| Kącik tolkienowski |
Opowieści z Ardy: Skarby Nogrodu |
2972 rok III Ery Daleko przed nimi w wieczornym półmroku majaczyły potężne sylwetki Gór Czarnych. Nagie szczyty sięgały wysoko pod niebo i wyjątkowo nie były spowite chmurami - tego wieczora niebo było czyste jak źródlana woda. Pagórek, na którym stali, pozwalał na podziwianie wspaniałej przyrody nie tylko w kierunku gór. Gdy obrócili się w stronę zachodzącego słońca zobaczyli ciągnącą się aż za horyzont puszczę, poprzecinaną wstęgami rzek z gdzieniegdzie wystającymi grupami większych i mniejszych skał. Widok był to zaiste niesamowity, wiedzieli bowiem, że w promieniu 100 mil nie znajdą najmniejszego nawet siedliska cywilizacji. Nawet orkowie nie zapuszczali się tu od wieków.
Zdecydowali się rozbić obóz na pagórku. Wokół było trochę wolnej przestrzeni, jako że podłoże składało się głównie ze skały i drzewa wolały wybierać do zamieszkania niższe partie puszczy. Roślinność wokół ograniczała się do trawy i kilku małych krzaczków. Jaszczurka, która po dniu wygrzewania się na słońcu zeszła z kamienia by na noc skryć się do norki przez chwilę wpatrywała się w zdumieniu w trójkę krasnoludów i człowieka spokojnie przygotowujących sobie posłania w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Pierwszy raz w życiu widziała przedstawicieli tych ras w tym miejscu i całą siłą swojego malutkiego mózgu próbowała przypisać ich do jakiegoś znanego sobie gatunku. Nie mogło jej się to udać. Ostatnie krasnoludy zniknęły z tych rejonów Gór Czarnych dziesiątki lat temu - co najmniej dwa pokolenia jaszczurkowego życia minęły odkąd brodaci kowale wywędrowali na północ. Gdyby jaszczurki mogły przekazywać sobie legendy z pokolenia na pokolenie, pewnie wiedziałaby, że krasnoludy nie odeszły stąd dobrowolnie.
- No już, idź sobie - mruknął cicho. Posłuchała i nigdy więcej nie zobaczyła już ani Rudobrodego, ani żadnego innego krasnoluda. Pokręcił się chwilę przy ognisku po czym wyciągnał fajkę, zapalił i przysiadł opierając plecy o wystający z ziemi głaz. Noc była ciepła i spokojna, a fajkowe ziele działało uspokajająco, więc Daevan szybko zapomniał o sprzeczce. Nigdy niczym specjalnie się nie przejmował i być może dlatego ciągle jeszcze żył - nie zamierzał zatem zamartwiać się teraz, gdy wszystko szło tak dobrze. Od kiedy umknęli orkom w puszczę, gdzie gobliny bały się zapuszczać, nie mieli w drodze żadnych kłopotów, a jedyną groźniejszą przygodą było, gdy Tharab wpadł do rzeki pełnej krwiożerczych ryb, ale i tak wyszedł z opresji cało. Słowem - sprzyjało im szczęście. * * * Zbudzili się wcześnie, bo ranek był dość mroźny. Im bliżej gór, tym bardziej pogoda stawała się nieprzewidywalna. Wczorajsze piękne, błękitne niebo przykrywała teraz gruba pokrywa ciężkich, ciemnych chmur. Tylko patrzeć, aż ulewa złapie ich w najmniej osłoniętym miejscu... Zebrali się szybko, by rosnące dalej drzewa osłoniły ich przed zmoknięciem. Nie mieli ochoty do rozmów - iście jesienna aura zepsuła im i tak już nienajlepsze nastroje. Szli szybko w kierunku, w którym jeszcze poprzedniego dnia widniały stoki gór. Teraz gęsta mgła spowijała rosnące wokół lasy i widoczność była bardzo ograniczona. Chociaż w lesie i tak wiele zobaczyć nie mogli. Zwierzęta były cicho, a może w ogóle ich nie było. W puszczy panował niczym nie zmącony spokój, tak cichy, że aż złowieszczy. Wysokie drzewa, na ogół buki i dęby, miały zczerniałe pnie i wyglądały na bardzo stare i bardzo spróchniałe. Ściółka pokryta była grubą warstwą przegniłych liści, z rzadka pojawiały się małe polanki zielonego mchu bądź trawy, jeszcze rzadziej jakiekolwiek krzewy czy młode drzewka. Las wyglądał jakby umierał i czekał tylko, aż nadejdzie jego koniec. Wszystko było wilgotne, chociaż do tej pory nie spadła na nich ani jedna kropla deszczu. Koło południa zerwał się wiatr. Najpierw cichy, ledwo szepczący w gałęziach drzew, potem coraz silniejszy, szarpiący liśćmi i konarami, świszczący między koronami w pogoni za uciekającymi chmurami. Wiatr pędził na nich chmurzyska jeszcze czarniejsze, przez które nie przebijał się najmniejszy nawet promień słońca. Po chwili lało już jak z cebra. Daevan zaklął cicho.
- No i macie kłopoty - mruknał. Do końca dnia padało, chociaż wiatr zelżał, a w końcu ucichł zupełnie. Dopiero pod wieczór chmury rozeszły się nieco i za plecami wędrowców pomarańczowa tarcza słońca rzuciła na drzewa lśniącą poświatę. Jednak z ziemi nie było tego widać - zemszałe konary potężnych dębów rozpościerały nad podróżnymi swoisty sufit, który może deszczu zatrzymać nie potrafił, ale ze światłem słonecznym radził sobie całkiem nieźle. Nie udało im się znaleźć żadnego punktu widokowego jak dzień wcześniej. Gdzie nie spojrzeli, w zapadającym szybko zmroku widać było tylko grube i czarne pnie drzew. Z trudem rozpalili ogień, po czym rozsiedli się wokół dobroczynnego ciepła. Zapasy jedzenia kurczyły im się niebezpiecznie szybko; od kilku dni nie udało się nic upolować. Przegryźli kilka małych kawałków suszonego mięsa i popili wodą. Tej też mieli niewiele, bo choć deszcz padał dobre kilka godzin, po drodze nie minęli żadnego strumienia, z którego mogliby zaczerpnąć świeżego napitku.
- Jak długo jeszcze? - spytał Tharab - Jak myślisz, Daevanie? Czy jutro dotrzemy do gór? Nikt się nie odezwał. Wbrew swej naturze, krasnoludy im bliżej gór, tym bardziej traciły nastrój i chęć do rozmów. Nawet wesoły zwykle Yarwi szybko położył się spać, chwilę później w jego ślady poszedł Brax i Tharab. Daevan jak zwykle pierwszy stanął na warcie. Nie spodziewał się kłopotów tej nocy, bo i cóż mogłoby im tu grozić. Obszedł ognisko dookoła i zbliżył się do swego tobołka by zapalić w spokoju fajkę. Schylił się i usłyszał syk. Chciał odskoczyć, ale było za późno. Wąż ukąsił go w prawą rękę. Daevan krzyknął słabo i odszedł kilka kroków.
- Co się stało? - spytał rozbudzony Tharab. Spojrzał na trzymającego się za rękę Daevana. Daevan nie miał sił by krzyknąć, poza tym nie czuł prawie bólu. Oszołomiony i osłabiony ukąszeniem stracił przytomność. Brax przypatrywał się całej operacji z daleka. Próbował znaleźć gada, który zrobił im taką niespodziankę, jednak w jednolitej ściółce i podczas ciemnej nocy było to zadanie ponad oczy krasnoluda. Yarwi pomógł Tharabowi ułożyć rannego przy ognisku i zdezynfekować ranę rozgrzanym ostrzem. Nagle Brax wyciągnął toporek i szybko rozejrzał się wokół.
- Nie jesteśmy tu sami - mruknął. Yarwi spojrzał na niego. Brax odwrócił się by zobaczyć węża którego szukał, zwisającego z gałęzi pół metra od jego głowy. Usłyszał brzdęk puszczanej cięciwy. Wąż nie zdążył zaatakować, strzała przebiła mu czaszkę i utkwiła w pniu drzewa metr dalej. Krasnolud zwrócił się w stronę, skąd nadleciała i zobaczył okrytą płaszczem postać idącą powoli w kierunku ogniska. Kaptur zakrywał jej twarz, ale widać było, że postać jest dość wątłej budowy. Trzymała w ręce łuk, zza pleców sterczał pełen śmiercionośnych strzał kołczan. Odrzuciła kaptur. Krasnoludy spojrzały po sobie - przed nimi stała elfka. W dodatku bardzo piękna elfka.
Popatrzyła po ich zaskoczonych minach i na jej ustach pojawił się nikły uśmieszek. |