Przed przeczytaniem poniższego tekstu zajrzyj do artykułu GTS pt.: "Kaiser Soza". Pewnego dnia odwiedził mnie w moim biurze jeden z ludzi Kaisera Sozy. Stanowczo i bez owijania w bawełnę przedstawił mi zaistniałą sytuację. Jego szef (gość o bardzo wysokiej reputacji) zlecił nam zadanie. Pisząc nam, mam na myśli postać odgrywaną przeze mnie: Sean Dwarf - bogaty biznesmen, a także postać odgrywaną przez Wiktora: James Ogar.
Rysunki
      
Jako, że nie mieliśmy sporo czasu na przygotowanie sprzętu, James załatwił od znajomego stary, przechodzący w rozsypkę, ale na chodzie, furgon. Kosztował go 200e$, ale miał przy sobie tylko setkę. Gość nie spuścił ceny, więc Ogar obiecał mu, że drugą setkę doniesie - czemu nie porobić sobie trochę długów skoro nie masz pewności czy wrócisz z akcji :). Celowo pojechaliśmy taka ruiną, aby nie rzucać się w oczy, a po drugie, MG sugerował nam przed grą, że nie należy zbytnio przywiązywać się do pojazdów, które pozostawia się bez opieki w Szarej Strefie. Trochę mnie wkurzyła ta bezradność, dlatego postanowiłem zakupić mały ładunek wybuchowy z lokalizatorem detonowanym drogą radiową. Do tego otrzymałem małe pudełeczko z ciekłokrystalicznym ekranikiem, z czerwonym przyciskiem i wysuwaną antenką :). Ładunek skrzętnie ukryłem pod siedzeniem.
Bez problemu trafiliśmy na miejsce wyznaczone przez zleceniodawcę. Była to ogromna wyrwa w ziemi, w której zauważyć można było właz w betonowej konstrukcji. Zaparkowaliśmy auto, zrzuciliśmy liny i zeszliśmy na dół (jak się później okazało, nie zachowanie w tym momencie ostrożności nie wyszło nam na dobre). Brodząc po kolana w wodzie doszliśmy do stalowych drzwi. Uchyliliśmy je nieco i poświeciliśmy wnętrze korytarza latarkami. Uznając sytuację za bezpieczną, weszliśmy do środka i z dużą ostrożnością przeszukaliśmy podziemne korytarze. Wszędzie natrafialiśmy na solidnie zamurowane ściany. Po pewnym czasie znaleźliśmy windę, na której widniały ślady dość niehumanitarnego traktowania. Na szczęście czytnik kart działał. Wsunąłem do niego, wcześniej otrzymaną, kartę po czym stalowe zabezpieczenie otworzyło się. Ujrzeliśmy dużą windę towarową. Podnieśliśmy kraty i weszliśmy do środka. Po lewej stronie znajdowała się wajcha, na której widniały numery pięter. Ustawiłem ją w pozycji -5 i winda powoli ruszyła w dół. Po drodze mijaliśmy solidnie zamurowane piętra. Chciałem sprawdzić czy samochód jest na swoim miejscu, ale sygnał nie mógł przebić się przez betonową konstrukcję bunkra.
      
Gdy dojechaliśmy na sam dół weszliśmy do ciemnego pomieszczenia. Po obu jego stronach stały silosy (po cztery z każdej). Wszystkie, oprócz dwóch na końcu, po prawej, były uszkodzone. Jak wspomniał nam wysłannik Sozy, podeszliśmy do trzeciego silosa z prawej. Po środku była mała, bardzo zabrudzona szybka. Nie było jednak widać, co jest w środku. Do automatu stojącego obok wsunęliśmy drugą, z otrzymanych kart. Po chwili rozpoczęło się odliczanie. Silos zaczął wydawać dziwne dźwięki. Próba otwarcia czwartego pojemnika po prawej skończyła się na połknięciu karty przez automat.
Gdy odliczanie dobiegło końca, kopuła silosu odsłoniła się i naszym oczom ukazała się postać kobiety w obcisłym ubranku. To była Margo, kobieta, którą mieliśmy stąd wyprowadzić i dostarczyć Sozie. Chwilę trwało za nim doszła do siebie. Była przerażona, zadawała mnóstwo pytań. Dopiero po długiej i wyczerpującej dyskusji uświadomiliśmy jej, że nie jest tu bezpieczna oraz powinna się z nami udać na powierzchnię. Tą samą drogą trafiliśmy na górę. Wspiąłem się po jednej z lin, po czym otrzymałem karteczkę od MG, na której widniał napis: "MILCZ!". Po mnie zaczęła wspinać się Margo, a następnie James. Na szczęście ten ostatni był ostrożniejszy. Będąc już przy samej górze wychylił się i zauważył jak grupa ludzi celuje w mnie i w Margo swoimi "zabawkami". Błyskawicznie zareagował spuszczając się po linie do połowy jej długości (co uchroniło go przed poważniejszymi obrażeniami). Usłyszał tylko strzały, które przecięły linę, po czym spadł w półmetrową bryję na dnie wyrwy. Wstał i szybko ukrył się w zagłębieniu.
      
Jeśli chodzi o mnie, to oddałem im wszystko co miałem. I tak staliśmy w samym sercu najbardziej podłej dzielnicy w Stanach Zjednoczonych (i pewnie na świecie) bez żadnego uzbrojenia. Nie było nam do śmiechu. Jako, że chcieliśmy jeszcze trochę pożyć, to postanowiliśmy jak najszybciej opuścić to miejsce. W tym samym czasie James próbował wydostać się z wyłomu. I udało mu się to całkiem nieźle (heroiczny rzut robi swoje :-). Po krótkim czasie nasze drogi znów zeszły się i mogliśmy dalej kontynuować ucieczkę. Z racji, że Ogar wyglądał jak łachmyta (przynajmniej z zewnątrz) był bezpieczny, natomiast mój strój, a zwłaszcza Margo, pozostawiał wiele do życzenia (ubrana była dość skąpo). Sytuacja zmusiła James'a do pożyczenia jej swojego swetra (trochę na niej wisiał, ale co tam). I tak szliśmy sobie przez Szarą Strefę, gdy nagle dostrzegłem grupę punków idącą wyraźnie w naszą stronę (pewnie dlatego, że Ogar zdjął na chwilę rękawiczkę, która kryła cyber rękę) . Zareagowałem bardzo impulsywnie. Chwyciłem Margo za rękę (James'a też, ale się wyrwał) i weszliśmy do najbliższej bramy, natomiast Ogar szybkim krokiem udał się za róg budynku. Tym razem nic się nie stało. Gdy znudziło mu się stanie za winklem i oglądanie zachodu słońca, dołączył do nas. Długo wrzała dyskusja co mamy dalej robić: iść nocą i prowokować swoją obecnością innych, czy może spędzić noc w tej kamienicy. Wybraliśmy to drugie.
      
Była to stara budowla, w której nocowały różne przybłędy. Upatrzyliśmy sobie lokal na ostatni piętrze (dłużej się spada po wypadnięciu z okna :-). Na wszelki wypadek wszedłem na dach. Były tam dwa inne wyjścia z sąsiednich klatek, które zabarykadowałem deskami (niestety MG podkreślał, że jest to dość niepewna konstrukcja). Wróciłem do moich współtowarzyszy, po czym rozwinęła się dyskusja na temat naszej obecnej sytuacji.
Jeden z dialogów, który zapamiętałem brzmiał tak:
- A czemu Ty przystałeś na żądania Sozy? - odparł zmieszany James. Przecież mogłeś mu odmówić.
- Widzisz tego żebraka, tam na dole? - zapytałem, wskazując faceta siedzącego pod murem, po drugiej stronie ulicy.
- No, widzę.
- Między mną a Sozą jest dwa razy większa różnica jeśli chodzi o reputację i pozycję społeczną, niż między mną a tym gościem na dole - wytłumaczyłem.
      
Jak to było przez całą przygodę, James bardzo wrogo był nastawiony do Margo. Był zły, że ma ona do nas pretensje o ostatnie zajścia, że krytykuje nasze postępowania. Musiałem mu wytłumaczyć, że ona jest w szoku, że jej życie przed zamrożeniem z pewnością wyglądało inaczej oraz, że musi czuć się samotna w "nowym" świecie. Po naszej rozmowie zmienił do niej nastawienie i wykazywał poprawę. Dalsza rozmowa polegała na rozwiewaniu wszelkich wątpliwości jakie miała Margo (mimo tego nadal była bardzo nieufna w stosunku do nas).
      
Gdy tak sobie dyskutowaliśmy, doszły do nas hałasy z dołu. Słychać było jak ludzie są wypędzani z budynku. Trzeba było szybko działać. Ogar sprawdził, że na dachu jest jeszcze dwóch facetów. Nie domyślając się za bardzo o co chodzi, postanowiliśmy jak najdłużej obejść się bez walki. James skonstruował małą bombę, która miała wybuchnąć w przypadku otwarcia drzwi. Przeszliśmy do mieszkania naprzeciwko, oczekując na przebieg wydarzeń. Jednak w pewnym momencie nasze nerwy puściły i zaczęliśmy popełniać błędy. Ustaliliśmy, że Ogar zejdzie na dół udając żebraka, mając nadzieję, że go przepuszczą. Wyszedłby bez szwanku, gdyby jeden z gości nie zareagował impulsywnie i nie strzelił. Oberwał w rękę, ale nie było to nic poważnego. Gdy on znalazł się na ulicy, my uciekaliśmy tunelami wentylacyjnymi (ala Duke Nukem 3D). Doszliśmy nimi do schodów pożarowych, którymi zeszliśmy na dół. Pobiegliśmy przed budynek, gdzie znaleźliśmy James'a.
Nie zaszliśmy daleko, bo Margo, która chciała przejąć inicjatywę, wypatrzyła naszą furgonetkę, która właśnie zaparkowała niedaleko nas. Nie czekałem długo. Wyjąłem Glock'a (pożyczonego wcześniej od Ogara) i podszedłem do kierowcy z zamiarem zabicia go, jednak on był szybszy, ale mój kaptur z 10WB zrobił swoje. Oddałem strzał i gość opadł na kierownicę, zabarwiając pożółkłą tapicerkę na kolor ciemnoczerwony. Pech chciał (farciarski rzut MG), że na tylnym siedzeniu siedział gość z Kałachem. Na ślepo oddał serię w moją stronę, widząc co zrobiłem z jego kolegą. Obrażenia skoczyły mi na Śmiertelne 0, jednak dalej żyłem. Ogar podbiegł z prawej strony i wygarnął (też na oślep) z obrzyna. Niestety, ledwo przebił karoserię. Gość obrócił się w jego stronę i oddał serię. James zginał na miejscu. Chwilę później straciłem przytomność. Dla pewności, punk z Kałachem wpakował we mnie resztę magazynka.
      
Tym czasem Margo w za dużym swetrze, obcisłym ubranku i śmiesznych bucikach uciekała w stronę dzielnicy korporacyjnej, samotna w nieznanych jej realiach, a w oddali widać było, dumnie wznoszące się drapacze chmur.
Podsumowanie
      
Po prześledzeniu wydarzeń z powyższej przygody, można zauważyć wiele błędów przez Nas popełnionych. Po pierwsze, nie wzięliśmy żadnego ekwipunku dla Margo (nawet małego kevlarku). Jeśli chodzi o transport powrotny, to wywnioskowaliśmy, że główna zabawa będzie podczas powrotu do strefy korporacyjnej, a więc nie było sensu organizować oddziałów, śmigłowców itp., bo MG zadbałby o to, aby coś takiego nie popsuło jego koncepcji (śmigłowiec zestrzeliłyby punki, a armia poszłaby pewnie pić:-). Zostawienie lin to był cholernie kretyński pomysł. Dlaczego? Bo czy punk o zdrowych zmysłach nie zainteresowałby się czymś takim? Domyśliłby się, że ktoś, kto zszedł na dół, może mieć przy sobie coś cennego, a co lepsze może stamtąd wynieść coś jeszcze cenniejszego. Po trzecie, od razu trzeba było się nastawić na walkę, nie łudząc się, że uda się wyjść z sytuacji bez oddanego strzału. To jest Cyberpunk, a nie piknik na skraju drogi (czytał ktoś może książkę braci Strugaccy?). Po czwarte, nie wpadliśmy na pomysł, że Margo miała "w sobie" nadajnik (dlatego ci goście tak szybko nas odnaleźli). Jeśli jednak chodzi o sytuację w budynku, to za bardzo baliśmy się, że jeśli rozwinie się strzelanina to mogą przybiec ich koledzy albo i pobliskie punki. W końcu to jest Cyberpunk. Ale na to wszystko można przymknąć oko w porównaniu z akcją furgonetkową. Oczywiście dużo tu zależało od rzutu mistrza. Dzięki niskiemu wynikowi (03 na K100), co było na jego korzyść, w środku siedzieli nieźli panowie z niezłymi zabawkami. Ale czy nie prościej byłoby poczekać, aż goście wysiądą. Może ta paniczna chęć zdobycia transportu i zemszczenia się na złodziejach zmusiła mnie do tak desperackiego posunięcia.