Bezczelny budzik wyrwał mnie ze snu o niej. Nie byłem wściekły, robi to
co rano. Tradycyjnie jednak walnąłem weń z całej siły. Ucichł. Zawsze to
robi. Żeby nie wyszło, że to przez niego wstałem odwróciłem się do ściany
i zamknąłem oczy. Nadal byłem bardzo senny, jak zwykle. Znów nie mogłem
usnąć wieczorem, to dlatego. Teraz też nie usnę, bo myślę o niej. Kilka
minut połowicznego snu poprawiło mi nieco humor. Niewiele ale się cieszę,
później będzie gorzej. Usiadłem na łóżku. Popatrzyłem z satysfakcją na
budzik - znów wygrałem. W stosie brudnych ubrań odnalazłem kapcie. Wsunąłem
je na nogi. Chyba zrobiłem to zwinnie, robię to co rano więc mam wprawę.
Przecierając oczy poczłapałem do kuchni. Nastawiłem wodę, wyjąłem płatki
z szafki i mleko z lodówki. Chyba muszę odwiedzić sklep - stwierdziłem -
dobrze, zawsze to jakaś rozrywka. Zjadłem płatki z mlekiem, smakowały
jak co dzień. Wypiłem herbatę, taką samą jak wczoraj. Wrzuciłem brudny
talerz na szczyt stosu podobnych. Potem jest łazienka. Dobrze pamiętam,
robię to co rano. Umyłem zęby i zmoczyłem się pod prysznicem. Postanowiłem,
że dla odmiany się nie ogolę. Wyszedłem i ubrałem się. Komputer zaszumiał
lekko na powitanie. Potem zrobił biiip. Uśmiechnąłem się. Niemal
zapragnąłem aby się popsuł, to by było coś nowego. No new messages -
powiedział komputer. Nic niezwykłego. Odkąd znalazła tego faceta nie
pisze do mnie. Nie chcę aby coś sobie pomyślał - powiedziała. Miała
rację. Wyłączyłem komputer i założyłem płaszcz - pada od miesiąca,
dzień w dzień. Znów tramwaj, brudny jak zwykle. Kilka minut hałaśliwej
przejażdżki. Potem kilka szybkich kroków w deszczu. W pracy jak zwykle.
Najpierw trochę się ponudziłem. Potem jeszcze więcej. Następnie znów
trochę nudów. Wreszcie przerwa obiadowa. Dzisiaj pomidorowa i pierogi
z mięsem. Jak tydzień temu. Jutro będzie lepiej - grzybowa. Tylko
czy tu będę? Jeżeli nie to nie stracę wiele. Wiem jak smakuje. Jadłem
w zeszłym tygodniu. I dwa tygodnie temu. I tak od kilku lat. Po obiedzie
znów się nudziłem, dużo przez to myślę. Niestety. Ciągle powraca jej obraz.
Przypomniał mi się jeden jej dowcip, zaśmiałem się cicho. Nie poprawiło
mi to humoru. Tak bardzo chciałbym wrócić do studenckich lat. Miałem wtedy
jeszcze nadzieję. Tak bardzo chciałbym móc zmienić moją decyzję o wyznaniu
jej iż jest tą moją jedyną. Miałbym jeszcze kilka lat nadziei, do czasu gdy
poznała tego człowieka. Ale nie mogę. Powiedziała wtedy, że mnie nie kocha,
że te wszystkie listy, trzymanie się za ręce oraz miłe słowa to tylko przez
sympatię. Przykro jej było, że takie wywarło to na mnie wrażenie, dla
mnie życie straciło sens. Potem nadal byliśmy przyjaciółmi. Nadal pisaliśmy
maile. Ale to już nie było to samo. Ja chyba ciągle miałem trochę nadziei,
byłem bardzo naiwny. Wróciłem do domu. Podobnie jak co dzień. Znów komputer
mnie wita. Biiip. No new messages. Dwa tygodnie temu przysłała krótką
wiadomość. Wychodzi za mąż. To był kolejny cios. Płakałem długo. Tłumaczyłem
sobie, że teraz będzie szczęśliwa. To dla jej dobra. W końcu o to się
modliłem codziennie. O to aby Bóg dał jej szczęście, nawet gdybym nie
miał być tego częścią. Nie dziękowałem Bogu. A powinienem. Robię to
teraz. Dziwnie się czuję. Jestem naprawdę szczęśliwy. Bo ona też jest.
Idę do łazienki. Z apteczki wyjmuję małe, białe pudełeczko a z niego
plastikowe opakowanie z tabletkami. Wygląda jak plaster miodu. Dziwne
skojarzenie. Z kuchni biorę szklankę z wodą. Siadam na kanapie. Jeszcze
raz myślę o jej szczęściu. Znów czuję się błogo. Połykam wszystkie i
popijam wodą. Strasznie gorzkie. Mijają minuty a ja siedzę w ciszy.
W końcu zaczynają działać. Oczy zamykają mi się same. Nie walczę, po co?
Resztki świadomości po cichu odchodzą. New mail - komputer krzyczy.
Za późno...
Ciąg dalszy nie nastąpi...