Spis treści Świat Mroku

Caern


Zibi

Wiertarka

Znała go już ponad rok i zdążyła przyzwyczaić się do większości jego dziwactw, nie lubiła jednak kiedy tak na nią patrzył. Nie potrafiła tego dokładnie opisać, ale czuła się wtedy bardzo niepewnie, tak jakby coś czaiło się w mroku, tuż za jej plecami. Bez wątpienia nie był to idealny facet, którego można by przedstawić swoim rodzicom. Nadia nie przejmowała się tym jednak za bardzo. Po pierwsze jej rodzice nie żyli już od dawna, po drugie to on zabrał ją z tego paskudnego domu publicznego rok temu i była mu w stanie wybaczyć o wiele więcej niż przerażające spojrzenia. Po trzecie Nadia kochała Andrzeja, po czwarte zaś przerażające spojrzenia nie były wcale przerażające w zestawieniu z tym kim Andrzej był naprawdę.

- Przecież uprzedzałem cię, że dziś przychodzą. Miałaś umówić się z Weroniką i iść do kina. Nie możesz słyszeć tego o czym będziemy mówić.
Nadia spojrzała z wyrzutem na Andrzeja. Zauważył to.

- Dla twojego dobra rzecz jasna. - dodał i uśmiechnął się - nie kłóćmy się dziś kochanie, jest prawie pełnia. Pokiwała głową. -Dobrze, przygotuję wam coś do jedzenia i pójdę do Weroniki.
Andrzej nie przestawał się uśmiechać. To spojrzenie Nadia lubiła natomiast o wiele bardziej. Uśmiechnęła się również, wspięła na polce i szepnęła mu do ucha
- Poczekajmy z tym do mojego powrotu, dobrze? Muszę się spieszyć. Zadzwonił dzwonek. Andrzej zmarszczył czoło i spojrzał na zegarek. Było za dwadzieścia pięć ósma. Umówili się na ósmą. Poszedł otworzyć. Nadia domyślała się kto to. Tylko jeden z przyjaciół Andrzeja nie rozumiał funkcjonowania zegarka. Był za to diablo przystojny. Kobiety za nim szalały. Z tego co wiedziała, kobiety wszystkich gatunków.
- Dzień dobry Krzysiu.
Nadia spojrzała się w stronę przybysza. Ukłonił się. Zgrabnie i z gracją. Tak samo jak Grigorij, dało się poznać jego szkołę.
- Dzień dobry Nadia.
Krzysztof mówił jeszcze niezbyt wyraźnie, ale robił postępy.
- Dzień dobry Ostry Kle. -ukłonił się w stronę Andrzeja.
- Cześć Wilku. Dobrze, że już jesteś. Chodźmy do piwnicy. Nadio przywitasz pozostałych?
- Tak, oczywiście.

Zeszli do piwnicy. Nadia słyszała szuranie i powarkiwania. Uśmiechnęła się pod nosem. Jeszcze trzy miesiące temu nie miała pojęcia o tym, że jej chłopak jest jeszcze bardziej niezwykły niż się wydawało. A jego przyjaciele dotrzymują mu kroku w niezwykłości. Tak, byli w jakiś sposób podobni do siebie. W ten dziwny sposób rozpoznawalny instynktownie, nie mieszczący się w granicach racjonalnego poznania. Ogromne było jej zdziwienie gdy okazało się, że ona sama wcale za bardzo się od nich nie różniła. Chociaż Grigorij powiedział, że ze stuprocentową pewnością nie jest jedną z nich czuła więź łączącą ją z tym dziwnym towarzystwem. Z zadumy wyrwał ją dźwięk dzwonka. Poszła otworzyć. Jak zwykle robił wrażenie.

- Dzień dobry Nadio.
- Dzień dobry Dyffyn. Wejdź proszę.
Dyffyn wszedł, a raczej wpłynął do mieszkania. Nadia musiała przyznać, że jego prawdziwe imię - Kroczący Jak Kot, pasuje do niego jak ulał. Ruszał się z iście kocią gracją mimo że, jak sam przyznawał, skończył czterdzieści jeden lat.
- Jest w piwnicy? - Dyffyn uniósł jedną brew. Kiedyś, gdy się upił opowiadał, że w czasach jego młodości nazywali go nawet przez trochę "podniesiona brew". Nie czekając na odpowiedź zszedł po schodach na dół. - Jak zwykle. - Nadia uśmiechnęła się - Nawet nie spróbuje tego co zrobiłam do jedzenia.

Z dołu dobiegło ją radosne popiskiwanie. To Krzysiu witał się z Dyffynem. Nie zdążyła nawet dojść do kuchni gdy ponownie odezwał się dzwonek. Tym razem była to Olga. Dziewczyny uściskały się serdecznie. Od momentu gdy dowiedziała się, że Olga nigdy nie była, nie jest i nie będzie jej rywalką jeżeli chodzi o Andrzeja bardzo się polubiły. Początkowo Nadia nie była do końca przekonana co do prawdziwości deklaracji hetero seksualizmu ze strony Olgi, nie miało to jednak większego znaczenia. Olga kulturalnie zamieniła z Nadią kilka słów, przekąsiła coś szybciutko i zeszła do piwnicy. Nadia czekała. I bała się. Byli już wszyscy oprócz Grigorija. Dokładnie minutę po ósmej zjawił się. Jak zwykle elegancki, wyszukanie uprzejmy, kulturalny i ...przerażający. Aura siły bijąca od Grigorija była wszechobecna, nie sposób było jej nie zauważyć. Nadia bała się go potwornie, wiedziała jednak, że ze strony tego potężnego mężczyzny nie grozi jej nic. Mimo, że poszukiwała go policja na całym świecie.

U Weroniki było miło i wesoło, około jedenastej jednak Nadia zaczęła odczuwać coś dziwnego. Nie była pewna o co chodzi, dotyczyło to jednak Grigorija i Andrzeja. Uczucie narastało. O północy, kiedy dziwne przeczucie stało się nie do zniesienia zadzwoniła do domu. Nikt nie odbierał. Przerażona natychmiast popędziła do domu, mimo iż Weronika nalegała by została u niej na noc. Wróciła do domu dobrze po północy. Dom był pusty. Na stole w kuchni była kartka:

"Musieliśmy pilnie wyjechać. Nie martw się, wrócę nad ranem, czekaj na mnie kochanie."

To nie było pismo jej chłopaka. Nadia zaczęła się martwić i to nie na żarty. Jak zawsze w takich momentach zaczęła żałować, że żyje z Wilkołakiem.

Grigorij zszedł do piwnicy. Wstali wszyscy. Dyffyn odezwał się pierwszy
- Witaj wodzu.
- Witajcie. Dobrze, że widzę was tu wszystkich w komplecie.
Głos Grigorija był niski. Mówił po polsku płynnie. Tak jak w kilku innych językach. Miał dwadzieścia dziewięć lat i w ciągu swojego życia był w wielu krajach świata, we wszystkich był poszukiwany. W niektórych tylko przez policję.
- Dzisiaj jest szczególna noc. To ta noc na którą czekaliśmy tak długo.
Krzysztofowi wyrwał się pomruk zadowolenia. Grigorij spojrzał pobłażliwie na swojego najmłodszego podwładnego.
- Do nocy tej - kontynuował - przygotowywaliśmy się wiele dni. Każdy z was wie co ma robić. I pamiętajcie, albo zwycięstwo, albo śmierć.
Powiódł spojrzeniem po twarzach zgromadzonych. Nikt nie wytrzymał spojrzenia zimnych, stalowych oczu. Grigorij zauważył jednak, że Kroczący Jak Kot szybko spuścił wzrok, zanim wódz zdołał zajrzeć w oczy Irlandczyka. Wiedział, że coś trapi doświadczonego wojownika. Kroczący Jak Kot dołączył do nich pół roku temu. Powiedział, że musiał opuścić swą rodzinną wyspę, nie podał powodu. Nikt tego od niego nie wymagał. Na razie nie. Grigorij Romancev, Śnieżny Zabójca, Galiard z plemienia Srebrnych Kłów był pełen podziwu dla umiejętności ahrouna Fianny. Zadowolony był z tego, że kogoś takiego ma pod swą komendą.
Siedzieli w piwnicy dopóki nie wyszła Nadia. Potem poszli na górę.
Rozmowę w pewnym momencie przerwał dzwonek do drzwi.
Andrzej otworzył drzwi. Stał w nich wysoki, szczupły mężczyzna.

- Dzień dobry - powiedział łamaną polszczyzną - Przepraszam, że tak późno. Wprowadziłem się obok i potrzebuję wiertarki. No wie pan muszę... dlaczego mi się pan tak przygląda?
Ostry Kieł wpatrywał się w osłupieniu w przybysza, nie mogąc uwierzyć. Niespodziewany gość śmierdział potwornie. Czuć było smród żmija.
- Zaraz przyniosę, pan poczeka.
Andrzej zamkną drzwi, popędził do salonu.
- Ten facet śmierdzi żmijem jak jasna cholera! Chce ode mnie wiertarkę!
Ostry Kieł z trudem tłumił podniecenie. W salonie zawrzało. Grirorij wstał.
- Spokój! Nie możemy zabić go tutaj. Ostry Kieł da mu wiertarkę i pójdzie z nim. Ja i Kroczący Jak Kot pójdziemy Umbrą. Reszta zostaje.
- Wie pan to trwało bardzo długo. - Niespodziewany gość popatrzył się podejrzliwie na Andrzeja. - no ale to miłe, że zechce mi pan pomóc.
Mieszkanie było bliźniaczo podobne do mieszkania Andrzej.
- O tutaj, chcę powiesić obraz. Coś się panu stało? Może wody? Wygląda pan na zdenerwowanego.
- Nie, nie to już niedługo
- Można wiedzieć o co panu chodzi?
Uśmiechnął się i spojrzał jakoś tak dziwnie. W tym momencie pojawili się Śnieżny Zabójca i Kroczący Jak Kot.
- Nie masz szans sługusie żmija. Nadszedł kres twego nędznego żywota!
Głos Śnieżnego zabójcy był donośny i pewny, choć wiedział już z kim ma do czynienia. To był syn nocy - Wampir. W ręku Dyffyna pojawił się Klaiv'e.
Wampir nie dał się bez walki. Grigorij zawsze powtarzał: "zwycięstwo lub śmierć". Do tej pory Gaja była łaskawa i Śnieżny Zabójca zwyciężał. Tej nocy przeznaczyła mu inny los.

Andrzej ocknął się. Obok leżał jego wódz - Grigorij Romancev. Rozmiary rany na głowie nie pozostawiały wątpliwości. Nawet tak potężny Wilkołak jak on nie mógł tego przeżyć. Obok leżał Dyffyn. Jeszcze oddychał.
- Był szybki, jak błyskawica. Nie mieliśmy szans. Biegnij do Olgi Ostry Kle. Ratuj mojego młodego.
- Twojego? Myślałem...
- Biegnij! On wraca.
Ostry Kieł w drodze słyszał skowyt Olgi Króliczej łapy, musiała iść z odsieczą swym braciom z watahy. Wbiegł do domu. Na podłodze leżał Krzysztof. Był w swojej naturalnej formie - wilka. Spojrzał na Andrzeja
- Szybko wilku, uciekaj do Umbry. Pospiesz się!
Młody Wilkołak podbiegł do lustra. I zniknął. Ostry Kieł podążył za nim. Poczekał cierpliwie. Wampir nie dał na siebie długo czekać.

Nadia paliła czwartego papierosa. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Pobiegła. To był Krzysztof. I Dyffyn.
- Boże! Dyffyn co ci się stało!
- To nic, zadzwoń pod ten numer. Gdzie jest Andrzej?
- Nie ma go z wami!?
Dyffyn nie musiał nawet czekać na tę odpowiedź. Już czuł Wampira. W piwnicy.
- Uciekaj Nadia, zaopiekuj się Krzysztofem.
- Ale...
- Uciekaj Kobieto!
Dyffyn skoczył. W miejsce gdzie nie było jeszcze nikogo. Doświadczenie go nie zawiodło. Trafił. Czuł wyraźnie jak Klaiv'e unieruchamia Wampira. Raz na zawsze. Upadł. Ten skok był ostatnią rzeczą do której zmusił swe poharatane ciało.

Rudy Wyjec miał przyjechać po watahę Śnieżnego Zabójcy dokładnie o pierwszej w nocy. Otworzyła mu Nadia, dziewczyna jednego z tej Watahy. Miała oczy zapuchnięte od łez.
- Coś się stało Nadio?
- Grigorij, Olga i ...
Głos się jej załamał
- Andrzej?
Pokiwała głową. Rudy Wyjec spuścił głowę.
- Jesteśmy żołnierzami Gai. Taki nasz los. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Co z resztą?
- Dyffyn jest poważnie ranny. Krzysztof jest cały, śpi w kuchni.
- Pokaż mi ciała.
Śnieżny Zabójca prawie nie miał głowy. Olga była rozrąbana niemal na pół. Ostry Kieł nie miał lewej dłoni i był potwornie zmasakrowany. Rudy Wyjec przyglądał im się bardzo długo. Potem wyciągnął telefon i zadzwonił
- Dwóch nie żyje. Trzeciemu raczej nic nie będzie, ale przyślijcie na wszelki wypadek Widzącą Drugą Stronę.
Odłożył telefon. Pokręcił głową i powiedział do siebie
- Straszny z ciebie farciarz Ostry Kle. Co go podkusiło, żeby bić cię wiertarką?

Na górę strony