Spis treści Fantasy

Earthdawn


Michał Kwiatkowski

Krótka historia o życiu czterech cwanych rzezimieszków, zwanych bohaterami

Ten dzień nareszcie nadszedł. Dla ptaków, szarych wilków i brunatnych niedźwiedzi rozpoczął się on dokładnie w taki sam sposób. Nie dało się też zauważyć różnic we wiosce Krwawych Włóczni : leśniczy w mokrej od potu koszuli ścinał zawzięcie drzewo, z wigwamu magika wydobywały się na świeże powietrze tajemnicze opary o niesamowitych kolorach, jedna z Opiekunek schodziła do źródełka po wodę, dzielni wojownicy ćwiczyli młodych adeptów nowych sztuk walki, a strażnicy mostu budzili się po nocnej drzemce. Tymczasem w obozie leżącym w kotlinie oddalonej o pół godziny drogi od wioski już od świtu czuć było podekscytowanie. Czterej poszukiwacze przygód przebudzili się, usiedli na kłodzie starego drzewa i zaczęli jeść mięso jelenia upieczone wczorajszego wieczoru. Cisza przerywana mlaskaniem i siorbaniem wody z podróżnych bukłaków trwała długo. Pierwszy odezwał się Grolk, ork o potężnej posturze:

- Dobre to mięso. Może dzisiaj wybierzemy się znowu na polowanie?
- Na dzisiaj zaplanowaliśmy co innego, zapomniałeś? - odezwał się grubym głosem wysoki troll w długiej, wymiętej, kolorowej szacie, zwany Sashą.
- Ach, tak! - westchnął Grolk, po czym odwrócił się i wstał szukając czegoś w zaroślach. - Bagor! Bagor! - po chwili z ukrycia wyskoczyła piękna i smukła puma o czarnej sierści i ognistych oczach. Grolk wziął duży płat surowego mięsa i rzucił go zwierzakowi. Puma chwyciła zdobycz i z radością zaczęła ją obgryzać.
- To jak brzmiał plan? - po raz pierwszy odezwał się Arkan, przedstawiciel starożytnej rasy t'skrangów. Grolk wyciągnął z kieszeni pognieciony kawałek papirusu i rozłożył go przed przyjaciółmi.
- Rysować to ty za bardzo nie umiesz, Grolk - zażartował cieniutkim głosikiem Zagros, wietrzniak o małym wzroście, ale wielkim poczuciu humoru.
- Cicho bądź! Inaczej pożałujesz!
- No pokaż, pokaż co potrafisz głupi orku!
Ork sięgnął po potężny dwuręczny miecz i pomachał nim przed nosem wietrzniaka. Ten zręcznie unikał ciosów wirując w powietrzu.
- Spokój! - krzyknął Sasha. Jego głos uspokoił obie strony - Przejdźmy do rzeczy.

I tak rozpoczęła się jedna z najdłuższych dyskusji pomiędzy nimi od czasu pierwszego spotkania. By jeszcze bardziej zirytować czytelnika tym opowiadaniem przytoczę ją całą.

Rozpoczął jak zwykle Grolk:
- Oto mapa wioski i okolic, którą sporządziłem w czasie mych podróży po tym obszarze. - ork groźnie łypnął okiem na wietrzniaka, który jak zwykle nie słuchał. W tej chwili oporządzał swego wierzchowca o imieniu Geeble.
- Zagros, czy mógłbyś użyczyć nam chociaż trochę twojej cennej uwagi? - zirytował się Sasha. Wietrzniak powoli dokończył to co zaczął i dopiero po chwili usiadł obok mapy.
- Co znowu ode mnie chcecie? Nie widzicie, że mam ważne zajęcia? No, ale jak już mi przerwaliście, to cóż mam robić?
- Skończ wreszcie! - nie wytrzymał Grolk. Widząc, że krzyk przyniósł odpowiedni efekt, kontynuował - Tutaj po prawej stronie jest nasza kotlinka - wskazał grubym palcem niekształtne kółko - wyżej widać wioskę z wyszczególnionym wigwamem Merry. Jedynym budynkiem dzielącym nas od puszczy jest dom leśnika. O ile dobrze wiem, najczęściej wieczorem jest pijany i śpi, więc wydaje mi się to najodpowiedniejsza pora.
- A co z nocnymi patrolami? Są jakieś? - zaciekawił się Arkan.
- Nie. Jedynym zagrożeniem może być jakiś wojownik, który musi iść na stronę. Jak znam nasze szczęście, na pewno nas przy tym zauważy.
- W tej akcji nie możemy liczyć na przypadek. - podsumował coraz bardziej zaintrygowany t'skrang.
- W takim razie jak zapobiec spotkaniu dowolnego trolla w jego wiosce? - spytał od niechcenia Zagros.
- Nie chodzi o to, by nie spotkać trolla, ale o to by on nic nie wiedział. Dlatego musimy wymyślić jakieś ciekawe wyjaśnienie naszego krążenia po wiosce z pełnym ekwipunkiem i oporządzonymi końmi do wyjazdu, do tego jeszcze z trollicą uważaną przez nich za martwą i przeklętym dzieckiem. I musi to być dobre wyjaśnienie, lepsze od uderzenia pałką w głowę. - zadowolony ze swej wypowiedzi Arkan uśmiechnął się.
- Masz absolutną rację - przejął głos Sasha - ale jaki inny argument proponujesz. Ja osobiście preferowałbym uderzenie łopatą w głowę, nie mówiąc już o tym, że pałki nie posiadamy.
- Żarty żartami, ale wydaje mi się że trzeba coś wymyślić, na wszelki wypadek. Jako że to Arkan jest głównym pomysłodawcą, niech on wybrnie z tego problemu. Zdaję się w pełni na ciebie, dzielny fechtmistrzu.
- Dzięki Grolk - "dzielnemu fechtmistrzowi" mina trochę zrzedła.
- Dobra, to jedziemy do Kratas! - z zadowoleniem stwierdził Zagros i już chciał skierować się w stronę koni.
- Nie tak prędko! To dopiero początek. Teraz musimy omówić sprawę zgrania się z czasem. - zawiedziony wietrzniak położył się na ziemi i udawał że słucha - Jak już mówiłem wcześniej, wykopałem w lesie trzy doły, nie zdążyłem więcej.
- Więc zamiast siedzieć i gadać mógłbyś iść pracować - zadowolony ze swego żartu Zagros rozchmurzył się. O dziwo Grolka ten żart nie rozśmieszył i właśnie miał zamiar wydać pewne polecenie Bagorowi, na czas jednak zareagowali Sasha i Arkan.
- Najlepiej będzie jak najszybciej powiedzieć Zagrosowi jaka jest jego rola i wypuścić go, bo będzie dalej sobie żartował. - mądrze stwierdził Arkan.
- Twoja rola ogranicza się do informowania nas o ewentualnych niebezpieczeństwach. Leć zatem pierwszy, w przypadku walki rzucaj czary ofensywne, więc przygotuj je najpierw - krzyk Sashy już nie dotarł do lecącego wietrzniaka. - Dobrze, ale jak coś zepsuję, to nie ręczę za siebie. Tu chodzi o życie mojej matki! - zdenerwowany Mistrz Żywiołów aż wstał.
- Uspokój się, on już taki jest. Nie zmienisz go. - Arkan usiadł przy Sashy uspokajając go.
- Wreszcie spokój. Mogę kontynuować? To świetnie. Jak już mówiłem, doły są trzy. Oto podział miejsc: Twoja matka i siostra ukrywają się w jednym dole, Arkan z Zagrosem w drugim, a Sasha ze mną w trzecim. Bagor będzie w tym czasie polował. Wyślę go na polowanie jak najpóźniej, by przypadkiem nie wrócił za wcześnie i nie wlazł nam do schronu.
- O której mamy zacząć akcję w wiosce? - spytał Arkan.
- Myślę, że cztery godziny po zachodzie słońca będzie porą idealną. Akcja nie powinna trwać dłużej niż godzinę, łącznie z dotarciem. Będzie to środek nocy, więc nie należy się przejmować przypadkowymi gośćmi przechadzającymi się po lesie. To wszystko, jak myślę.
- Czyli trzy godziny po zachodzie słońca mamy być już gotowi tu w kotlince. Wyjeżdżamy spokojnie i dojeżdżamy do namiotu z jakimś dwudziestominutowym zapasem. Zagros idzie na przeszpiegi i wszystko sprawdza. Jak się upewnimy, że wszystko w porządku, to bierzemy Senyominę z dzieckiem na konie i jedziemy spokojnie w stronę lasu. W razie kłopotów wymówkę wymyśla Arkan, jako najlepszy z nas w gadce. Galopujemy do ciebie przez 30 minut mijając... co to jest? - Sasha zmrużył oczy nie mogąc rozpoznać kształtu.
- To wielkie zwalone drzewo. Musicie je minąć w połowie drogi. Później zsiadacie z koni i wślizgujecie się do schronów. Ja końmi się zajmę, nie bójcie się że będą hałasowały.
- Znamy twoje możliwości, Władco Zwierząt. - wesoło stwierdził Arkan. - Wtedy czekamy jakąś godzinę i jeżeli nic się nie wydarzy, wychodzimy i jak najszybciej się stamtąd zwijamy. O świcie powinniśmy być wtedy daleko, czy mam rację?
- Tak, dobrze słuchałeś. A jeżeli się nie uda, to poczekam do świtu, po czym wrócę do wioski na zwiady. Więc pamiętajcie - jeżeli się nie uda, to oczekujcie mnie blisko domku leśnika o świcie. Jeżeli tam was nie znajdę, to polecę na gryfie do kotlinki. Jeżeli i tam was nie będzie...
- Nie mówmy o tym. Uda się! - przerwał Grolkowi Sasha, po czym wstał i mocno się przeciągnął. - No, dość gadania. Trzeba rozprostować kości i poszukać tego małego czarodzieja.
- Muszę iść na ćwiczenia, już ostatnie tutaj.
- Nie przejmuj się, sam go znajdę. Jeśli chcesz Arkan, idź z Grolkiem, może znowu kogoś nauczysz jak się walczy, ha ha.

Wszyscy głośno się roześmieli i poszli w stronę wioski Krwawych Włóczni.

Każdego ranka na uklepanym polu nad rzeką zbierają się wojownicy z całej wioski. Każdy przynosi ze sobą własną broń. Nauczyciele przychodzą ostatni prócz jednego - Wielkiego Mistrza Walki. Każdy tak go nazywa, tylko niewielu zna jego prawdziwe imię. I tylko niewielu wie dlaczego codziennie najwcześniej zaczyna ćwiczyć i najpóźniej kończy. Gdy jednak ktoś go o to spyta, chmurzy się tylko i nie odpowiada. Zauważyć wtedy można, że gdy wspomni mu się o tym, swym uczniom daje trudniejsze ćwiczenia i sam się bardziej forsuje. Przyczyny tego postępowania nie przyjdzie poznać naszym bohaterom.

Od godziny z Wielkim Mistrzem trenuje Grolk. W tej chwili jego miecz dwuręczny wiruje w powietrzu w stałym rytmie dyktowanym przez nauczyciela. Ork w miarę ćwiczeń nabiera coraz większej wprawy, jego miecz pewnie dąży do celu i blokuje ciosy wyimaginowanego przeciwnika. W pewnym momencie Grolk chcąc powtórzyć ruch Mistrza wykręcił nienaturalnie nadgarstek i o mało nie wypuścił miecza.

- Nie, nie tak. Nie możesz trzymać tak ciężkiego miecza tylko w palcach przy kręceniu nim. Oprzyj rękojeść o środek dłoni, o tak - Grolk spróbował jeszcze raz, wolniej i udało mu się. - Spróbuj szybciej. Jak to wyćwiczysz to spróbujemy coś nowego, ale na razie daj mi obejrzeć innych. I nie wdawaj się w bójki za moimi plecami! - uśmiechnął się Mistrz i poszedł dalej wzdłuż rzędu ćwiczących wojowników. Grolk zobaczył jeszcze jak mentor zaczął już tłumaczyć jakiemuś młodzikowi pewien unik. Władca Zwierząt skupił się jednak na swoich ćwiczeniach, bowiem wiedział, że jest to jego ostatnie spotkanie z Wielkim Mistrzem, tą niewątpliwie tajemniczą postacią.

- Gdzie jest ten mały narwaniec! - mocno zdenerwowany już Sasha stanął na moście i popatrzył w wodę. Nie był w wiosce tylko przez półtora roku, ale tak wiele się zmieniło. Teraz przyszło mu znowu opuszczać rodzinne strony, prawdopodobnie na zawsze. Nie sądził bowiem, że trolle z jego wioski wybaczą mu wydarzenie, które ma nastąpić dzisiejszej nocy. "Czarownica", "wiedźma", "przeklęta". Może spróbować im to wyjaśnić? Ale nie, oni najpierw robią, a później słuchają. - A bez głowy nie wyglądałbym zbyt przekonywująco. - stwierdził ironicznie Mistrz Żywiołów. - Tak, tak, ironia rządzi moimi losami. I nijak nie można tego zmienić. - Troll chwycił kamień i rzucił go do strumyczka. Kółka wytworzone na wodzie szybko zostały rozmyte przez impet płynącego strumyka. - To tak jak moje działania mające na celu zmienić moje przeznaczenie. Nieważne jak bardzo by były rozgłoszone po Barsawii i imponujące innym Dawcom Imion, to nie zmieni to mojego przeznaczenia. "Wybraniec". Cóż to może znaczyć?

- Co robisz? - niepostrzeżenie do Sashy podleciał Zagros.
- Tak rozmyślałem ... No w końcu jesteś! Nie wyobrażasz sobie jak długo cię szukałem! No, chodź. Zobaczymy jak radzi sobie Arkan. Kiedy ostatnio go widziałem pouczał młodszych adeptów.

T'skrang o zielonych łuskach zręcznie przeskoczył wymierzony w jego nogi topór, zrobił piruet z jednoczesnym wymachem miecza do tyłu. Cios trafił w korpus barczystego trolla ubranego w skórzany pancerz i o mało nie targnął nim o ziemię skutecznie go jednak dezorientując. To zachwianie pozwoliło Arkanowi na ominięcie bokiem przeciwnika, któremu w tej chwili zniknął z oczu. Po chwili troll, któremu Arkan ledwo sięgał do ramienia, leżał na wznak na ziemi. Na jego toporze stała stopa dumnego z kolejnej wygranej potyczki Fechtmistrza.

- Nigdy nie przegrywam - wesoło parsknął. Na zewnątrz wydawał się zawsze taki pewny siebie i nieustraszony, jednak w jego sercu głęboko tkwiło pewne wspomnienie. Wspomnienie tchórzostwa, przestrachu i braku odpowiedzialności. Jego rodzina, przyjaciele, jego brat zginęli z myślą o nim jako o zdrajcy niegodnego t'skrandzkiej rasy. Niestety Arkan swój błąd zrozumiał za późno. Od tamtego czasu poprzysiągł sobie, że nigdy, nigdy już nie ucieknie z pola walki i nie przestraszy się żadnego wyzwania, jakie postawi przed nim los. Także dlatego przyjął maskę beztroskiego, wesołego zabijaki, by nikt nie mógł się domyślić jego dawnego uczynku. Im częściej te wspomnienia powracają, tym bardziej Arkan stara się być lepszy w tym co robi. Nie widać wtedy na twarzy t'skranga wiecznego, wydawałoby się, uśmieszku. Nie, w takich momentach staje się zamyślony, zdeterminowany, wręcz szaleńczo odważny, co nieraz przyniosło mu sławę. Nikt nie widział jednak łez płynących z jego oczy po walce. Nikt i nigdy.

- Bardzo ładnie Arkan! Bardzo ładnie łoisz skórę moim pobratymcom. Wyżsi od ciebie o głowę i trochę, a niszczysz ich pancerze. Jak ty to robisz?
- Doświadczenie, mordercze ćwiczenia i chęć zabawy oczywiście. - szeroko uśmiechnął się t'skrang chowając broń.
- Jak zwykle zabawny, pomimo tego, że masz dziś ważną rolę do spełnienia, nie zapomniałeś?
- Jakże bym mógł? Przecież wiesz, że pomaganie tobie to dla mnie przyjemność.
- Cieszę się, ja z Zagrosem właśnie ... - Sasha obejrzał się i zorientował, że wietrzniaka nie ma już za nim. - Dopiero co go znalazłem! Już mi uciekł, niecierpliwe stworzenie!
- Przecież rozmawia właśnie z Merrą, o tam. Daj mu spokój, niech wypocznie i wyszaleje się tutaj przed wyjazdem.
- To taki spokojny wyjazd nie będzie, musi się przygotować. Ale jeżeli mówisz, że sobie poradzi, to w porządku. A gdzie Grolk?
- Poszedł spakować rzeczy na swojego konia. Powiedział, że nie żegna nas, bo przecież niedługo się spotkamy.
- Nie przyjmuje do wiadomości, że coś może pójść nie tak. A jeżeli jednak coś się stanie, nie wybaczy sobie że nie mógł tu być i zginąć razem z nami.
- Co się może stać? Macie przecież mnie! - pewnie powiedział Arkan kończąc tym samym dyskusję.

- Witam panią, jak dziś się pani czuje?
- Bardzo dobrze. I proszę, nie mów do mnie "pani". Mam na imię Merra.
- Nie mógłbym. A co do samopoczucia to muszę poinformować, że dzisiejszy dzień jest ostatnim naszym dniem tutaj, w wiosce Krwawych Włóczni. Chciałbym porozmawiać, bo nie miałem za bardzo czasu poznać kultury i zwyczajów trolli. Muszę jednak przyznać, że tutejsza kuchnia jest bardzo dobra i pożywna, w sam raz dla zmęczonych wojowników. A może to także skutek twojej wprawy kucharskiej.
- Nie pochlebiaj mi Zagros. W takim razie co chciałbyś wiedzieć?
- Czy żyją tu jakieś..., to znaczy czy widziała pani tutaj... kiedyś... jakiegoś... wietrzniaka?
- Muszę ci przyznać, że widziałam wiele wietrzniaków, żadnego jednak z bliska. Najczęściej właśnie uciekały one przed naszymi wojownikami. Uznawałam je za zabawne, ale trochę za bardzo aroganckie i złośliwe. Nie obrażasz się Zagros, prawda. Pytałeś, więc chciałam ci powiedzieć prawdę. Nie lubię kłamać.
- Rozumiem...
- Ale ty jesteś inny niż wszystkie wietrzniaki. Umiesz dobrze się bawić nie przeszkadzając innym. Dobrze radzisz sobie z czarami, bronią, umiesz dobrze się zaprezentować. Może się mylę co do wietrzniaków, jeżeli tak, to sprostuj moje wyobrażenia.
- Nie, nie... Ma pani rację. Dzię... dziękuję za szczerość. Muszę już lecieć. Do widzenia.
- Do widzenia Zagros. - westchnęła zasmucona Merra.

Ten mały wietrzniak długo jeszcze latał bez celu tego dnia zastanawiając się nad swoim pochodzeniem. Pochodzi z Sewros, z jej północnej części, z małej nadrzewnej wioski. I co z tego? Kim naprawdę byli jego przyjaciele? Znał ich tak krótko, jakby było to mgnienie oka, nie kilkanaście lat. Co to znaczy być wietrzniakiem? Czy prawdą jest stwierdzenie Merry, że wietrzniaki to małe stworzenia umiejące tylko żartować sobie z innych? Czy nie stać wietrzniaków na nic więcej? Czy ta rasa nie jest zdolna do heroicznych czynów, z powodu swych małych rozmiarów i lekkiego sposobu bycia? Czy jego przyjaciele i pobratymcy są skazani na życie bez celu?

- Nie, ja mam cel w życiu i nikt i nic mi go nie odbierze. Muszę złapać szczęście za nogi i trzymać tak długo, jak długo będę mógł. Życie bez celu nie ma sensu, tak, tak, definitywnie. Wiem, będę powtarzał to każdemu wietrzniakowi, którego spotkam. Niech moja rasa zaistnieje w życiu Barsawii, niech będzie o nich głośno! I wtedy żadna wioskowa trollica, ani małe dziecko nie będzie mówiła o wietrzniakach z lekceważeniem! Jaspree wesprzyj mnie w mych działaniach!

- Gdzie znowu zniknąłeś? Wystarczy zostawić cię na chwilę i już uciekasz. - zdenerwowany troll podszedł do Zagrosa.
- Przecież byłem w pobliżu. Nie jesteś moją niańką.
- Nie, ale uczestniczysz w bardzo ważnym dla mnie zadaniu. Jeżeli coś się stanie przez ciebie, to cię zabiję.
- Hej, hej! Bez gróźb! Nie czas na to! Teraz chodźmy razem do namiotu Merry, żeby wyjaśnić Senyominie co ma robić. No, rozchmurzcie się. Idziemy. - Arkan ruszył do przodu. Po chwili Sasha i Zagros poszli za nim.
- Ach, to wy! Usiądźcie, proszę. To ostatni wasz dzień, tutaj prawda? - mile przywitała ich Merra.
- Tak ... skąd wiedziałaś Merro? - spytał trochę zmieszany Sasha.
- Zagros mi powiedział. Nie widzieliśmy jak rozmawiamy?
- Tak, tak, widzieliśmy. - inicjatywę przejął Arkan - A więc to o tym gawędziliście. Ja chciałbym wprowadzić cię w szczegóły, chyba że zrobił to już Zagros.
- Nie, nie mówił mi o szczegółach. Jakie one są?
- Czy moglibyśmy iść do mojej matki? - wtrącił Mistrz Żywiołów. - Ona musi dokładnie poznać przebieg akcji.
- Ależ oczywiście, chodźcie. - Merra wstała i poprowadziła ich w głąb obszernego wigwamu. Odsłoniła ostatnią zasłonkę, za którą siedziała Senyomina i czytała jakąś księgę.
- Cześć mamo. - wyszeptał Sasha tuląc się do trollicy.
- Witaj! - powiedzieli razem Zagros i Arkan.
- Dobrze, że jesteście. Wydaje mi się, że należy już niedługo stąd uciec. Dziecko rośnie, je i pije coraz więcej, a biedna Merra musi sama wszystko zdobywać i nosić.
- A co powiesz na ... dzisiaj?
- Już? Dobrze, im szybciej, tym lepiej.
- Wraz z mymi przyjaciółmi opracowałem plan, który pozwala na bezpieczne wyprowadzenie cię z tej wioski. Słuchaj uważnie.

I młody troll zaczął tłumaczyć plan, z niewielką pomocą Zagrosa i Arkana. Po około godzinie rozmowy i dokładnych dopytywań Senyominy i Merry wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Potem wszyscy zjedli smaczną pieczeń przygotowaną przez Senyominę. Trzej poszukiwacze przygód zauważywszy, że jest już południe, wyszli z namiotu i udali się do kotlinki. Tam uporządkowali swój ekwipunek, umyli konie i przygotowali je do jazdy. Gdy skończyli, zostały jeszcze cztery godziny do zachodu słońca. Ten czas wypełnili zabawami, które miały uspokoić ich przed akcją. Arkan poszedł oglądać walki, podczas których bardzo dokładnie czyścił swoje piękne, błyszczące, lekkie ostrze. Sasha pogawędził trochę z innymi trollami, odnawiając stare znajomości i dowiadując się nowych plotek. Zagros udał się w stronę lasu, gdzie spędził czas na przemyśleniach i wesołym baraszkowaniu wśród zarośli i lian.

Tylko Grolk nie odpoczywał. Już od dawna był głęboko w lesie i dokładnie sprawdzał kryjówki, zamaskowane miejsce dla koni i roślinność wokół tego miejsca. Nic nie umknęło jego uwadze. Ćwiczył także szybkie otwieranie i zamykanie kryjówek, od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Jedną z kryjówek powiększył, by dziecku nie było w nim duszno. Pod wieczór zebrał narzędzia, schował je do kopca i zakamuflował wszystkie ślady swojej pracy. Już był gotowy i czekał tylko z niecierpliwością na wyjście księżyca. Oczekiwanie to bardzo go zdenerwowało i zmusiło do przemyśleń. Patrząc na zachodzące słońce przypomniał sobie swą przeszłość, dzieciństwo, dorastanie. Życie, w którym nie doświadczył przyjaźni, ani żadnego głębszego uczucia. Zauważył bowiem, że im bardziej starał się pomóc swojej rodzinie w codziennych problemach, tym mniej oni go rozumieli. Okazywał im swą miłość na wiele sposobów, ale oni nie odwzajemniali jego uczucia, sądząc że to złote monety zastąpią je. Mylili się.

Grolk potrzebował prawdziwej i szczerej miłości, lecz nie otrzymywał jej. Wyjście w końcu się znalazło, nie można jednak ocenić czy było ono właściwe. Teraz Grolk wie tylko jedno - z tej drogi nie ma już powrotu. Nawet przed śmiercią jego rodziny, młody ork miał zamiar uciec, ale nigdy nie mógł się zdecydować. W czasie jednej z takich prób, jego miasteczko zostało napadnięte przez grupę wędrownego oddziału trolli, a jego mieszkańcy wyrżnięci w pień. Na oczach Grolka, ukrytego na samym szczycie drzewa. Widział jak trolle z uśmiechami na ustach zabijały jego matkę, ojca, rodzeństwo, przyjaciół. Nawet biedny pies orka, kulejący na jedną nogę, nie uniknął śmierci.

Wszystkie te sceny mocno odcisnęły się na psychice orka. Po przejściu oddziału trolli, zszedł z drzewa i przeszedł przez główną drogę mokrą od krwi rozmywanej padającymi kroplami deszczu. Nie obejrzał się na bok, ani razu. Nie musiał. Wiedział co by zobaczył, a nie chciał widzieć tego już nigdy w życiu. Poszedł do lasu, gdzie wegetował długo żywiąc się tylko korzeniami chwastów i upolowanymi z trudem wiewiórkami. Wtedy znalazł go jego mentor. Wyżywił on Grolka, umył, ubrał w świeże odzienie i zapewnił spokojny sen. Po tygodniu od spotkania zaczął go uczyć szacunku dla zwierząt, roślin i całej przyrody go otaczającej. Wyjaśnił mu jak zdobyć zaufanie zwierzęcia i zawrzeć z nim przyjaźń. Te nauki wzmocniły Grolka psychicznie; dzięki nim odżył i znowu był zdolny do śmiechu i żartów. Niestety tylko w towarzystwie zwierząt. Nie umiał już normalnie okazywać uczuć, jego jedynymi przyjaciółmi były zwierzęta. I pozostaną jedynymi. Na zawsze.

- Czas już nadszedł. Wszyscy gotowi? - rozejrzał się Sasha.
- Tak, tak. Już pytałeś o to kilka razy. Jesteśmy absolutnie gotowi. - odezwał się już mocno znużony Zagros.
- No to chodźmy.

Cała trójka zabrała konie objuczone całym ich sprzętem i powoli podążyła w stronę wioski Krwawych Włóczni. Byli na miejscu blisko godziny czwartej po zachodzie. Mały wietrzniak ubrany w ciemny strój wysunął się do przodu i obejrzał uważnie obszar wokół namiotu Merry. Nic jednak nie zobaczył, prócz wigwamów i długich cieni przez nich rzucanych. Również żadne odgłosy nie docierały do jego uszu, prócz cykania koników polnych i chrapania śpiących trolli. Droga była wolna. Zagros lekko dał znak Arkanowi i Sashy, że mogą iść. Sasha podszedł do namiotu Merry, rozciął materiał sztyletem i włożył głowę do środka.

- Jestem gotowa. - Przy jego uchu odezwał się głos tak nagle, że o mało nie krzyknął. Po chwili uświadomił sobie, że to jego matka.
- Chodź. - troll podniósł oberwaną płachtę i po chwili ze środka wyszła Senyomina z córeczką. Arkan pomógł wejść jej na konia, po czym sam wskoczył lekko na swojego. Gdy Sasha wsiadł na swojego potężnego wierzchowca, z namiotu wychyliła się Merra.
- Życzę wam szczęścia. Niech Pasje chronią was wszystkich. Żegnajcie! - Odpowiedzieli tylko skinieniem głowy i pojechali dalej.

Wietrzniak leciał z przodu, pozostawiając swego małego wierzchowca razem z innymi. Nadal nie zauważał żadnego niebezpieczeństwa. Niepewnie poruszał się wśród kolejnych rzędów wigwamów. Im bardziej zbliżali się do granicy lasu, tym bardziej rosło w nich podenerwowanie. Nie zdarzyło się jeszcze nic, co mogłoby ich przestraszyć, ale napięcie ciągle rosło.

- Ostatni rząd. - Zagros poinformował resztę słabo słyszalnym szeptem. Wszyscy czekali w napięciu, nie śmiąc nawet oddychać.
- Droga wolna, chodźmy ... - wszyscy wypuścili powietrze z płuc. Już kopyta pierwszych koni uderzyły o piasek, gdy nagle Zagros syknął - Stać, ktoś idzie. - W tym momencie wszystkim serca do gardeł podskoczyły, a konie stanęły dęba, na szczęście nie rżąc przy tym. - To leśniczy. Idzie w naszą stronę. Arkan, twoja kolej.
- No, do roboty. - t'skrang zeskoczył z konia, wygładził ubranie i ruszył do przodu.
- Kto tam? - odezwał się grubym głosem idący troll.
- To ja, Arkan.
- Witaj. Co robisz o takiej porze tak blisko lasu?
- Nie mogłem zasnąć. Ostatnio męczą mnie koszmary. Dlatego dzisiaj, po kolejnym przebudzeniu, poszedłem wprost do ciebie. Myślałem, że dotrzymasz mi towarzystwa, bowiem słyszałem, że urządzasz dzisiaj "noc piwa".
- Tak, tak. Proszę, wejdź.

Gdy Arkan zniknął w drzwiach drewnianej chatki, jego przyjaciele stali jeszcze przez chwilę w ukryciu. Dopiero gdy ze środka usłyszeli gromkie śmiechy, ruszyli w stronę lasu. Nerwy ich nie opadły, gdy dotarli do lasu, bowiem martwili się o Fechtmistrza. Przywiązali jego konia za domem leśnika, w takim miejscu, by Arkan go zauważył wychodząc. Na swoje konie wsiedli natychmiast i ruszyli galopem w kierunku kryjówek Grolka.

Ich pewność przerwały szmery dochodzące z odległości kilkanastu metrów. Zatrzymali konie, ale zostali już zauważeni. Nie było sensu uciekać. Podeszło do nich czterech uzbrojonych trolli z emblematem Krwawej Włóczni na płaszczach. Nocny patrol.

- Kim jesteście... a to wy. Wyjeżdżacie? W nocy? A to kto? - nieuważnie Senyomina wysunęła się do przodu. - Przecież to wiedźma, we własnej plugawej osobie. No i jej syn, wybraniec, wybawiciel. Wydaje mi się, że wasz wyjazd trochę się opóźni. Wracajmy do wioski, po dobroci. - Pozostałe trolle napięły już łuki i celowały w bohaterów.
- Pozwól nam odjechać w spokoju. Proszę. Nic złego nie zrobiliśmy. Przecież zawsze byłam dla ciebie taka dobra. Kiedy byłeś mały, przychodziłeś po moje ciasteczka, tak ci smakowały. - Senyomina próbowała przekonać strażnika.
- Milcz! Zejdźcie z koni. My je poprowadzimy. No, żwawo.
Wszyscy zeszli powoli z wierzchowców. Tylko Zagros pozostał na swym małym latającym kurczaku Geeble. Miał zamiar uciec, ale został zauważony przez trolla z włócznia. Jej grot dotknął lekko pleców wietrzniaka.
- Gdzie się wybierasz mały? - Wszystkie trolle spojrzały w stronę Zagrosa. Sasha wykorzystał tą chwilę nieuwagi i szybko zamachał rękoma zbierając energię na rzucenie czaru. Stopniowo zaczął rozmywać się w powietrzu, aż w końcu zniknął z oczu odwracającym się trollom.
- Stał tutaj przed chwilą. Gdzie on jest?

Strażnik niepewnie wyciągnął przed siebie włócznię i podszedł do miejsca, w którym przed chwilą widział Mistrza Żywiołów. Na jego nieszczęście, nie wiedział że Sasha stał tam nadal. Zamaskowany czarem Sasha szybkim ruchem wyciągnął swą potężną łopatę i ściął jej ostrzem głowę strażnika, która potoczyła się płonąc u podstawy magicznym ogniem. Pozbawione głowy ciało stało jeszcze przez chwilę i dopiero po kilku sekundach opadło na ziemię ze szczękiem wiszącego na nim oręża. Drugi troll przerażony śmiercią swojego kolegi nie spodziewał się ciosu Zagrosa, który przygotowywał czar już od momentu zniknięcia Mistrza Żywiołów. Niewidzialna, magiczna energia wbiła się z niesamowitą siłą w szyję strażnika i rzuciła nim o ziemię. Już na zawsze. Trzeci strażnik nerwowo trzymający łuk wypuścił strzałę w stronę Sashy. Na szczęście troll był zdeterminowany i szybkim ruchem zasłonił się własnym koniem. W cielsko zwierzaka wbiły się dwie strzały. Szał bitewny ogarnął Mistrza Żywiołów. Podrzucił on w górę całą garść piachu i zaczął tkać wątek zaklęcia. Cząsteczki piasku zamieniły się w małe krystaliczne igiełki. Gdy strażnik naciągał na cięciwę kolejną strzałę setki kryształowych pocisków wbiły się w jego ciało. Padł poharataną twarzą na ziemię. Ostatni z trolli nie był tak odważny jak pozostali i gnał już na swym wierzchowcu w stronę wioski.

- Jego krzyk postawi na nogi wszystkich wojowników, którzy wkrótce tu będą. Spieszmy się.

Sasha wskoczył na konia objuczonego pakunkami i dał znak Zagrosowi i Senyominie. Pognali co sił w stronę schronów.

Krzyki usłyszał dopiero, gdy strażnik wjechał na swym rozszalałym wierzchowcu do wioski. Arkan wybiegł wtedy z leśnikiem na podwórze próbując dowiedzieć się, co jest powodem zamieszania. "Wiedźma żyje! Ucieka z wybrańcem! W lesie!" - usłyszał. Zauważył swego konia zostawionego przez przyjaciół. Szybko na niego wskoczył i pojechał zaraz za trollimi wojownikami nieznaną drogą. Skłamał im, że pewnie wiedźma opanowała umysł jego przyjaciela i dlatego on jej pomaga. Arkan na razie zaoferował swą pomoc, czekając na odpowiednią okazję. Galop był trudny dla koni, bo ścieżka była wąska i niewyraźna. Niektóre wierzchowce wpadały z impetem na drzewa zrzucając swych jeźdźców. Arkana koń był jednak bardzo dobrej krwi i niósł jak wiatr. Dzięki temu w niedługim czasie wysunął się na czoło gonitwy.

Niespodziewanie wypadł na ścieżkę, na której jechali Sasha, Zagros i Senyomina. Po nim na ścieżkę wypadły kolejne konie zagradzając drogę bohaterom. Arkan odwrócił wtedy uwagę przewodniego trolla i spowodował przewrócenie się całej grupy koni. Oba konie bohaterów przebiegły szybko bokiem, gdy dołączył do nich koń Fechtmistrza. Zagros leciał na Geeble wysoko w górze. Kilka trolli na swych szybkich wierzchowcach nie zaprzestało gonitwy i wypuszczało strzała po strzale w stronę uciekinierów. Zwolnili, by odeprzeć atak. Arkan wyciągnął łuk, Sasha tkał wątek lodowej włóczni, a Zagros przygotowywał czar pnącza. Żaden nie zdążył jednak zakończyć swego działania przed wypuszczeniem szaropiórej, świszczącej strzały przez trolla o niskim, jak na swą rasę, wzroście i pięknym piórze na czapce. Strzała ta bezbłędnie zdążała do celu, celu którym była pierś Senyominy. Koń Senyominy stanął dęba, jakby wyczuwając to co stało się z jego jeźdźcem. Sasha przerwał czar i rzucił się, by ratować swą małą siostrzyczkę. Arkan zawrócił, by zabrać ciało trollicy, a Zagros rzucił czar. Zielone pnącza wyrosły z ziemi i chwyciły mocno konia trollowego łucznika. Konie biegnące za nim stratowały zarówno jeźdźca, jak i konia. Nadal jednak goniło ich kilku wojowników. Wybawił ich pewien przypadek. Gryf wysłany przed godziną przez Grolka na polowanie wyczuł konie i wyłonił się właśnie z gałęzi drzew. Przeleciał nad znajomymi mu końmi bohaterów i wyszczerzył szpony na konie trolli. Te zrzuciły swych jeźdźców i ruszyły z powrotem. Zrozpaczony Sasha na ledwo dźwigającym go koniu, Arkan kurczowo trzymający jedną ręką ciało Senyominy i Zagros lecący na swym małym wierzchowcu minęli właśnie zwalony pień starego dębu i po chwili wjechali na małą polanę.

- Senyomina nie żyje. - chłodno poinformował Grolka Sasha.
- ... Wchodźcie do schronów, szybko. - Grolk zabrał konie, przywiązał je do drzewa i stanął nad schronem Mistrza Żywiołów. - Teraz pewnie Sasha wolałby wyjść na zewnątrz i zginąć, niż leżeć cicho w ukryciu. - powiedział do siebie Władca Zwierząt, po czym wzruszył ramionami i wślizgnął się do swego kopca.

Na górę strony