| Earthdawn |
Krótka historia o życiu czterech cwanych rzezimieszków, zwanych bohaterami |
Ten dzień nareszcie nadszedł. Dla ptaków, szarych wilków i brunatnych niedźwiedzi rozpoczął się on dokładnie w taki sam sposób. Nie dało się też zauważyć różnic we wiosce Krwawych Włóczni : leśniczy w mokrej od potu koszuli ścinał zawzięcie drzewo, z wigwamu magika wydobywały się na świeże powietrze tajemnicze opary o niesamowitych kolorach, jedna z Opiekunek schodziła do źródełka po wodę, dzielni wojownicy ćwiczyli młodych adeptów nowych sztuk walki, a strażnicy mostu budzili się po nocnej drzemce. Tymczasem w obozie leżącym w kotlinie oddalonej o pół godziny drogi od wioski już od świtu czuć było podekscytowanie. Czterej poszukiwacze przygód przebudzili się, usiedli na kłodzie starego drzewa i zaczęli jeść mięso jelenia upieczone wczorajszego wieczoru. Cisza przerywana mlaskaniem i siorbaniem wody z podróżnych bukłaków trwała długo. Pierwszy odezwał się Grolk, ork o potężnej posturze:
- Dobre to mięso. Może dzisiaj wybierzemy się znowu na polowanie? I tak rozpoczęła się jedna z najdłuższych dyskusji pomiędzy nimi od czasu pierwszego spotkania. By jeszcze bardziej zirytować czytelnika tym opowiadaniem przytoczę ją całą.
Rozpoczął jak zwykle Grolk: Wszyscy głośno się roześmieli i poszli w stronę wioski Krwawych Włóczni. Każdego ranka na uklepanym polu nad rzeką zbierają się wojownicy z całej wioski. Każdy przynosi ze sobą własną broń. Nauczyciele przychodzą ostatni prócz jednego - Wielkiego Mistrza Walki. Każdy tak go nazywa, tylko niewielu zna jego prawdziwe imię. I tylko niewielu wie dlaczego codziennie najwcześniej zaczyna ćwiczyć i najpóźniej kończy. Gdy jednak ktoś go o to spyta, chmurzy się tylko i nie odpowiada. Zauważyć wtedy można, że gdy wspomni mu się o tym, swym uczniom daje trudniejsze ćwiczenia i sam się bardziej forsuje. Przyczyny tego postępowania nie przyjdzie poznać naszym bohaterom. Od godziny z Wielkim Mistrzem trenuje Grolk. W tej chwili jego miecz dwuręczny wiruje w powietrzu w stałym rytmie dyktowanym przez nauczyciela. Ork w miarę ćwiczeń nabiera coraz większej wprawy, jego miecz pewnie dąży do celu i blokuje ciosy wyimaginowanego przeciwnika. W pewnym momencie Grolk chcąc powtórzyć ruch Mistrza wykręcił nienaturalnie nadgarstek i o mało nie wypuścił miecza. - Nie, nie tak. Nie możesz trzymać tak ciężkiego miecza tylko w palcach przy kręceniu nim. Oprzyj rękojeść o środek dłoni, o tak - Grolk spróbował jeszcze raz, wolniej i udało mu się. - Spróbuj szybciej. Jak to wyćwiczysz to spróbujemy coś nowego, ale na razie daj mi obejrzeć innych. I nie wdawaj się w bójki za moimi plecami! - uśmiechnął się Mistrz i poszedł dalej wzdłuż rzędu ćwiczących wojowników. Grolk zobaczył jeszcze jak mentor zaczął już tłumaczyć jakiemuś młodzikowi pewien unik. Władca Zwierząt skupił się jednak na swoich ćwiczeniach, bowiem wiedział, że jest to jego ostatnie spotkanie z Wielkim Mistrzem, tą niewątpliwie tajemniczą postacią. - Gdzie jest ten mały narwaniec! - mocno zdenerwowany już Sasha stanął na moście i popatrzył w wodę. Nie był w wiosce tylko przez półtora roku, ale tak wiele się zmieniło. Teraz przyszło mu znowu opuszczać rodzinne strony, prawdopodobnie na zawsze. Nie sądził bowiem, że trolle z jego wioski wybaczą mu wydarzenie, które ma nastąpić dzisiejszej nocy. "Czarownica", "wiedźma", "przeklęta". Może spróbować im to wyjaśnić? Ale nie, oni najpierw robią, a później słuchają. - A bez głowy nie wyglądałbym zbyt przekonywująco. - stwierdził ironicznie Mistrz Żywiołów. - Tak, tak, ironia rządzi moimi losami. I nijak nie można tego zmienić. - Troll chwycił kamień i rzucił go do strumyczka. Kółka wytworzone na wodzie szybko zostały rozmyte przez impet płynącego strumyka. - To tak jak moje działania mające na celu zmienić moje przeznaczenie. Nieważne jak bardzo by były rozgłoszone po Barsawii i imponujące innym Dawcom Imion, to nie zmieni to mojego przeznaczenia. "Wybraniec". Cóż to może znaczyć?
- Co robisz? - niepostrzeżenie do Sashy podleciał Zagros. T'skrang o zielonych łuskach zręcznie przeskoczył wymierzony w jego nogi topór, zrobił piruet z jednoczesnym wymachem miecza do tyłu. Cios trafił w korpus barczystego trolla ubranego w skórzany pancerz i o mało nie targnął nim o ziemię skutecznie go jednak dezorientując. To zachwianie pozwoliło Arkanowi na ominięcie bokiem przeciwnika, któremu w tej chwili zniknął z oczu. Po chwili troll, któremu Arkan ledwo sięgał do ramienia, leżał na wznak na ziemi. Na jego toporze stała stopa dumnego z kolejnej wygranej potyczki Fechtmistrza. - Nigdy nie przegrywam - wesoło parsknął. Na zewnątrz wydawał się zawsze taki pewny siebie i nieustraszony, jednak w jego sercu głęboko tkwiło pewne wspomnienie. Wspomnienie tchórzostwa, przestrachu i braku odpowiedzialności. Jego rodzina, przyjaciele, jego brat zginęli z myślą o nim jako o zdrajcy niegodnego t'skrandzkiej rasy. Niestety Arkan swój błąd zrozumiał za późno. Od tamtego czasu poprzysiągł sobie, że nigdy, nigdy już nie ucieknie z pola walki i nie przestraszy się żadnego wyzwania, jakie postawi przed nim los. Także dlatego przyjął maskę beztroskiego, wesołego zabijaki, by nikt nie mógł się domyślić jego dawnego uczynku. Im częściej te wspomnienia powracają, tym bardziej Arkan stara się być lepszy w tym co robi. Nie widać wtedy na twarzy t'skranga wiecznego, wydawałoby się, uśmieszku. Nie, w takich momentach staje się zamyślony, zdeterminowany, wręcz szaleńczo odważny, co nieraz przyniosło mu sławę. Nikt nie widział jednak łez płynących z jego oczy po walce. Nikt i nigdy.
- Bardzo ładnie Arkan! Bardzo ładnie łoisz skórę moim pobratymcom. Wyżsi od ciebie o głowę i trochę, a niszczysz ich pancerze. Jak ty to robisz?
- Witam panią, jak dziś się pani czuje? Ten mały wietrzniak długo jeszcze latał bez celu tego dnia zastanawiając się nad swoim pochodzeniem. Pochodzi z Sewros, z jej północnej części, z małej nadrzewnej wioski. I co z tego? Kim naprawdę byli jego przyjaciele? Znał ich tak krótko, jakby było to mgnienie oka, nie kilkanaście lat. Co to znaczy być wietrzniakiem? Czy prawdą jest stwierdzenie Merry, że wietrzniaki to małe stworzenia umiejące tylko żartować sobie z innych? Czy nie stać wietrzniaków na nic więcej? Czy ta rasa nie jest zdolna do heroicznych czynów, z powodu swych małych rozmiarów i lekkiego sposobu bycia? Czy jego przyjaciele i pobratymcy są skazani na życie bez celu? - Nie, ja mam cel w życiu i nikt i nic mi go nie odbierze. Muszę złapać szczęście za nogi i trzymać tak długo, jak długo będę mógł. Życie bez celu nie ma sensu, tak, tak, definitywnie. Wiem, będę powtarzał to każdemu wietrzniakowi, którego spotkam. Niech moja rasa zaistnieje w życiu Barsawii, niech będzie o nich głośno! I wtedy żadna wioskowa trollica, ani małe dziecko nie będzie mówiła o wietrzniakach z lekceważeniem! Jaspree wesprzyj mnie w mych działaniach!
- Gdzie znowu zniknąłeś? Wystarczy zostawić cię na chwilę i już uciekasz. - zdenerwowany troll podszedł do Zagrosa. I młody troll zaczął tłumaczyć plan, z niewielką pomocą Zagrosa i Arkana. Po około godzinie rozmowy i dokładnych dopytywań Senyominy i Merry wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Potem wszyscy zjedli smaczną pieczeń przygotowaną przez Senyominę. Trzej poszukiwacze przygód zauważywszy, że jest już południe, wyszli z namiotu i udali się do kotlinki. Tam uporządkowali swój ekwipunek, umyli konie i przygotowali je do jazdy. Gdy skończyli, zostały jeszcze cztery godziny do zachodu słońca. Ten czas wypełnili zabawami, które miały uspokoić ich przed akcją. Arkan poszedł oglądać walki, podczas których bardzo dokładnie czyścił swoje piękne, błyszczące, lekkie ostrze. Sasha pogawędził trochę z innymi trollami, odnawiając stare znajomości i dowiadując się nowych plotek. Zagros udał się w stronę lasu, gdzie spędził czas na przemyśleniach i wesołym baraszkowaniu wśród zarośli i lian. Tylko Grolk nie odpoczywał. Już od dawna był głęboko w lesie i dokładnie sprawdzał kryjówki, zamaskowane miejsce dla koni i roślinność wokół tego miejsca. Nic nie umknęło jego uwadze. Ćwiczył także szybkie otwieranie i zamykanie kryjówek, od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Jedną z kryjówek powiększył, by dziecku nie było w nim duszno. Pod wieczór zebrał narzędzia, schował je do kopca i zakamuflował wszystkie ślady swojej pracy. Już był gotowy i czekał tylko z niecierpliwością na wyjście księżyca. Oczekiwanie to bardzo go zdenerwowało i zmusiło do przemyśleń. Patrząc na zachodzące słońce przypomniał sobie swą przeszłość, dzieciństwo, dorastanie. Życie, w którym nie doświadczył przyjaźni, ani żadnego głębszego uczucia. Zauważył bowiem, że im bardziej starał się pomóc swojej rodzinie w codziennych problemach, tym mniej oni go rozumieli. Okazywał im swą miłość na wiele sposobów, ale oni nie odwzajemniali jego uczucia, sądząc że to złote monety zastąpią je. Mylili się. Grolk potrzebował prawdziwej i szczerej miłości, lecz nie otrzymywał jej. Wyjście w końcu się znalazło, nie można jednak ocenić czy było ono właściwe. Teraz Grolk wie tylko jedno - z tej drogi nie ma już powrotu. Nawet przed śmiercią jego rodziny, młody ork miał zamiar uciec, ale nigdy nie mógł się zdecydować. W czasie jednej z takich prób, jego miasteczko zostało napadnięte przez grupę wędrownego oddziału trolli, a jego mieszkańcy wyrżnięci w pień. Na oczach Grolka, ukrytego na samym szczycie drzewa. Widział jak trolle z uśmiechami na ustach zabijały jego matkę, ojca, rodzeństwo, przyjaciół. Nawet biedny pies orka, kulejący na jedną nogę, nie uniknął śmierci. Wszystkie te sceny mocno odcisnęły się na psychice orka. Po przejściu oddziału trolli, zszedł z drzewa i przeszedł przez główną drogę mokrą od krwi rozmywanej padającymi kroplami deszczu. Nie obejrzał się na bok, ani razu. Nie musiał. Wiedział co by zobaczył, a nie chciał widzieć tego już nigdy w życiu. Poszedł do lasu, gdzie wegetował długo żywiąc się tylko korzeniami chwastów i upolowanymi z trudem wiewiórkami. Wtedy znalazł go jego mentor. Wyżywił on Grolka, umył, ubrał w świeże odzienie i zapewnił spokojny sen. Po tygodniu od spotkania zaczął go uczyć szacunku dla zwierząt, roślin i całej przyrody go otaczającej. Wyjaśnił mu jak zdobyć zaufanie zwierzęcia i zawrzeć z nim przyjaźń. Te nauki wzmocniły Grolka psychicznie; dzięki nim odżył i znowu był zdolny do śmiechu i żartów. Niestety tylko w towarzystwie zwierząt. Nie umiał już normalnie okazywać uczuć, jego jedynymi przyjaciółmi były zwierzęta. I pozostaną jedynymi. Na zawsze.
- Czas już nadszedł. Wszyscy gotowi? - rozejrzał się Sasha. Cała trójka zabrała konie objuczone całym ich sprzętem i powoli podążyła w stronę wioski Krwawych Włóczni. Byli na miejscu blisko godziny czwartej po zachodzie. Mały wietrzniak ubrany w ciemny strój wysunął się do przodu i obejrzał uważnie obszar wokół namiotu Merry. Nic jednak nie zobaczył, prócz wigwamów i długich cieni przez nich rzucanych. Również żadne odgłosy nie docierały do jego uszu, prócz cykania koników polnych i chrapania śpiących trolli. Droga była wolna. Zagros lekko dał znak Arkanowi i Sashy, że mogą iść. Sasha podszedł do namiotu Merry, rozciął materiał sztyletem i włożył głowę do środka.
- Jestem gotowa. - Przy jego uchu odezwał się głos tak nagle, że o mało nie krzyknął. Po chwili uświadomił sobie, że to jego matka. Wietrzniak leciał z przodu, pozostawiając swego małego wierzchowca razem z innymi. Nadal nie zauważał żadnego niebezpieczeństwa. Niepewnie poruszał się wśród kolejnych rzędów wigwamów. Im bardziej zbliżali się do granicy lasu, tym bardziej rosło w nich podenerwowanie. Nie zdarzyło się jeszcze nic, co mogłoby ich przestraszyć, ale napięcie ciągle rosło.
- Ostatni rząd. - Zagros poinformował resztę słabo słyszalnym szeptem. Wszyscy czekali w napięciu, nie śmiąc nawet oddychać. Gdy Arkan zniknął w drzwiach drewnianej chatki, jego przyjaciele stali jeszcze przez chwilę w ukryciu. Dopiero gdy ze środka usłyszeli gromkie śmiechy, ruszyli w stronę lasu. Nerwy ich nie opadły, gdy dotarli do lasu, bowiem martwili się o Fechtmistrza. Przywiązali jego konia za domem leśnika, w takim miejscu, by Arkan go zauważył wychodząc. Na swoje konie wsiedli natychmiast i ruszyli galopem w kierunku kryjówek Grolka. Ich pewność przerwały szmery dochodzące z odległości kilkanastu metrów. Zatrzymali konie, ale zostali już zauważeni. Nie było sensu uciekać. Podeszło do nich czterech uzbrojonych trolli z emblematem Krwawej Włóczni na płaszczach. Nocny patrol.
- Kim jesteście... a to wy. Wyjeżdżacie? W nocy? A to kto? - nieuważnie Senyomina wysunęła się do przodu. - Przecież to wiedźma, we własnej plugawej osobie. No i jej syn, wybraniec, wybawiciel. Wydaje mi się, że wasz wyjazd trochę się opóźni. Wracajmy do wioski, po dobroci. - Pozostałe trolle napięły już łuki i celowały w bohaterów. Strażnik niepewnie wyciągnął przed siebie włócznię i podszedł do miejsca, w którym przed chwilą widział Mistrza Żywiołów. Na jego nieszczęście, nie wiedział że Sasha stał tam nadal. Zamaskowany czarem Sasha szybkim ruchem wyciągnął swą potężną łopatę i ściął jej ostrzem głowę strażnika, która potoczyła się płonąc u podstawy magicznym ogniem. Pozbawione głowy ciało stało jeszcze przez chwilę i dopiero po kilku sekundach opadło na ziemię ze szczękiem wiszącego na nim oręża. Drugi troll przerażony śmiercią swojego kolegi nie spodziewał się ciosu Zagrosa, który przygotowywał czar już od momentu zniknięcia Mistrza Żywiołów. Niewidzialna, magiczna energia wbiła się z niesamowitą siłą w szyję strażnika i rzuciła nim o ziemię. Już na zawsze. Trzeci strażnik nerwowo trzymający łuk wypuścił strzałę w stronę Sashy. Na szczęście troll był zdeterminowany i szybkim ruchem zasłonił się własnym koniem. W cielsko zwierzaka wbiły się dwie strzały. Szał bitewny ogarnął Mistrza Żywiołów. Podrzucił on w górę całą garść piachu i zaczął tkać wątek zaklęcia. Cząsteczki piasku zamieniły się w małe krystaliczne igiełki. Gdy strażnik naciągał na cięciwę kolejną strzałę setki kryształowych pocisków wbiły się w jego ciało. Padł poharataną twarzą na ziemię. Ostatni z trolli nie był tak odważny jak pozostali i gnał już na swym wierzchowcu w stronę wioski. - Jego krzyk postawi na nogi wszystkich wojowników, którzy wkrótce tu będą. Spieszmy się. Sasha wskoczył na konia objuczonego pakunkami i dał znak Zagrosowi i Senyominie. Pognali co sił w stronę schronów. Krzyki usłyszał dopiero, gdy strażnik wjechał na swym rozszalałym wierzchowcu do wioski. Arkan wybiegł wtedy z leśnikiem na podwórze próbując dowiedzieć się, co jest powodem zamieszania. "Wiedźma żyje! Ucieka z wybrańcem! W lesie!" - usłyszał. Zauważył swego konia zostawionego przez przyjaciół. Szybko na niego wskoczył i pojechał zaraz za trollimi wojownikami nieznaną drogą. Skłamał im, że pewnie wiedźma opanowała umysł jego przyjaciela i dlatego on jej pomaga. Arkan na razie zaoferował swą pomoc, czekając na odpowiednią okazję. Galop był trudny dla koni, bo ścieżka była wąska i niewyraźna. Niektóre wierzchowce wpadały z impetem na drzewa zrzucając swych jeźdźców. Arkana koń był jednak bardzo dobrej krwi i niósł jak wiatr. Dzięki temu w niedługim czasie wysunął się na czoło gonitwy. Niespodziewanie wypadł na ścieżkę, na której jechali Sasha, Zagros i Senyomina. Po nim na ścieżkę wypadły kolejne konie zagradzając drogę bohaterom. Arkan odwrócił wtedy uwagę przewodniego trolla i spowodował przewrócenie się całej grupy koni. Oba konie bohaterów przebiegły szybko bokiem, gdy dołączył do nich koń Fechtmistrza. Zagros leciał na Geeble wysoko w górze. Kilka trolli na swych szybkich wierzchowcach nie zaprzestało gonitwy i wypuszczało strzała po strzale w stronę uciekinierów. Zwolnili, by odeprzeć atak. Arkan wyciągnął łuk, Sasha tkał wątek lodowej włóczni, a Zagros przygotowywał czar pnącza. Żaden nie zdążył jednak zakończyć swego działania przed wypuszczeniem szaropiórej, świszczącej strzały przez trolla o niskim, jak na swą rasę, wzroście i pięknym piórze na czapce. Strzała ta bezbłędnie zdążała do celu, celu którym była pierś Senyominy. Koń Senyominy stanął dęba, jakby wyczuwając to co stało się z jego jeźdźcem. Sasha przerwał czar i rzucił się, by ratować swą małą siostrzyczkę. Arkan zawrócił, by zabrać ciało trollicy, a Zagros rzucił czar. Zielone pnącza wyrosły z ziemi i chwyciły mocno konia trollowego łucznika. Konie biegnące za nim stratowały zarówno jeźdźca, jak i konia. Nadal jednak goniło ich kilku wojowników. Wybawił ich pewien przypadek. Gryf wysłany przed godziną przez Grolka na polowanie wyczuł konie i wyłonił się właśnie z gałęzi drzew. Przeleciał nad znajomymi mu końmi bohaterów i wyszczerzył szpony na konie trolli. Te zrzuciły swych jeźdźców i ruszyły z powrotem. Zrozpaczony Sasha na ledwo dźwigającym go koniu, Arkan kurczowo trzymający jedną ręką ciało Senyominy i Zagros lecący na swym małym wierzchowcu minęli właśnie zwalony pień starego dębu i po chwili wjechali na małą polanę.
- Senyomina nie żyje. - chłodno poinformował Grolka Sasha. |