Spis treści Świat Mroku

Fundacja


Szymon 'Doxeopotli' Rudnicki
(Guard of CUD)

Sabat

Okolica wyglądała jak nietknięta ręką człowieka. Stary liściasty las, którego obrzeża usłane były dziwnymi, jakby specjalnie poukładanymi głazami. Pniaki obrośnięte mchem nienaruszonym i tak zielonym, że wydawał się, aż nienaturalny. Na niektórych z głazów i drzew było widać jakieś dziwne symbole. Poskręcane półokręgi, w których trudno było zauważyć jakąkolwiek regularność. Po chwili przypatrywania się znakom Orzech odpuścił.

- Nie wiedziałem, że w pobliżu miasta może znajdować się tak dziewiczy zakątek - zwrócił się do Jock'a.
- Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, ale już wkrótce to się zmieni, ten człowiek powinien przyjąć Cię na jakiś czas pod swoje skrzydła - odparł Jock.
- Jaki człowiek? Nikogo nie widzę - odwrócił się w stronę mistrza, tylko po to, aby zobaczyć pustkę i usłyszeć dźwięk uruchamianego silnika.

Bezpośrednio w umyśle usłyszał tylko ostatnią wiadomość od swego dotychczasowego przewodnika <>. Co to miało znaczyć? Nikogo nie widział, mistrz odjechał zostawiając go w tej głuszy - Orzech czuł się oszukany. Przesiadł na jednym z głazów patrząc w stronę nieprzeniknionej ściany lasu. Po chwili za jednym z głazów dostrzegł jakiś ruch.

- Witaj - usłyszał - zostałem uprzedzony o twojej wizycie, podejdź.

Orzech wstał i ruszył w stronę, z której usłyszał głos. Po kilku metrach zobaczył młodego, czarnowłosego człowieka ubranego w płócienne spodnie i flanelową niebieską koszule, całość przykryta była peleryną w ciemnozielonym kolorze, stopy miał bose. Młodzieniec przy pomocy małego rzeźbionego noża zbierał mech porastający głaz od strony lasu. Wypełniony do połowy mchem płócienny worek leżał na ziemi nieopodal.

- Mam na imię Karol, ale wszyscy mówią na mnie Tyczka - mężczyzna nawet nie podniósł się z przyklęku, ani nie odwrócił głowy przedstawiając się - pomóż mi, szybciej skończymy.
- Jestem Orzech - przykląkł i zaczął odrywać mech - po co Ci to?
- Zobaczysz w swoim czasie, teraz weź ten nóż, będzie Ci łatwiej i staraj się nie kaleczyć kamienia, Mówcy twierdzą, że on też ma ducha na dodatek obudzonego i nie należy go ranić.

Orzech wziął nóż, jak zwykle dowie się wszystkiego w swoim czasie, czy Przebudzeni zawsze mają na wszystko czas? Czy nie mogą po prostu odpowiedzieć na pytania, które zadaje? Trochę go to irytowało. <> - znowu głos odezwał się bezpośrednio w jego głowie. Na dodatek myślą sobie, ze mogą bezkarnie zaglądać komuś do głowy - zaczął myśleć o Jock'u i jego możliwościach. Tyczka tylko się uśmiechnął. Orzecha trafił szlag. Zamachnął się, a właściwie próbował, ręka zdrętwiała mu niespodziewanie do tego stopnia ,że nie był w stanie nią ruszyć. Początkowo zaczęła w nim brać górę wściekłość, jednak została ona momentalnie wyparta przez zdziwienie. Uspokoił się. Odzyskał władzę w ramieniu.

- Co to było? - zapytał nie próbując nawet ukrywać zdziwienia.
- To była potęga Życia, wracaj do pracy, a jeśli nie chcesz, żebym czytał w twoich myślach to normalnie poproś, wydawało mi się, że tak będzie nam łatwiej - Tyczka uśmiechnął się - jest w Tobie gniew, to dobrze, nie pozwól mu jednak się zaślepiać, ucz się kierować go do działania w sprawach istotnych i trzymaj pod kontrolą.
- A jakie sprawy są istotne?
- Gdybym wiedział już by mnie tu nie było, całe nasze życie polega na szukaniu tej wątłej ścieżki, która nam mówi co jest ważne, a co nie.
Orzech zamyślił się na chwilę, po czym wzorem Tyczki wrócił do zbierania mchu.
- Proszę - powiedział Orzech.
- O co?
- O nie zaglądanie do mojego umysłu - teraz on się uśmiechał.
- Dobrze.

Napełnili sześć worków, zaczęło padać. Tyczka przysiadł na piętach, wziął w ręce wziął dwie grudki ziemi, wzniósł do góry jednocześnie odchylając głowę do tyłu. Wyszeptał kilka słów, rzucił grudki na ziemię po czym ucałował ją. Wstał.

- Chodźmy - zgłodniałem, a zdaje się, że niebawem będziemy mieli masę gości i będzie dużo dobrych rzeczy. Zapowiada się ciekawy wieczór, poznasz wielu ludzi podobnych do nas, zobaczysz ich miłość, magię, gniew i umiłowanie Gai. Chodźmy, bo są już blisko, a nie chciałbym się spóźnić. Trzeba jeszcze przygotować prezenty. Nie na darmo ten sabat odbywa się w "Natchnionym Jarze".

Co tu się dzieje? Pytał sam siebie Orzech. Zlot czarownic? Przygotowanie poczęstunku dla Wampirów? Krwawa orgia?

Rzeczywiście takie skojarzenia mogły nasuwać ostatnie wydarzenia. Od kiedy weszli do lasu, jakieś 3 godziny temu i po kilku minutach wylądowali w tym miejscu Orzech ciągle miał wrażenie, że to co zobaczy nie będzie miłe jego oczom. Teraz kiedy patrzył na gości zgromadzonych w jarze jego obawy nabierały coraz bardziej realnych kształtów. Początkowo wszyscy witali się, byli mili, życzliwi, niemalże sielanka, jednak w ich oczach, gdzieś na dnie, ledwie dostrzegalnie tlił się jakiś blask, trudny do określenia, może zawziętość, może gniew...

Po jakimś czasie sytuacja zmieniła się radykalnie, zaczęli ważyć jakieś napary z ziół, pili je wspólnie, potem niektórzy kładli się na ziemie, inni siedzieli sztywno. Jemu też proponowali, ale nie zaryzykował, nie czuł się tu dobrze. Kiedy po chwili napar przestawał działać zaczęli się zbierać w grupki, dookoła skleconych nie wiadomo kiedy ognisk i kociołków na nich stojących. Każdy po kolei podchodził i puszczał do kociołka kilka kropli krwi. Do tego wrzucane były jakieś zioła wlewana woda i dosypywane jakieś proszki. Kociołki bulgotały, a oni w tym czasie zaczęli śpiewać i rozbierać się. Kiedy Tyczka wytoczył ze swojej chatki olbrzymią beczkę wina i zaczęli pić na umór śmiejąc się i całując, cały czas zachowując w swych oczach ten dziwny płomień, Orzech nie wytrzymał. Jeśli posiedzę tu jeszcze chwilę patrząc na to wszystko to zwariuję, co to za ludzie. Około piętnastu osób, oprócz Tyczki, jego i jeszcze jednego mężczyzny siedzącego pod drzewem, same kobiety. Wszyscy młodzi i piękni, poubierani w najprostsze stroje, które w tej chwili w większości leżały porozrzucane dookoła, leżący na gołej ziemi, upuszczający krew do kociołków i pijący. Teraz zauważył, że żadne z nich nie krwawi, mimo tego, iż przed chwilą każdy nacinał się jakimś sztyletem. Ruszył w stronę najbliższej grupki, albo się dowiem o co tu chodzi, albo przynajmniej napiję - pomyślał.

- Czy macie jeszcze trochę tego napoju? - rzucił nie wiadomo do kogo.
- Czy mówisz o winie, czy o Czyścicielu? - odpowiedziała pytaniem około 19 letnia dziewczyna o prześlicznej twarzy i czarnych włosach leżąca nago na ziemi.
- Chyba o Czyścicielu, co to w ogóle jest? - Orzech starał się ukryć zainteresowanie jej zgrabnym ciałem.
- To nasz przepis, wymyśliliśmy to w zeszłym roku, jest magiczne, oczyszcza umysł i ciało, mało kto potrafi robić to tak dobrze jak Tyczka, spróbuj - wyciągnął w stronę Orzecha dłoń, w której trzymał mały bukłak. Drugą rękę położył na nagim biodrze dziewczyny, która kiedy poczuła dotyk uśmiechnęła się. On najwyraźniej nie miał zamiaru ukrywać swojego zainteresowania jej osobą.

Orzech wziął bukłak i pociągnął spory łyk. Smakował jak herbata ziołowa z dużą domieszką cynamonu. Nogi się pod nim ugięły i musiał usiąść, właściwie osunął się na ziemię tuż obok ślicznotki, która teraz wydawała mu się jeszcze ładniejsza. Powieki zrobiły mu się ciężkie i opadły. Czas przestał istnieć, nie istniały żadne myśli, nie istniała żadna rzecz, na której mógłby się skoncentrować, zresztą nieszczególnie starał się to robić, pozwolił się nieść mocy trunku. Przez Umysł przesuwały się jakieś obrazy, niemożliwe do zdefiniowania, coraz słabiej widoczne, jeszcze po chwili tylko smugi przemykające tu i ówdzie, wreszcie nastąpiła całkowita pustka. Nie czuł nic, ani myśli, ani swojego ciała, nie docierały do niego zapachy, na chwilę pogrążył się w niebycie. Kiedy się obudził wszystko wyglądało tak samo, a jednak inaczej. Towarzystwo nadal wykonywało swoje wcześniejsze czynności jednak teraz nie czuł się nimi, ani zaskoczony, ani zbulwersowany, wydawały mu się one czymś zupełnie normalnym. Nie był w stanie stwierdzić, dlaczego tak jest, po prostu tak było. Zauważył, że jego ubranie jest mokre, jakby strasznie się spocił.

- Co to było? Dlaczego jestem mokry? - spytał dziewczyny, gdyż tylko ją w tej chwili widział, leżał prawie jej dotykając.
- Tak właśnie działa Czyściciel, oswobadza umysł z naleciałości kulturowych, które mówią Ci, że tylko jeden sposób postępowania jest dobry, a przy okazji oczyszcza Twoje ciało. Toksyny musiały zostać usunięte na zewnątrz, spociłeś się to wszystko.
- Nie jest to zbyt miłe, leżeć tu na ziemi w mokrym ubraniu.
- To się rozbierz.

Orzech rozebrał się, chłody wiatr muskał mu skórę, ale nie czuł zimna. Poczuł się znacznie lepiej, spojrzał dookoła i zaczął zastanawiać się co właściwie tutaj robi, co ważą te kobiety w swoich kociołkach? Dlaczego każda z nich ma sztylet, a w najlepszym przypadku myśliwski nóż? Spojrzał raz jeszcze na zgromadzonych. Poczuł wszechogarniająca ciekawość, pragnienie wiedzy i coś jeszcze. Chwilę się zastanowił, tak to tylko czyste męskie pożądanie. Nie wydawało mu się to dziwne, a już na pewno się tego nie wstydził, tyle pięknych młodych kobiet dookoła, na dodatek w większości nagich.

Zauważył zbliżającego się powolnym krokiem Tyczkę. Podszedł do grupki, z która siedział.

- Niedługo będziemy mogli zacząć zabawę, nazbieraliśmy najwięcej mchu od czasu kiedy zauważyliśmy jego wspaniałe właściwości. Oj czeka nas wspaniała noc, i na rano co nieco zostanie - najwyraźniej był bardzo z siebie zadowolony.
- Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć cóż ciekawego poprzynosiły siostry. Chodźmy może przygotować stos - odezwał się mężczyzna, który nadal trzymał dłoń na biodrze dziewczyny.
- Po co? Stos się sam zrobi.
- Eee, mam ochotę trochę się poruszać. Matka hojnie obdarowała to miejsce, nazbierajmy drewna tradycyjnie. Orzech, mogę tak do Ciebie mówić? Idziesz ze mną?
- Możesz, idę.
- To ja też się przejdę, zostałem przegłosowany - Tyczka podał ręce leżącym mężczyznom.

Wstali i ruszyli przed siebie. Nosili drewno przez około godzinę, nie zrywali nic co rosło. Orzech zauważył, że jego towarzysze traktują przyrodę jakby z namaszczeniem. Zasypywał ich gradem pytań, dzielił się

wątpliwościami. Dowiedział co oznacza Verbena. Dowiedział się, że to najstarsza Tradycja, najpierwotniejsza, kultywująca swoje sposoby od zarania dziejów. Dowiedział się skąd ten płomyk gniewu tlący się w ich oczach, powiedzieli mu, że dusze ich rozrywa wściekłość na ludzi i wszelkie inne stworzenia, które zakłócają harmonię natury, którzy zabudowują ciało matki miastami, którzy prowadzą gospodarkę rabunkową nie wiedząc, że prowadzi to do ich własnej zguby. Dowiedział się, że płomień jest przygaszony przez bezsilność wobec struktury współczesnego świata, przez niemożność zmiany sytuacji i w końcu przez niezrozumienie większości sojuszników z innych Tradycji. Dowiedział się co to jest Wojna Wstąpienia i jaką role pełni w niej Verbena.

Kończyli już kiedy zapytał dlaczego ich siostry, jak sami je nazywają, ważą coś w kociołkach. Na to pytanie dostał odpowiedź do której już przywykł - Zobaczysz w swoim czasie.

Kiedy skończyli znosić chrust zaczynało się ściemniać. Tyczka wyniósł z chaty większy kociołek. Wszystko co było w mniejszych garnkach pozlewano do tego jednego. Pojawiła się też kolejna beczka wina płachty materiału zapełnione owocami, siostry musiały je przygotować kiedy oni zbierali chrust. Kiedy zapadł zmrok rozpalono stos. Ogień leniwie zaczął pełzać w górę ułożonych polan. Wszyscy zgromadzeni przesunęli się bliżej gasząc przedtem mniejsze ogniska. Ogień dawał sporo światła jednak był jakiś dziwny. Na całej polanie zrobiło się bardzo ciepło, mimo wcześniejszego chłodu, a Tyczka siedzący przy samiuteńkim ognisku jakby w ogóle nie odczuwał gorąca.

Orzech przysiadł obok dziewczyny, która wyglądała na odrobinę zagubioną w tym wszystkim, jej zachowanie trochę przypominało jego, pilnie obserwował Tyczkę. Ten mieszał przez chwile w kotle, po czym poszedł na chwilę do chaty i wrócił objuczony workami z mchem. Zaczął wrzucać mech do kotła. Za swoimi plecami Orzech usłyszał śpiew. Początkowo pojedynczy kobiecy głos, potem śpiewali już wszyscy. Były to pieśni dziękczynne, różne, a jednak harmonizujące ze sobą i nie tworzące kakofonii. Mówiły o uwielbieniu dla pramatki, przez niektórych nazywaną Moszą, przez innych Gają, jeszcze inni zwracali się do prastarej bogini, jednak nie miało to większego znaczenia, gdyż łatwo było zauważyć, iż wszystkie te imiona określały tą samą postać. We wszystkich pieśniach pojawiały się motywy mówiące o łasce bogini, o jej nieskończonej mądrości i szczodrobliwości, o tym jak w swojej łasce pozwoliła im powstać i jak wielki żal przepełnia ich serca kiedy widzą rany czynione na jej ciele przez ludzi.

W pewnym momencie jedna z dziewczyn wstała, wyciągnęła swój sztylet i zaczęła robić długie nacięcie na przedramieniu, krew zaczęła obficie płynąć z rany, a ona zbierała ją na dłoni mamrocząc pod nosem jakieś dziwne słowa. Po chwili wyrzuciła w powietrze rękę rozbryzgując w powietrzu zebraną na dłoni krew. Rana zaczęła się goić, a na jej ramieniu wylądowała sowa, minęło kilka minut, a las dookoła rozbrzmiewał głosami ptaków, i dziennych i nocnych, zlatywały z całej okolicy. Uśmiechnięta dziewczyna usiadła z powrotem na ziemi i przyłączyła się ponownie do śpiewu.

W innym miejscu podniosła się kolejna czarodziejka, która zatoczywszy na ziemi krąg sztyletem zaczęła tańczyć na jego krawędziach, piejąc w niebogłosy. Jej taniec stawał się coraz bardziej dziki, jakby niesiony tylko jej wewnętrznym rytmem, po kolejnych kilku sekundach naga kobieta wyglądała jak opętana rzucając się na wszystkie strony, sztyletem odcięła pukiel włosów i rzuciła go w ognisko po czym padła jakby w szoku na ziemie całując ją tarzając się, w końcu zatrzymała się leżąc nieruchomo. Leżała tak przez chwilę, a na polanie zakwitły wszystkie rośliny, zazieleniło się, a w powietrzu rozniósł się zapach świeżego listowia i kwiatów. Kobieta leżała dalej spokojnie oddychając na kwiatowym dywanie przywołanym jej magyia. Śpiew rozbrzmiewał nadal, a nawet przybierał na sile. Kolejne małe rytuały zostały odprawione, ściągając do jaru masę małych zwierzątek, głownie wiewiórek. Inny odegnał i tak niewielkie chmurki ukazując w pełnej okazałości rozgwieżdżone niebo i półksiężyc zalewający wierzchołki drzew srebrnym światłem.

Orzech siedział urzeczony nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. Jednego był pewien, nigdy czegoś takiego nie przeżył i miał tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś weźmie udział w podobnym wydarzeniu. Tyczka zakończył swoją robotę, wyciągał teraz z kociołka małe grudki jakiejś substancji i wrzucał je do małych skórzanych woreczków. Wyprodukował ich chyba z pięćdziesiąt. Kiedy zakończył, siadł spokojnie i dołączył do śpiewu. Część zgromadzonych już tańczyła, część bujała się na siedząco, lecz powoli zaczynali się podnosić i dołączać do tańca, zaczynali formować krąg wokół ogniska. Orzech poczuł, że nie może już siedzieć, że musi wstać i tańczyć, tak jak potrafi, tak jak prowadzi go śpiew i jego wnętrze. Czuł jak w jego żyłach płynie krew, czuł się częścią tego co się działo dookoła, to samo działo się w jego wnętrzu, zapragnął mieć swój udział w tym spotkaniu. Chciał coś po sobie pozostawić, coś ofiarować, przecież jest Przebudzony, może zrobić co tylko zechce, już wie, jak się odwdzięczy za przyjęcie do ich grona.

Zebrał wszystkie myśli skupiając je na tym jednym celu, czuł przepełniającą go siłę, czuł się zmianą i czuł, że potrafi to uczucie przekazać innym. Śpiew trwał, ognisko grzało, księżyc i gwiazdy dodawały koloru, piski wiewiórek, krzyki, pohukiwania i śpiewy ptaków łączyły się w jedno z pieśnią wyrzucaną w tej chwili z gardeł pełną piersią. Miękki dywan pod nogami, masował bose stopy zgromadzonych, kiedy nadzy tańczyli dookoła stosu. Orzech czynił swoją magię. Po raz pierwszy w życiu próbował coś zmienić, uczynić możliwym to co niemożliwe, jednak wiedział, miał pewność, że potrafi tego dokonać, nie wahał się ani przez moment. Zamknął oczy przez chwilę wirując wraz resztą oszalałych ze szczęścia uczestników zgromadzenia, wirował coraz szybciej, granice realnego świata zacierały się w jego umyśle, teraz istniał tylko świat jaki on chciał, taki jakim on chciałby go widzieć, pchnął w swój akt kreacji cała energię, która w nim pulsowała, oddał z siebie wszystko co dał radę aby osiągnąć to co zamierzył, aby jego pierwsza magyia pozostała zapamiętana...

Kiedy otworzył oczy leżał w szałasie. Niewielkim skleconym z gałęzi schronieniu. Przez strop prześwitywało słońce, czuł się słabo, zastanawiał się co się stało. Podniósł rękę do głowy i zatrzymał na brodzie, miał całkiem spory zarost. Jak długo tu leżałem, co się stało, pytania były już dwa. Z minuty na minutę wracała mu świadomość i poprawiało się samopoczucie. Po kilkunastu minutach mógł już wstać. Wyszedł przed szałas, było zimno, a mimo to kwitły kwiaty. Więc jednak mu się udało, jednak jego magyia zadziałała, bez niej nie byłyby w stanie przetrzymać nawet dwóch dni, a jego zarost mówił, że minęło znacznie więcej. Nie czuł głodu, jak to możliwe, ktoś musiał się nim opiekować inaczej zginąłby. Nadal nie wiedział co się wydarzyło kiedy był nieprzytomny. Zebrał myśli, niedaleko powinna być chata Tyczki, ruszył w kierunku, który jak pamiętał prowadził do schronienia Verbeny. Chata stała jak poprzednio, zapukał do drzwi, a właściwie starał się, otworzyły się kiedy zbliżył do nich rękę. Wszedł do środka. W wiklinowym fotelu siedziała jedna z dziewczyn, które widział na zgromadzeniu.

- Wstałeś - powiedziała beznamiętnie.
- Tak. Co się ze mną działo, jak długo leżałem nieprzytomny? - trochę zbił go z tropu ton głosu dziewczyny.
- Leżałeś przez 8 dni, opiekowałam się Tobą, inaczej już byś nie żył. Zużyłeś do swojej magyi więcej kwintesencji niż posiadał Twój Avatar, mało brakowało, a zabiłbyś się, pozbawiałeś się sił życiowych, aby osiągnąć swój cel. Na dodatek cel został osiągnięty.
- Dlaczego na dodatek? Czyż nie jest tam teraz jeszcze piękniej? - Orzech był co najmniej zdziwiony dezaprobatą wyczuwalną w głosie dziewczyny - gdzie jest Tyczka?
- Tyczka już poszedł jak i pozostali, to moje schronienie on przybył tu jako Mistrz Ceremonii. Na dodatek, bo to wyklucza Cię, przynajmniej na razie, z naszej Tradycji. Nie rozumiesz cyklu, musisz się jeszcze sporo nauczyć, a teraz jeśli możesz daj mi odpocząć i idź już. Postaram się aby wkrótce znalazł się ktoś kto się zajmie twoją dalszą edukacją. Wracaj do miasta.
- Musze się sporo nauczyć - powiedział pod nosem Orzech stłamszony wypowiedzią wiedźmy - jak mam trafić do miasta?
- Podążaj za krukiem, zaprowadzi Cię.

Orzech wyszedł, rzeczywiście na drzewie siedział olbrzymi kruk. Kiedy zobaczył Orzecha pofrunął na wschód. Niedoszły Verbena ruszył za nim powtarzając w myśli, musze się jeszcze sporo nauczyć, musze się jeszcze sporo nauczyć, muszę...

Na górę strony