Spis treści Warhammer Fantasy Battle

      Do wynajęcia


Vallenthorn

Twarze

W haftowanym fotelu siedział wygodnie starszy człowiek. Rozejrzał się wokół, odgarnął długie, siwe włosy ze zmarszczonego czoła i podniósł kartkę z niskiego stolika stojącego z boku. Przeczytał kawałek i lekko się uśmiechnął. Jego twarz nabrała dziwnego, niezrozumiałego wyrazu. Natychmiast zatopił się w dalszą lekturę.

"Raport polowy No#152 Pułkownik Johann Darsen do jego wielmożności księcia Arlena Stone'a. Jak zaznaczono w poprzednim raporcie, drugi pułk kawalerii armii Imperium po pokonaniu nieznacznej grupy zielonoskórych pod Iriam, skierował się w kierunku osady Davendalle, gdzie, rzekomo miał porozumieć się z "Żółtymi jeźdźcami", czyli grupą wojowników wyjętych spod prawa. Celem nawiązania kontaktu była propozycja amnestii członków gangu w zamian za wydanie informacji o miejscu pobytu ich przywódcy, mordercy i dezertera, Bernarda Le Draka.

Po dotarciu na miejsce spotkania, nie odnaleziono żadnych nawet śladów obecności Żółtych Jeźdźców. Przesłuchani wieśniacy podali wiadomości pozostawione przez członków gangu. Drugi pułk kawalerii armii Imperium udał się następnie cztery mile na północny wschód od Davendalle, aby podjąć negocjacje. Na miejscu doszło do spotkania z samym Bernardem Le Drakiem. Twierdził on, iż ma wiadomości wysokiej wagi i musi je przekazać Waszej Wielmożności w jak najszybszym czasie. Gdy zgodził się podążyć z nami, spośród członków gangu padł strzał raniący chorążego pułku. Wydałem rozkaz ataku. Niestety, okazało się, że siły wroga w sojuszu z orkami przewyższają nasze i pułk zmuszony był do poddania się. Wtedy, rycerz o nazwisku Dars wyłamał się z szyku i desperacko zaatakował wroga. Dotarł do dowódcy gangu zabijając po drodze wszystkich wrogów, jakich tylko mógł dosięgnąć jego miecz.

Nie wiem w jaki sposób, ale udało mu się odwrócić stosunek sił, dzięki czemu pułk mógł bez większych problemów zniszczyć uciekającego w popłochu wroga. Ocalała jedynie mała grupka orków, kilku Żółtych Jeźdźców i Bernard Le Drak, który cudem uniknął śmierci. Naprawdę, nie wiem w jaki sposób rycerz Dars dokonał tak wielkiego czynu, lecz zwycięstwo zawdzięczamy jedynie jego męstwu i odwadze. Wnoszę o odznaczenie i promocję."

Krwawo-czerwona łuna mocno kontrastowała z zimnym, niebieskim niebem, po którym raz po raz przemykały chmury. Północny wiatr szemrał gdzieś pośród koron drzew próbując jakby w swych bezgłośnych skowytach ująć to, co się tu niedawno wydarzyło. Las był teraz spokojny. Od czasu do czasu można było dosłyszeć odległe pohukiwania sów przygotowujących się na łowy. Johann usiadł powoli na dużym kamieniu. Przeczesał swe jasne włosy ręką i zamyślił się. Spojrzał na dziurawy hełm leżący obok, dotknął piekącą jeszcze skroń. Podniósł wzrok. Stał przed nim przygarbiony mężczyzna w niechlujnym ubraniu. Miał szeroko otwarte oczy, a ręce lekko mu się trzęsły. Bez zastanowienia, Johann zaczął zadawać mu pytania.

- Będziesz odpowiadał na wszystkie moje pytania...
- "Co? Będziem odpowiadać? Zgoda.
- Opowiedz wszystko, co widziałeś od czasu przyjazdu posłańca.
- Wie pan. Nie jesteśmy ino żadne tam roztropne pany, po prostu żyjem sobie, a jak co siem zdarzy, to wie pan. A niźli jakie strachy z lasu wyjdom, to my ino uciekać możemy. Co możem zrobić? Nico i tyle.
- Do rzeczy!
- Przepraszam. Do rzeczy już gadać bedem. Noi we dwa dnie nim żeśta przyjechali, to był u nas jaki taki dziwny człek. Ni to zbój, ni to żołnierz. Dziwnie gadał. Że bardzo ważna sprawa i musiem to panom przekazać. Jakoś tam się jeno przedstawił, ale ja nie pamientam. Noi jeno on odjechał nuż jakie stwory się po lesie częły pałętać. Nie wychodzilim z domu, pukiśta nie przyjechali. Tylko z domu trza było raz po raz wyglądać, czy uciekać nie trza. Ale jakom mówił, żeśta przyjechali i odjechali. Dziwy, żeśta tacy szybcy. Ale my bylim ciekawi, co za czort was tak gnał i śmy poszli za wami. A jak żeśmy doszli, to już jeno było po wszystkim. Żółtych czy jakimtam śta już wybili i tyle. I te zielone straszydła też. A jak się patrzało, jak na ziemi leżały to i nawet śmieszne były. Niewiemtam, czyli ci żółci tacy źli byli, ale skoro niby z tymi potworami trzymali, to i pewno tak....."

Starszy człowiek znów usiadł w fotelu. Upewniwszy się wcześniej, że nikogo nie ma wraz z nim w pokoju wyciągnął z kieszeni opieczętowany list. Spojrzał na pieczęć, po czym szybko zdarł ją i zaczął czytać.

"Do jego wielmożności księcia Arlena Stone'a. Od Kuliganna, uniżonego sługi jego wielmożności, rycerza Drugiego Pułku Kawalerii Armii Imperium.
Chciałbym uniżenie prosić waszą wysokość o docenienie zasług Emisa Darsa. Jest to człowiek wielkiej odwagi, o czystym sercu, który uratował za równo moją osobę, jak i wielu innych członków naszego pułku od niechybnej śmierci w rękach zdrajców. Wykazał się on bezgranicznym poświęceniem dla Imperium. Za pozwoleniem, sugeruję Waszej Wielkości awans i odznaczenie.
PS. (Jako przyjaciel zaś dodam, iż nie jestem zupełnie przekonany, czy Żółci Jeźdźcy na pewno byli w zmowie z zielonoskórymi. Nie jestem także pewien, czy pierwszy strzał padł ze strony wroga. Mam wrażenie, że moje obawy mogą się wkrótce spełnić.....) Pełen niepokoju John Kuligann"

Za zakratowanym oknem padał deszcz. Struga wody spływała po brudnej ścianie celi. Wewnątrz było duszno. Zza drzwi dochodziły jęki wycieńczonych więźniów. Jakiś brudny staruch leżał naprzeciw Jarga. Spokojnie sobie chrapał. Nagłe skrzypnięcie drzwi wyrwało go z objęć nocy i postawiło na równe nogi. Nerwowo rozejrzał się wokół, by po chwili odetchnąć z ulgą. To nie były drzwi jego celi. Jarg usłyszał jęk dochodzący z pomieszczenia obok....

-Aaaaaaa...
Błagam, nieeee! Powiedziałem prawdę. Przysięgam! Tylko już nie bijcie. Błagaaaam..
-POWTÓRZ!
-Już wszystko wam powiedziałem. Gdy wreszcie się na was doczekaliśmy, okazało się, że jesteśmy w blhuuu.
-ŁŻESZ!
-Nieee, błaaagamm. Mówię prawdę. A poza tym, to po co miałbym kłamać?! Może ty mi to powiesz brutalu, co?
DOBRZE! Już mówię. Kiedy Le Drak zgodził się, ktoś z waszych strzelił. Bfhl!
Froszę nie fij juf! Mófię prafte. Mofe to i nift s faszych, ale napefno tef i nift s nas. Mofe to ołki.
Nie, so fy ŁOFICIE? PFECIEF POFIEDZIAŁEM PRAFDeeeehhhhhhhh....

Wielki czarny ork stał wsparty o pień zwalonego drzewa. Złożył lunetę pomyślał chwilę i pośpiesznie zszedł ze wzgórza. Minął wielki dół najeżony cierniami jakiejś dziwnej, brunatnej rośliny i zeskoczył w dół z niskiej skarpy. W powietrzu unosił się świeży zapach lasu wymieszany ze smrodem orków. Czarny kapitan stanął przed bezładną grupą zielonoskórych ocalałą z pogromu. "I to, co mi kurde zostało" pomyślał. Postawił swą lewą, krwawiącą nogę na trawie i wrzasnął:

- Ruthpar! Hono tu! F tej Chfili debilu!
- Tak?
- I co tak gupio stoisz idioto!? Zara cie wyśle do zwiadu i będziesz miał!
- Ale.. o co ci tak właściwie chodzi?
- MORDA! To ja tu mówie, nie?
- Noooo.. tak....
- MORDA POWIEDZIAŁEM! Gdybyś nie był pupilkiem Orthoma...
Pojedziesz f tej chfili do Guldom'a i powiesz mó, sze nie udało się dorwać tych ludzi. Powiesz, sze ma pszesłać, dalej, asz do Lorda Orthom'a! Rze potszeba poziłków! Duszo poziłków! I jeżcze jetno. Powiec sze WIDZIAŁEM UNTAAAR-DAARELA. WOOOOON!
...Nie mamy szans... Untar-Daarel, Kurde...

Zdradliwa ciemność uśpiła drzewa wokół. O tej porze nawet zwierzęta nocne powoli zaczynały kierować się ku swym norom i dziuplom. Ponure drzewa rzucały na ziemie złowieszcze cienie pod wpływem bladego światła księżyca. Coś wisiało w powietrzu. Coś nieprzyjemnego, coś złego... Szary cień przemknął pomiędzy drzewami. Chwilę później, z drugiej strony nadszedł po cichu drugi. Cienie padły sobie w ramiona, zdejmując przy tym kaptury. Bernard z daleka poznał swego przyjaciela. Jasnowłosy elf miał na imię Kein. W ciemności, Bernard ledwo dostrzegał głęboką bliznę biegnącą spod błekitnego oka, aż po podbródek.

-Bernard! To ty! A myślałem, że już cię nie zobaczę!
-Wierz mi przyjacielu, wolałbym, żeby tak było.
-Co ty mówisz?
-Widziałem go! Daaarela! To był ten Dars, czy jak mu tam. Przez cały czas patrzył w ciszy. Wtedy padł strzał i zapanował zupełny chaos. Na dodatek jeszcze te orki. O boże, gdybyś ty widział bezradność w oczach Arniego, gdy ten potwór rozcinał go swym mieczem! I ten wyraz jego twarzy. Śmierć. Nienawiść. Mrok.
-Arnie nie żyje?! O mój Boże...
-Najgorsze jest to, że to on zastrzelił chorążego.
-CO?
-Ale oni byli pierwsi! To Daarel..... Nie mamy już szans na odnowienie sojuszu. To my teraz jesteśmy zwierzyną łowcy. Wszelkie nadzieje legły w gruzach. Uciekaj, póki jeszcze możesz.......
Krótkim, błyskawicznym ruchem, elf bezdźwięcznie zanurzył zatruty sztylet w piersi Bernarda. Położył konającego na ziemi i odszedł. Łza spłynęła po jego oszpeconym policzku. Chociaż może była to tylko kropla deszczu....

Siwy stary człowiek znów usiadł w swym wygodnym fotelu. Odetchnął głęboko i sięgnął do niskiego stolika po kałamarz. Rzucił okiem na drzwi, w których stał rosły, ciemnowłosy mężczyzna. Zanurz on swą rękę w kolczudze i wyciągnął na wierzch medalion. Złoty krążek pokrywały dziwne znaki pozacierane gdzieniegdzie przez czas, wygrawerowane w jakimś dziwnym, starym języku. Ledwo dostrzegalna, błękitnawa poświata otoczyła medalion, gdy mężczyzna klęknął i podszedł do starca.

- Panie?
- Podejdź, Emisie!
- Proszę, lordzie Stone, nie nazywaj mnie tym głupim imieniem.
- Dobrze. Sprawiłeś się najlepiej, jak mogłeś. Mamy teraz pełną kontrolę. Już żaden śmieć nam nie zagrozi. Widziałeś te głupie raporty które do mnie przysyłają? Wnoszą o twój awans!
- Nie powinni....
- Głupi ludzie..... oczywiście, że powinni! Ale ty, Daarelu masz do odegrania znacznie większą rolę. Ty jesteś Naszą wolą, Naszym testamentem. Ty przygotujesz świat. Ten dzień się zbliża.
Z ciemności za krzesłem starego człowieka wyłonił się elf z obrzydliwą szramą na policzku.
- A oni nawet o tym nie wiedzą.... - dodał.

Na górę strony