Nocny gość



Okiennic są oczy szeroko otwarte,
za nimi zaś wicher co liście rozwiewa
I welon co z zasłon szerokich utworzon
W oddali rozmowy leśne toczą drzewa

Kominek nierównym płomieniem świecący
Co wichru oddechem się słania i pełga
Jest wyspą świetlistą w cienistym pokoju
I okiem nieśmiałym wokół siebie zerka

Mam fotel wygodny w ręku kielich pełny
Półsiedząc-półleżę. Taka późna pora,
Koszula na piersi mej wiatrem rozpięta
Twarz ma niby maska na twarzy aktora

Gościa wyczekuję co przychodzi nocą
Obiecał wizytę dokładnie rok temu
We wszystkie dni drżałem na myśl o tej chwili
Choć oddałbym wszystko by spojrzeć w twarz jemu

Służbę żem odprawił do chat oraz domostw
By wiatr razem z ciszą mój dwór napełniły
I drżę przypomniawszy kolor tamtych oczu
I wzrok którym darzył mię nocny gość miły

Przeciągów się stała zabawką butelka
Co razem z siostrami bezwinna zalega
Mam błysk w oku jasny lecz myśli me ciężkie
I skądś mnie zegara przechadzka dobiega

Siódmą już godzinę pośród śpiewu wiatru
Na bezimiennego czekając anioła
Od zmysłów odchodzę myśli mając czarne
Ogień już dogasa. Ciemno dookoła.

Wtem kroki zasłyszał wyraźnie, tuż za mną
A chwile w millenia wydają się zmieniać
Me serce w galopie z piersi się wyrywa
Chcę wstawać lecz czuję me ciało z kamienia

Zwierciadło na ścianie gdzie postać swą widzę
Mą jeno osobę bez tchu ukazuje
Choć dotyk od skały czuć dłoni zimniejszej
Dłoni w lustrze nie ma. Wiatr jeno harcuje.

Muszę raz choć spojrzeć! Choć chwilę jedyną
Zwracam się ku niemu, strach mię nie ominie
I widzę anioła co czasem nie ruszon
Stoi niczym posąg w śmierci pelerynie

Przerażon do krzyku się zbieram i biegu
Lecz próżne me plany i nadzieja pusta
Część mnie pragnie zostać, zaś druga uchodzić
Na szyi mej z lodu zamknęły się usta.

Toniemy w kosmosie z łez i niebiańskości
Ten anioł piekielny mą duszę smakuje
Krwi róże na białej koszuli zakwitły
Noc iskier milionem gwieździstych wiruje

Unosi mnie z sobą nad światem i życiem
Ma dusza jest pieśnią lat długich, stuleci
Uczepion kochanka, diabła i zabójcy
Szpony w jego płaszczu z gwieździstych zamieci

Jest spokój tak blisko i koniec szaleństwa
Tak sennie, plugawie i zimno jest teraz
Mnie śmierć już jedyna wzrokiem swoim nęci
Czym słyszał nielekkie stłumione westchnienia?

Wtem nuta fałszywa w arii pełnej pasji
Zawarł przede mną szczęścia nieboskłony
O ducha nie dbając gdzie stałem, upadłem
On stoi nade mną niepewny, wpatrzony

Na śmierci i życia mnie rzucił granicy
Milczący i cichy, płaczący karminem
Piękny w swoim smutku, smutny w pięknie swoim
Na pierś głowę zwiesił. Dla niego więc zginę?

Wzdragam się, dreszcz ciałem co umiera targa
Świec płomienie gasnące od mię uciekają
Serca ptak trzepocze, lecz kona zabity
W ramiona mnie porwać demony czekają

"Gościu mój upiorny" -myśl ostatnia biegnie
"Czyżeś śmierć mi przyrzekł, czyżem na nią czekał?"
Gniewnie rozgoryczon, widmami tulony
W anioła spojrzałem. Stał jak posąg. Zwlekał.

Wtedy mej godziny wiem już- doczekałem
Dusza czarna grzechem w niebyt uleciała
Żywym być przestałem w ów jesienny przedświt
Fantom bladolicy leżał mego ciała...

Na kamieniu chłodnym, obudzony głodem
Siadłem, oczom swoim wiary nie dawając
Ciało mam to samo- dziwne, blade, ciche
Trumny...(gdzieżem?! Któżem?!), płomyki pełgają

Odpowiedzi nie znam lecz idę w ciemności
Pragnienie mnie wiedzie, dziwny instynkt nowy
Cudna woń czerwieni i nieśmiertelności
W noc wychodzę wietrzną jak bestia- na łowy...


Nog