|
Glabro
Jaspree (3/3)
|
Kiedy się obudziłem, słońce było bardzo wysoko. Leżałem przykryty kocem na wyjątkowo miękkim łóżku. "Gdzie ja, w mordę, jestem?" Oczywiście nikt nie odpowiedział mi na to pytanie. Usiadłem i rozejrzałem się dookoła. Moje rzeczy leżały starannie poukładane na krześle pod oknem. Wnętrze wyglądało na pokój w karczmie. Byłem głodny.
Ubrany zszedłem na dół. Za szynkwasem stał starszy mężczyzna i patrzył na mnie niepewnie. Mruknął coś cicho w odpowiedzi na moje powitanie. Cóż, może taki tutaj zwyczaj. Zamówiłem michę gorącego bigosu. Pachniało cudownie. Ślina sama zbierała się w ustach. Smak też pierwsza klasa.
- Doskonałe... - zachwalałem mlaskając. - Pychota... - kiedy skończyłem, sięgnąłem do sakiewki, ale nie miałem jej przy sobie. - Hmmm... Zostawiłem sakiewkę w pokoju. Zaraz przyniosę pieniądze...
- Nie trzeba! - rzucił szybko karczmarz. - Pański przyjaciel płaci za wszystko.
- Mój... LERG!!! - oberżysta odchylił się niepewnie. Ja natomiast przypomniałem sobie wszystkie zajścia wczorajszego wieczora. - Gdzie on jest!?
Chwilę później biegłem przez wieś w stronę pobliskiego zagajnika. Był na tyle rzadki, że od razu dostrzegłem chatkę, o której mówił mi karczmarz.
Znajdowała się ona na niewielkiej polance i była w tak żałosnym stanie, że nie mogłem sobie wyobrazić, co chciałby robić w takim miejscu jakikolwiek dawca. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że Lerg jest ksenomantą i lubi takie miejsca.
Do drzewa przed szopą przywiązana była orczyca. Ubrana była w to samo ubranie co wieczorem, jednak teraz mogłem się jej przyjrzeć przy świetle dziennym, nie musząc przy okazji unikać zabójczych ciosów. Hmmm... Wśród orków uchodziłaby za piękność. Wysoka, szczupła o pociągłej twarzy i długich kruczoczarnych włosach. Dostrzegła mnie i, mogę przysiąc, dostrzegłem w jej oczach strach. Wieczorem rzucała mną, jak szmacianą lalką, a teraz się mnie bała. Fajnie.
- Zostaw mnie, sługusie horrora! - powiedziała, kiedy się do niej zbliżyłem. Zaczęła mocniej szarpać więzy. Na jej nadgarstkach pojawiła się krew. O co chodziło z tym horrorem?
Za sobą usłyszałem kroki. Wielki troll z kosturem w łapie uśmiechał się do mnie.
- No! Nie jest tak źle, jak wyglądało na początku. Do wesela się zagoi.
- Lerg, Stary draniu! - powiedziałem podbiegając. - Myślałem, że umarłeś. Nie zostawiłbym cię, gdyby było inaczej. Nie wyczułem pulsu i...
- Och, bo ja umarłem. - powiedział to takim tonem, jakby byłą to dla niego codzienność. - Ale mam dobry układ ze Śmiercią. Ja umieram, a ona mnie wypuszcza. - widząc moją zdziwioną minę dodał. - Miałem amulet.
- Aaaa... Amulet... To wszystko wyjaśnia... Nie rozumiem...
- Młody jesteś, to i nie rozumiesz. Ale nic nie szkodzi. Najważniejsze, że załatwiliśmy sprawę z Ignacem, teraz tylko trzeba to odwieść do Gadziego Stawu. - powiedział, rzucając mi ciężką sakiewkę.
- A tak przy okazji... Gdzie jest nasz iluzjonista? Chciałbym z nim porozmawiać.
- Ignac nie jest w stanie teraz rozmawiać. - Nagle zrobiło mi się gorąco. Chyba nie zabił go tylko dlatego, że okradł wieśniaków. Przecież to nienormalne. Zasługiwał na karę, ale nie na taką.
- Zabiłeś go? - zapytałem, choć bałem się odpowiedzi.
- Nie. Jest w szopie. Przez całą noc uświadamiałem mu, jak złą rzecz zrobił. Chyba zrozumiał.
Musiałem go zobaczyć. Minąłem Lerga i stanąłem w drzwiach szopy. Iluzjonistę dostrzegłem dopiero wtedy kiedy się poruszył. Leżał zwinięty w kłębek w ciemnym kącie. Podszedłem bliżej. To co zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.
Leżało przede mną ciało staruszka. Włosy całkowicie siwe. Skóra na twarzy naznaczona bruzdami, jak u człowieka, który niejedno w życiu przeżył. Matowe oczy Nie miały w sobie żadnych oznak życia. Spojrzał na mnie i wyszeptał:
- I jak tam... nie-adepcie...? - miałem wrażenie, że gdyby wiał wiatr, to nic bym nie usłyszał. - Zadowolony...? - uśmiechnął się, a był to cień jego poprzednich uśmiechów. - Cudownego kompana... sobie znalazłeś... Do rany... przyłóż... Prawdziwy przyjaciel...
- Ignac, wszystko w porządku? - głupie pytanie, ale teraz tylko takie przychodziły mi do głowy.
- Oczywiście... Nigdy nie było... lepiej... Naprawdę... - powoli podniósł się na nogi. Jego kolorowa szata wisiała na nim, jak na szkielecie. Był cieniem człowieka, które poznałem dwa dni temu. Uszło z niego całe życie. Lerg zaczął mnie przerażać.
- Co on ci zrobił? Wyglądasz jak Śmierć...
- Tak... Ją też spotkałem...- na chwile zamilkł, zupełnie tak, jakby zgubił swoją ostatnią myśl i teraz próbował ją złapać. - Pytasz się... co on mi zrobił...? Otworzył mi oczy... Jestem mu za to... wdzięczny... Aż do śmierci...
- Czy wszystko w porządku, Horn? - kiedy usłyszałem za sobą głos ksenomanty, omal nie umarłem ze strachu. Ignac tylko lekko się uśmiechnął.
- Nie. - powiedziałem mijając trolla. - Ale nie rozmawiajmy o tym. Muszę oddać pieniądze ludziom z Gadziego Stawu.
- Tak. Tylko się pospiesz. Za kilka godzin zmierzch. - nie odpowiedziałem. Musiałem się stąd szybko oddalić. - Hej! A co z nią! - orczyca, która wciąż była przywiązana do drzewa, przyglądał nam się niepewnie. - Mam...
- Wypuść ją.
- Na pewno? Chciała cię zabić... - czemu miałem wrażenie, że Lerg koniecznie chciał zrobić jej krzywdę?
- To było nieporozumienie. Wypuść ją.
Troll wzruszył ramionami, ale nic nie powiedział. Podniósł z ziemi miecz, od którego wczoraj mało nie zginąłem i przeciął nim więzy.
Droga do Gadziego Stawu i z powrotem normalnie zajęłaby mi trzy godziny. Mi jednak się nie spieszyło. Wolałem spędzić trochę czasu w samotności i przemyśleć wydarzenia ostatnich dni. Nie poganiając konia wolno przebyłem las, w którym wczoraj bliski byłem zaprzestani mojej misji. Deszcz zatarł ślady po naszej walce. Nie znalazłem też ciał wampirołaków. Miałem nadzieję, że zajął się nimi jakiś padlinożerca, a nie wstały o własnych siłach i wróciły do domu.
Miały być przemyślenia, a mnie jak zwykle wszystko rozprasza. Ale teraz do roboty. Najpierw fakty. Kilka dni temu objawiła mi się Jaspree. Chce, żebym jej pomógł w pozbyciu się horrora. Nie, nie pomóc. Sam go pokonać. Jej świątynia znajduje się w okolicach Urupy. Dziwne, że prosi o pomoc mieszkańca Iopos. Jak to ona powiedziała? "Wszyscy inni byli na tyle mądrzy, że odmówili..." To chyba nie świadczy o mnie najlepiej... Podróż na miejsce zajęłaby mi kilkadziesiąt dni, o ile jechałbym bez ustanku, na grzbiecie konia. Teraz pytania: czy horror potrzebuje tak długiego okresu czasu, żeby zniszczyć świątynie? Dlaczego Jaspree chciała, żeby przyłączył się do mnie troll? Bez wierzchowca podróż wydłuży się o kilkanaście dni.
I najważniejsze: od kiedy Jaspree ma świątynie???
"BRAWO! A JUŻ MYŚLAŁEM, ŻE TRAFIŁEM NA KOMPLETNEGO IDIOTĘ..."
Wszystkie włosy stanęły mi dęba. Moja czupryna wyglądała teraz jak rudy jeż. Kto to powiedział?
"A JAK CI SIĘ WYDAJE, HORN?" - słyszałem ten głos, ale nie potrafiłem go zidentyfikować. Choć wyda się to szalone, nie wiedziałem jak on brzmi. Po prostu był. Nic więcej. Zatrzymałem konia i rozejrzałem się dookoła.
- Pokaż się! - zakrzyknąłem i naprawdę tego pragnąłem.
"NIESTETY TO NIE JEST MOŻLIWE. ALE PRZECIEŻ MÓJ WIDOK NIE JEST NAM POTRZEBNY DO ROZMOWY"
Ściągnąłem z pleców miecz. Była to kompletna głupota, ale uścisk rękojeści w ręku trochę mnie uspokoił.
"UUUU... MIECZ... PRZERAŻASZ MNIE HORN." - poczym po mojej głowie poniósł się śmiech. - "A MYŚLAŁEM, ŻE TO JA BĘDĘ STRASZYŁ CIEBIE."
- Kim jesteś!
"NIKIM SZCZEGÓLNYM... HORROR JAK KAŻDY..."
O kurwa.
"HEHEHE... DOBRZE TO UJĄŁEŚ, HORN..." - nagle zrobiło mi się bardzo słabo. Moja ręka opadła wzdłuż ciała, miecz spadł na drogę. - "NIE PRZEJMUJ SIĘ. OBIECUJĘ, ŻE BĘDZIEMY SIĘ DOBRZE BAWIĆ. JA NA PEWNO TAK."
Potrzebuję szybkiej pomocy. Muszę pozbyć się tego paskudztwa z głowy. Lerg będzie wiedział co zrobić.
I z każdą następną myślą słyszałem upiorny, niosący się echem po mojej głowie śmiech. Niemal czułem, jak horror przenika przez moje myśli, wkręca się w najgorsze wspomnienia i jęczy z rozkoszy.
Zmusiłem konia do galopu. Coraz szybciej i szybciej. Miałem wrażenie, że horror czegoś szuka i jak już to znajdzie, to będzie dla mnie za późno. Rzadko jeżdżę koniem, ale teraz byłem lepszy od niejednego kawalerzysty. Miejsce strachu zajęła chęć jak najszybszego dotarcia do Lisiego Ogona.
Pamiętam śmierć mojego ojca. Byłem wtedy mały, poszliśmy razem do "Złotego Smoka". Miał jakieś interesy ze Złamanym Kłem. Potem nie wiadomo skąd pojawił się tamten człowiek i poderżnął mojemu ojcu gardło. Krew ochlapała mi twarz i ubranie, które tata kupił mi na urodziny. I wszyscy śmiali się, bo wiedzieli, że mama mnie zbije, bo je pobrudziłem. Złamany Kieł śmiał się najgłośniej. A potem...
Nie! To nie tak!
"A WŁAŚNIE ŻE TAK. JA WIEM LEPIEJ!" - horror wiercił się jak szalony. Powoli zacząłem czuć ból. Najpierw tępe dudnienie, które powoli zmieniało się w upiorne kłucie. Ktoś wbijał w moją głowę tysiące rozżarzonych igieł... Nie. Sztyletów. Zachwiałem się na grzbiecie konia. Niewiele rzeczy widziałem, a te które widziałem, mało mnie obchodziły. Nie pamiętam nawet, kiedy spadłem z konia.
HORN... HORN...
Ech... tak mógłbym żyć. Leżeć na łące pełnej cudownie pachnących kwiatów. Nie ruszać się i obserwować niebieskie niebo, po którym powoli sunął śnieżnobiałe obłoki. Gdyby tylko nie ten upierdliwy głos...
HORN... WSTAŃ...
- Marzysz... Tak mi dobrze. A poza tym, nie potrzebujesz mnie stojącego do rozmowy. Mów czego chcesz i daj mi spokój.
ŁADNIE TO TAK... JESTEŚ NIEUPRZEJMY DLA PASJI...
- Ha! Z ciebie taka Pasja, jak ze mnie Lodoskrzydły. Sam powiedziałeś, że nie jesteś nikim szczególnym, horror jak każdy.
HMMM... A JEDNAK PAMIĘTASZ... TO, ŻE NIE JESTEM PASJĄ, NIE ZNACZY, ŻE NIE MOGĘ ZAMIENIĆ TWOJEGO ŻYCIA W KOSZMAR...
Niebo nade mną pociemniało. Nie pojawiły się żadne chmury, po prostu z jasnego błękitu przeszło niemal natychmiast w ciemny granat. Wzdrygnąłem się z zimna.
- Nie boję się ciebie. Szybko się rozstaniemy. Niedługo znajdę pomoc i pozbędę się ciebie z mojej głowy.
HEHEHE... WIDZĘ, ŻE HUMOR CIĘ NIE OPUSZCZA... AŻ TAK ŁATWO NIE BĘDZIE... MYŚLISZ PEWNIE O TROLLU... PYTANIE: UFASZ MU...?
- Eeee... Chyba tak... Nie! Na pewno tak. Dwa razy uratował mi życie. - poczułem jak w moim umyśle horror przemyka między poszczególnymi myślami. Wyczuwałem jego radość. Jednak nic nie powiedział. - O co chodzi?
NIE ZA DUŻO ODE MNIE OCZEKUJESZ, CZŁOWIEKU...? SAM POMYŚL...
Kwiaty pochyliły się ku ziemi, kiedy zadął wiatr. Bardzo zimny i nieprzyjemny. Podniosłem się na nogi i objąłem ramionami. A przed chwilą było tak cudownie. Gdybym tylko mógł dopaść mojego horrora na wyciągnięcie miecza...
TO CO BYŚ ZROBIŁ, HORN...?
- Przestań się chować, to się przekonasz! - kolejny powiew zimnego wiatru. Był tak silny, że musiałem pochylić się nieznacznie do przodu, bo bałem się, że mnie przewróci. Horror zaśmiał się w mojej głowie.
A KTO SIĘ CHOWA, CO HORN...? WIESZ PRZECIEŻ GDZIE JESTEM...
Tak, w Urupie. Kawał drogi. Jakieś półtora miesiąca z horrorem na karku. Żaden problem. Podróż minie jak z bicza trzasnął. Po bezchmurnym, granatowym niebie przebiegła błyskawica. Wzdrygnąłem się przestraszony. Powoli mój raj zamieniał się w piekło. Nie mam ochoty być tu dłużej.
JAK SOBIE ŻYCZYSZ, HORN...?
O kur... Przed sobą dostrzegłem falę różnobarwnych kwiatów wyrywanych przez wiatr razem z ziemią. Unosiły się w górę... Był to ułamek sekundy, zanim ja sam nie zostałem uniesiony w powietrze. Nie wiedziałem, gdzie jest dół, a gdzie góra. Wszystko zasłaniały mi kwiaty natrętnie pchające się do oczu, nosa, ust... Ziemia raniła odsłonięte części ciała. Nie mogłem oddychać. Przypominałem piórko, które wpadło w tornado.
Nagle wszystko się uspokoiło. Kiedy otworzyłem oczy, stwierdziłem, że znajduję się jakieś sto metrów nad ziemią i właśnie zaczynam pikować... Ciekawe, jak głęboko się wbiję.
NA PEWNO CI POWIEM, HORN... HEHEHEHEHEHE...
Bach!
- Ej ty. - głowa ciążyła mi jak po całonocnej libacji. Gdzieś zza ściany dobiegał mnie głos. - Wszystko w porządku? Chyba spadłeś z konia... - otworzyłem oczy. Powieki miałem jak z ołowiu. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w jej kruczoczarnych włosach. Gdzieś widziałem już tą orczą mordę. A tak... - Słyszysz mnie? Co z tobą?
- Gdzie jestem...? - podparłem się łokciami i rozejrzałem dookoła. Leżałem w jakimś rowie. Na początek dobre i to. - Co tu robisz...?
W odpowiedzi wzięła mnie pod ramię i pomogła wstać. Zgiąłem wszystkie kończyny. Nic złamanego. Heh, głupi ma zawsze szczęście. Wydrapałem się z rowu i stanąłem niepewnie na drodze. Obok stały dwa konie. Jeden mój.
- Chciałam ci podziękować... - wbiła swoje zielone (jakim cudem to zauważyłem? A no jasne. Przecież to, bądź co bądź kobieta.) oczęta w ziemię i zaczęła coś burczeć pod nosem. - Chyba uratowałeś mi życie... Gdybyś się za mną nie wstawił... Troll mógł mi zrobić krzywdę...
- Nie ma o czym mówić. Naprawdę.
- Nie, muszę to powiedzieć. Wieczorem prawie cię zabiłam, bo iluzjonista powiedział, że opętał cię horror... - Ignac wie! Ale skąd? Czemu wszyscy wydają się być inteligentniejsi ode mnie? - Troll wszystko mi wyjaśnił... I...
- Którędy do Lisiego Ogona? - przerwałem jej niecierpliwie. Musiałem szybko załatwić kilka spraw. Odsunęła kosmyk włosów z twarzy i spojrzała na mnie. Miałem wrażenie, że dzięki swojemu wzrokowi od razu dostrzeże we mnie piętno naznaczenia. Ostatnio wszyscy zdawali się czytać ze mnie jak z księgi.
- Na zachód. - dla pewności, czy zrozumiałem wskazała kierunek ręką. - Wszystko w porządku?
ONA JUŻ WIE, HORN... BĘDZIESZ MUSIAŁ JĄ ZABIĆ... ZRÓB TO TERAZ, KIEDY MASZ OKAZJĘ... POTEM MOŻE BYĆ ZA PÓŹNO...
"Zjeżdżaj. Sprawdź czy nie ma cię gdzie indziej."
HEHEHEHE...
- Pytałem się, czy wszystko w porządku.
- Co? Aaa... Tak. Nic mi nie jest. Muszę już jechać. Dzięki za pomoc. - zgrabnie wskoczyłem na konia i nie oglądając się za siebie ruszyłem z powrotem. Zatrzymałem się, zdzieliłem kilka razy przez rudy łeb i zawróciłem. Zapomniałem o celu mojego wyjazdu. - Ej ty! - orczyca, która również ruszyła w swoją drogę, zatrzymała się i odwróciła w siodle. Podjechałem do niej powoli. - Mogłabyś przekazać coś ludziom z Gadziego Stawu? - nie czekając na odpowiedź sięgnąłem pod mój błotny płaszcz i wyciągnąłem pękatą sakiewkę. - Wiem, że jesteś uczciwa. Te pieniądze ukradł Ignac. Oddaj im je.
- Dobrze. Chyba będę tamtędy przejeżdżała. - złapała w locie sakiewkę i wsadziła do jednego z juków przy siodle. Znowu na mnie spojrzał. - Jak ty właściwie masz na imię, Rudzielcu?
- Na pewno nie tak. - uśmiechnęła się, widząc moją złość. Przez chwilę wydawał mi się piękna, ale zaraz przypomniałem sobie, że jest orczycą. A ja z takimi się nie zadaję. - Jestem Horn. A ty?
- Julianna Zimowa Noc. Miło mi cię poznać. - nachyliła się w siodle i uścisnęła moją dłoń. Co jest z tymi orkami? Zawsze cisną za mocno. Lubią się popisywać, czy co? Zacząłem masować obolałą dłoń.
- Julianna? Dziwne imię jak dla orka...
- Czyż nie? - posłała mi kolejny uśmiech, poczym odwróciła się i pojechała do Gadziego Stawu. Spojrzałem na stapiające się z horyzontem słońce i doszedłem do wniosku, że jeżeli nie chcę zaliczyć kolejnego spotkania z wampirołakami, to na mnie też już pora. Zmusiłem konia do galopu.
- Dobrze, że jesteś. - Lerg wyglądał na zaniepokojonego. - Bałem się, że spotkało cię coś złego.
Całe szczęście, że nie wiedział, jak bardzo złego. Usiadłem ciężko przy ławie i zamówiłem piwo. Dzisiaj zaszalejmy. Zobaczymy, czy horror ma równie twardy łeb co ja.
O MNIE SIĘ NIE MARTW, HORN... MOGĘ ZAŁOŻYĆ SIĘ O TWOJE ŻYCIE, ŻE TY PIERWSZY ZWALISZ SIĘ POD STÓŁ...
"Stoi."
- Coś się stało? - troll nie dawał mi spokoju. - Nie wyglądasz najlepiej.
- Jestem zmęczony. Napijesz się ze mną? - ksenomanta pokiwał głową. Wsadził łapę do swojej torby i wyciągnął z niej wiaderko z uchwytem o wyglądzie kufla.
- Zawsze używam własnych kubków. - zaśmiał się, jakby opowiedział jakiś dobry dowcip. Mi nie było do śmiechu.
- Gdzie Ignac? - w głównej sali go nie było. Możliwe, że ich opuścił... albo troll coś mu zrobił. - Chyba trochę z nim przesadziłeś...
- To nic takiego. Jak się dobrze wyśpi, przejdzie mu.
- Jego włosy przestaną być siwe, a twarz nie będzie przypominała twarzy staruszka?
Lerg spuścił oczy w swój kufel. Wzruszył ramionami.
- Tego nikt nie mógł przewidzieć. Nie ja jestem winny, ale jego strach.
- Ładnie powiedziane... Zupełnie jak: nie ja jestem winien jego śmierci, ale mój miecz.
- Widzę, że mnie rozumiesz. - pociągnął łyk złocistego płynu i kontynuował konspiracyjnie ściszając głos. - Teraz najważniejsze jest to, co zrobimy z naszym kłopotem? - zakrztusiłem się piwem słysząc jego słowa. Czyżby już wiedział?
OCZYWIŚCIE, ŻE JUŻ WIE, HORN... TO KSENOMANTA... ONI WYCZUWAJĄ NAS NA KILOMETR...
- Nasz kłopot? - zapytałem niepewnie. - Co masz na myśli?
- Jak to co? - spojrzał na mnie spod swoich krzaczastych brwi. - Zapomniałeś? Urupa... Horror... Pomoc dla Jaspree... - uspokoiłem się słysząc te słowa. Nic nie wiedział. Wciąż wierzył w naszą "świętą" misję. To i dobrze. Pójdziemy do Urupy razem i potem pokonamy horrora. Gdzieś tak w mojej głowie poniósł się echem śmiech. "Śmiej się, śmiej, gnido. Dopadnę cię, a potem zobaczymy, kto jest bardziej brutalny."
HMMM... HORN... PODNIECASZ MNIE, KIEDY TAK MÓWISZ...
- Wyruszymy jutro. Musimy się spieszyć...
- Jest jeszcze jedna sprawa. - przerwał mi Lerg. - Rozmawiałem trochę z Ignacem...
- I co?
- Chce iść z nami.
- Dlaczego? Po tym, co mu zrobiliśmy? - odstawiłem zaniepokojony piwo. Wietrzyłem podstęp.
- Właśnie dlatego. Powiedziałem mu, po co udajemy się do Urupy. Chce iść z nami, żeby widzieć jak umieramy.
- Szczery, aż do bólu. Nie jest nam potrzebny. - troll tylko wzruszył ramionami. Odstawił swój kufel i wstał od ławy.
- Idę spać. Muszę wypocząć. - dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie spał od... dawna. Zresztą ja również byłem zmęczony. Ruszyłem w kierunku schodów. Kiedy byłem prawie na ich szczycie, drogę zagrodził mi Ignac.
- Och, czyż to nie mój kochany nie-adept?
- Zejdź mi z oczu, póki możesz to zrobić o własnych siłach. - jego osoba doprowadzała mnie do szału. Jeżeli zaraz nie odejdzie, poleje się krew.
- Coś dzisiaj nie jesteśmy w humorze? - chyba nie wziął sobie do serca mojego ostrzeżenia. - Czyżbyś wstał...
- Zejdź mi z drogi!!! - wrzasnąłem, ale nie czekając na jego reakcję, złapałem go za szatę i pociągnąłem w dół. Poleciał na łeb, na szyję ze schodów. - Powiedziałem, żebyś zszedł mi z drogi!!! - krzyknąłem ponownie zbiegając ze schodów i kopiąc bezwładne ciało iluzjonisty. - Zejdź... mi... z drogi... draniu!!! Zejdź... - na ramionach poczułem wielkie łapska, które odciągnęły mnie od Ignaca. Chciałem się wyrwać, ale Lerg mi na to nie pozwolił. - Puść.. - wysapałem. - Zabiję drania...
- Karczmarzu, sprawdź co z nim. - polecił troll ignorując moje krzyki. Starszy mężczyzna pochylił się nad ciałem. Spojrzał z przestrachem w oczach na mnie, potem na trolla i znowu na mnie. Poczułem jak krew mi zamarza.
- On nie żyje, szanowny panie. - "O Pasję! Dlaczego pozwoliliście mi to zrobić?" Lerg puścił mnie i podszedł do Ignaca, żeby się upewnić. Stałem na dole schodów i patrzyłem z niedowierzaniem na zaistniałą sytuację. Troll przyłożył swoje wielkie paluchy do szyi iluzjonisty. Karczmarz odstąpił na kilka kroków i przyglądał się mi ze strachem graniczącym z obłędem. Kilku gości podniosło się z miejsc i ruszyło do wyjścia.
I w tej właśnie chwili doznałem olśnienia.
A właściwie dwóch.
Lerg był poplecznikiem horrora.
Horrora nie było w Urupie.
Wszystko było takie jasne. Tak oczywiste. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej? Byłem ślepcem, a teraz widzę. Powoli wyciągnąłem miecz z pochwy i ruszyłem w kierunku trolla. Stary ksenomanta kończył właśnie oględziny ciała. Karczmarz wykrzyczał jakieś krótkie ostrzeżenie, Lerg się odwrócił, a ja wbiłem mu ostrze aż po nasadę. Prosto w serce. Nie miał najmniejszych szans. Przez chwile stał wyprostowany i patrzył na mnie z niedowierzaniem. Chwila ta trwała wieczność. W końcu ugięły się pod nim kolana i opadł na ziemię. Kopnięciem powaliłem go na plecy. Stanąłem nad nim i spojrzałem w jego zamglone oczy, które wpatrywały się bez wyrazu w sufit. Spoglądając na jego spokojną twarz, przez chwilę wydawało mi się, że zrobiłem błąd. Że tylko mi się wydawało. Ale zaraz sobie przypomniałem.
- Zapomniałeś o najważniejszym... - powiedziałem cicho, wiedząc, że i tak mnie usłyszy. Gdziekolwiek był. - Skoro moja Jaspree okazał się horrorem, twoja nie mogła istnieć. Nie mogłeś wiedzieć o Urupie z innego źródła, jak od samego horrora. Prawie mnie nabrałeś. - spojrzałem po opustoszałej karczmie. Teraz muszę załatwić ostatnią sprawę.
Podniosłem swoje rzeczy i ruszyłem do wyjścia. Nikt nie powstrzymywał mnie, kiedy zabierałem swojego konia i opuszczałem Lisi Ogon.
Kierunek: Sawomanki.
Stoję właśnie przed jaskinią, gdzie po raz pierwszy spotkałem moją "Pasję". Jechałem tutaj bez przerwy przez cztery dni. Jestem głodny, zmęczony i zrezygnowany. Nie wiem co mnie czeka w jaskini. Horror od dawna się nie odzywał. Możliwe, że znajdę tam Gelta i Bzyka.
Cholera. Przez całą drogę byłem pewien, że wejdę do tej jaskini i wszystko się skończy. Umrę ja... lub horror. A teraz boję się wykonać decydujący krok. Ten pierwszy.
Jeżeli ktoś znajdzie ten dziennik, niech wie, że żałuję tego, co zrobiłem i że zrobiłem wszystko, żeby to naprawić.
Boję się. Tak bardzo się boję...
Ale, muszę to załatwić.
Chciałbym się jakoś pożegnać, ale wszystko co przychodzi mi do głowy, jest tak bardzo banalne.
Może wystarczy zwykłe "żegnam".
|