| Terry Pratchett |
Pratchettowe nowości |
Ciemna strona słońca
Isaac podniósł solidnych rozmiarów klucz francuski. Z drobnym opóżnieniem związanym z moimi ogólnymi inkluzowymi zaległościami, ale chciałem napisać także kilka słów o książce, która niedawno pojawiła się na półkach w polskich księgarniach. Być może są jeszcze tacy, którzy o jej wydaniu nic nie wiedzą, a już na pewno są tacy, którzy jeszcze jej nie czytali. Chodzi o książkę "Ciemna strona słońca" Terry'ego Pratchetta wydaną niedawno przez Dom Wydawniczy Rebis. Terry Pratchett znany jest głównie ze swojego cyklu książek z akcją umieszczoną na płaskiej planecie obracającej się na grzbietach czterech słoni stojących z kolei na skorupie ogromnego (to zbyt małe słowo!) żółwia. Zaraz potem z jego nazwiskiem kojarzona jest trylogia o Nomach często także trylogia o Johnnym oraz Dywan, książka, o której jeszcze nie pisałem. Powieść "Ciemna strona słońca" jest jakoś mniej znana. A szkoda, bo jest naprawdę ciekawa. Razem z "Dyskiem" ("Warstwami wszechświata") wyczerpują zbiór powieści science-fiction Pratchetta, który wyraźnie upodobał sobie klimaty fantasy. Brak wprawy nie przeszkadza jednak pisarzowi w tworzeniu naprawdę znakomitych historii, wymyślaniu ciekawych przygód oraz robieniu tego co mu naprawdę świetnie wychodzi czyli pisaniu w niezwykle bawiący, humorystyczny sposób. Zresztą na to ostatnie czas akcji nie ma wpływu.
- Było was dwudziestu, a zdołali uciec! - warknęła. O czym jest "Ciemna strona"? Opowiada historię Doma Sabalosa, człowieka, który odziedziczył ogromną fortunę i ma zostać władcą całej planety. Otoczonego armią ochrony, strzeżonego dniem i nocą, ale i tak skazanego na śmierć o czym jednak wiedzą tylko nieliczni znawcy nauki zwanej Rachunkiem Prawdopodobieństwa, która pozwala na przewidywanie przyszłości. Opowiada także historię pewnej pradawnej, tajemniczej rasy, zwanej jokerami splecionej z poprzednią historią losami Doma, który usiłuje rozwikłać zagadkę tej rasy. Ten krótki opis nijak nie może oddać skomplikowanej fabuły ani oryginalnych pomysłów na świat przyszłości z książki. Na pewno także nie oddaje, nawet w znikomym procencie, jej nastroju i humoru. Właściwie, to równie dobrze (a może nawet lepiej) mogłoby go tutaj nie być, ale go zostawiam, chyba siłą przyzwyczajenia. No bo jak to, napisać o książce i nie wspomnieć o czym jest? Ale nie sugerujcie się za bardzo, a książkę naprawdę warto przeczytać. Ruchome obrazki
- Mamy tu sześć demonów. - Halogen wskazał je palcem, ostrożnie, żeby uniknąć pazurów. - Wyglądają przez ten mały otwór w przedniej ścianie pudła i malują to, co zobaczą. Musi ich być sześć, jasne? Dwa malują, a cztery dmuchają, żeby farba wyschła. Bo zaraz przesuwa się następny obrazek. To dlatego, że jak obracam tą tutaj korbą, pasek przezroczystej błony przesuwa się o jeden ząbek. Wprawdzie w ślimaczym tempie, ale co jakiś czas pojawiają się kolejne części Świata Dysku na polskim rynku wydawniczym. Kilka dni temu pierwsi, najbardziej niecierpliwi miłośnicy humoru z płaskiej planety, a więc tacy, którzy często wpadają do księgarń nękając znudzonych sprzedawców ciągle tym samym pytaniem o nowe książki Pratchetta, dostali w prezencie od wydawnictwa Prószyński i S-ka trochę radości - nową książkę. Jej tytuł to "Ruchome obrazki" i jak nietrudno się domyślić chodzi o coś co my nazywamy filmem. Otóż na Dysku, a dokładnie w mocno wybuchowej dzielnicy Ankh-Morpork zamieszkiwanej przez alchemików, w domu, który jednocześnie z tym wydarzeniem przestał istnieć doszło do epokowego odkrycia taśmy filmowej. Oczywiście taśma jest nieco inna niż te, które znamy z naszego świata. Podobnie sama technika nagrywania oraz wyświetlania, ale jedno jest podobne: szał oraz szoł. Niedługo potem cały Dysk ogarnia filmowa mania, wszyscy chcą się dostać do ruchomych obrazków i wszyscy chcą je oglądać. Jak to wpłynie na ten magiczny świat dowiecie się już z kartek książki... Victor zerknął na lśniące wałeczki na tacy zwisającej z czyi Dibblera. Pachniały apetycznie. Jak zawsze. A potem człowiek odgryzał pierwszy kęs i odkrywał, że Gardło Sobie podrzynam Dibbler potrafił wykorzystać takie kawałki zwierzęcia, z których posiadania zwierzę nie zdawało sobie nawet sprawy. Odkrył bowiem, że z dostateczną ilością smażonej cebuli i musztardy ludzie zjedzą wszystko. Książka tradycyjnie (jak wszystkie z serii Świat Dysku, a momentami nawet bardziej) świetna, zabawna, ciekawa i wciągająca, jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju. Otóż mam wrażenie, że wydawnictwo olało polskiego czytelnika serwując mu taką okładkę jaką widzicie. Przecież wszyscy już znamy ją z Nomów! Jeszcze byłbym w stanie zrozumieć gdyby to był jakiś neutralny obrazek, ale to Sź NOMY WŁAŻźCE NA CIĘŻARÓWKĘ!
Totalny bezsens, wiem, że to inne
wydawnictwo wydało Nomy, ale to niczego nie tłumaczy i zupełnie nie rozumiem
dlaczego dostaliśmy taką okładkę, a nie tę co była w oryginale. * * * Więcej na temat serii Świat Dysku znajdziecie w artykule z numeru ósmego Inkluza. A na temat wspomnianego Dysku (Warstw wszechświata) w artykule z numeru dziewiątego. |