Spis treści Dzikie Pola


Michał Ryszard Koskowski

Historyja krótka o trzech kompanionach, Dybidzbanie Marcinie i chrupaniu sroczki (2/2)

- Ależ nie... oczywiście zapraszamy... Przepraszamy waści... Waszmość tak nagle... no i... - Jurgielewski, mocno stropiony, ukłonił się i niepewnym, choć z zamiaru dwornym gestem wskazał ławę i gąsiorek z winem. - Gabriel Jurgielewski jestem, herbu Szreniawa, a to moi kompanioni, ichmościowie Krzysztof Cedrowicz herbu Jastrzębiec i Bogumił Karaś herbu Korab...

Karaś, choć nadal spode łba na obcego łypiąc, wyprostował się i uścisnął podaną mu dłoń. Cedrowicz, który w wyniku szoku doszedł nieco do siebie, potrząsnął całkiem przytomnie prawicą szlachcica i powiedział:

1 u nobiles poloniae = u szlachty polskiej
2 non in solo pane vivit homo = nie samym chlebem żyje człowiek
3 nunc est bibendum = a teraz pijmy

- Czołem, witam waszmości! Zaiste bardzo to zagadkowe spotkanie i bez toastu stosownego dalej rozmawiać nie możemy... hep... - zakończył wypowiedź tradycyjnym pijackim akcentem.
- Oto, co u nobiles poloniae1 lubię prawdziwie najbardziej: ochotę do trunków! - zawołał z radością nieznajomy, rozkładając ramiona, jakby chciał zaraz wysokiego objąć i uściskać. - Non in solo pane vivit przecież homo2 , prawda? - pytanie, jako że retoryczne, nie było w zasadzie do nikogo skierowane i żaden też z trzech podróżnych na nie nie odpowiedział, nie chcąc dać poznać jak dalece małą wagę przykładał w młodych latach do nauki języka łacińskiego

Nie skonfundowany wcale pewną przecież niezwykłością sytuacji rozsiadł się zaraz nieznajomy na ławie, chwycił gąsiorek za szyjkę, do ust przyłożył, oczy zamknął i rozmarzonym głosem powiedział:

- Nunc est bibendum3...

A szeptem dodał jeszcze do siebie:

- Zaprosiliście mnie, to macie.

I zaczął pić. Kiedy zaś skończył, a nie trzeba było na to długo czekać mimo, że gąsior nie został wcześniej wiele nadwerężony, zamyślił się przez chwilę i nieobecnym wzrokiem popatrzył gdzieś nad głową Cedrowicza.

4 sikoń = lura, cienkusz

- Węgrzyn. Kiepski węgrzyn. Upiłeś się waść kiepskim węgrzynem. Dlatego właśnie - teraz już wyraźnie zwrócił się do wysokiego szlachcica - upiłeś się nim waść tak szybko, że jest niezmiernie kiepski. No nie może być, żeby tam nic lepszego nie było! - w te słowa podniósł się energicznie z ławy i wszedł do komory za szynkwasem.

Kompanioni wymienili spojrzenia. Żadne nie wyrażało całkowitego zrozumienia przebiegu wydarzeń. Karaś chrząknął.

- Powiedziałeś nam waszmość godność swoją, alem jej w tym wszystkim zapomniał. Mogę się jeszcze raz spytać, jaka waści familia?
- Brzeziński jestem - odrzekł nieznajomy wychylając się zza drzwi. - Marcin Brzeziński herbu Dołęga, czyli podkowa srebrna do góry barkiem, u której krzyż złoty na wierzchołku, a pośrodku podkowy strzała żeleźcem w dół w polu błękitnym. Nic tu chyba innego jak węgierskie sikonie4 nie mają...
- I powiadasz waszmość, żeś tu był przed nami w tej karczmie? - pytał dalej ponury.
- A byłem, byłem... - zbywającej odpowiedzi towarzyszył brzęk przestawianych butli i hurgot przesuwanych beczek.
- A dawnoś waszmość przyjechał?
- Nie, niedawno... Jest!!! - okrzyk Brzezińskiego zatrząsł karczmą. - Pomórzcie waszmościowie! Znalazłem rzecz prawdziwie najprzedniejszą, - szlachcic znów wysunął głowę z zaplecza - jeno sam jej nie przytaszczę. Miodzio, miodzio mości panowie. Prawdziwy kowieński!

5 facecyje (facecje) = zabawne opowiastki, anegdoty, dowcipy

Jakiś czas później siedzieli wszyscy na trzech ławach ustawionych wokół ponad dwustulitrowej beczki. Po wierzchu jej szybko ubywającej, brązowej, słodkiej zawartości pływała drewniana chochla, każdy zaś z biesiadników trzymał w rękach sporej wielkości kubek. Rozmowa kleiła się nienajgorzej - podobnie jak podłoga wokół. Rej i prym w facecyjach5 wodził naturalnie Brzeziński i jedynie Karaś, wciąż nie przekonany do nieznajomego, siedział i milczał wpatrzony ponuro w płomień świecy.

6 przegaudować = przehulać
7 in contrario = w przeciwieństwie
8 firlik = viertel, czwarta część beczki
9 tuta = popijawa
10 okowita = wódka, od: aqua vitae (woda życia)
11 bernardyn = duży kieliszek, szklanica
12 wytrąbić = wypić
13 nosem ziemię przeorać = wiadomo co...

- Dla kompanii pić mogę, waszmościowie, długo - ciągnął Dybidzban myśl zaczętą wcześniej gdzieś między drugim, a trzecim kubkiem, - Z ludzkimi towarzyszami przegaudować6 mógłbym całą noc bożą bez najmniejszej szkody na zdrowiu, in contrario 7 kiedy do siebie, gdzie nie wiedząc kiedy człek firlik8 opróżni, z tuty9 pociechy nijakiej nie mając. Lepiej wtedy od razu okowity10 bernardyna11 wytrąbić12 co by szybciej nosem ziemię przeorać13. Dlatego tedy niezmierniem rad, żeście tu przyjechali.
- Influencyją pogody jedynie, mości Brzeziński - odparł Cedrowicz, któremu miód istotnie niczym medykament na wcześniejsze winne upojenie posłużył. - Gdyby nie przedwczesna, jesienna chlapa, jaka nam w drodze niezmiennie towarzyszy, dawno byśmy już u celu byli... - na koniec zdania pociągnął ostatni łyk z kubka i sięgnął po chochlę.
- Bo musisz waść wiedzieć, że chlapa owa trakty rozmyła, w które to błoto, w wyniku rozmycia powstałe, szlachetny rumak fryzyjski imć Cedrowicza osobliwie się zapada - dodał z rozbawieniem Jurgiel.
- Istotnie, osobliwy to przypadek - zaśmiał się głośno Brzeziński. - A czemuż to imć Cedrowicz z takowym horężnym bagażem podróżuje, co by dla sześciu wystarczył, kędy jeno samotrzeć jesteście?
- A to, widzisz, skomplikowaną kalkulacyją, mości Brzeziński - odpowiedział blondyn.
- Dałbyś spokój, Jurgiel - przerwał mu wysoki.
- Nie, niech mówi, ciekaw jestem - zaoponował Dybidzban. - Bo widok to przecież niezwyczajny: obuchów, nadziaków, buzdyganów i szabel wozisz waść tyle, że Żydzi by z tego całkiem udany kram zrobić mogli.

Nieco zirytowany Cedrowicz wstał i podszedł do złożonej w kącie sali sterty oręża.

- Karabela z Zamościa, którą stryj mój od Turka w poselstwie w karty wygrał - położył broń na ławie i sięgnął po następną. - Buzdygan ojca mojego, który go przy trakcie pod Kamieńcem w trawie znalazł, a który mu potem życie w pojedynku uratował. Szabla czerkieska, łup brata mojego na Czarnym Szlaku zdobyty w potrzebie z Kozakami, którzy z zasadzki karawanę z okupem na Krym jadącą zaatakowali. Obuszek... - bogato zdobioną broń wysoki oglądał przez chwilę w milczeniu - zdobyty przeze mnie podczas zajazdu na jednego z sąsiadów. Wbił się w drzewo o cal od mojej głowy, a zaraz potem ktoś do mnie z pistoletu strzelił. Popatrzcie - podszedł do kompanionów - kula w trzonek trafiła. Gdyby nie obuszek, już bym wtedy nie żył. Wszystkie te rzeczy fortunę mi przynoszą i dlatego je z sobą wożę. Ot, i tyle - Cedrowicz usiadł z powrotem na ławie, wziął kubek do ręki i zaczął pić.

Zapadła cisza. Dybidzban nalewał sobie miodu, a blondyn obracał w dłoniach szczęśliwy łup cedrowiczowski i nic, tylko cmokał nad złoceniami, jako, że dotąd wysoki broń tę w sakwach schowaną trzymał i kompanionom nie pokazywał, a robota była to prawdziwie przednia. Karaś począł czyścić pistolet po niefortunnym strzale. Wtem Brzeziński, wyraźnie ciszą w towarzystwie zaniepokojony, poprawił się na ławie:

14 dyferencyja = różnica
15 potencyja = siła, moc
16 Deo favente = z bożą pomocą

- A na trzy hausty pić waszmościowie umiecie?
Cedrowicz otrząsnął się, wyrwany z zadumy:
- Wszyscyśmy już o wiele więcej jak trzy hausty wypili - jakże mamy nie umieć?
- A bo to nie tak. Tu jest znaczna dyferencyja14 między po prostu trzy hausty wypić, a na trzy hausty pić - wyjaśnił pijanica. - Widać, żeście waszmościowie w arkana bachicznych obyczajów niewtajemniczeni. A to bardzo duże niedopatrzenie, bo to przecie żywota esencyja i w tem nasza szlachecka potencyja15, że się jak bydlęta nie upijamy, jeno, obyczaje znając, tniemy, ciągniemy, cykamy, dusimy, chlapiemy, golimy, etc., etc. i, Deo favente16, niewiele nam to wszystko szkodzi.
- Powiedz nam zatem, mości Brzeziński, o co w tych trzech haustach chodzi - poprosił Jurgielewski.

Za oknem szarzało - znak, że na biesiadowaniu całą noc jednak przesiedzieć im przyszło, snu nie zaznawszy. Bardzo to trzymającemu się wciąż z boku bachicznych dyskursów Karasiowi nie w smak było, więc się wiercić coraz bardziej zaczynał. Pociągnął też nosem, jakby zapach jakiś dziwny nagle poczuł.

Dybidzban rzucił na okno za swoimi plecami krótkie spojrzenie, wziął do ręki kubek, nalał do pełna, podniósł na wysokość oczu i przybrał mentorską minę.

- Na trzy hausty pije się najczęściej piwo, ale z miodem i gorzałką również nic nie szkodzi spróbować. Picie polega na tym, że kubek na trzy hausty dzielimy i tak, uważacie waszmościowie, czynimy, że po pierwszym hauście muskamy się po lewym wąsie, po drugim hauście po prawym wąsie, a po trzecim wzdłuż twarzy od czoła do brody, a na koniec palcem uderzamy w stół z wierzchu i od spodu, tupiemy raz nogą i mówimy: "piwo", a w naszym przypadku: "miód" - co powiedziawszy, zaprezentował: łyknął, dotknął lewego wąsa, łyknął, dotknął prawego, łyknął znowu, palcem w ławę, na której siedział, dwa razy - od góry i od spodu - uderzył, tupnął i, powiedziawszy "miód", zwrócił się do towarzyszy:
- Za drugą szklanicą wszystko podwójnie zrobić należy i powiedzieć: "dobry". A za trzecią trzykroć i dodać na koniec: "nalej". Kto się w czymkolwiek pomyli - zaczyna z góry. Kto dokaże - odnosi tryumf. Który z waszmościów spróbuje?

Na takie wyzwanie Cedrowicz podrapał się niepewnie w łysinę na czubku głowy, ale za to Jurgiel ochoczo uniósł swój kubek i rozpoczął sekwencję. Po trzykrotnym muskaniu prawego wąsa zapomniał jednak łyknąć po raz trzeci i w ławę od razu stuknął, na co Dybidzban natychmiast mu przerwał, surowo wymachując chochlą:

17 zakładziny = oblewanie
18 50 garców (poprawnie: "garnców") = około 170 litrów; pamiętajmy jednak, że ówczesne piwo było o wiele słabsze, niż dzisiejsze
19 wasąg = rodzaj wozu wykonanego głównie z wikliny

- Pomyliłeś waść, pomyliłeś! - zaśmiał się, przybierając niby poważną minę. - Dolewamy i od początku!
- Nie może to tak być, mości Brzeziński - wtrącił się wysoki, - żeby tak powtarzać i powtarzać, bo zawodnik pod stół niechybnie spadnie.
- Na to też są sposoby - odparł pijanica. - Pije się wówczas na hasło.
W karczmie robiło się coraz jaśniej.
- Na hasło? - spytał Jurgiel.
- Pijący robią umowę, że gdy jeden osłabnie, drugi mocniejszy w siłach będzie miał o nim staranie i w razie potrzeby pośle po cyrulika, ażeby trunkiem okadzonego ratował, a gdyby nie pomogło - że pośle po księdza. Ale takie nieszczęście nieczęsto się zdarza. Sami kiedyś z kompanionem na zakładzinach17 nowego dworu - bo stary sąsiad mu niecnie spalił, za co ów kompanion mój żyto bydłem mu na wiosnę stratował - beczkę piwa pięćdziesięciogarcową18 od wieczerzy do poduszki opróżnilim, mało zarwawszy północka. A rano w drogę mi było spieszno i tyle jeno biby czułem, co w lędźwiach, więc tyle, że na koniu nie mogłem jechać i kompanion ów wasągiem19 musiał mnie na drogę wspomóc.
- Co tu tak siarką śmierdzi, mości panowie? - zapytał nagle Karaś, wiercąc się i niuchając już na dobre.

Zaskoczeni kompanioni zaczęli się już rozglądać wokół, kiedy w karczmie rozległ się śmiech. To Dybidzban się śmiał - z początku cicho i pod nosem, a po chwili już całkiem głośno. Nie był to jednak śmiech zwyczajny: tak pełen był niskich tonów i tak dudnił, jakby piekło wraz z nim się śmiało. Ciarki na taki śmiech przechodzą, a chłód gardło ściska - nie inaczej stało się z Jurgielem, Krzychem i ponurym. Zamarli w zdziwieniu pomieszanym z grozą, oczy wlepiwszy w strasznego nagle szlachcica, z którym pili już przecież pół nocy. Ów zaś śmiać się nie przestawał. Przeciwnie - zachłysnął się tym śmiechem i trząsł się teraz na ławie i za brzuch trzymał. W czerwonym, rozradowanym jego obliczu była jednak jakaś upiorność, a od postaci biło obce, niezauważalne wcześniej, zimno.

Nagle przestał.

20 dugnąć = jak myślicie...?
21 kusztyk = kubek; tzw. kusztyczek (kusztyk) miał na ogół pojemność 1 kwaterki = 1/4 kwarty = ok. 0,25 litra; jako ciekawostkę dodam na marginesie, że zdarzały się kielichy mieszczące 2 kwarty wina - a toasty spełniano najczęściej tzw. "pełne", czyli do dna...
22 chrupać sroczkę = pić wódkę dużymi haustami

- W drogę mi już czas, mości panowie, i siarką mnie do domu kuszą, żebym tu przypadkiem zostać nie chciał - uśmiechnął się do szlachciców niby serdecznie, ale smutno. - Podziękować za towarzystwo przeto wam już muszę. Milsza mi była wasza kompanija niż moczymordów, z jakimi zazwyczaj przestawać mi przychodzi, a z których jeden mędrszy od drugiego i niczego nowego nauczyć się ich nie da. A żeby wam żal nie było, żeście duszy mi oddać szansy nie mieli - bo noc przez was przegadałem, a za dnia nie mam prawa dusz zabierać - taką dam wam radę: dugnijcie20 sobie co rano, a jak przyjdzie czas, to was znajdę. A kto chce szybciej , to stanąć trzeba o zachodzie słońca na rozstajach, czyli widłach, jak niektórzy powiadają - tu skłonił się lekko ku Jurgielewskiemu - z kusztykiem21 pełnym wódki, zwrócić się twarzą na wschód, ku nocy, powiedzieć głośno: "No to sroczkę, chrup!22 " i wypić wszystko jednym, tęgim haustem. Jeśli będę w pobliżu, to może przyjdę, ale wtedy już cyrograf podpisać mus, bo inaczej może być źle... No, śpijcie już!

I śpik ogarnął ich nagle okrutny i jak który siedział, tak jak ścięty padł - na ławę albo na podłogę. Dybidzban wstał, przeszedł powoli przez izbę, podniósł obuszek, o którym opowiadał Cedrowicz, i ważył go przez chwilę w dłoni. A potem z szerokim zamachem wbił go w blat szynkwasu, zabrał konie i wyszedł.

Kompanioni zbudzili się koło południa. Kiedy Jurgiel z Karasiem klęli na czym świat stoi wszystkie moce piekielne i własną głupotę i obiegali okolicę w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów swoich koni (nie wierząc jeszcze, że żadnych nie znajdą), Cedrowicz siedział nieruchomo na ławie, trzymając w rękach swój obuszek. Na trzonku, tuż obok wgłębienia po kuli, widniał świeżo wytrawiony napis: "Pamiętaj - nie ma tak długiej nocy, żeby po niej dzień nie nastał, ale Fortuna jest ślepa."

Na górę strony