GOŚĆ ZACHAREGO



Zaczynamy

       Młodzieniec zawitał w progi dworku po dość długiej, pieszej podróży. Dotarł tam gnany wichrem tuż po zmroku. Ostatnią milę przemierzył biegiem, gdyż za nic na świecie nie chciał by noc zastała go w lesie. W miejscu, do którego zmierzał, miał zamiar dowiedzieć się prawdy o kilku przerażających rzeczach, których doświadczył ostatnio, a które wiązały się bezpośrednio ze śmiercią jego konia i wymuszoną pieszą wędrówką. Niecierpliwił się na myśl o spotkaniu z osobnikiem, który podsłuchawszy jego rozmowę w karczmie obiecał mu (za niewielką opłatą) wszystko wytłumaczyć.
       Siedzieli obydwaj w głównej sali na przeciwległych końcach dębowego stołu. Ciemnowłosy mężczyzna, z którym miał się spotkać powitał go wylewnie i nalał wino do kielichów. Obydwaj wiedzieli, że rozmowa o podróży młodzieńca i tutejszej okolicy, na której "spędzili pierwszą butelkę" nie jest właściwie tym po co się spotkali. Umilkli. Młodzieniec zbierał się w sobie by zadać pytanie. Zwlekał, ponieważ obawiał się, że nieznajomy potwierdzi jego obawy. Bał się prawdy, która mogła być niesamowita i przerażająca zarazem. Po kilku minutach wsłuchiwania się w zawodzenie wiatru gospodarz rzucił, ni stąd, ni zowąd: "Tak. Znam treść pytania, którego jeszcze nie zadałeś… Pozwól jednak, że udzielę Ci odpowiedzi nieco później, gdy nasze umysły staną się otwarte zbawiennym wpływem wina i skończę opowieść o istocie, której istnienie tak bardzo Cię intryguje, nieprawdaż?" Mówiąc to uśmiechnął się drapieżnie i rozsiadł w fotelu, a jego rozmówcę przebiegł dreszcz. Przerwał widząc reakcję na twarzy młodzieńca. Doskonale wiedział co ów czuje. Dowody na istnienie nieśmiertelnych widział przecież na własne oczy, gdy Zachary pozbawił życia jego konia wypijając z niego krew. Doprawdy, Nosferatu miał dość ciężkie poczucie humoru.
"Hmm… Więc powiadasz, że spotkałeś Zacharego? He he, stary Nosferatu musiał być w wyjątkowo dobrym nastroju… W przeciwnym wypadku nie zadowoliłby się tylko koniem. Nie rób takiej przerażonej miny. Z mojej strony nic Ci nie grozi…"
Skierował przelotne spojrzenie na szyję młodzieńca, które zauważone, zmroziło to krew w jego żyłach. Młody obawiał się tego co powie jego rozmówca, niemal słyszał to co powiedziane być miało. Jednocześnie do ostatniej chwili miał nadzieję, że tak się nie stanie, że mężczyzna nie potwierdzi jego podejrzeń. W ciszy rozległy się słowa akcentowane wyjącym za oknem wiatrem. "Tak mój drogi. Wampiry istnieją i chodzą wśród żywych w nocy. Być może nawet z którymś rozmawiałeś nic o tym nie wiedząc… Mężczyzna nie mógł odmówić sobie krzty ironii. Niewątpliwie była to najmroczniejsza tajemnica jaką wyjawiono młodemu. Jego umysł nie przyjmował jednak tej wiadomość. Wrodzony sceptycyzm nakazywał wyśmiać owego szaleńca. Było jednak coś w jego głosie co sugerowało prawdziwość wypowiedzianych słów. Ton jego głosu.
"Jako że są nieśmiertelne nie zanosi się, aby w najbliższym czasie cokolwiek zmieniło się w tej kwestii…" - przerwał, widząc że młody dotyka ukradkiem srebrnego krzyżyka zawieszonego na piersi. Zaśmiał się ponuro.
"Jeśli spotkasz jeszcze kiedy innego z nich, nie sięgaj po to…" - wskazał krucyfiks palcem, pociągając łyk wina.
"…Tylko go rozzłościsz. I nie pokładaj zbytniej wiary w fetysze jakimi są czosnek, woda święcona, srebro i temu podobne wymysły. Nie mają żadnej mocy magicznej. Dopiero w rękach osoby wierzącej, prawdziwie mogą uczynić im krzywdę…" - młodzieniec siedział tak, zbity z tropu. Gdy poczuł, że ma sucho w gardle, wypił kielich do dna i napełnił go ponownie. Mężczyzna kontynuował:
"Żywią się krwią i tylko nią, choć wcale nie muszą zabijać żywiciela. Robią to bardzo rzadko i raczej nie chętnie. Musisz wiedzieć, że zmieniony w wampira nadal cierpi i czuje jak człowiek… a nawet o wiele bardziej. Klątwa każe mu polował, pić krew żywych. Nie wszystkie godzą się na taki los. Wolą raczej umrzeć ostateczną śmiercią o świcie patrzą na wschodzące słońce niż trwać w nie-życiu.
"Powiedz mi więcej, proszę. Wszystko co wiesz. Zapłacę. Mam złoto" - młody wyciągnął sakiewkę dla podkreślenia słów. Był roztrzęsiony.
"Schowaj sakiewkę" - rzucił twardo mężczyzna i pociągnął duży łyk wina, czując błyszczące oczy tamtego na sobie. Rozważał coś. Cicho szepnął do siebie "W sumie to nie zrobi żadnej różnicy…" i dodał "Usiądź i słuchaj!".
"…Pan mu powiedział: "Ktokolwiek by zabił Kaina siedmiokrotną karę poniesie!" Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił ktokolwiek go spotka. Czy rozumiesz sens tych słów? No cóż… wszystko w swoim czasie. Wygnano go, a On w smutku i samotności wieki spędził. Sam przez eon cały. Powrócił między żywych i przyjęty został. Pierwsze Miasto miało go za króla. Wielka była jego potęga i sława. Kain stworzył potomków, klątwę swoją przekazując. Trzech ich było, a ich synów trzykroć tyle. Kain rzekł "Koniec. Nie wolno więcej." Bóg zesłał Potop by zmyć z Miasta grzech. Kain opuścił tedy dzieci swe by samotni rozpaczać. Potomkowie jego bez mądrości ojca podzielili się. Każdy stworzył własny ród. Dzieci zabiły rodziców i zbudowały Drugie Miasto, gdzie 13 plemion chodziło jak królowie. Lecz i je Bogowie zniszczyli widząc ogrom zła w nim. Rozpierzchłą się Rodzina na 4 świata strony i jęła walczyć z sobą o miasta i trzodę. Starsi ukryli się przez wzrokiem potomków i używali ich jako miecza swego i oczu, a śmiertelni o nich zapomnieli. Siedzą tam cisi i ukryci czekając aż nadejdzie ich czas…
Przerwał patrząc na oszołomionego młodego. Zerknął na stojący zegar. "Hmmm… Mamy jeszcze trochę czasu."
"Pierwszym wampirem był Kain, syn Adama, trzeci śmiertelnik. Teraz jest ich wiele. Są podobni ludziom. Dzielą z nami te same pasje - sztukę, wiedzę, władzę. Podzieleni na klany, w których każdy zna swoje miejsce. Są, więc wiecznie zbuntowani i waleczni. Brujah, straszni w bojowym szale. Nie życzyłbym Ci stanąć wtedy na ich drodze. Są i przemierzający puszcze ... zaraz, jak im tam było… Gangrele, tak. Więc ci biegają z wilkami i śpią w ziemi, tak słyszałem. Potem masz lunatyków, słabych umysłowo i tych o umyśle furiatów, dewiantów co się zwą Mankavian. Nosferatu… tak. No cóż, jednego już poznałeś" - tu mężczyzna złośliwie się uśmiechnął i poprawił mankiet koszuli.
"Matadorzy to ci, którzy szukają ukojenia w sztuce, choć niektórzy z nich zupełne beztalencia. Tremerzy to czarnoksiężnicy tacy jak Faust. Zawarliby pakt z samym Szatanem by zaklęcia poznać jakoweś tajemne. Wszystkimi zaś rządzą Wentry co się we władzy i bogactwie lubują. Każdy z wąpierzy zaś takie rzeczy potrafi robić, że aż strach pomyśleć. Nieraz widziałem jak któryś z watahą wilków w jednego z nich zmieniony pod dom podchodzi, albo lata jako nietoperz. Mówią, że potrafią znikać, błyskiem oka wolę twoją zmieniać, a przy tym ruszają się jak błyskawice, a silne są jak 10-ciu chłopa" - mężczyzna zawiesił swój monolog ciesząc się z efektu jak ten wywołał na słuchaczu. Zdawać by się mogło, że znajduje przyjemność w patrzeniu na wystrachanego młodego. Po chwili szeptem dodał: "…mówią te, że kołek z osiki ich nie zabija…" - tu zrobił krótką pauzę. Mężczyzna ściszył głos odwróciwszy głowę, a jego rozmówca siedział osłupiały. Wino działało na jego umysł, więc ośmielony wyszeptał:
"Ale… to znaczy… kim ty jesteś…?
Mężczyzna spojrzał na niego z błyskiem w oku i odparł:
"Ja? Jestem zwykłym człowiekiem, choć tak długo jak mój pan będzie poił mnie swoją krwią…" - w tym miejscu jego twarz przybrała błogi wyraz "… tak długo będę żył. W tym momencie wszystkie elementy zagadki, która trapiła młodego, znalazły się na właściwych miejscach. Potwór spotkany na drodze, "przypadkowo" podsłuchana rozmowa, wizyta w tajemniczym dworku i ten … człowiek. Momentalnie uświadomił sobie w jakim był niebezpieczeństwie. Próbując zachować spokój szukał wzrokiem drogi ucieczki.
"Hmm… Czy wyglądam na osiemdziesięciolatka?" - uśmiechnął się sardonicznie. Młodemu opadła szczęka. "Nie sądzę. Jestem jego sługą. Ghulem. Opiekuję się dworkiem i sprawami w ciągu dnia." "A jakie to sprawy załatwiać musisz?" - niekontrolowane pytanie wyrwało się gościowi.
Gdy próbował wstać, poczuł, że jego ciało jest dziwnie ciężkie i odrętwiałe. Rzucił przerażone spojrzenie na dno kielicha, gdzie zalegał wcześniej nie zauważony biały proszek… Mężczyzna bez słowa, choć z uśmiechem, obszedł go dookoła, po czym odstawiwszy kielich podążył w kierunku ciężkich, dębowych drzwi. Otworzył je. Rozległ się zgrzyt zamka. Za nimi zaś stał Zachary. Nosferatu we własnej, ohydnej osobie. Uśmiechnął się złośliwie.
"Na przykład dbam o jego jadłospis" - rzucił krótko mężczyzna na chwile przed tym jak wampir dopadł osłupiałego młodzieńca o kompletnie bladej twarzy i ukąsił w szyję. Mężczyzna zaśmiał się demonicznie. Za oknem szalała wichura i padał deszcz.


Nog