Chimera, czyli dramat Toreadora



       Jest to opowieść o miłości. Uczuciu tego typu, które gubiło romantycznych bohaterów i powodowało nieszczęścia, ale które zarazem było ich sensem istnienia. Przesłaniało cały świat uniesieniem i ukojeniem ich rozdartych dusz. Opowieść o miłości dziwnej, niepokojącej, zakazanej prawami ludzi i Istot Nocy. Uczuciu, jakie niespodziewanie narodziło się w na pozór martwym sercu wampira. Miłości niebezpiecznej i nienaturalnej- Kainity do kobiety śmiertelnej. Przepełnionej erotyzmem i pożądaniem jak dekadenckie wiersze końca minionego wieku. Jak wiersze Baudelaire'a i Tetmajera. Niespełnionej jak ta w dziełach Goethego i Słowackiego. Jest to także opowieść o zdradzie i kobiecej przewrotnej naturze.
       Akcja owej zaś opowieści umieszczona została wśród nocnej scenerii ciasnych, brukowanych uliczek starego miasta, oświetlonych jedynie wątłym, bladym światłem gazowych latarni. Wśród labiryntu kamienic, których spadziste, pokryte dachówkami dachy i blaszane rynny wznoszą się ku niebu w nieczęstych, migotliwych szarymi chmurami objawieniach twarzy księżyca. W niewielkich, kameralnych kawiarniach i teatrach ukrytych przed wzrokiem przechodnia w bocznych uliczkach, gdzie toczy się nocne życie ludzi końca wieku szukających rozrywki lub zmysłowej rozkoszy, która mogłaby wprawić ich dekadenckie umysły w stan zapomnienia. Przybytki wypełnione tytoniowym dymem, których atmosfera miejsc intelektualnej rozrywki, nierzadko przerywanej prostym, grubiańskim dowcipem ze sceny kabaretu przyciągała zarówno młodych natchnionych poetów jak i zwykłą gawiedź. Grano w kości i czytano poezje. Tracono rodowe majątki i przepijano zrabowane pieniądze. Topiono zwykłe smutki i egzystencjonalne bóle. Varietes i salony - miejsca wizyt artystów i poseurs. Alkoholików tworzących pod wpływem absyntu, opiumistów wdychających słodkie, narkotyczne wapory, poezją opisujących swe wizje. Poetów fin de siecle'u ,którzy w dziwnym jakimś półśnie, marazmie rzekłszy "evviva l'arte" w akcie desperacji lub perwersyjnej mody raczej - odbierali sobie życie.
       Miejsca pełne dandysów, birbanterii, lampartów blase i kobiet lekkich obyczajów- ulicznych dziwek dla których rabunek lub zabójstwo nieprzytomnego klienta nie były szczególnie niemoralnymi czynami. Odwiedzanych także przez kobiety prawdziwie wyzwolone pokroju Dagny Juel-Przybyszewskiej, które swym zachowaniem zadziwiały i szokowały pragnąc z życia tyle ile ośmielali się brać mężczyźni . Palących tytoń, sypiających w wielu łożach i mówiących otwarcie o swoich chęciach i potrzebach. Kobiet budzących pożądanie nie tylko wśród mężczyzn swojego rodzaju, lecz także wśród tych, których żądze są zgoła inne i jakże wbrew naturze... Wśród zastępów owej ludzkiej menażerii znajdowały się wszakże istoty na pozór nie różniące się od ludzi, lecz jakże od nich inne... Wampiry. Ukryte przed wzrokiem diabły, w swych pseudo-ludzkich działaniach próbujące uwięzić blednącą pamięć o tym, co czyniło je ludźmi. Podążające za modą śmiertelnych, mówiące ich językiem i udające ich. Artyści, arystokraci, szaleńcy, buntownicy...

Do Narratora: By bliżej zapoznać się z atmosferą owej epoki N. Winien zobaczyć doskonały film A.Holland "Całkowite Zaćmienie", "Draculę" F.F. Coppoli , "Mary Reilly", ekranizację "Nędzników" Victora Hugo... Polecam także lekturę książek o epoce Młodej Polski autorstwa S.Brzozowskiego "Legenda Młodej Polski", J.Krzyżanowskiego "Neoromantyzm Polski", T.Weissa "Cyganeria Młodej Polski", "Wampira" W.Reymonta oraz oczywiście prześwietnych wierszy neoromantyków - Tetmajera, Kasprowicza, Staffa, Błoka i wielu innych...

Postacie:

       Anne Boujard jest młodą artystką - malarką i sługą francuskiego Kainity klanu Toreador - niejakiego Lacroix. Anne to niewysoka brunetka o oczach nieokreślonego, ciemnego koloru i drobnych, lecz wyraźnych rysach twarzy. Żywiołowa i impulsywna, choć bywa też oszczędna w okazywaniu uczuć i emocji. Prezentuje ten typ kobiecej urody, który nazwać można by delikatną, ulotną. Zdawać by się mogło, że niemal intuicyjnie przyciąga ku sobie męskie spojrzenia, korzystając z perfekcyjnie opanowanego języka ciała i trochę niepasującego do jej osoby lekko ochrypniętego, mocnego głosu.
       Jej skromny styl ubioru zawiera nutę subtelnej elegancji, podkreślony elementem srebrnej biżuterii i zapachem perfum. Powłóczyste suknie nakrywa czarną peleryną - nieodłącznym atrybutem artystycznej cyganerii. W pracowni zaś zmienia się nie do poznania, zakładając zaplamiony farbami fartuch i miękki, szeroki i równie zaplamiony beret. Wśród sztalug i niedokończonych płócien jest sobą. Spędza tam całe dni, malując portrety lub impresjonistyczne wizje. Swą uwagę zwraca także długimi, samotnymi spacerami w tych częściach miasta, w które nie odważyłyby się zapuścić inne kobiety. Wolnym krokiem przemierza niebrukowane ulice, swą obecnością wzbudzając zdziwienie kloszardów i robotników zamieszkujących odrapane, zaniedbane domy. Anna ma dosyć miasta, do którego przyjechać musiała wraz ze swym protektorem. Dowiedziawszy się o mrocznym sekercie Lacroix, Annę ogarnęło przerażenie. Zrozumiała, że jest jedynie narzędziem w rękach wampira i że będzie musiała spędzić u jego boku tyle czasu ile On zapragnie, gotowa zrobić co każe o każdej porze nocy.
       Obawiała się, że pewnego dnia, gdy znajdzie kogoś na jej miejsce lub jej obrazy przestaną się mu podobać pozbędzie się jej, jak zwykł to robić ze swymi przeciwnikami. Anna wie, że jej opiekun potrafi być nieobliczalny, że bywa kapryśny. W jej umyśle zatliła się iskra buntu, typowa dla jej żywiołowej natury. Postanowiła dokonać rzeczy niebezpiecznej i niemal niemożliwej - postanowiła zwrócić się przeciw swemu panu. Obmyśliwszy sposób jaki dokona swych zamierzeń, wybrała głównych aktorów swego przedstawienia. Osoby, które bezwiednie działać będą, powodowane jedynie jej wolą i przebiegłością ...
       Cytat: "Mężczyźni...(śmiech). Kimże są, że miałabym dla któregokolwiek z nich poświęcić Siebie? Mogą sądzić, że należę do nich, lecz Nigdy...Nigdy! nie będę służyć żadnemu z nich...Zrozumiałaś?"

       Artur Grodzki to student, który zjawił się pewnego razu w pracowni malarskiej Anny w poszukiwaniu pracy. Dobrze zbudowany, ciemnowłosy mężczyzna o nieco zaniedbanym wyglądzie i szarych, często zmrużonych oczach. Ubiera się w mundur swej uczelni, nie nosi zaś czapki, mając wciąż rozwianą czuprynę. Osobnik o umyśle niezbyt może przenikliwym, orbitujący w artystycznych kręgach. Anna, uznawszy go za odpowiedniego mężczyznę dała mu pracę modela. Malowała jego portret nadzwyczaj długo, prowokując rozmowy o sztuce, życiu i nim samym, które miały na celu oczarowanie Artura. Uśmiechała się w duchu, widząc jak łatwo udaje się jej rozbudzić w nim uczucie. Pewnego wieczoru, gdy przyniósł jej kwiaty i wino, zostali kochankami. Od tej pory stracił dla niej głowę, będąc gotowym działać na każde jej skinienie, łudząc się, że odwzajemnia jego uczucie. Nigdy wszakże nie przyznał się co czuje, podchwycił za to jej kolejną grę - zdanie o "końcu wszelkiej miłości" i pogardzie dla oficjalnych związków. Cieszył się, że jest przynajmniej blisko niej. W chwili, gdy rozpoczynają się wydarzenia tej opowieści, Grodzki jest w Annie szaleńczo zakochany...
       Cytat: "Bracie...miłość jest zła...ale jeśli Ona zechce bym był jej...przysięgam Ci, zrobię dla niej wszystko..."

       Lacroix jest Kainitą klanu Toreador. Jego serce przestało bić ponad wiek temu. Wampirzy Ojciec-w-Ciemności dając mu nowy żywot chciał utrwalić na wieki fizyczne piękno mężczyzny, nie bacząc wszakże na brak talentu potomka. Młody wampir był niejako jeszcze jednym dziełem swego ojca - artysty. Pięknym i godnym podziwu, martwym "przedmiotem". Lacroix to wysoki osobnik o proporcjonalnej budowie ciała, brunet o idealnie czarnych, połyskujących włosach sięgających ramion. Spod długich rzęs i widocznych, wyraźnych brwi wyglądają zielone, prawie nigdy nie mrugające oczy o nienaturalnie czystym spojrzeniu, które kontrastują z bladością smukłej, brodatej twarzy. Lacroix to hedonista, lew salonowy i birbant, czerpiący z nie-życia pełnymi garściami. Zatracił miarę w dążeniu do perwersyjnej przyjemności, nie bacząc nawet na prawa Tradycji. Książę wszakże przymyka oko na jego wybryki, jako, że Toreador cieszy się sławą artysty i wysokim statusem. Lacroix potrzebował talentu Anny, gdyż sam pogrążywszy się w dekadencji i marazmie stał się pozerem, nie potrafiącym stworzyć niczego co mogłoby przynieść mu uznanie i sławę. Obrazy swej sługi podpisuje własnym mianem i jako takie je prezentuje, drżąc by oszustwo nie zostało odkryte. Zrobi wszystko co w jego mocy, by tak się nie stało.       
Cytat: "Wyjdźmy stąd, dziwko. Zaprowadzę cię w miejsce w którym poznasz prawdziwą naturę, naturę Twórcy...'

       Julian Wierzbicki to neonata klanu Toreador, rezydujący w domenie Księcia, jako jeden z kilku nadwornych twórców. Urodzony na początku wieku, jako piąte dziecko zubożałego szlachcica polskiego pochodzenia. Zawsze bardziej pojętny niż bracia. Odebrał klasyczne wykształcenie, lecz bardziej przemawiały do niego buntownicze ideały romantyków i dzieła Byrona oraz Goethego.
       Skłócony z ojcem, pisał doskonałe wiersze zamiast zająć się "szlacheckimi obowiązkami" we włościach. Po raz ostatni widział swój rodzinny dom gdy nie powiedziawszy ani słowa rodzinie, wymknął się nocą i uciekł, by wziąć udział w powstaniu listopadowym. Nieraz walczył w bitwach na bagnety, ocierał się o śmierć z którą obcował codziennie, widząc konających towarzyszy-rodaków... Ledwie uszedłszy z życiem po klęsce w 1831 roku, ścigany przez tajną policję emigrował do Francji, gdzie jak wielu mu podobnych znalazł schronienie. Żyjąc z dnia na dzień nieraz przymierając głodem pisał wiersze do podrzędnych gazet, noce zaś spędzał z artystyczną cyganerią przedmieść.
       Jego pełne żalu i piękna poematy ,którym daleko było do patriotycznych wierszydeł, znajdowały duże uznanie. Julian zwrócił także uwagę twórcy rodzaju innego niż ludzki, który uznał go za artystę i człowieka nowej epoki. Wkrótce wampir zwiódł młodego człowieka obietnicami nowego, lepszego życia chcąc zyskać potomka godnego swego talentu. Spojrzawszy na noc oczami wampira, Julian uświadomił sobie ogrom błędu który popełnił. Poczuł się zdradzony, oszukany. Wyrzucał Ojcu, że nie ostrzegł go przed skutkami aktu Przemiany. Wkrótce uciekł od niego. Próbował ze sobą skończyć - łykał trucizny, podcinał żyły - bezskutecznie. Jego odwaga nie wystarczyła jednak by spojrzeć w Słońce. Ojciec, który pragnął jego szczęścia cierpiał wraz z nim. Jednak znalazłszy wyjście przedstawił mu innych Kainitów. Julian zobojętniały na wszystko poznał prawdę o sytuacji w jakiej się znalazł. Po wielu nocach bezczynności postanowił pogodzić się z losem. Zaczął znowu tworzyć. Zaszył się na przedmieściach, z dala od ludzkiego wzroku, lecz rosnące miasto samo do niego przyszło. Minęło kilka dziesięcioleci spędzonych wśród ponurych myśli i tęsknot. Nauczył się żyć wśród ludzi i udawać ich zachowanie. Niewzruszony i niezmienny jak skała wśród ciągle zmiennych fal ludzkich żywotów, mód i zachowań. Odnalazł się w realiach końca wieku, gdy wszyscy dookoła przypominali mu jego samego sprzed lat - zagubieni i zdezorientowani. Julian znów pojawił się wśród śmiertelnych, szukając nadziei i czegoś co przyniosłoby mu na powrót chęć do "życia". Znalazł...lub też mylił się wielce...
       Julian jest drugą osobą potrzebną Annie do wprowadzenia jej intrygi w życie. Kobieta zaznajomiona przez Lacroix z niektórymi sekretami wampirzego społeczeństwa rozpoznała w Julianie nieśmiertelnego. Doszła do wniosku, że tylko istota jego rodzaju będzie mogła przerwać nić życia innego wampira. Zauważyła jego pełne nieludzkiego spokoju spojrzenie i pozwalała mu na siebie patrzeć, podczas długich wizyt w księgarni- "na pięć minut przed zamknięciem", gdy specjalnie dla niej zamykał o wiele później niż powinien oraz w czasie wieczornych spacerów, podczas których miał aż nadto okazji by poddać się swojej łowczej naturze. Jednocześnie ośmielił się spojrzeć w jej oczy tylko kilka razy, zawsze znajdując w nich to czego się najbardziej obawiał- zainteresowanie jego osobą, chęć kontaktu i szacunek. Próbował zapomnieć o tej śmiertelnej istocie, lecz często przyłapywał się na rozmyślaniach o jej gładkich dłoniach podających monety, melodyjnym głosie mówiącym uprzejmie słowa "Merci, Monsieur. Do zobaczenia" oraz jej oczach...Oczach w które chciałby skoczyć niczym w otchłań i utonąć w nich...
       Cytat:"Myślisz, że jestem artystą? Że jestem natchniony? Cóż, może masz rację, człowiecze. Wiedz jednak, że dla mnie nie istnieje l'Art. pour l'Art...Co noc zawieram wspomnienie tego kim byłem w strofach wierszy...To jest prawdziwy cel mojej sztuki."

       Wiktor to Brujah z tych, których nazwano idealistami. Barczysty, średniego wzrostu mężczyzna o twarzy zawadiaki i spojrzeniu ulicznego chuligana. Ubiera się w surduty i spodnie, zawsze starając się dodać czerwony element - chustę lub szal, na głowę zaś zakłada krzywo beret. W lewej kieszeni nosi kastet, na nogach - ciężkie buty. Chodzi szybko, z rękami głęboko ukrytymi w kieszeniach. Czujny, doskonale zna każdy zaułek swojej dzielnicy miasta. Z reguły unika awantur, lecz gdy nadarzy się okazja, będzie się bił. Jest bardzo porywczy a na dodatek to dobry bokser.
       Twarz zdobi krótki wąsik i blizna wzdłuż kości policzkowej, którą wyniósł z bójki na noże, gdy był jeszcze nastolatkiem. Obecnie wygląda na około 30 lat, lecz jako wampir przeżył więcej. Zbuntowany, wciąż wierzy w możliwość rewolucji na wielką skalę. Zwolennik rozwijającej się idei socjalistycznej i komunistów, zarzuca anarchistom działania zbyt pochopne, niezorganizowane. Ich metody (czyli terroryzm i zamachy bombowe) ocenia jednak jako odpowiednie do walki z systemem i dobrze zorganizowaną armią. Czasem zdarza mu się uczestniczyć w bójkach ulicznych i wiecach politycznych. Wiktor to bywalec Cafe Andaloiuse, jego ulubionej kawiarni odwiedzanej przez socjalistów i twórców. To także jego teren łowiecki. Julian jest jego przyjacielem.
       Cytat: "Rewolucja? Mówisz o Rewolucji? Jeszcze nie przyszła na nią pora...Prawda. Miasto mogłoby być nasze. Nawet jutro. Dziś! Ale ludzie są jeszcze nie gotowi..."

       Tego wieczoru Julian przebudził się z powracającym uczuciem błogości. Otwarłszy oczy z ulgą spojrzał na ciemne wnętrze swojej trumny. Leżał tak przywołując obrazy i wydarzenia ze snu, który go właśnie opuścił. Znowu widział Ją. Kobietę, która przychodziła do jego księgarni, zamawiając francuskie książki- przeważnie tomiki poezji neoromantyków. "Tak"-pomyślał "Teraz nie daje mi spokoju nawet w czasie dnia", jednocześnie bojąc się przyznać do tego, że przedwczorajszy spacer za nią krok w krok tak naprawdę o niczym nie świadczył, że chciał tylko oddać jej rękawiczkę, którą zostawiła na półce jakieś dwa tygodnie temu. Zamiast tego, często smakował subtelny zapach perfum i jej ciała, przykładając jedwabny materiał do twarzy... Miała na imię Anna, podpisywała się zaś nazwiskiem Boujard. Przyjaciel powiedział Julianowi, że jest artystką, maluje obrazy i że ponoć ma talent.
       Gustaw, sługa i asystent czekał na niego jak zwykle. Zgarbiony pod niskim sufitem murowanej piwnicy z naftową lampą w jednej i czystym surdutem w drugiej ręce, przywitał go swym stanowczym i opanowanym głosem. "Dobry wieczór Panie. Mamy wspaniały wieczór. Pozwoliłem sobie zadbać o dzisiejszy posiłek Pana oraz przygotować szary strój o który Pan prosił. Niestety Głowacki nie dostarczył rękawiczek na czas, więc kupiłem u Goldsteina. Były droższe, lecz..." Julian skwitował monolog mężczyzny skinieniem głowy i bezbarwnym "Dobrze. Jesteś wolny", po czym wdział na siebie nowy ubiór i przejrzawszy się w lustrze, wyszedł krętymi schodami w górę. W księgarni panował spokój, którego Kainita tak potrzebował. Zapach wiekowego drewna, kurzu i tysięcy książek wypełniał pomieszczenie. Powietrze było duszne i ciężkie a wysokie, wypełnione tomami półki zniknęły w mroku wypełniającym wiele zakamarków sali. Drzwi wejściowe obok wymalowanej niedawno w secesyjne wzory z nazwą księgarni witryny, były zamknięte. Gustaw, zapaliwszy na powrót gazowe lampy, ubrał swe palto i owinął stary kark szalem, po czym pokłoniwszy się wampirowi rzekł: "Ach, byłbym zapomniał...Cóż za głupiec ze mnie." Sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wydobył z niej kopertę z gładkiego papieru, zapieczętowaną lakiem i pieczęcią, którą Julian rozpoznał błyskawicznie. "Posłaniec przyniósł ją dziś punkt siedemnasta. Proszę wybaczyć moją opieszałość" dodał ghul i uzyskawszy dobre słowo, wyszedł strapiony. List napisany został ręką Księcia- zamaszystym pismem, zapraszał on na mają odbyć się w elizjum wystawę dzieł twórców domeny oraz niejakiego Lacroix- gościa zarządcy. Podpisano: X. Xiążę. Nie mogło być mowy o absencji. Zapisawszy termin w kalendarzu, Julian zaczął przeglądać listę zamówionych woluminów. Dziś wieczór miała się zjawić niejaka Boujard Anne. Anna... Obraz ze snu znowu stanął mu przed oczami. Zamyślił się. "A gdyby tak...Nie, to niedorzeczne."-rzekł do siebie, jednocześnie ciesząc się i obawiając mającego nastąpić spotkania. "Do wszystkich diabłów, żadnych miłości !" rzekł uniesionym głosem, lecz zamilkł szybko, gdyż drzwi wejściowe otwarły się jak zwykle, skrzypiąc lekko.
       Dźwięk przejeżdżającej dorożki i krzyki woźnicy nie zagłuszyły jednak melodyjnego głosu mówiącego "Bonsoir, Monsieur", którym Anna przywitała go z kierunku wejścia. Odwrócił się energicznie zastanawiając czy usłyszała co mówił , żałując swych niewczesnych słów. Zebrawszy się na odwagę spojrzał jej w oczy nieco przekornie. "Pani Boujard ?" rzucił pro forma. "Panna Boujard. Nie jestem zamężna" odparła z francuskim akcentem, podając mu dłoń. "Julian Wierzbicki" powiedział nieco zbyt twardo, próbując ukryć drżenie ręki. Zasady etykiety uleciały z jego pamięci. "Zaraz przyniosę paczkę" rzekł oschle i wyszedł szybko z pomieszczenia.
       Oparłszy się o ścianę stanął w bezruchu. Wziąłby głęboki oddech gdyby oddychał a serce galopowałoby jak szalone, gdyby biło w jego piersi. Tysiące myśli przebiegało przez jego umysł, lecz nie myslał jasno. Instynkt kazał mu działać, zrobić coś-cokolwiek ! Bał się swoich myśli gdy wyjdzie znowu z jego księgarni a mu zostaną tylko wątpliwości i coraz bardziej obsesyjne myśli. W przypływie fantazji chwycił jedną ze swych wizytówek i wypisał na odwrocie "Panno Boujard, proszę o spotkanie. Jutro pod budynkiem opery o godzinie 21", po czym wsunął ją pod szary papier paczki i wrócił z nią do sali. Odebrawszy opłatę i wysłuchawszy słów jej zachwytu, odprowadził kobietę do wyjścia. Uśmiech i spojrzenie, którym go obdarzyła były tym razem wyjątkowe w jego mniemaniu...
       Promieniał radością. Czuł, że nieśmiertelność jest po to, by przeżywać właśnie takie chwile. Nie zgasiwszy nawet świateł, chwycił pelerynę i cylinder, po czym wybiegł z księgarni. Szybkim krokiem przemierzał zatłoczone ulice, mijał ciemne parki i mosty oświetlone zielonkawym światłem gazowych latarni. Ignorował gwar i nawoływania dorożkarzy. Kierował się w stronę miejsca, gdzie miał spotkać się z przyjacielem - do swojej ulubionej kawiarni -cafe Andalouise. Nie zauważywszy w euforii ,że od chwili gdy opuścił księgarnie, podział, podział za nim pewien osobnik, próbujący nadążyć za biegnącym niemal wampirem. Knajpka umiejscowiona w suterenie była miejscem, które omijało wielu szanowanych obywateli. Niewielki szyld oznajmiał o jej istnieniu tylko osobom o bystrym wzroku. Naprzeciw wejścia stał zaś osobnik owinięty połatanym paltem, dzierżący w rękach skrzypce. Smutna melodia , którą grał cicho brzmiała, odbijana echem na całej niemalże ulicy. Minąwszy nieczynną portiernię, Julian rzucił mu monetę i wszedł po schodach w dół, do środka. Otwarłszy ciężkie, bogato zdobione drzwi stanął na szczycie kolejnych schodów. Kilkanaście stolików, bar i mała scena w dużym stopniu zapełnione były ludźmi i dymem. Na oświetlenie składało się kilkanaście świec i żółte promienie lamp. Wiktor, zauważywszy obecność Toreadora błyskawicznie powitał go wylewnie. Chwilę potem w progu stanął inny osobnik, który rozejrzawszy się szybko ruszył w stronę baru, rzucając nerwowe spojrzenia na wiele stron, lecz głównie w stronę ich zacienionego stolika. Ten fakt także nie umknął czujnej uwadze Brujaha.
       Jako, że Julian nie wiedział jak zacząć, pijany ze szczęścia, Wiktor opowiedział mu więc o nowym gościu księcia- Lacroix z którym to miał okazję rozmawiać ostatnio podczas jednej ze swych nocnych eskapad. Zdziwił go szczególnie luźny stosunek do Maskarady ze strony gościa... Jednak przez większą część wieczoru, Julian z przejęciem opowiadał przyjacielowi o wydarzeniach ostatnich nocy, co jego tamten przyjął ze zrozumieniem i pobłażliwością dla "pięknoducha". Gdy, kończąc swą opowieść J. napomknął o sposobie w jaki wybiegł ze schronienia, zdał sobie sprawę ze swej lekkomyślności. Poprosiwszy Wiktora o wybaczenie, Toreador pożegnał się szybko i wyszedł równie nagle jak przybył.
       Brujah zauważył natychmiast ruch ze strony osobnika, który przybył tu ślad za jego rozmówcą. Wyszli obydwaj, Wiktor podążając jak cień za tajemniczym mężczyzną, ten zaś niespiesznym krokiem szedł chodnikami w kierunku przedmieść. Przystanąwszy w zaciemnionej bramie zobaczył człowieka, którego śledził obejmującego kobietę otuloną czarną peleryną. Postanowił podsłuchać ich rozmowę. Podkradł się najbliżej jak mógł, lecz usłyszał jedynie "......o 21-wszej...", miłosne westchnienie i pocałunki. Wampir, czekając niecierpliwie na rozwój wypadków, usłyszał jeszcze dźwięk otwieranych kluczem drzwi i odgłos kroków na drewnianej podłodze. Gniewnym spojrzeniem i błyskiem kastetu odpędził parę pijanych żuli. Po godzinie zaś zniechęcenie i blednący mrok nocy, który wyczuwał podświadomie spowodowały, że szybkim krokiem powrócił do swego schronienia...

       Kolejnego wieczoru Juliana przebudził Gustaw, zgodnie z otrzymanym poleceniem. Sługa przygotowawszy wyjściowy frak pana, skomentował wyśmienity humor wampira i ośmielił się zapytać o powód zamówienia bukietu czerwonych róż. Dowiedziawszy się o spotkaniu zaproponował swą obecność w okolicy na wszelki wypadek. Gdy uzyskał odmowę, ukłonił się w pas i poprosiwszy pana o ostrożności, wyszedł z piwnicy po schodach. Julian zaś pełen niepokoju i nadziei zarazem jął zakładać na siebie kruczoczarny frak. Jego nastrój zmieniał się jak w kalejdoskopie- euforia zajmowała miejsce przygnębienia i na odwrót. Wciąż zadawał sobie pytania "Czy aby nie byłem zbyt śmiały?", "Co o mnie pomyśli ?", "Czy przyjdzie?", to znów cieszył się wielce, przypomniawszy sobie jej zachowanie podczas jej ostatniej wizyty w księgarni. Spędziwszy godzinę na przygotowaniu swego wyglądu, wziąwszy róże, pożegnał Gustawa i wyszedł, mimo zbyt wczesnej godziny. Stary sługa zauważył wszakże pana ruszającego w kierunku miasta piechotą, co wielce go zaniepokoiło, postanowił jednak nie działać na własną rękę... Tymczasem, znanymi tylko sobie przejściami w bramach i bocznymi uliczkami w kierunku księgarni zmierzał Wiktor. Zamierzał podzielić się z przyjacielem spostrzeżeniami z wczorajszego wieczora i zdążyć przed jego wyjściem równocześnie. Podejrzliwy z natury pragnął ostrzec artystę przed typowym dla niego pochopnym działaniem. Stanąwszy w kręgu światła latarni obok witryny księgarni, upewnił się, że trafił pod dobry adres, po czym śmiałym ruchem otworzył drzwi.
       W środku, oprócz Gustawa stawiającego na półce książki nie było nikogo. Subiekt rozpoznał w nowo przybyłym osobnika, który dawniej spotykał się z jego panem. Przywitawszy się oficjalnie, oznajmił iż "Pan wybył kwadrans temu na spotkanie z pewną damą. Piechotą.", po czym pożegnawszy się z zaaferowanym gościem wrócił do swoich obowiązków. Wiktor zaklął w duchu, mając nadzieję że spotka artystę przed 21-wszą, jeśli pojedzie dorożką. Tak też uczynił. Woźnica - barczysty wąsacz jechał szybko, o mały włos nie rozjeżdżając nieuważnych przechodniów. Mimo to nigdzie nie widać było Juliana. Dotarłszy w okolice gmachu opery, uiścił opłatę i wysiadł. Wielki, zwieńczony kopułą budynek oświetlany był jasno przez dziesiątki reflektorów. Schodami przykrytymi purpurowym chodnikiem wchodziły do środka pary eleganckich ludzi, przybyłych dorożkami na wieczorne przedstawienie. Plakaty oraz obsługa oznajmiały iż odbędzie się premiera "Don Juana Triumfującego". Na ulicy panował gwar. Mimo późnej pory otwartych była większość tutejszych kiosków. Wiktor, kupiwszy od gazeciarza wieczorne wydanie dziennika wmieszał się w tłum.
       Nasunąwszy rondo cylindra głębiej na oczy, usiadł na ławce po drugiej stronie ulicy. Udając że zaczytuje się w dziale recenzji, lustrował czujnie okolicę. Gdy zbliżała się 21-wsza, zauważył naprzeciw siebie samotną postać kobiety, ubranej w czarną, wieczorową suknię i szeroką pelerynę. Rozpoznał ją po sposobie w jaki się poruszała - śmiało i szybko. Zaintrygowała go jej postać, lecz postanowił pozostać na miejscu. W pewnym momencie spojrzała w kierunku pobliskiego sklepu i uśmiechnęła się.
       Odwróciwszy wzrok, Wiktor zobaczył stojącego pod ścianą jednej z kamienic na wpół ukrytego w cieniu osobnika. Jego twarz była mu znajoma- to jego wczoraj śledził. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech, po czym odwrócił głowę, jakby nigdy nic. Wyraźnie obydwoje na kogoś czekali. Wiktor był pewien, że żadne z owej dziwnej pary go nie zauważyło. "Co knuje tych dwoje ?" pomyślał zaniepokojony, zerkając na kieszonkowy zegarek. Była 21. Podniósłszy wzrok, zauważył wśród przechodniów Juliana, zmierzającego ku głównym schodom opery. Wiktor, cofnąwszy się kilka kroków, stanął w bardziej zacienionym miejscu, markując czytanie gazety. Wszystkie obawy Juliana rozwiały się, gdy wyszedł zza rogu i skierował kroki w umówione miejsce. Wyróżniała się wśród tłumu jak perła wśród zwykłych kamieni. Ubrana w czerń, bez nakrycia głowy stała, patrząc w jego kierunku. Spotkali się wpół drogi. "Bonsoir"-rzekła melodyjnie. "Dobry wieczór"-odparł, wręczając jej przyniesiony bukiet. "Przyniosłem je dla pani..." Kilku przechodniów zwróciło na nich uwagę, i uśmiechnęło się uprzejmie. "Ach...Dziękuję bardzo. Powinien pan wszakże wiedzieć, że nie umawiam się z każdym mężczyzną, który podeśle mi liścik" -rzekła z ironicznym uśmiechem, wąchając kwiaty i zawstydzając go wielce. "Nie wątpię, pani..."-wymamrotał. "Mam na imię Anna. Proszę zwracaj się do mnie w ten sposób, zgoda Julianie?", "Zgoda...Anno"- rzekł, przemógłszy dziwną barierę. "Chodźmy stąd, nie mam ochoty tu być..."-poprosiła.
       Wiktor podążał za nimi wzrokiem przez dłuższą chwilę, patrząc jak kobieta wręcza otrzymane kwiaty dorożkarzowi, który to czyn wprawił go w osłupienie, a także idącego obok niej artystę. Zwróciwszy oczy ku miejscu, gdzie stał tajemniczy osobnik, zauważył go rozmawiającego z niechlujnie ubranym jegomościem, wyglądającym na rzezimieszka. Dokonawszy jakiejś transakcji, zakończonej zapłatą, wyszli w ślad za Julianem i Anną. Wiktor doskonale znał złodziejski półświatek, poznał więc w miarę szybko, że śledzony wczoraj wieczór przestępcą nie był. Nie grzeszył też nadmiarem sprytu, płacąc typowi z góry na dodatek publicznie. Uznał, że najwyższy czas by zadziałać. Gdy tylko obydwaj mężczyźni minęli go, złożył gazetę i poszedł za nimi, ukrywając się w cieniach drzew i bram. Najwidoczniej czekali, by Julian i kobieta doszli w miejsce z dala od wzroku ludzi. Faktycznie, kierowali się do parku. Nieco później, przystanąwszy w bramie ,osobnicy zaczęli o czymś nerwowo dyskutować, gestykulując. Wiktor wypatrzył w ręce zbira pałkę, którą ten udawał zadawane ciosy. "Tylko nie bij w głowę" usłyszał.
       Rozejrzawszy się w poszukiwaniu żandarmów, poszedł ku nim. Osobnik z baru zobaczywszy twarz Brujaha, który wychynął zza rogu zamarł w bezruchu, zbir natomiast rzucił obcesowe" Szukamy czegoś panie koleżko?" i zamrugał kaprawymi oczami. Nie usłyszał odpowiedzi, tylko pytanie Wiktora pod adresem drugiego, wypowiedziane zimnym jak skała głosem-"Coś za jeden?". Zbir zamachnął się okutą żelazem pałką, lecz był zbyt powolny. Wampir błyskawicznym ruchem chwycił go za gardło i uniósł w górę jak lalkę.
       Ostatnie wydarzenia spowodowały, że Brujah czuł przemożną potrzebę rozładowania swoich emocji. Napięte ukrywaniem się nerwy osiągnęły granicę wytrzymałości, a gdy ów śmiertelny wymoczek napadł na niego- pękły. Gniew w postaci czerwonej fali szału napłynął do jego skroni, nieświadomie obnażył kły a oczy zapłonęły pragnieniem. Bestia wzięła górę. Gdy pił pierwsze hausty vitae, usłyszał jedynie milknący okrzyk przerażenia pochwyconego w żelaznym uścisku człowieka i ciche"Boże...", dochodzące spod jednej ze ścian. W przebłysku świadomości zamachnął się szponiastą ręką w tamtym kierunku i chwycił płaszcz drugiego osobnika. Fale ekstatycznej przyjemności doszczętnie zaćmiły umysł Wiktora, który jednak znalazł w sobie tyle siły by odepchnąć od siebie niedoszłą ofiarę, zachowując jej życie...
       Łoskot upadającego ciała wypełnił korytarz. Rozdarty płaszcz tkwił w dłoni Kainity, z oddali zaś dało się słyszeć stłumione okrzyki "Policja!" oraz gwar miasta. Wiktor umknął z feralnego miejsca czym prędzej, kierując się w przeciwną stronę, niż ta z której przybył. Przeszukawszy szybko zniszczone ubranie znalazł dwa bilety kolei żelaznej oraz chusteczkę z wyszytymi inicjałami A.G., po czym wyrzucił materiał do rzeki. Upewniwszy się, że nie jest śledzony, skierował kroki do innej części miasta. Szedł do Cafe Andalouise.

       Gdy mijała czwarta godzina przechadzki, Anna poprosiła J. o towarzystwo w drodze do domu. Był urzeczony jej osobą i dobrze o tym wiedziała. Z satysfakcją sięgała po coraz przebieglejsze sztuczki, które wywierały na nim wrażenie. Gdy stanęli pod budynkiem pracowni, podziękowała mu pospiesznie za wspólny spacer. W środku paliło się światło. Julian, wyrażając nadzieję na kolejne spotkanie, zauważył cień przebiegający przez jej oblicze, gdy ukradkiem spojrzała w kierunku bramy...Zamaskowawszy uczucia uśmiechem, rzuciła: "Z miłą chęcią, monsieur Julian...Przyjdź tu jutro za kwadrans dziewiąta, zgoda?" ,po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku portierni. Toreador odprowadził ją wzrokiem do drzwi, zanim jednak w nie weszła na progu stanął długowłosy brunet o smukłej, bladej twarzy, ubrany w spacerowy płaszcz i wysoki cylinder. Zamienił z Anną kilka słów (w języku francuskim). Julian usłyszał jedynie słowo "peinture" czyli "obraz", po czym nieznajomy podniósł głos, niemal krzycząc...
       Toreador ruszył w kierunku drzwi z zamiarem stanięcia w obronie Anny. Zbliżywszy się odpowiednio, stanął jak wryty, gdyż zdał sobie sprawę, że patrzy na wampira... Tamten, odprawiwszy kobietę, szykował się do odejścia, gdy drogę zaszedł mu Julian.
"Monsierur Lacroix jak sądzę?"- rzekł stanowczym tonem
"Oui. W rzeczy samej. Z kim rozmawiam?"- odparł oschle, sięgając po papierośnicę
"Nazywam się Wierzbicki. Jestem poetą."- powiedział Julian, ostentacyjnie przestając udawać oddech
" Twój książę wspominał mi o Tobie...Któżby was tu jednak spamiętał?"- zaśmiał się, przybrawszy znudzony wyraz twarzy
"Widać, że pańska uprzejmość ma wysoką cenę..."- skomentował poeta
"Nie. Najzwyczajniej mam już dosyć towarzystwa wszystkich tutejszych imitatorów..."
Julian zmrużył oczy.
"Licz się panie ze słowami...także wobec tej młodej damy"- syknął ostrzegawczo
"Damy?"-zaśmiał się. "Sługi traktuję jak własność i nic panu do tego"- odparł, ignorując gniew poety
"Tymczasem żegnam."- rzucił, kończywszy rozmowę i oddalając się zapalił papierosa.
Julian był zły i zaskoczony zarazem, gdy stojąc tak patrzył gniewnie na odchodzącego w kierunku dorożki Lacroix. Bijąc się z myślami, odszedł powoli w dół ulicy, na wpół świadomie zdążając w kierunku schronienia. Przez skórę wyczuwał nadchodzące promienie Słońca. Minąwszy całe dzielnice, drogą wcale nienajkrótszą, znalazł się przed oszklonymi drzwiami księgarni, które otworzył przed nim Gustaw.

       Wiktor, zasiadłszy przy zacienionym stoliku, który zawsze zarezerwowany był dla niego, zamówił wino i zapalił fajkę. Była to jedna z rzeczy, które go uspokajały i dawały chwile wytchnienia. Rozsiadłszy się wygodnie na krześle, rozejrzał się w sali. Kilkanaście może osób siedziało w przypadkowych miejscach, pijąc trunki z baru lub te przyniesione ze sobą. Ciężkie od dymu powietrze przecinał żółtym światłem reflektor oświetlający scenę na której stała śpiewająca do muzyki pianina solistka. Wiktor zaczął analizopwać rozwój wypadków. Wyciągnął zdobyte bilety i chustkę. Zamyślił się...Pierwsza klasa...do samego Wiednia...odjazd za... Kim jest właściciel płaszcza i ta kobieta? Co chcą osiągnąć? I jaki ma z tym związek Julian? Kainita miał nadzieję, że Toreador nie wdał się w jakąś aferę. Postanowił, że spotka się z nim i opowie o wszystkich wydarzeniach, jak planował to zrobić już dziś wieczór. Wydarzenia przybrały przecież zły obrót - przecież złamał Maskaradę. Wiktor miał nadzieję, że książę nie się nie dowie, lecz w razie oskarżenia postanowił zrzucić winę na jakiegoś Pariasa.
       Resztę nocy spędził na rozmowie ze znajomym i pijanym w sztok anarchistą i zamachowcem - niejakim Guzewiczem. Rozmawiali na temat planu powstania przeciw zaborcy...Konwersacja skończyła się wpadnięciem nieprzytomnego Guzewicza pod stół. Wiktor zaś, wymknąwszy się cicho dotarł do swej kryjówki, gdzie zapadł w niespokojny, dzienny sen.
       Artur był przerażony. Wybiegłszy z owego przeklętego zaułka, gdzie zostawił płaszcz i o mały włos- życie, pędził na złamanie karku. Byle dalej z rozwianymi włosami i obłędem w oczach. Jasność umysłu przyszła dopiero, gdy nogi odmówiły posłuszeństwa i upadł na bruk. "Ukryć się"- myśl pulsowała w głowie. Z każdego cienia naokoło wyglądał diabeł, każdy szmer zwiastował nadejście potwora. Artur poczuł, że podstawy na których zbudowana została jego poczytalność drżą. Próbował desperacko znaleźć wytłumaczenie tego co zobaczył. Sięgał ku nauce i teologii, lecz galopada myśli i uczuć zalewała jego umysł.

       Nie mógł odpędzić koszmarnego widoku zębów w mgnieniu oka zmieniających się w kły i tego głosu - plugawego, który wydobywał się z wnętrza istoty, jakby bez udziału oddechu... Artur bał się panicznie. Siedząc na fotelu z dala od zasłoniętych okien pił trzecią butelkę wina. Obok zapalonych lamp położył krucyfiks. Chrzęst otwieranego zamka sprawił, że zerwał się na równe nogi krzycząc. Dopiero gdy Anna uderzyła go w twarz uspokoił się. Przez długie minuty drżącym głosem mówił jej o tym co widział, ona zaś ukrywała swój niepokój pod maską troski. W rzeczywistości uświadomiła sobie, że jej plan powoli bierze w łeb, że być może nie doceniała tych diabelskich istot. Gdy uspokajała rozedrganego studenta kryjąc pogardę dla jego słabości, pomysł który przyszedł jej do głowy sprawił, że postanowiła przyspieszyć tempo swojej "gry"...
       Owo pochmurne i deszczowe popołudnie było dla Artura najmroczniejszym w jego krótkim życiu. Utwierdzony został w przekonaniu, że jego przeżycia nie były jedynie wytworem umysłu czy jakimś tajemniczym mesmeryzmem. W ciemnym pokoju na czwartym piętrze dowiedział się o istnieniu nieumarłych. Anna przekazała mu większość swoich wiadomości na temat Rodziny, nie wyjawiwszy jednak swoich prawdziwych zamiarów. Nie wspomniała słowem, że on sam jest tylko narzędziem w jej rękach, które zbliży ją do uwolnienia się spod władzy wampira.
       Wieść o tym, że kobieta jest niewolnicą tych istot uderzyła w Artura jak grom. Malarka musiała użyć wszystkich swoich aktorskich sztuczek, łącznie z udawanym płaczem by zatrzymać go przy sobie. W pierwszej chwili chciał uciekać, lecz powstrzymała go. Kochał ją zbyt mocno, żeby teraz zostawić. Grając na jego uczuciach i zapewniając o miłości uzyskała zamierzony efekt...Obiecywał Annie wierność i miłość po grób. Spotęgowany winem zapał sprawił, że decyzję o zemście za jej "cierpienia" podjął natychmiast. Wcale nie był zły gdy wyjaśniła mu po co zamówiła bilety do Wiednia. Był z nią na dobre i na złe. Ona powiedziałaby raczej, że na każdy jej rozkaz...
       Tego dnia, siedząc za stołem zaplanowali wspólną ucieczkę z kraju, byle dalej. Jak najdalej od tego nawiedzonego miasta...

       Zgodnie z umową, punktualnie za kwadrans dziewiąta Julian w swym wyjściowym fraku i znalezionym w księgarni tomikiem wierszy w ręku, stanął przed budynkiem pracowni Anny. Był tam dużo wcześniej. Z chodnika naprzeciw patrzył jak maluje stojąc przy oknie i przeklinając się w duchu, że był zbyt łagodny w stosunku do zarozumiałego Lacroix, do którego żywił szczerą niechęć. "Własność! Ha! Co za bezczelny typ!"- myślał z niesmakiem. Jednakże myśl, że Anna jest w jakiś sposób związana z Rodziną dziwnie go cieszyła. Nie umiał już zaprzeczyć że czuje do niej coś więcej niż sympatię, bał się jednak chwili w której będzie musiał powiedzieć prawdę. Kim jest...CZYM jest. Chciał jak najdłużej odwlec tę chwilę.
       Przekroczył ulicę. Przywitała go wylewnie i zaprosiła do wewnątrz. W przestronnym pomieszczeniu ze spadzistym stropem i dwojga oknami z których widocznych było wiele dachów, unosił się zapach oleju i farb. Pod jedną ze ścian, niby niechciane dzieci leżały portrety malowane na zamówienie, na sztalugach zaś wiele niedokończonych obrazów. Anna właśnie składała ostatnie pociągnięcia pędzla na obrazie, który zaprezentowała mu w chwilę potem. Wzrok Juliana padł na impresjonistyczną wizję ulicy za oknem z jej dachami rozświetlonymi promieniami słońca i ludźmi w ich codziennych zajęciach. Poeta oniemiał poruszony pięknem obrazu. W martwym od dawna ciele powróciło wspomnienie słońca, jego ciepła i oślepiającego blasku od patrzenia na który, tak rozkosznie łzawiły oczy i który tak wspaniale błyszczał w delikatnych niciach babiego lata...
       Anna dotknęła jego ramienia, widząc jak bardzo jest urzeczony. Poprosiła o przeczytanie kilku wierszy z tomiku, który przyniósł. Sama położyła się na łóżku, patrząc w jego kierunku. Cisza, spokój, bezpieczeństwo. Zdjął pelerynę i usiadł obok niej. Delikatne światło lampy pełgało na suficie. Na stole stała butelka wina i ser. Cicho czytane strofy brzmiały wśród dźwięków nocy.

"Mal vetus, loges dans les trous
Sous les combles, dans les decombres
Nous vivions avec les hiboux
Et les larrons, amis des ombres"

("Nędznie odziani, gnieździmy się w norach, na poddaszach, w ruinach. Mieszkamy tam z sowami i opryszkami, przyjaciółmi ciemności"-przyp. Aut.)
Krople deszczu uderzały w szybę, dzwoniąc cicho...

       Wyszedł gdy zasnęła, klucze zostawiwszy u dozorcy. Szedł ulicami przeklinając swoją klątwę gdyż wiedział już, że ją kocha. Ambiwalntne uczucia targały jego duszą- szczęście, rozpacz może nadzieja...Setki, tysiące razy przywoływał w myśli wspomnienia jej słów, gestów, spojrzeń. Noc znów była piękna a deszcz jedynie dodawał jej uroku. Julian nie miał ochoty wracać.
       Wiktor czekał na niego przez większość wieczoru a gdy zobaczył artystę w progu kawiarni podbiegł jakby chciał sprawdzić czy nic mu nie jest. Usiedli z dala od ludzi. Wiktor siedząc w skupieniu i z zaciętą miną słuchał natchnionej opowieści Juliana. Gdy skończył Wiktor siedział w zamyśleniu, zdawszy sobie sprawę że poeta niczego nie podejrzewa, jest zauroczony i być może nie uwierzy w opowieść o spisku przeciw niemu. Postanowił zaryzykować, gdyż sądził że lekkomyślność Toreadora może stać się dla niego groźna. Julian słysząc o zaaranżowanym spotkaniu, kochanku Anny i biletach kolejowych faktycznie nie dał wiary. Co więcej- wpadł w złość, oskarżając przyjaciela o kłamstwo. Wkrótce wyszedł, skonfundowany i gniewny. Nie podał ręki Brujahowi. Wiktor uświadomił sobie jak zaślepiony był Julian, martwiąc się o niego mimo, że zdenerwowało go oskarżenie. Postanowił śledzić artystę bez jego wiedzy - przynajmniej przez jakiś czas. "Jeśli ta dziwka wyjedzie z kraju razem z kochasiem, Julian będzie musiał przyznać mi rację"- pomyślał z marsową miną, ignorując spojrzenia ludzi i rozlane przez poetę wino, cieknące strugą na podłogę.
       Następnego wieczoru miało odbyć się spotkanie w Elizjum. Julian zapomniałby o nim pewnie, gdyby nie Gustaw i jego sumienność. Przygotowawszy niezbędne rekwizyty, odprowadził wampira z parasolem w ręku do czekającej dorożki. Strugi deszczu zacinającego z ukosa nie robiły na woźnicy wrażenia. Ruszyli, nie powiedziawszy słowa. Julian nie miał ochoty na spotkanie z kimkolwiek. Myślami był gdzie indziej, nie zwracał uwagi na to gdzie jadą. Gdy przybyli na miejsce, wysiadł niespiesznie. Prowadzony przez książęcego sługę, wszedł do środka. Pomieszczenie oświetlały przyćmione żyrandole o bogato zdobionych kloszach. Przestronne, wysokie o marmurowych ścianach i oknach zasłoniętych aksamitnymi kotarami. Na purpurowym dywanie stały sztalugi i płótna. W rogu pokoju grał cicho kwartet smyczkowy. Obecna garstka Kainitów zauważyła przybycie Juliana. Książę - jak zawsze wytworny, przedstawił ogółowi swego gościa- Lacroix, który przywitał wszystkich chłodno (ksziążę zdawał się tego nie zauważać). Po chwili Francuz popełnił faux pas mówiąc, że opuści towarzystwo zaraz po prezentacji jego obrazów, tłumacząc się "ważniejszymi spotkaniami". Kilka osobistości wyraźnie nie tolerowało takiego zachowania, inni zaś wytłumaczyli zajście "kapryśnością zwykłą Artystom", sam Zarządca zignorował sprawę, uśmiechając się uroczo. Julian stał z boku, umiarkowanie interesując się osobą Francuza.
       Lacroix jednym ruchem zerwał zasłonę. Oczom zebranych ukazał się obraz przedstawiający ulicę w blasku słońca, podpisany nazwiskiem Lacroix. Julian oniemiał, rozpoznawszy obraz, który zeszłej nocy skończyła malować Anna. W sali zabrzmiały oklaski, artysta ukłonił się lekko z wyrazem wyższości na twarzy.
Ogólny zachwyt, szeptane komentarze i pochlebstwa pod adresem twórcy przerwane zostały głośnym krzykiem Juliana.
"Nonsens!"- słowo zabrzmiało niczym brzęk tłuczonego szkła, groźnie i surowo. Wszystkie oczy zwróciły się na poetę. Lacroix przebijał go spojrzeniem. Książę tonem nie znoszącym sprzeciwu zażądał wyjaśnień.
"Obraz ten nie jest dziełem twojego gościa, Książę"- rzucił Julian, patrząc w oczy zarządcy.
Lacroix był bliski szału. Szept wśród zebranych. Książę wyraźnie nie dowierzał:
"Czyim zatem jest dziełem Julianie?"- zapytał z ironią. Julian pojął zbyt późno, że działając w ten sposób naraża Annę, był jednak zbyt wzburzony, żeby się opamiętać.
"To dzieło śmiertelnika, podpisane fałszywym nazwiskiem"- odpowiedział po namyśle. Kainici stali się podejrzliwi. Starszy klanu Malkavian uśmiechał się sardonicznie.
"Jak śmiesz mnie obrażać?"- wycedził przez zęby Lacroix, chwytając się każdej szansy by uratować twarz i zachować swą tajemnicę. Książę upomniał go pro forma i zwrócił się w kierunku poety.
"Czy potrafisz udowodnić swoje słowa?"- spytał oschle.
"Zeszłej nocy widziałem jak powstawało to..." -powiedział Julian, lecz nie skończył, gdyż usłyszał w swej głowie cichy telepatyczny szept z kierunku, gdzie stał Francuz.
"Ona zginie, jeśli powiesz..."
Poeta odwróciwszy gwałtownie głowę, rzucił głośną obelgę i ruszył ku niemu z obłędem w oczach. Nim ktokolwiek zareagował, na głowę Lacroix spadły ciosy trzymanej w ręku poety laski. Pociekła krew.
Koteria była zbulwersowana i choć niektórzy wiedzieli co się stało, nikt nie stanął w obronie Juliana. Książę był poruszony. Poeta złapany przez Archonta stał nad leżącym przeciwnikiem. Zarządca ukarał Juliana utratą statusu i zakazem wstępu do Elizjum, po czym kazał go wyprowadzić. Poeta wychodząc zauważył chwilowy triumfalny uśmiech na twarzy Lacroix. Trzasnąwszy drzwiami opuścił pokój. Wielce wzburzony warknął woźnicy adres pod który chciał dotrzeć i siadł z rozmachem, strzepując z ramion krople deszczu. "Bufon! Impertynent!"- złorzeczył pod adresem Lacroix, którego zdążył znienawidzić. Książę także go irytował "Stronniczy głupiec, wodzony za nos przez imitatora! Ha!" Julian nie dbał o utratę własnej pozycji na dworze. Tylko jedno było dla niego ważne- by być blisko niej... Emocje wybuchły gdy zatrzymali się pod okapem sklepu kolonialnego. Zaskakiwała go swoją pomysłowością i brakiem stałości w nastrojach. Chwilami zdawało mu się, że zauważa jego ukrywane wzburzenie i cieszy się z tego. Nie zwracał na to uwagi. Był szczęśliwy. Kochał ją. Obiecała przyjść do księgarni nazajutrz. Obawiał się że spotka ją coś złego ze strony Lacroix. Nie chciała jego opieki. Rozstali się stojąc długo w strugach deszczu.
       Potem, idąc w stronę pracowni, gdy peleryna Juliana i on sam znikali właśnie za rogiem, Anna spojrzała przelotnie w kierunku ciemnej bramy naprzeciw. Stał tam wąsaty mężczyzna. Był jak kamienna statua. Jego wzrok zdawał się ostrzegać ją przed czymś groźnie. Ciarki przebiegły jej plecy. Patrzył tak dziwnie, jakby w jego spojrzeniu wypisane były wszystkie jej zamiary. Uciekła.

       Artur zastukał do drzwi pracowni Anny godzinę po skończonym wykładzie. Otworzyła drzwi. Jej twarz była równie pochmurna jak niebo tego dnia. Ukradziona ze straganu róża nie poprawiła jej nastroju. Usiadła, zamknąwszy drzwi na klucz. Zauważył bukiet róż od Juliana, przywiędłych już nieco, stojących w kącie pokoju. Nie mówiła wiele. Zapaliła papierosa. W pokoju czuć było słodkawą woń opium. Podała mu go. Kiedy stracili kontakt z rzeczywistością dotknęła jego ramienia żarzącym się końcem. Krzyknął. Zaśmiała się złośliwie. Pocałowała go. Długo, gryząc wargi do krwi. Nic nie rozumiał. Uderzyła go w twarz i pocałowała namiętnie. "Bij mnie. Chcę tego..."-wyszeptała zmysłowo. Dość długo trwało by się przełamał, lecz zrobił co mówiła. Kochali się ze sobą brutalnie. Gdy skończyli leżąc zakrwawieni i pobici na białej pościeli a odmienny stan świadomości uleciał gdzieś daleko, śmiali się jak szaleńcy którzy uciekli z domu wariatów. On- bo niczego nie rozumiał. Ona- bo jej plan dobiegał końca. Nagle spoważniała. Zauważył to. Wiedział, że taka chwila kiedyś nadejdzie. Podświadomie bał się tego co powie. W jej ręce tkwił drewniany krzyż wyciągnięty spod łóżka. Zrobił wielkie oczy. "Musisz to zrobić. Dziś w nocy."- rzekła z powagą." Będzie czekał by mnie zabić. Tam."- wskazała bramę, gdzie w nocy stał Wiktor. Przekonała go mówiąc długo i fałszywie, lecz w tak cudowny sposób, że nie było mowy o sprzeciwie z jego strony. Poza tym zrobiłby dla niej wszystko. Wyszedł, spojrzawszy na zakrwawioną Annę. Nienawidził samej myśli, że mogłaby jej się stać krzywda. Wyszedł z jedną tylko myślą w głowie. Postanowił nie trzeźwieć.

       Wieczór przyniósł deszcz. Jego strugi były jak bicze smagające brukowane ulice. W niewielu tylko miejscach zapalono tego wieczoru uliczne latarnie. Opustoszałe miasto, zalewane przez nieustającą ulewę. Gustaw siedział za stołem przy świetle świeczki, czytając Biblię ,która pozwalała mu choć na chwilę oderwać się od myśli, że coś się dzisiejszego wieczoru wydarzy. Stary testament zawsze go uspokajał. Tą niespokojną atmosferę niemal zmysłowo dało się wyczuć w powietrzu. Wiktor przebudził się do życia wcześniej niż zwykle, czując że wieczór woła go swym dziwnym, nierealnym głosem. Jego głowa pulsowała. "Coś się stanie"-myśli jak fale przypływu w jego umyśle. Chwyciwszy długi, przeciwdeszczowy płaszcz wybiegł na ulicę. Lacroix siedzący na rozłożystym fotelu, ubrany w koszulę i palący tytoń, spędzał upojnie czas w towarzystwie dwóch śmiertelnych "femmes folles de leur corps", upijając się ich nasyconą narkotykiem krwią. Artur, spędziwszy w knajpie na rogu kilka godzin upił się do tego stopnia, że drżenie nóg na myśl o tym co ma zrobić ustało. Za wszelką cenę starał się sobie przypomnieć treść modlitwy której uczyła go jego babka. W kieszeni wymacał krzyż. Kilku mężczyzn siedzących tam oprócz niego zwróciło uwagę na bardzo bladego osobnika, który wyglądał podejrzanie i wyszedł po zmroku, mamrocząc coś pod nosem. Anna spędziła ponad godzinę, by połamać krzesła tak, by wyglądały na zniszczone podczas awantury. Stłukła też kilka butelek a odłamkami szkła pokaleczyła celowo swoje ręce. Wiediała że Lacroix nie przyjdzie. Czuła, że odwraca się od niej coraz bardziej. Znała go na tyle, że potrafiła przewidzieć największą karę jakiej mógłby jej udzielić...i nienawidziła go za to. Nie chciała wieczności przy jego boku. Pragnęła uciec. Chciała zemsty. Usiadłszy na łóżku czekała, w duszy uśmiechając się do siebie. Julian czekał długo po zapadnięciu zmroku, lecz ona nie przychodziła. Zaniepokojony, wyszedł pożegnawszy się zdawkowo z Gustawem. Sługa wcale nie był zadowolony ze zmiany zachowania wampira, lecz powstrzymał komentarze i uwagi. Poeta szedł ulicą, pełen niepokoju z laską w ręce i szalem targanym przez wiatr. Wiktor, realizując swoje postanowienie, szedł za nim pozostając w cieniu. Gdy Julian zniknął w drzwiach kamienicy, Brujah stanął w cieniu bramy- tam gdzie zeszłej nocy. Wyczuł, że nie jest sam. Za sobą usłyszał kroki...

       Drzwi pokoju na piętrze były uchylone. Popchnął je ręką i stanął oniemiały. W środku pośród połamanych sprzętów leżała Anna. Krwawiła. Doskoczył do niej i obadał. Wyglądała na ciężko ranną, pobitą. Sińce na twarzy, rany. Mętny wzrok. Julianowi trzęsły się ręce, mówił do niej lecz nie odpowiadała. Nie myśląc wiele porwał ją w ramiona i zbiegł na dół. Biegł po bruku jak szalony, deszcz przemaczał jej ubranie. Dotarł do księgarni, po drodze nie napotkawszy jednego przechodnia. Położył ją na stole ku zdziwieniu Gustawa i zaczął lizać jej rany.
       Sługa wyszedł szybko by szukać felczera, lecz gdy wrócił nie zastał nikogo. Ani rannej kobiety, ani Juliana. Na stole wśród kropel wody leżała kartka zapisana pospiesznym pismem adresowana do Juliana. Kątem oka, Gustaw zauważył także brak starej szabli, która wisiała na ścianie jako dekoracja...Jego niepokój osiągnął szczyt i nawet lektura Biblii nie była w stanie uspokoić starca.

       Wiktor odwrócił się gwałtownie, widząc idącego w jego stronę krokiem trochę nierównym człowieka, który powoli wyłaniał się z mroku. Ręka sama znalazła kastet. Śmiertelnik trzymał w ręku krzyż, mruczał coś pod nosem, był wyraźnie wystraszony. W. rozpoznał w nim właściciela płaszcza i przyjął pozycję do walki, próbując przemówić mu do rozumu podniesionym głosem. "Pan jest moim pasterzem...Nie zabijesz mojej Anny, diable..."-szeptał Artur, pełen determinacji, szukając czegoś za pazuchą. Wiktor jeszcze próbował zapobiec temu co miało się stać, lecz tamten najwyraźniej nie chciał słuchać. W pewnej chwili człowiek rzucił w jego kierunku butelkę pełną jakiegoś płynu, która rozbiła się pod jego stopami. "Nafta!"-krzyknął przerażony Wiktor i odskoczył. Trzasnął płomień zapałki. Brujah błyskawicznie ocenił sytuację- trzęsące się ręce, krzyż, który upadł upuszczony w pośpiechu i fanatyczny wyraz twarzy tamtego. Fala szału przesłoniła mu jasność umysłu, gdy uświadomił sobie zagrożenie. Szybciej niż w mgnieniu oka przypadł do swej ofiary, chwytając ją oburącz. Deszcz stłumił przedśmiertny krzyk...
       Chodził w strugach deszczu, czując jak krew ogrzewa jego wnętrze. Tamten musiał oddać życie, lecz jego to nie obchodziło. Czuł się bosko, czuł że może walczyć z całym światem. Wskoczył na balustradę i krzyczał głośno, upojony mocą Vitae. Noc taka jak ta- marzenie wampira... Opamiętanie przyszło późno. Był to jeden z tych nieprzyjemnych momentów, gdy czuł jak słabnie a jego moc maleje powoli. Że nie jest jedyny na świecie...i że właśnie złamał Maskaradę. Miał nadzieję, że kolejny trup w rzece nie wywoła skojarzeń księcia... "Julian!"- myśl o przyjacielu wróciła z całą mocą, zaczął się obawiać.        Gustaw był zaskoczony jego wizytą. Nie udało mu się ukryć obawy więc podzielił się z gościem wiedzą o ostatnich wydarzeniach. Wręczył mu też kartkę, nie bacząc na nazwisko adresata. Wiktor usiadł otępiały. Pełen trwogi wzrok utkwił w trzymanej oburącz kartce. Wzbierała w nim wściekłość. Pytanie które miał zadawać sobie setki razy po raz pierwszy pojawiło się w jego oszołomionym umyśle. " Jak...?!" Po chwili, czując cień nadziei że jest szansa na ratunek, wybiegł jak wicher, każąc Gustawowi zamknąć księgarnię i szukać owej kobiety. Przykazał mu jej schwytanie i przyprowadzenie na powrót.        Budynek w którym mieszkał Lacroix znajdował się niedaleko rynku głównego. Wysoki, dostojny, kilkupiętrowy. Przed jego frontem , mimo deszczu zebrał się pokaźny tłum ludzi oraz wóz straży pożarnej. Drugie piętro płonęło. Przez wybite okno do środka próbowało dostać się dwóch strażaków. Ludzie krzyczeli, wskazując palcami coś wysoko. Ledwie dostrzegalna sylwetka niby ludzkiej postaci stała w środku, wśród płomieni nieruchomo. Iskry sypały na zewnątrz i zniknęły w deszczu.
       Wiktor dotarł na miejsce i stanął wśród ludzi, niby przechodzień. Z przerażeniem zauważył przyjaciela stojącego w płonącym mieszkaniu i nie myśląc wiele ruszył naprzód mijając kolejne rzędy ludzi. Przeciskając się i roztrącając zebranych, poczuł w pewnej chwili czyjąś dłoń na swym ramieniu. Odwrócił twarz. Stojący przed nim osobnik spojrzał mu w oczy i rzekł niezbyt głośno:
"Nic nie możesz dla niego zrobić. Sam wybrał swój los..."- Wiktor poznał ten głos. Należał do jednego z Nosferatu, poplecznika księcia.
Wyrwał się i zasłaniając oczy przed płomieniami wbiegł w bramę mimo ostrzeżeń i krzyków ludzi. Tajemniczy osobnik stał tam bez ruchu. Pomieszczenie płonęło. Zasłony, obrazy na ścianach, meble. Julian stał pośród tego wszystkiego ze spuszczoną głową i szablą w dłoni. Na jego twarzy widniały krwawe krople potu i olbrzymie przerażenie. Rotschreck. U jego stóp leżał kształt czegoś, przypominającego zwłoki. Powykręcane płomieniami dłonie i twarz w koszmarnym grymasie...Wiktor złapał Juliana w pół, po czym kopniakami przewracając płonące sprzęty utorował drogę do wyjścia, nie zważając na nic i nikogo. Gdy wyszli, tłum dalej wznosił okrzyki, a deszcz lał się na ich głowy. Brujah nigdzie nie mógł wypatrzyć stojącego tam jeszcze przed chwilą książęcego sługusa...
       Przeczytawszy kartkę, Julian załamał się. Wiktor nie zdołał uzyskać odpowiedzi na żadne z zadawanych pytań. Na głos szukał możliwych wyjść z sytuacji, lecz poeta puszczał je mimo uszu. Jedyne co mógł zrobić Brujah to znaleźć mu bezpieczne schronienie. Tak też uczynił. Pełen obaw, zostawił przyjaciela samego tuż przed świtem. Odchodząc widział krwawe łzy Juliana spadające na mankiety płaszcza.

Epilog

       Gustaw dowiedział się, że Anna odjechała koleją do Wiednia, zabierając ze sobą tylko podręczny bagaż. Mimo wszelkich starań nie udało mu się powstrzymać ją przed wyjazdem. Wielce też martwił go fakt, że od kilku dni nie miał kontaktu ze swoim panem. Julian zniknął gdzieś bez wieści. Sługa czekał całe noce, zostawiając otwarte drzwi wejściowe, ale jedynym gościem, którego uświadczył był dziwnie zachowujący się jegomość. Pytał on o osobę właściciela księgarni, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Gdy wychodził, Gustaw był pewien, że rozmawiał z wampirem...

       Ciemna, boczna uliczka gdzieś na przedmieściu. Julian siedział już trzecią godzinę wśród połamanych skrzyń i desek, patrząc w górę na gwiazdy bezchmurnego, nocnego nieba. Było piękne, lecz artysta wiedział że przyjdzie mu się z nim rozstać...już niedługo. Był ścigany. Każdy jego rodzaju miał prawo do jego krwi. Wiedział o tym dobrze, lecz nie odczuwał nic. Uczucia wygasły. Nie pamiętał co znaczyły. Gdy odeszła, resztka człowieka która została w nim- zniknęła. Wyciekła jak z rozbitego naczynia. Nie chciał takiej egzystencji. Wolał nie istnieć. Tygodniami ukrywał się, przed zemstą Spokrewnoionych, nie broniąc się przed myślą o Końcu. Wcale jej nie nienawidził. Wręcz przeciwnie. Był jednak zły że odeszła. Pozwoliłby jej odejść...może...Chciał wierzyć, że zrobiłby właśnie w ten sposób. Anna... Oprócz instynktów tak obcych ludziom, przy "życiu" trzymała go jeszcze jedna myśl. Właśnie dlatego tu przyszedł. Niebo przecięła spadająca gwiazda, pojawiły się nieznaczne, postrzępione chmury. Wyraźny odgłos kroków. Znajomy chód. W prześwicie pojawiła się dobrze znajoma sylwetka ubrana w ciemny kubrak. Przez chwilę patrzyli na siebie, nie mogąc wydusić ani słowa. Dawniej często tak się zdarzało.

" Polują na ciebie."-powiedział cicho przybyły. Zapadła cisza. Konsternacja.
" Naprawdę nie musisz tak skończyć, Julianie. Jest wiele wyjść"- próbował przemówić do jego uczuć. Bez skutku. Znowu cisza, głęboka i wszechogarniająca.
" Nie. To musi się zakończyć teraz"- powiedział o swoim życiu beznamiętnie. Ta pustka w jego głosie nie wróżyła nic dobrego. Obaj wyczuwali co się musi stać. Wiktor wcale tego nie chciał.
" Nie! Przecież..."- zaprotestował Brujah.
" Proszę, Wiktorze...Choć raz mnie usłuchaj"- powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. Cisza.
" Miałem nadzieję...Chciałem żebyś to był Ty..."
" Ale..."- Brujah nie miał argumentu, bał się że faktycznie nie może inaczej pomóc przyjacielowi niż w TEN sposób...
Julian odpiął guzik mankietu i podwinął rękaw. Niebieska żyła widniała na tle bladego, martwego ciała.
" Proszę..."- rzekł i spojrzał w kierunku Wiktora błagalnie.
Chwila trwała godziny. Patrząc na siebie żegnali się po raz ostatni. Zbliżał się świt.
Wiktor pozbawił go życia.
Płakał, gdy wysysał z niego krew.

       Anna siedziała w wagonie pierwszej klasy, wyglądając przez okno. Pobitą twarz ukryła pod szerokim rondem kapelusza, który zwróciłby uwagę ludzi w miejscu z którego uciekła, lecz nie zdziwi nikogo w Wiedniu. Oprócz niej w przedziale nie było nikogo. Równomierny stukot kół rozlegał się dookoła, wprowadzając w stan błogiego transu. Nie oglądała się za siebie. Przyrzekła sobie, że zapomni o swym "poprzednim życiu" i zacznie zupełnie nowe. Za oknem przewijały się górzyste krajobrazy, na niebie ciemne chmury.
Była wolna. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się lekko do siebie.


Nog (PESM member)