślałem. Czas sprawdzić zamiary "chętnego do rozmowy".
- Mówisz do mnie? - spytałem w bardzo nieprzyjemny sposób.
- Do ciebie mówię, kurwa, a do kogo - odpowiedział.
Odwróciłem wzrok od niego i szybkim ruchem - trącając mojego rozmówcę -
ruszyłem. Nie miałem zamiaru się odwracać, stawać, rozmawiać i robić
czegokolwiek. Niech się facet trochę namęczy zanim z nim porozmawiam.
- Klik! - usłyszałem przechodząc, może, dwa kroki. Nie miałem wątpliwości iż
jest to dźwięk przeładowywanej broni. No to świetnie - pomyślałem. Może to już
teraz. Nie mam zamiaru się odwracać, nawet jeśli strzeli. Przygotowałem się iż
nawet nie drgnę gdy strzeli, nawet o milimetr.
- Strzał! - Wokół ludzie padający na ziemię lub uciekający gdzie popadnie -
żadnego zorganizowanego zachowania - no i ja, nawet o milimetr nie wzruszony.
Jeszcze dwa kroki, może trzy, i dostrzegam kątem oka jakąś postać z karabinem
padającą na ziemię - szybka dedukcja - strzał mnie chronił.
- No dobra... - chciałem zacząć. Nikogo jednak nie było, nikogo z kim przed
chwilą wymieniłem zdania. Mały mętlik w głowie. Szybka akcja sprawdzenia
spojrzeniem trupa z karabinem, potem spokojny marsz w inną stronę. Cały czas
zastanawiam się kto mi uratował życie.
      
Szedłem do strefy walki. Miałem jeszcze wiele zobowiązań, które powinienem
załatwić. Tym razem górę wzięła rutyna i zabezpieczyłem się przed różnymi
dziwnymi spotkaniami. Oczywiście nie mówię o jakichś wielkich zabezpieczeniach;
po prostu założyłem kevlar, miałem moją ulubioną .44 i nóż.
      
Namiary na jednego Nomad'a miałem chyba dobre, więc nie marnowałem czasu na
zbędne "kontakty międzyludzkie". Przemykałem ciemnymi uliczkami lub wręcz
rezygnowałem z poruszania się po ulicach na rzecz kanałów - zresztą to chyba
normalne w combat zone.
- No dobra, pójdziecie do trzeciej barykady i przygotujecie się na zatrzymanie
oddziału wysłanego przez korpa. Bez przesady panowie, macie ich zatrzymać przez
chwilę, żeby nie myśleli iż idzie im zbyt łatwo. My zajmiemy się nimi przecznicę
dalej. Wszystko jasne? To do roboty.
- No, no - powiedziałem. Stałem 2-3 metry od grupy ludzi omawiających jakąś
akcję. Sami Nomadzi, a może raczej miejskie punki. Szkoda, że nie mają lepszego
słuchu, choć widowiskowo wyciągają broń w sytuacji zagrożenia, muszę przyznać iż
zawsze lubiłem efektowne wejścia, a wycelowane 12-14 luf w moją stronę wyglądało
całkiem widowiskowo.
- Opuścić broń. - powiedział gość, który wcześniej wydawał rozkazy. - Mogłeś
zginąć, po co się tak skradasz?
- Stare przyzwyczajenia. - odparłem szybko. Nad czym tak dyskutujecie?
- Mamy porachunki z jednym z korpów, już wysłał oddział.
- Ilu?
- Co najmniej 6-ciu.
- Zabijecie ich?
- Będziemy się starali.
- Słyszałem, że jesteś w mieście, mam u ciebie dług i chyba lepszy pomysł.
- Mów - powiedział bez zastanowienia, tak jakby po prostu wiedział, że mój plan
się powiedzie, tak jakby czekał właśnie na mnie, tak jakby wiedział iż splata
długu jest właśnie teraz najbardziej odpowiednia.
- Normalnie korp nie wyśle swoich ludzi do strefy walki, jeśli nie musi.
Zakładam iż są to jacyś wynajęci goście, może z jakiegoś konkurencyjnego gangu.
Zabicie ich będzie mogło zaburzyć równowagę między wami, a ich ludźmi. Proponuję
ich efektownie unieszkodliwić i rozgłosić iż jestem po waszej stronie razem z
kilkoma kumplami. Jeśli się uda to zyskamy trochę czasu. Dość by przygotować się
na przybycie prawdziwego oddziału ze stajni korpa.
- Chcesz ściągnąć na siebie ich uwagę?
- To dużo prostsze, a ja mam kilka pomysłów jak unieszkodliwić ludzi korpa.
- Dobra, czego potrzebujesz?
- Dwóch dobrych strzelców i kogoś kto dobrze zna teren. Ile mamy czasu?
- Nie więcej niż 30 minut.
- Wystarczy.
      
Geniusze z ulicy. Kilku punków którzy mają broń i myślą iż są wielcy.
Przyczailiśmy się w miejscu dość słabo nadającym się na zasadzkę. Instrukcje
wydane, a mówiąc prościej goście którzy są ze mną mają mnie osłaniać. Ja wybrałem
taktykę zabicia najsilniejszego w stadzie.
      
Szeroka ulica, niskie puste domy, wszędzie dobry widok. Grupka punków z
karabinami i w marnych kamizelkach idzie środkiem drogi. Właściwie to jak na nich
patrzę to widzę przestraszonych facetów z zabawkami mającymi stłumić strach.
      
Stanąłem w jednym z budynków, mieli przechodzić kilka metrów od niego.
Najsilniejszy ze stada szedł drugi. Wyszedłem gdy byli 2-3 metry ode mnie. Wszyscy
wycelowali broń w moją stronę.
- Przepraszam chyba się zgubiłem, jestem z korporacji Maomi. Panowie, zapłacę
jeśli tylko mnie stąd wyprowadzicie - trochę aktorstwa i odpowiedni wygląd.
- Ile zapłacisz - spytał ten którego określiłem jako najsilniejszy w stadzie.
- Mogę... - nie czekałem. Kiedy tylko lekko opuścili broń, a ja byłem przy
gościu na wyciągnięcie ręki, szybkim ciosem w klatkę piersiową zdezorientowałem
gościa i niemal równocześnie chwyciłem go za szyję umiejętnie osłaniając się jego
ciałem. W chwilę potem byłem już w budynku z którego wyszedłem, oddałem jeszcze
serię z jego broni z zamiarem rozproszenia reszty.
      
Zadziałało. Goście rozbiegli się, nawet strzelali kilka razy w moją stronę. Po
chwili zdezorientowani zaczęli się wycofywać, ostrzeliwując budynek w którym
byłem. Faceta którego wciągnąłem zemdlał pod siłą uścisku, a ja po szybkim
zabezpieczeniu go konsekwentnie ostrzeliwałem wycofującą się grupkę amatorów.
Goście, którzy mnie mieli osłaniać niezdarnie próbowali wyeliminować resztę -
nie zwracałem na to uwagi, chyba tylko dlatego, że było mi na rękę, iż szło im
fatalnie.
      
Kiedy facet się ocknął, sam powiedział z jakiego jest gangu. Ja przedstawiłem
się i uświadomiłem iż nie mam nic do niego ani jego kumpli. Dalej, bez większych
kłopotów wyśpiewał kto ich wynajął, a ja tak po prostu go puściłem. Zapomniałem
rozwiązać mu ręce i nogi, ale nie protestował. Teraz wiedziałem jakie mogą być
możliwości korpa, który ich wynajął, chyba wcale nie będzie tak łatwo.
- Gratuluję. Całkiem niezła akcja. Może nauczysz moich chłopców kilku sztuczek.
- Może kiedy indziej. Musimy pogadać.
- Jasne - pokazał ruchem ręki żeby inni się rozproszyli, a my poszliśmy w
stronę czegoś co wyglądało jak bunkier. Kątem oka widziałem ludzi którzy byli ze
mną jak gestykulują opowiadając o akcji na której ze mną byli.
- Może nie być łatwo. - zacząłem. Naraziłeś się skośnookim. Korp, który wynajął
tę bandę punków, nie działał chyba w swoim imieniu. Co zrobiliście, że tak się
zdenerwowali?
- Buchnęliśmy truck'a. Na nasze nieszczęście pełnego elektroniki.
- Sprzedaliście to komuś?
- Nie. Nie złamaliśmy zabezpieczeń naczepy. Potem chyba chłopaków trochę
poniosło i towar cholera wzięła. Mieliśmy jeszcze problem z konkurencją.
- Rozwaliliście transport elektroniki, bo nie mogliście się do niego dobrać, a
nie chcieliście żeby przejęli go inni.
- Masz jakiś plan? - spytał jak dziecko pytające czy mu się wybaczy.
- Chcecie się wywinąć?
- No jasne, ale nie chcemy być tchórzami.
- Oczywiście, przecież jesteście pogromcami korporacyjnych transportów - dodałem
dość żartobliwie, by rozładować atmosferę niepewności. Wszystko da się
załatwić, korpy to też ludzie.
      
Nie byłem tylko pewny swojej roli w tym przedsięwzięciu, ale obiecałem sobie iż
spłacę dług względem tej bandy dzieciaków, bo jak inaczej można ich nazwać.