Spis treści Świat Mroku

Caern


Lycan LC
(Guard of CUD)

Zwycięstwo...

Była piękna, ciepła noc. Z nieba szał sączył się niespiesznie, spływając z promieni Luny. Siedząc pod wiekowym dębem czułem znajome mrowienie pod skórą. Ahroun. Pełnia. W taką noc pragnie się biec, wyjąc pieśń zwycięstwa. Albo umrzeć. Zwycięstwo lub śmierć. Oto czego mnie uczyli. To miał być mój kodeks, moja Litania. Nauczyciel zawsze powtarzał, że na tym świecie nie ma miejsca dla tchórzy. Nasza rasa jest dumna i wojownicza. A my z Pomiotu Fenrisa jesteśmy najwaleczniejsi. Zwycięstwo. Lub śmierć.

Wtedy, te parę lat temu wszystko to wydawało mi się takie proste. Oczywiste. Słuszne. Razem z moimi braćmi szarżowaliśmy na hordy sługusów Żmija. Rozrywaliśmy ich na strzępy. Czasem któryś z nas nie wracał. To również było oczywiste. W końcu tylko zwycięstwo. Lub śmierć.

Dorastałem, a z biegiem czasu moje imię stawało się coraz bardziej sławne. To stwarzało nowe możliwości. Nowe dary. Nową moc. Wszystko to pozwalało mi realizować ideę, którą zaszczepiono mi gdy byłem szczenięciem. Zwycięstwo lub śmierć.

Pewnego razu znów ruszyliśmy do boju. Cel był nieistotny. Ślepe posłuszeństwo starszyźnie i doktryna nie zmuszało nas do zadawania pytań. Liczył się tylko wróg, którego należało zniszczyć. Za każdą cenę.

Biegliśmy przez las. Kipiąca szałem wataha lupusów. Wszystko umykało z drogi. Wtedy wydawało mi się, że nawet drzewa przestały szumieć, zatrwożone parującym z nas gniewem. Księżyc tak jak dziś stał w Ahrounie, oświetlając nam drogę. Drogę ku zwycięstwu. Lub śmierci.

Wypadliśmy z cienia lasu, wbiegając pomiędzy niskie zabudowania. Forma Crinos była niemal automatyczna. Oponenci spanikowani prawie nie stawiali oporu. Krew pokryła niemal każdy skrawek ziemi. Wyliśmy pieśń pochwalną. To dla ciebie Matko, ta ofiara. Raduj się bo twoje dzieci zwyciężają.

Pamiętam jak dziś, gdy uderzeniem pazurzastej łapy skruszyłem drzwi do jednego z domów. Rozpadły się w drzazgi. Wtargnąłem do pomieszczenia. Tonęło w półmroku, lecz mój wyostrzony wzrok bez trudu wyłowił kulącą się postać. Gdy zbliżyłem się do niej, krzyknęła próbując zasłonić sobą jeszcze jedną osobę. Szybki ruch ramieniem. Ciepło jej wnętrzności, trzask łamanych kości i lament agonii były dla mnie muzyką. Słodkometaliczny zapach krwi spowodował dreszcz rozkoszy, który zjeżył moje futro od uszy aż po ogon. Pochyliłem się nad leżącym ciałem starając się dosięgnąć tego - czego tak broniła. Małe zawiniątko okazało się być niemowlęciem, które rozbudzone hałasem płakało. Nie długo.

Potem był kolejny dom, podobna scena. Ja w drzwiach, cienie próbujące ukryć się w zakamarkach pomieszczenia. Znowu woń krwi. Następne postaci. Krew. Ta noc należała do nas. Zwycięstwo. I śmierć.

Później stało się coś nieoczekiwanego. Z lasu wypadła grupa wilków prowadzona przez dużego, białego samca. Oni też przyjęli formę Crinos. Zawyliśmy skowyt powitania, lecz oni nie odpowiedzieli. Wmieszali się w nas, rozrywając kilku. Przecież to nie możliwe. Byli Garou jak my. Walka rozgorzała na dobre. W porównaniu z poprzednimi przeciwnikami, ci stawiali opór. Skutecznie. Nie rozumiejąc powodów ich zachowania, pytałem siebie czemu walczą? Przecież to my stoimy po słusznej stronie. To my walczymy z pomiotem Plugawca. Czemu nie przyłączą się do nas? Wszystkie te dylematy rozważałem biegnąc w kierunku ich przywódcy. Biały Lupus z długą grzywą stał nieruchomo przyglądając się kłębowisku ciał. Kątem oka zobaczyłem jak jeden z nich rozrywa korpus mojego przyjaciela. Wściekłość osiągnęła apogeum. Przede mną był cel, a w uszach dźwięczała mi pieśń. O zwycięstwie lub o śmierci.

Gdy się ocknąłem, klęczałem nad ciałem starca. Miał długie siwe włosy i paskudną dziurę w miejscu gdzie powinien znajdować się mostek. Żył jeszcze. Zauważyłem bąble krwi na jego ustach. Resztkami sił wyciągnął dłoń próbując mnie schwycić. Nachyliłem się. W jego oczach blask gasł coraz szybciej. Próbował coś powiedzieć. Nachyliłem się jeszcze niżej, niemal dotykając jego warg. Usłyszałem szept, tak cichy że wydawał się szumem wiatru, lecz zrozumiałem. Wyszeptał - wybaczam ci, bo nie w tobie jest wina... po czym zmarł.

Nie wiem jak wróciłem do szczepu. Z całej watahy przeżyłem tylko ja. Starszyzna przyjęła to ze spokojem. W końcu zwycięstwo lub śmierć. Tego nas uczyli.

Ostatnie słowa starca nie dawały mi spokoju. Budziłem się w nocy słysząc ten szept. Nie we mnie jest wina? Nie wytrzymałem i spytałem o to mentora. Warknął tylko że to nie moje zmartwienie. Miałem nie zadawać pytań, nie tego mnie uczono i nie tego oczekiwano od Ahrouna z Pomiotu Fenrisa. Powiedział do mnie - Pamiętaj tylko zwycięstwo lub śmierć.
Odszedłem. Przecież mieliśmy jasne polecenia. Cel był określony: zwycięstwo. Lub śmierć.

Trochę później zrozumiałem słowa starca. Miał rację to nie we mnie była wina. Choć ja czułem i czuję się winny. Wioska którą wyrżnęliśmy w pień nie była siedliskiem sług Żmija. Nasi wrogowie nie byli wrogami. Strzegli Caernu. Nie naszego Caernu...

Coś we mnie pękło. Wraz z tym starcem umarł skrawek mojej osobowości. Odszedłem.

Dziś siedzę pod wiekowym dębem. Chłonę noc, czyste powietrze i spokój. Czekam. Zaraz ma zjawić się jedno bardzo młode i gniewne szczenię. Uczę je. O zwycięstwie, o śmierci.... i o dzieleniu się z innymi.

Na górę strony