Spis treści Literatura

Terry Pratchett


Artur Gawroński

Instrukcja obsługi 3

Kilka miesięcy temu obiecałem, że następnym razem bardziej się postaram i aż do tego numeru... nie było nic. Cóż, niewiele mam na swoje usprawiedliwienie, ale jestem znowu i mam nadzieję, że za mną tęskniliście... ;)

Przy okazji, tytuł "Instrukcja obsługi" - po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że może jednak tytuł nie bardzo pasował do wszystkiego co tu pisałem i będę pisał. Trudno. Z założenia miał to być cykl artykułów mówiących o tym co w języku polskim można przeczytać i w jakiej kolejności to robić. O ile w przypadku serii "Świat Dysku" a także trochę w serii o Johnym z kolejnością można odrobinkę eksperymentować, to w pozostałych przypadkach sprawa jest jasna - czyta się albo po kolei wszystkie części (trylogia o Nomach), albo po prostu jak leci (wszystkie pojedyncze książki). W tym miesiącu akurat będzie o Johnym, więc tytuł zyskuje odrobinę na aktualności.

To tak gwoli wyjaśnienia, a teraz do rzeczy, tym razem, jak już wspomniałem, o Johnnym oraz o jednej z najlepszych, jeżeli nie najlepszej, humorystycznej powieści. Z elementami fantasy oczywiście, zacznę od tego drugiego.

Dobry omen

Dochodziła trzecia po południu. Od przybycia Antychrysta na swiat upłynęło piętnaście godzin, z których trzy ostatnie jeden anioł i jeden diabeł spędzili tęgo popijając.
[...]
Stół był gruntownie zastawiony butelkami.
- Chodzi o to... chodzi o to... - mówił Crowley starając się skupić wzrok na Azirafalu. - No, chodzi o to... - powtórzył zastanawiając się o co mu chodzi. - Chodzi mi o... przerwał i jaśniej dokończył: - delfiny. I o to mi chodzi.
- Jakieś ryby - wtrącił Azirafal.
- Nnnie. - Crowley kiwnął palcem. - To... jes... ssak. Najprawdziwszy s... sy... ssak. A róznica jest w... w... - Mózg Crowley'a przypominał nieprzenikniony gąszcz, w którym trudno odszukać cokolwiek, a co dopiero jakąś różnicę. - A różnica polega na tym, że...
- Odbywają gody na lądzie? - Podsunął Azirafal.
Crowley zmarszczył brwi.
- Nie, raczej na pewno nie. Chodzi o coś z młodymi. Zresztą wszystko jedno - powiedział, pozbierał myśli i sięgając po butelkę, dokończył: - Chodzi o ich mózgi.

Na Ziemii rodzi się w ludzkiej postaci Antychryst. Jest to zwiastun zbliżającego się końca, końca wszystkiego, wielkiej i ostatecznej wojny dobra ze złem. Władze, tak te na górze jak i te na dole, z niecierpliwością czekają na dzień, kiedy to się stanie. Szykują się wielkie armie, zastępy diabłów i aniołów. Jednak nie wszystko toczy się tak jak miało, nie wszyscy chcą współpracować, a dwóm niezbyt wysoko postawionym "urzędnikom" ze zwalczających się armii - agentowi Piekła Crowleyowi i jego wrogowi (odwiecznemu) i jednocześnie przyjacielowi (prawie z takim samym stażem) aniołowi Azirafalowi - całkiem się podoba ziemskie życie i nie mają zamiaru z niego rezygnować. Jedynym wyjściem jest zabicie Antychrysta, jedenastoletniego urwisa, kochanego przez rodziców właściciela piekielnego ogara będącego zabawnym kundelkiem o wdzięcznym imieniu Pies.

Współautorem tej powieści jest Neil Gaiman. W Polsce wydana dwukrotnie, w 1992 roku (wyd. Alumex) oraz w 1997 (Prószyński i S-ka). Tłumaczenia wprawdzie są różne, ale oba były robione przez dwie osoby z czego jedna z nich pracowała przy obu, więc są dość podobne i niewiele mogę na ich temat powiedzieć. Mogę natomiast na temat okładek i nie będę sobie żałował: znacznie bardziej klimatyczna, ciekawa i po prostu ładniejsza jest ta z 1992, a ta druga jest zwyczajnie taka sobie. Chociaż to w sumie rzecz gustu...

Jedyną ozdobą ścian był oprawiony rysunek - szkic do Mony Lizy, oryginał spod ręki Leonarda. Crowley kupił go od autora pewnego upalnego popołudnia we Florencji, a był on lepszy od samego malowidła.
Leonardo też tak uważał. - W szkicach dobrze uchwyciłem ten jej cholerny uśmiech - powiedział Crowleyowi popijając zimne wino podczas lunchu w słońcu. - Ale zupełnie mi się rozlazł gdy go malowałem. Jej mąż coś tam gadał gdy oddawałem portret, ale żem mu powiedział: Signor del Giacondo, a któż to oprócz pana będzie oglądał? Swoją drogą... wyjaśnij mi, jak to ma być z tym helikopterem, dobrze?

Fantastyczna, tryskająca humorem, przepełniona niespotykanymi, oryginalnymi, a momentami dziwacznymi pomysłami tak na postaci, zdarzenia jak i same dowcipy - to tylko niektóre z określeń, które mi się cisną. Osobiście najbardziej podziwiam wykreowanych bohaterów i tych ważnych, i tych drugoplanowych. Wszystkie postaci, począwszy od głównych bohaterów Crowlaya oraz Azirafala przez sierżanta Armii Tropicieli Wiedźm Shadowella i szeregowego tejże Nie-Cudzołóż Pulsifera aż po kundelka imieniem Pies są dopracowane, ciekawe i szalenie zabawne.

A co najważniejsze, książka wciąga jak... jak coś co bardzo mocno wciąga. Polecam, warto!

Johnny Maxwell

- I ty jesteś Wybrańcem? Ludzkie pojęcie przechodzi... powinni staranniej wybierać!
- Próbowali, ale tylko ja słuchałem - przypomniał cicho.

Johnny to niezwykły, młody chłopiec, którego niezwykłość wynika głównie z jego ogromnej wyobraźni i otwartości umysłu. Johnny w odróżnieniu od większośći ludzi słucha i stara się zrozumieć to co się wokół niego dzieje i nigdy nie zostaje obojętny na cudze potrzeby i nieszczęścia. Nic nie jest dla niego oczywiste dzięki czemu zauważa rzeczy, których inni nie dostrzegają i to jest jego ogromna zaleta, cecha często charakteryzująca małe dzieci, cecha, której nam zwykle brakuje.

Brzmi nudnawo i bardzo normalnie, ale to tylko pozory. Przyznaję, na początku, szczególnie jeżeli chodzi o "Tylko ty możesz uratować ludzkość", tak postać Johnny'ego jak i same książki nie zrobiły na mnie zbyt dużego wrażenia, ale kiedy po jakimś czasie szukając cytatów znowu po nie sięgnąłem, to tak mnie wciągnęło, że musiałem znowu je przeczytać i tym razem robiłem to z zapartym tchem.

Podgrzał w mikrofalówce coś, co się nazywało Prawdziwa Kreolska Lasagne i co w teorii miało starczyć na cztery osoby. Może by starczyło dla czterech odchudzających się krasnoludków. Gdyby były pod ostrym nadzorem.

Pratchett pisząc o Johnnym stawia głównie na poruszanie pewnych ważnych tematów i problemów współczesnego społeczeństwa. Humor odchodzi niejako na drugi plan, ale nadal co jakiś czas trafiamy na niezłe perełki. Sam nastrój książek też jest raczej wesoły i humorystyczny, głównie chyba dzięki "dziecięcemu" stylowi w jakim Pratchett czasem pisuje, bo akurat ta seria jest pod tym względem obfita. Ale jak już mówiłem nie humor jest tutaj najważniejszy, trylogia o Johnnym często zaskakuje, przyprawia o gęsią skórkę, a momentami nawet wzrusza aż oczy wilgotnieją...

Kolejne części tej serii nie są zbyt mocno ze sobą związane, ale mimo wszystko lepiej je czytać po kolei i poznawać bohaterów tak jak byli tworzeni przez autora.

Kolejność jest następująca:

Tylko ty możesz uratować ludzkość

- Wiesz, było takie afrykańskie plemię... - powiedziała wolno przyglądając mu się z namysłem. - Nie znali słowa 'wróg', najbliższym określeniem w ich języku było: 'przyjaciel, którego jeszcze nie spotkaliśmy'.
- O, właśnie - ucieszył się Johnny. - I w ten sposób...
- Ostatniego zjedzono w 1802 roku."

Johnny od swojego kolegi Wobblera (domorosłego hackera gier komputerowych lub, jak kto woli, pirata) dostał grę. Niby nic niezwykłego, gra jest prosta - trzeba zestrzelić jak najwięcej obcych, ale dla Johnny'ego nic nie jest na tyle proste żeby nie dało się skomplikować i... w pewnym momencie ze wszystkich kopii tej gry rozsianych po całym świecie znikają obcy. Nie, Johnny nie jest uzdolnionym, krwiożerczym graczem, nie wybił wszystkich. Wręcz przeciwnie... ale już więcej nic nie zdradzę z treści książki.

Johnny i zmarli

- [...] W każdym razie tej odbijającej się piłeczce trudno wyobrazić sobie, że poza planszą jest jeszcze pokój. A to, że poza pokojem jest jeszcze miasto, a dalej kraj, świat i tryliony gwiazd, to już zupełna abstrakcja. Rozumiesz, o co mi chodzi? Gdyby sobie to uświadomiła, to dziura na końcu planszy przestałaby być zmartwieniem. A wtesy mogłaby odbijać się znacznie dłużej.

Aby nie komplikować sobie życia (i nie zwariować) ludzie często po prostu nie zauważają pewnych rzeczy. To powszechnie znany fakt. Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą i wpadacie nagle na przybysza z innej planety. Zielona skóra, jajowata głowa, wyłupiaste oczy, antenki na głowie... klasyczny ufol. Czy poczulibyście się lepiej? Pewniej? A tak po prostu go nie zauważacie. Mówicie "przepraszam" i idziecie dalej. On próbuje coś mówić, chwila wahania, nie nikt nic nie mówił, bo gdyby mówił musiałby mieć zieloną skórę, pół metra wzrostu i druty wystające z uszu, a wiadomo, że takie rzeczy nie mówią. Mało tego, takie rzeczy nie istnieją. Idziecie dalej szczęśliwi, że mija Wam kolejny spokojny dzień. Po kilku krokach macie już pewność, że coś na co wpadliście było psem. Nie, nie psem, było chyba zielone, zaraz, a może jednak brązowe i miało wilgotny nos... tak, to był pies, ogromne, brązowe psisko o... wyłupiastych oczach? Nie, musiało się Wam wydawać...

Otóż mózg Johnny'ego pracuje inaczej. Nigdy nie przepuszcza okazji na dostrzeżenie rzeczy niezwykłych i dziwnych, przez co na przykład Johnny widzi duchy. Duchy z problemami, które dobrze by było rozwiązać, szczególnie, że w dużej mierze są to także problemy żyjącej, znieczulonej na wiele ważnych rzeczy części społeczeństwa...

Johnny i bomba

A potem uszy Johnny'ego wypełnił ryk silników. Czuł w nogach ich wibracje, a w nosie wierciło go od zapachu benzyny, potu i gumy, z której zrobiono maskę tlenową. Ciało dygotało w nierówny rytm eksplozji; od najbliższej rzuciło samolotem. I zrozumiał, jaki jest prawdziwy cel tego nalotu: wrócić cało do domu. To cel każdego nalotu.

Ponownie, dzięki swym ogromnym zdolnościom ukierunkowanym na inne niż ogólnie postrzegane za normalne rozumienie świata i wszystkiego co się w nim dzieje, nasz bohater przeżywa niezwykłe przygody. Z tą częścią jest natomiast pewien problem gdy przychodzi do pisania o niej, co właśnie próbuję robić. Otóż nie da się nic napisać nie zdradzając faktów ważnych dla budowanego podczas lektury nastroju. Tym nie mniej Johnny i bomba niczym nie ustępuje poprzednim częściom, jest tak samo fascynująca, ciekawa i wciągająca, a momentami nawet bardziej...

Na górę strony