| Odcienie Ciemności |
Całkiem nowy dom... |
Zimno. Zaraz za nią przybiegła inna. Przekrzykując poprzednią wołała: Boli! Czujesz? Tak, to BÓL!!!
Przestańcie. Proszę dajcie mi spokój... Zostawcie mnie - powiedział do nich. Myśli jakby zaskoczone jego reakcją ucichły. W głowie huczało. Do mózgu zaczęły docierać bodźce, które przed chwilą usłyszał. Całe ciało, każdy najdalej nawet wysunięty fragment przypominał o swojej obecności, skarżąc się. Czuł się jak... w zasadzie nigdy się tak nie czuł... Powoli otworzył oczy. A przynajmniej tak mu się wydawało. Przez szparki między powiekami przesączyło się blade światło. Zbyt ostre jak na blade światło. Szybko zapadł w ciemność. Po chwili podjął kolejną próbę kontaktu z rzeczywistością. Tym razem przygotowany na natężenie otoczenia przetrzymał moment oślepienia. Wzrok powoli poddał się jego woli, na tyle by móc rozejrzeć się dookoła. Gdyby jeszcze udało pozbyć się tej mglistej przesłony. Skupiony na zogniskowaniu wzroku na jednym punkcie zapomniał o tych dziwnych uczuciach, które nękały jego ciało. Nie na długo. Spazm bólu przebiegł przez wnętrzności. Leżąc zgięty w pół zaniósł się kaszlem. Coś spłynęło po brodzie. Było lepkie i ciepłe. Pozostawiło w ustach metaliczny posmak. Kolejne dziwne uczucie. Smak. Postanowił spytać się o to Pana. On na pewno będzie wiedział co się dzieje. Wszak Pan wie wszystko... Poczekał aż oddech uspokoi się. Odpoczywał gromadząc siły i obserwując otoczenie. Jak na razie pole widzenia było mocno ograniczone. Zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili wpatruje się ciemną plamę muru. Był brudny i popękany. W niektórych miejscach poplamiony jakimiś wzorami. Z wysiłkiem przeniósł wzrok na jaśniejszy nieco sześcian. Poobdrapywany, miał podobne symbole do tych na ścianie. U góry zauważył jakieś płaskie wypustki. Jedna była podniesiona. Wydobywał się stamtąd zapach. Bardzo nieprzyjemnie drażniący jego nos. Zapach? - pomyślał przez chwilę. Po czym kolejna fala nudności przygięła go do ziemi. Znów złapał oddech. Postanowił wstać. Oparł się na dłoniach i z wysiłkiem dźwignął się ku górze. Chwila walki z własną słabością zaowocowała możliwością uklęknięcia. Oparłszy się o ścianę chwiejnie stanął na nogi. Stąpając ostrożnie udało mu się podejść do owego sześcianu, który okazał się zwykłym pojemnikiem na śmiecie. W środku coś się poruszało. Jakieś małe stworzenie buszowało poszukując pożywienia. Z ciekawością zajrzał w ciemne wnętrze. Pośród gnijących resztek jedzenia, butelek i bliżej nieokreślonych przedmiotów, do ściany tulił się kłębek futra. Przerażony wpatrywał się w niego czerwonymi ślepkami. Strach szczura rozbawił go. Przecież nas nie trzeba się bać. My jesteśmy światłem i dobrocią... Chodź - pomyślał. Zwierzątko uspokoiło się. Przestało drżeć i wychynęło z pojemnika prosto w jego dłonie. Przez chwilę głaskał je ciesząc się miękkością futerka, rytmem serca... instynktownie podniósł je do ust i złożył długi pocałunek na małej główce. Spijał ciepło i energię. Esencję istnienia. Smakował pierwotne zalążki życia, przebogaty smak kosmicznej energii uwięzionej w tym stworzonku. Po chwili przestał. Uśmiechnął się do szczurka, pogładził jeszcze raz futerko, po czym odłożył nieruchome teraz ciałko do pojemnika. Dziękuję... Od razu poczuł się lepiej. Zniknął gdzieś ból, wiatr też nie był już taki zimny. Minął kosz. Tuż za nim zauważył stertę szmat i papierów. Ale nie tylko. Wyczuwał tam życie. Ktoś lub coś, skulone leżało wśród odpadków. Czuł bicie serca, słyszał oddech, rejestrował smród potu, alkoholu i uryny. Zbliżył się do istoty, która w miarę zmniejszania się odległości między nimi stawała się coraz bardziej nerwowa. Wyraźnie widział aurę strachu. Nie bój się - pomyślał - Nie zrobię Ci krzywdy... Hej! Świrze! Odwal się i spadaj! To moje miejsce... - ochrypły głos przełamał ciszę - no mówię idź sobie... nie... nie podchodź bliżej! Mam broń! No mówię! Zrobię Ci krzywdę! ... Stój!
Nie zważając na potok słów ciągle zmniejszał dystans. W końcu ukucnął przy stercie. ***
- No, no... kolejny. - głos zdawał się dochodzić- zewsząd - witaj, hmmm... bracie. Ostatnie słowo, mocno zaakcentowane i tchnące szyderstwem wyrwało go z odrętwienia. Zatrzymał się. Przed sobą miał ciemną plamę bramy, za sobą długą mroczna uliczkę, pustą o tej porze. Nie zdawał sobie sprawy z tego gdzie jest i jak długo szedł. Słowa bezdomnego pijaka wstrząsnęły nim do tego stopnia, że stracił poczucie czasu i przestrzeni. Jak przez mgłę pamiętał mijane postacie, żebraków, włóczęgów i ostro pachnące kobiety. Wszyscy patrzyli na niego, pokazywali palcami ale nikt go nie zaczepił. Ustępowali mu z drogi, tak jak ustępuje się miejsca trędowatemu czy szaleńcowi. A on szedł, nagi, o nieprzytomnym spojrzeniu, mamrocząc coś cicho. Dopiero teraz ktoś przerwał jego wędrówkę. Chwilę trwało zanim skupił wzrok na tyle by dostrzec ciemniejszą sylwetkę na tle bramy. Wyglądało to jakby ktoś stał w paszczy potwora, w ustach jakiegoś olbrzymiego stworzenia, nonszalancko opierając się o krawędź. Przez moment mierzyli się spojrzeniami, po czym postać- wystąpiła z cienia. Był to mężczyzna w wieku około 30 lat, wysoki, przystojny, o długich jasnych włosach, które rozwiewane nocnym wiatrem zdawały się żyć- własnym życiem, tworząc dookoła głowy kształt aureoli. Tak jak jego włosy tak i ciemny płaszcz, w który był ubrany falował, przywodząc na myśl skrzydła kruka. Na ustach błąkał mu się ironiczny uśmiech, lecz oczy patrzyły czujnie i przenikliwie. - Nie bój się. To potrwa tylko chwilkę - pieszczotliwym gestem gładził jego policzek - a oszczędzi Ci wieczności rozczarowań. Przecież powiedziałem Ci, że jestem tu po to by Ci pomóc, więc... - zbliżył swoją twarz do jego. Przymknął oczy - ...pozwól sobie pomóc. Leżący poczuł ciepło jego oddechu i miękkość- warg na swoim czole. Pocałunek trwał długo. Towarzyszyło mu nagłe światło, które pojawiło się niewiadomo skąd. Gdzieś na granicy słyszalności brzmiał chór głosów. Zdawało mu się, że jest w stanie rozróżnić- słowa. Znał je przecież. Śpiewał je tyle razy, na chwałę Pana. Wrażenie to szybko ustąpiło innemu. Widział siebie, jak stoi wśród innych, z nimi i w nich. Stanowili jedną świadomość- . Jeden umysł, który chłonął obecność- kogoś jeszcze. Obecność- , która promieniała dobrocią, spokojem i ciepłem. Istoty wyższej i bardziej doskonałej niż oni, złączeni w jedność- ... Tracił przytomność- . Światło nasiliło się jeszcze bardziej. Ostatnimi resztkami świadomości zobaczył, a bardziej wyczuł, że jest tam ktoś jeszcze. Trzecia osoba przyglądająca się całemu zdarzeniu. Nagły błysk na moment przywrócił mu zdolność- koncentracji. Ucisk w głowie jakby zelżał. Nie czuł już miękkości pocałunku. Nie było też sprawcy tego miłosnego aktu. Zaczerpnął głębiej powietrza i odważył się rozejrzeć- . Zaułek znów tonął w mroku. Znikło gdzieś światło, nieopodal stał tajemniczy obserwator. Obrócił głowę w drugą stronę i ujrzał ciało swojego oprawcy. Leżało kilka metrów dalej. Bezgłowe. Z rozszarpanej szyi sączyła się krew i coś jeszcze. Bardzo subtelny, niemalże niedostrzegalny złotawy blask. Spływał w dół i rozpełzał się po ziemi, jak złota mgła przemieszana z purpurą krwi. Wylewało się go coraz więcej i więcej. Patrzył zafascynowany jak nabiera mocy, staje się bardziej widzialny, zaczyna płonąć- wewnętrznym światłem. Teraz przypominał dym unoszący się nad ogniskiem, przybierał różne kształty, wijąc się nad zwłokami. W pewnej chwili pośród oparów ujrzał oczy, które na moment zatrzymały się na nim. Eteryczne oczy napastnika, przepełnione lękiem i bólem. Rozwarte w niemym krzyku. Po chwili złoty dym rozwiał się, pozostawiając jakże materialne bezgłowe truchło, które jeszcze przed chwilą było żywym człowiekiem...
- Wstań. - głos obserwatora był cichy i spokojny - wiem, że niewiele rozumiesz, ale nie zadawaj jeszcze pytań, będzie dużo czasu na wyjaśnienia. Na razie wstań i chodź. On na pewno nie działał sam... Tajemniczy obserwator uśmiechnął się smutno - Witaj w naszym nowym domu, Nathielu ... |