| Caern |
|
Piotr 'Gorg' Gorczyca Strażnik Gór |
...kolejna ryba wyleciała na brzeg. Gdyby ktoś przyglądał się temu z ukrycia zdziwiłby się zapewne. Takie duże cielsko a potrafi tak szybko machnąć łapą. Niedźwiedzie to dziwne istoty. Hemac zadowolony spojrzał na zdobycz. Pięć wielkich i tłustych pstrągów leżało na brzegu. Dwa złowione ostatnio rzucały się dziko na trawie. Niedźwiedź sapnął i powoli wygramolił się na brzeg. Przez chwilę otrzepywał się z wody po czym zaczął zmieniać kształty. Urósł, stając się pięciometrowym potworem, po czym gwałtownie zaczął maleć. Po chwili na brzegu, obok strumienia nie było śladu niedźwiedzia. Stał tam bardzo wysoki, dobrze zbudowany człowiek, Indianin. Przyklęknął na ziemi, wyciągnął z pochwy stalowy nóż i wprawną ręką skrócił żywoty ryb. Mocnym sznurkiem zawiesił ryby za skrzela na grubym kiju. Wstał i zarzucił kij na ramię. Ruszył wzdłuż brzegu, w dół strumienia. Ciężar na ramieniu dosyć mocno wbijał się Hemacowi w ciało. Lubił ten ciężar. Lubił łowić ryby. Bardzo lubił. Gdy jako niedźwiedź wchodził do wody z zamiarem połowu ogarniała go dzika radość i dziwne podniecenie. Jako chłopiec lubił chodzić nad wodę z wędką. Ale przyjemność łowienia za pomocą wędki to nic wobec wyrzucania ryb wielką, niedźwiedzią łapą na brzeg. Aż zamruczał z przyjemności. Od miejsca połowu do domu była daleka droga. Musiał iść bez przerwy dwie godziny. Ale nigdy się tym nie przejmował. Dla ryb mógłby iść i cztery. Przerwał te rozmyślenia. Musiał się skoncentrować na szlaku. Nie chciał sobie skręcić nogi na kamieniach. Zszedł wreszcie ze stoku. Do brzegu lasu zostało mu jeszcze jakieś dziesięć minut. Przystanął i spojrzał na słońce. Wydawało się wisieć nieznacznie wyżej niż drzewa. Mruknął coś pod nosem niezadowolony i ruszył. Znacznie szybciej. Wszedł do lasu. Mógł iść wygodną, szeroką ścieżką albo na przełaj przez chaszcze. Nawet się nie zastanawiał, zbyt długo zmarudził na rybach. Chciał zdążyć przed zmrokiem, nie lubił chłodu nocy, zwłaszcza w lesie. Ruszył między gęstwinę. To było bardzo męczące. Jedną ręką torował sobie drogę w drugiej trzymał ryby. I starał się ich nie zgubić. W pewnym momencie usłyszał cichy szczęk. I prawie w tej samej chwili poczuł potworny ból. Kij z rybami sam wyleciał z dłoni. Hemac runął jak długi na ziemię. Wrzeszcząc z bólu starał się dosięgnąć rękami do łydki. Lewej. Coś wbiło mu się w nogę i trzymało. Zdołał się opanować i spojrzał na nogę. Na łydce miał zaciśnięte stalowe szczęki wnyków. Sycząc z bólu przez zęby sięgnął rękami do szczęk. Wbiły się dosyć głęboko. Wytężając mięśnie spróbował rozgiąć pułapkę. Nic z tego. Sprężyna musiała być nowa. Zdołał tylko trochę rozchylić ostre kawałki metalu. Zbyt mało aby oswobodzić stopę. Puścił szczęki które ponownie zagłębiły się w ciele. Dreszcz wstrząsnął ciałem Hemaca. Nie mógł zmienić formy i rozerwać pułapki. Przy transformacji ryzykowałby utratę stopy. |