| Odcienie Ciemności |
Czuję Twoją krew... |
Wiatr świszczał pomiędzy budynkami. Ciemne, deszczowe chmury gnane mocnymi podmuchami przesuwały się po nocnym nieboskłonie, przysłaniając księżyc. Burza od kilku godzin wisiała nad miastem nie mogąc się zdecydować. Spłukać ten cały brud i kurz, czy jeszcze poczekać? Powietrze mimo silnego wiatru pozostawało ciężkie i parne. Cienie przesuwały się w rytm obłoków, to kładąc się na całych kamienicach, to znowuż znikając w kratkach ściekowych. Miasto spało. Gdzieniegdzie tylko, w oknach jarzyły się małe światełka. Jak zmrużone kocie oczy obserwujące ulice. Cisza przerywana klekotaniem jakiejś poluzowanej okiennicy, królowała niepodzielnie. Przez wąskie uliczki szła postać. Odgłos jej kroków na brukowanej nawierzchni załamywał dźwiękową próżnię. Nerwowe, ostre ruchy świadczyły, że nie czuje się tutaj bezpieczna. - Jeszcze tylko kilkaset metrów - pomyślał wbijając dłonie w kieszenie spodni. Skręcił w boczną uliczkę, na horyzoncie zamajaczyły strzeliste wieżyce starej Katedry. We dnie sprawiała wrażenie mniejszej i łagodniejszej, nawet gargoile zdobiące mury wydawały się groteskowe ale śmieszne. Teraz wszystko wyglądało zgoła inaczej. Zmęczony wzrok i pobudzona wyobraźnia podsuwały mu obrazy od których zimny dreszcz przebiegał wzdłuż kręgosłupa. Przez moment wydawało mu się, że w szeregu kamiennych posągów dostrzega jakiś ruch. Mimowolnie przyspieszył kroku. - Spokojnie, stary - w myślach zgromił sam siebie - przecież przechodziłeś tędy tysiące razy... To tylko wiatr i cienie - na siłę próbował starej sztuczki z autosugestią. Lecz tej nocy było inaczej. Czuł czyjś wzrok na swoich plecach. To dziwne i nieprzyjemne wrażenie towarzyszyło mu odkąd wszedł do starej części Miasta. Wiekowe kamienice, tak nastrojowe i piękne za dnia teraz straszyły mrocznymi otworami bram i ciemnych okien. Nachylały się nad przechodniem jakby dziwiąc się jego odwadze, lub bezmyślności... Nie opuszczało go uczucie bycia obserwowanym. Znów kątem oka wychwycił jakieś poruszenie. Minął Katedrę, teraz szedł wzdłuż pasażu ukrytego pod arkadami. Ciemne plamy na ścianach nie poprawiały samopoczucia. Przed sobą zobaczył wyjście na rynek. Popędzany przez wytwory własnej wyobraźni wybiegł na plac. Klucząc pomiędzy nieczynnymi o tej porze ogródkami kilku restauracji, dotarł do stojącej na środku fontanny. Kamienna, młoda dziewczyna z niezmąconym spokojem wylewała wodę z dzbana. Robiła to od stuleci, więc niby czemu dziś miałoby być inaczej?
Szary kształt przycupnięty na ramieniu posągu poruszył się. Mężczyzna cofnął się przestraszony. Słyszał werble które wybijało mu serce. Całe skronie pulsowały. Stał jak wmurowany wpatrując się w ciemną sylwetkę. Ta poruszyła się jeszcze raz.
Człowiek zaczerpnął wody, przemył sobie twarz, po czym podjął wędrówkę. Zamyślony, nawet nie zauważył gdy minął uliczkę w którą miał skręcić, stał teraz zdezorientowany u stóp jakiegoś pomnika. Wcześniej chyba go tu nie było. Przedstawiał postać mężczyzny klęczącego na niskim cokole. Niepokój powrócił ze zdwojoną siłą. Najpierw ta sowa, teraz ten pomnik... Tu działo się coś dziwnego! Zaraz, przecież... skąd sowa w mieście? Spanikowany chciał się odwrócić by wrócić na trasę swojego marszu, lecz zamarł w połowie obrotu. Mężczyzna z pomnika powoli unosił głowę, spoglądając na niego dziwnie czerwonymi oczami... - Witaj śmiertelniku. Wiesz? Czuję Twoją krew... *** Nagły grzmot rozerwał nocną ciszę, w końcu zaczęło padać... |