Spis treści Fantasy

Earthdawn


Glabro

Jaspree (2/3)

Piętnastominutowy odpoczynek przeciągnął się prawie do pół godziny, ponieważ żadnemu z nas, bohaterów, nie spieszyło się do konfrontacji z magiem. W końcu z ciężkim sercem podniosłem się z ziemi. Miałem dziwnie złe przeczucie. Znałem jednego ksenomantę, ale wątpiłem, żeby ten był choć trochę podobny do Gelta. Ehhh... Z moim byłym towarzyszem szybko bym sobie poradził. Podszedłbym, spojrzał mu prosto w oczy i krzyknął: "Bu!!!" I tyle było widać dzielnego ksenomantę. Biegłby przez dwa tygodnie, a na koniec zaszyłby się w jakiejś norze i modlił o to, żeby nie znalazła go ta "ruda bestia". Ale tutaj sytuacja była zupełnie inna. Musiałbym mieć krzesło, żeby spojrzeć trollowi w oczy. A nawet gdyby mi się to udało, po moim "Bu!!!", on by mi zrobił "Bach!!!" i już po inteligentnej konwersacji.

Tak rozmyślając wszedłem na ścieżkę prowadzącą do głównego wejścia. Ignac człapał za mną. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Wyglądał tak, jakby nic go nie obchodziło. Mógłbym przysiąc, że iluzjonista się nie bał. Spojrzałem przed siebie.

Na kapliczce widać było ząb czasu. Ściany były pokryte mchem, okna powybijane, okiennice zwisały na zawiasach, lub walały się pod ścianą. W dachu było wiele dziur...

- Spójrz na groby, nie-adepcie. - słysząc te słowa, mało nie dostałem zawału. Przez chwilę zobaczyłem w moim chorym umyśle setki ożywieńców wypełzających spod ziemi. - Są nienaruszone. Nic spod nich nie wylazło.
- Chyba że wylazło, a potem zakopało dziury. - zawsze starałem się myśleć pozytywnie. To moja dewiza. Ignac tylko się uśmiechnął.

Ścieżką do kaplicy szliśmy kilkanaście sekund, ale wydawało mi się, że zajmuje nam to pół dnia. Cały czas miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje, że trupy tylko czekają, aż się odwrócę, a następnie skoczą na mnie i... Brrr... Nienawidzę innych trupów, niż na ostrzu mojego miecza. A skoro już mowa o mieczu... Stal zabłyszczała w mojej dłoni i rozjaśniła większość czarnych myśli.

- Idź przodem, stary. - odezwał się ze moimi plecami Ignac, kiedy stanęliśmy przed wejściem do środka. - Niech wie, że mamy pokojowe zamiary.
- Bardzo śmieszne... Bardzo, w mordę, śmieszne. - mimo to wszedłem pierwszy.

Mimo, że kapliczka przypominała sito, to pochmurny dzień ograniczał dopływ promieni słonecznych. Wszędzie walały się połamane i nadgniłe ławy. W środku unosił się nieprzyjemny zapach mokrego, starego drewna. Od dawna nikt tu nie zaglądał. Nie rozumiem tych ksenomantów. Lubić przebywać w takich miejscach.

- To on? - basowy zdziwiony głos dobiegający z ciemności.
- Trochę mały... Hieee...! - znieruchomiałem. Za sobą usłyszałem tylko tupot oddalających się nóg. Starzy, dobrzy czarodzieje. Ich dewiza życiowa brzmi: "Najpierw uciekać potem myśleć." Czasami żałowałem, że sam tak nie robię. Teraz było za późno.

Z ciemności wyszedł troll. Rogami drapał sufit. Miał ponad trzy metry. Gęsta, siwa broda sięgała mu do pasa. Ubrany był w czarną szatę z czerwonymi obwódkami. W dłoni trzymał wielki kostur, na którego czubku znajdowała się barania czaszka. Zmierzył mnie wzrokiem. Potem spojrzał na mój miecz, który wciąż trzymałem w spoconej dłoni. Uśmiechnął się i powiedział swoim basowym głosem:

- Witaj w moim skromnym przybytku. Czym mogę służyć?
- Przysłali mnie dawcy z Gadziego Stawu. - mój głos brzmiał zadziwiająco pewnie. - Nie życzą sobie twojego sąsiedztwa. - nastała chwila prawdy. Albo ksenomanta posłucha i odejdzie, albo... Nie! Nie myśl tak, bo tak będzie.
- Dlaczego?
- Ponieważ się ciebie boją.
- Ty też się mnie boisz.
- To nie strach... to ostrożność... - słysząc moje słowa troll wybuchnął głośnym śmiechem, który poniósł się echem po kapliczce. Złapał się zieloną łapą za brzuch i śmiał się. Wciąż się śmiał. Szybko ja również zacząłem się śmiać. Najpierw z ulgi, że wciąż żyje, ale potem z całej tej sytuacji. Śmialiśmy się długo. Co któryś chciał przerwać, to spoglądał na drugiego, który wciąż chichotał i wszystko zaczynało się na nowo.
- Ech... - powiedział troll ocierając łzy z oczu. - Dawno się tak nie uśmiałem. Wyjdźmy na zewnątrz panie
Kredo. Musimy porozmawiać. - poczym ujął mnie delikatnie za ramię i zdziwionego wyprowadził na deszcz.
- Skąd...?
- Mam swoje sposoby, panie Kredo. - powiedział i wyszczerzył kły.

Wytłumaczenie było bardzo banalne. Lerg, bo tak miał na imię ksenomanta, miał również wizję. Jaspree kazała mu się udać do tej kapliczki i czekać na rudego adepta imieniem Horn Kredo. Dopiero w momencie kiedy to usłyszałem, naprawdę mi ulżyło. Byliśmy po tej samej stronie. Jaspree nas wybrała, żeby jej pomóc, a tacy wybrańcy nie mogli być źli. Dlatego zaufałem trollowi i cieszyłem się, że wreszcie będę miał towarzystwo w podróży. Musieliśmy tylko udać się do wioski po mojego konia, kupić trochę prowiantu i ruszyć w drogę. Właśnie... Wioska...

Kiedy do niej dochodziliśmy, złote słońce chyliło się ku horyzontowi. W momencie, kiedy przechodziliśmy przez łąki, które znajdowały się między lasem a wsią, zauważyłem jakieś poruszenie na jej obrzeżach. Komitet powitalny.

Razem z Garbasem było dziesięciu wieśniaków uzbrojonych w kosy i cepy. Sołtys był przerażony. Podobnie jego towarzysze. Zdziwił się, kiedy mnie zobaczył.

- Panie Kredo, pan żyje?
- Nie. - odrzekłem. - Zginąłem, a on... - wskazałem głową na stojącego obok mnie Lerga - zrobił ze mnie ożywieńca. - Troll zaśmiał się, a Garbas zrobił się biały jak płótno. - Spokojnie. Tylko żartuje. Nic mi nie jest. Gdzie Ignac? - słysząc moje pytanie, grubas trochę się zmieszał.
- Pan Ignac powiedział, że pan zginął... I... - mimo tego, że rozmawiał ze mną, wciąż patrzył się na Lerga. - I...
- No wyduś to z siebie!
- Uciekł! Zabrał pańskiego konia i...
- CO!!!??? - Garbas wyskoczył do góry z piskiem młodej panny, której ktoś włożył rękę pod kieckę. - Co zrobił!? Oddaliście mu mojego konia!? Jakim prawem!? Odpowiadaj!

Ale on nie był już w stanie odpowiadać. Patrzył na mnie lśniącymi oczami, na twarzy pojawiały się dziwne grymasy, a prawa dłoń zaciskała się spazmatycznie. Spojrzałem na niego zdziwiony. Po chwili wybuchł histerycznym, piskliwym śmiechem. Odwrócił się i pobiegł, rozpychając swą "ochronę", do wsi. Wszyscy przyglądali się tej scenie ze zdziwieniem, a ja chyba największym.

- Oszalał...
- Czemu się dziwisz, Horn? - zapytał Lerg. - Funkcja sołtysa w dzisiejszych czasach jest bardzo stresująca. - poczym się uśmiechnął. Kolejny uśmiechnięty mag. To jakaś plaga.
- Dobra. Potrzebuję jednego o zdrowych zmysłach, który wyjaśni mi, co się stało.

Wieśniacy znieruchomieli słysząc moje słowa. Spojrzeli niepewnie na mnie, na trolla, na końcu po sobie. Ich małe móżdżki ciężko pracowały nad tym, w jaki sposób zmusić do mówienia kogoś innego. W końcu największy z nich złapał najmniejszego i wypchnął do przodu. Reszta, żeby uwidocznić swój wybór, zrobiła krok do tyłu.

- No dalej. Mów. - podobała mi się rola tego, który wzbudza strach.
- Pan Ignac wrócił godzinę temu i powiedział, że ksenomanta pana zabił i że zabiera pańskiego konia, żeby sprowadzić pomoc i że weźmie nasze oszczędności, żeby mieć pieniądze na tą pomoc.

Z każdym kolejnym słowem stawałem się coraz bardziej wściekły. Zresztą od początku mi się nie podobał. Zbyt pewny siebie. Niech go tylko dopadnę, to gołymi rękoma...

- Ile wam zabrał?
- Garbas wie... - obejrzał się na drogę, którędy pobiegł sołtys. - ...wiedział dokładnie. Coś koło trzystu srebrników.

Za moimi plecami Lerg przeklął siarczyście, kilkoma epitetami określając Ignaca. Ubiegł także moje kolejne pytanie.

- Gdzie pojechał?
Nasz rozmówca spojrzał niepewnie na trolla, poczym wskazał kierunek na wschód.
- Jest tam jakaś wieś? Ile godzin marszu?
- Pięć godzin. Nazywa się Lisi Ogon.
- Jak narzucimy dobre tępo, to dojdziemy w trzy i pół. - te słowa skierował do mnie. - Musi tam przenocować. Odzyskamy wasze pieniądze. - po tych słowach ruszył w kierunku Lisiego Ogona.
- Szybko! Przynieście mi moje rzeczy! - zakomenderowałem.
- Je też zabrał...
- Uch... to będzie piękna zemsta... - dobiegłem do trolla. Rzucił jakiś czar, który zamienił jego kostur w latarnie. I całe szczęście, bo sam nie miałem nic, prócz torby z jedzeniem na dzień, sakiewki i miecza. Dopiero po dwóch godzinach uświadomiłem sobie, jak wielką głupotę robimy. Dlaczego tak późno? Bo wtedy zaczęła się noc. A nawet za dnia podróżowanie nie należało do najbezpieczniejszych. W dodatku byliśmy sami. Dwa łakome kąski dla wszelakiego paskudztwa, które się pałęta po świecie. Całe szczęście, że do Lisiego Ogona zostało nam tylko półtorej godziny.

Gdzieś z głębokiego lasu dobiegło nas wycie wilków. Przeciągłe, smutne wycie, które trwało pół minuty. Moja gęsia skórka była tak twarda, że można było na niej trzeć ziemniaki. Rozejrzałem się dookoła. Każde drzewo, każdy krzak był potencjalną kryjówką dla najróżniejszych potworów mojej wyobraźni. Mimo że cały dzień byłem na nogach, nie myślałem o zmęczeniu. Zbyt się bałem. Lerg wyczuł mój strach, bo położył mi swoją wielką łapę na ramieniu i powiedział:

- Nie bój się. Strach zabiera część twej duszy. A nie posiadając duszy, po śmierci nie trafisz do lepszego świata. A przecież... - nagle zatrzymał się. Zamrugał szybko oczami i chwycił oburącz swój kostur. A już przestawałem się bać. - Czacha! Raport!
- Wampirołaki... Dwa z lewej, jeden z prawej... Hieee...!
- ? - zapytałem.
- Później! Zajmij się tym z prawej!

Odwróciłem się w momencie, kiedy z krzaków wyskoczyła postać. Była wysokości dorosłego człowieka, ubrana w łachmany i... już była przy mnie. Jej ataki były szybkie, jak ataki kobry. Na szczęście moje uniki były ciut szybsze. Nie zmienia to jednak faktu, że nie miałem nawet czasu wyciągnąć miecza. A kiedy nie możesz atakować, nie możesz wygrać. Pazury napastnika rozdarły mi prawy bok. Następny cios skierował na moje gardło. Odchyliłem się za bardzo do tyłu i wylądowałem na ziemi. Wampirołak skoczył na mnie, a kiedy jego pazury były centymetry od twarzy...

- HIEEEEEEEEE...!!! - zawyła Czacha śląc mojego niedoszłego zabójcę kilka metrów w bok. Spojrzałem na Lerga, który właśnie uratował mi życie i dostrzegłem, że zrobił to, mimo własnych kłopotów. Jeden z napastników uczepił się jego pleców i szarpał szyję. Drugi wgryzał się w nogę.
- Dobij... go... - wysapał, poczym ściągnął tego z pleców. Kiedy tamten starał się podnieść z ziemi, przybił go do niej swym kosturem. - Szybko!

Ruszyłem na wampirołaka, który zaczął się zbierać do kupy. Cios kosturem zmiażdżył mu pół twarzy. Żaden człowiek nie przeżyłby takiego ciosu, troll również miałby kłopoty, ten jednak wydawał się być tylko oszołomionym. Desperacko starał się utrzymać równowagę. Nie dałem mu do tego okazji. Jego głowa poturlała się po ziemi. Zdziwiło mnie, jak mało krwi wytrysło z szyi. Moją kontemplację przerwał krzyk Czachy:

- Rudy... Hieee...! - ten, który był przybity do ziemi, chwycił kostur oburącz i zaczął powoli go wyciągać. Lerg stał do mnie plecami i wpatrywał się w nieruchomego potwora. Wapirołak syczał przeraźliwie, kiedy stanąłem nad nim. Syk nasilił się, kiedy wziąłem zamach. Zamilkł, kiedy odrąbałem mu głowę. Został tylko jeden. Stał w odległości trzech metrów od trolla i wpatrywał się w niego. Podbiegłem i wziąłem zamach, jednakże Czacha mnie powstrzymała.

- Zostaw... Hieee...! - a ponieważ od dłuższego czasu nie wiedziałem co się dzieje i co robić z rękoma, postanowiłem poczekać.

Spojrzałem na trolla. Jego twarz miała kolor źle zmieszanej farby. Ktoś dodał za dużo bieli do jego zieleni. Czarne oczy były zamglone. Nie to jednak było najgorsze. Z jego nosa bez przerwy leciała krew i nie wyglądało to tak, jakby ktoś mu go rozbił. Podjął sobie tylko znany pojedynek z wampirołakiem, który kosztował go wiele zdrowia. Krew zabarwiła jego siwą brodę na czerwono. Spojrzałem na napastnika. Nie wyglądał lepiej. Żółte, wytrzeszczone oczy wbite były w oczy Lerga i co chwila stawały się większe. Krew z jego nosa nie leciała tak mocnym strumieniem, jak z nosa Ksenomanty, ale to właśnie on przegrywał. Niespodziewanie oboje padli na ziemię. Podbiegłem do Lerga, który starał się podnieść na nogi.

- Głowa... Odetnij... - wyszeptał. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że chodzi mu o głowę wampirołaka, a nie jego własną.

Kiedy podszedłem do trolla ponownie, stwierdziłem, że nie żyje. Z początku myślałem, że nie wyczuwam pulsu, bo trolle mają zbyt grubą skórę, ale klaka piersiowa się nie unosiła, a serce nie biło. Wniosek był jeden. Nie mogłem w to uwierzyć. Dzisiaj go poznałem, uratował mi życie, a teraz nie żyje. Chciałem przełknąć ślinę, ale coś utknęło mi w gardle. Tak, ja najtwardszy z najtwardszych byłem bliski płaczu.

- Rudy... Zagadka... Hieee...!
- Co?
- Co mówi Śmierć widząc Lerga...? Hieee...?
- Co? - nic nie rozumiem. Wszystko to zaczyna przypominać jakiś chory koszmar.
- Czuj się jak w domu...! Hieee... Hieee... Hieee...!
- O czym ty...?
- To będzie dobre... Słuchaj... Dlaczego ożywieńcy wściekle atakują Lerga...? Hieee...?
- Zamknij się!!!
- Są zazdrosne! One umarły tylko raz... Hieee... Hieee... Hieee...!
- Czacha! Zagadka! - powiedziałem ruszając w jej kierunku i unosząc miecz. - Ile czaszek na kosturze trzeba, żeby rozpalić ognisko, co!? - nie odezwała się. - Czemu teraz nic nie mówisz, co!?
- Czekam na puentę... Hieee... Hieee... Hieee...! - wściekły przeciąłem ją na dwoje. Połówki spadły na ziemię po przeciwnych bokach kostura.

W ten właśnie sposób pozbyłem się jedynego źródła światła.

Po błyskawicznych kalkulacjach, a mój mózg był wtedy w szczytowej formie, doszedłem do wniosku, że droga do Lisiego Ogona zajmie mi mniej czasu.

Ruszyłem nie oglądając się za siebie. Podróż przez las nie była przeżyciem, które chciałbym kiedyś powtórzyć. Gdzieś po drodze zaczęło padać. Najpierw lekko, ale po kilku minutach marszu zaczęła się prawdziwa ulewa, która szybko przerodziła się w burzę z piorunami i innymi efektami, na które nie miałem ochoty.

W lesie było tak ciemno, że nie widziałem nic, co znajdowało się pięć metrów ode mnie. Jednymi momentami, kiedy mogłem dostrzec coś więcej, były chwile, kiedy niebo przecinała błyskawica. Widok jednak nie napawał mnie otuchą. Wszystkie drzewa, krzaki i cienie przybierały postać przyglądających się mi potworów, które tylko czekały na to, aż się odwrócę. Parłem jednak do przodu i chyba tylko dzięki opiece Pasji nic mi się nie stało. Kiedy po pół godzinie, choć skąd ja to mogłem wiedzieć, wyszedłem z lasu, poczułem siłę owej burzy. W lesie drzewa chroniły mnie przed zacinającym deszczem i silnym wiatrem. Tutaj zostałem wystawiony na najgorsze razy. Uparcie jednak parłem do przodu, od czasu do czasu spoglądając przed siebie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zbaczam z drogi.

Po jakimś czasie dostrzegłem cienie, który mogły być wsią. Kiedy kolejny błysk rozświetlił niebo, potwierdziłem swoje przypuszczenia. Dotarłem do niej po kilkunastu minutach. Od razu rozpoznałem budynek, który był karczmą. W nim jednym paliły się światła. Kiedy podszedłem bliżej, usłyszałem gwar rozmów i śpiewów, który nieśmiało przebijał się przed ryk wiatru i padającego deszczu. Zanim jednak wszedłem do karczmy, postanowiłem upewnić się, czy Ignac jest w okolicy. Nie zapomniałem bowiem o tym kurewskim synu. On był odpowiedzialny za wszystko to, co przydarzyło mi się dzisiejszego dnia, a ja potrafiłem się odwdzięczyć.

Przy karczmie znajdowała się stajnia. Rżenie przestraszonych koni dobiegało mnie z jej wnętrza. Furtka zaskrzypiała, kiedy ją pchnąłem. W środku paliła się niewielka lampka, która rozświetlała ciemności. Wewnątrz było pięć koni. W tym mój. Kiedy zrobiłem krok w jego kierunku, usłyszałem szelest w słomie i zaspany głos:

- Kto tu? - pojawił się młody chłopak, z wychudłą twarzą i sianem we włosach. Ubrany był w płócienną koszulę i spodnie. Przetarł oczy i przyjrzał mi się uważnie. - Czego tu, łachmaniarzu? Wynocha!
"Aż tak źle wyglądam?" Szkoda, że nie miałem lustra. Cóż to się ze mną porobiło? Kiedyś na mój widok mdlały wszystkie panienki w zasięgu wzroku. Teraz byle jaki parobek nazywa mnie łachmaniarzem. Cóż, każdy się musi jakoś rozwijać. Sięgnąłem pod płaszcz i namacałem sakiewkę. Wyszperałem z niej sztukę srebra.
- Powiedz mi mały... Kto przyjechał na tym koniu? - chłopak zręcznie chwycił monetę. Przyjrzał się jej uważnie, poczym diametralnie zmienił swoje nastawienie względem mojej osoby.
- Och, przepraszam bardzo... Nie wiedziałem... Na tym czarnym, pięknym koniu? Jakiś mag. Młody, wysoki i ubrany w kolorową szatę. Nazywał się... chyba...
- Ignac?
- O tak! - żywo pokiwał głową. - Właśnie tak! Ignac... eeee... Nie pamiętam jak dalej...
- Uspokój go - wskazałem na konia - I niech na rano będzie gotowy do drogi.
- Wybiera się pan gdzieś razem z pańskim przyjacielem?
- Ignac to nie mój przyjaciel. - odwróciłem się i ruszyłem w kierunku wyjścia. - I nigdzie się jutro nie wybiera. - za sobą usłyszałem tylko cichy pisk chłopaka.
Ponownie stanąłem przed drzwiami karczmy. Sprawdziłem ekwipunek. Jakimś szczęśliwym trafem, a miałem ich dzisiaj więcej niż w życiu, miałem przy sobie wszystko. Sztylet, miecz, sakiewka i torba podróżna z jedną racją żywności. Nie dużo, ale już niedługo odbiorę resztę.

Otworzyłem drzwi w momencie, kiedy błyskawica przecięła niebo. Sam bym tego lepiej nie zaaranżował. W karczmie od razu zrobiła się cisza. Zamknąłem drzwi. Cicho, ciepło, sucho i przytulnie. Zrzuciłem przemoczony płaszcz na podłogę. Zszedłem po dwóch schodkach i spojrzałem na gości. Oni przyglądali się mi. W większości byli to miejscowi, a przynajmniej na takich wyglądali. Ubrani byli w płócienne koszule i spodnie, a w zaczerwienionych, silnych łapach trzymali kufle z piwem. W kącie dostrzegłem samotną orczycę, z boku dwójkę elfów i jedną ludzką kobietę. Ci raczej nie byli stąd. Podszedłem do typka, którego podejrzewałem o to, że był tu karczmarzem.

- Szukam kogoś...
- Czcigodny panie, nie chcemy tu kłopotów... - wysoki, posiwiały mężczyzna przyglądał mi się ze strachem.
- Nazywa się Ignac i dzisiaj tu przyjechał... - za sobą usłyszałem jakieś poruszenie.
Kiedy się odwróciłem ujrzałem dwóch podchmielonych typków, którzy najwyraźniej szukali kłopotów. Inni, za ich przykładem, również zaczęli podnosić się z miejsc. Wyciągnąłem miecz i dwoma szybkimi cięciami pozbawiłem najbliższego brody.
- Jestem Adeptem! - "okaleczony" pomacał się po twarzy, a kiedy usłyszał moje ostrzeżenie spojrzał na mnie, uniósł ręce do góry i powiedział, chwiejąc się na nogach.
- Aaaa... To co innego... Przepraszam bardzo... Proszę bardzo... - inni również zrezygnowali.
- Gdzie on jest. - wróciłem do rozmowy z karczmarzem.
- Pierwszy pokój po lewej. - powiedział zrezygnowany wskazując na schody. - Ale proszę... nie w mojej karczmie...

Nie słuchając go wszedłem na schody. Drzwi były zamknięte. Zawaliłem w nie pięścią. Odpowiedziała mi cisza. Zawaliłem znowu. Po kilku sekundach usłyszałem za drzwiami szuranie stóp.

- Kto tam, do jasnej cholery? - zawaliłem jeszcze raz.

Usłyszałem odsuwany skobel, drzwi się otworzyły i zobaczyłem zaspaną mordę iluzjonisty. Żeby nie myślał, że jestem w dobrym humorze rozwaliłem mu nos. Padł na kolana, jęcząc coś niezrozumiale i zalewając się krwią. Kopniakiem w bebechy posłałem go na podłogę. Zwinął się w kłębek, a ja wciąż go kopałem. Za konia! Za wieśniaków! Za Lerga! Za Lerga, skurwysynu! I za mnie! Za to, że jestem cały mokry! Za czekające mnie zapalenie płuc! Za...

Nagłe pchnięcie rzuciło mnie na ścianę. Uderzyłem o nią barkiem. Odwróciłem się błyskawicznie, żeby zobaczyć, kto się odważył. Poprzednio widziana orczyca robiła krok nad zwiniętym w kłębek Ignacem. W prawej dłoni trzymała obnażony miecz.

-Czy bicie słabszych sprawia ci przyjemność, gnido? - jej głos przypominał rumor spadającej lawiny.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielką. - powiedziałem wyciągając miecz.

W samą porę jak się okazało. Sparowałem lecący na mnie z góry cios. Był tak silny, że ostrze mało nie wypadło mi z ręki. Złapała dłonią ostrze swojego miecza i zaczęła na mnie napierać. Zrobiłem jedyną słuszną rzecz w takiej sytuacji. Plecy oparłem o ścianę, stopę o jej brzuch i pchnąłem. Poleciała do tyłu, przewracając się o leżącego na ziemi iluzjonistę.

- Nie mieszaj się w to. - powiedziałem, kiedy podnosiła się z ziemi. - To nie twoja sprawa.

Unosząc się leciutko w powietrzu doskoczyła do mnie i cięła mieczem. Sparowałem jej cios, ale czułem, że następnym mnie rozłoży. Byłem zbyt zmęczony. Zbyt zmęczony. Osłaniając się przed kolejnym uderzeniem straciłem miecz. Po prostu uderzyła tak silnie, że wybiła mi go z dłoni. Dla osłody po stracie kopnęła mnie w jądra.

- Uuuuuh... - okazałem swoje niezadowolenie padając na kolana.
- Zobaczysz, jak to jest być bitym. - powiedziała unosząc mnie za poły koszuli i wyrzucając z pokoju. Uderzyłem ciężko o ścianę. Chyba nadeszła pora, żeby się stąd zwijać. Nie miałem dość siły, żeby się podnieść na nogi, ale schody były już blisko. Złapałem pierwszy stopień i zacząłem się podciągać. Wtedy ona wyszła z pokoju i powiedziała. - Biedaczku, nie możesz zejść ze schodów? Pomogę ci. - i zanim zdołałem zaprotestować, dostałem potężnego kopa w żebra, poczym sturlałem się szybko na sam dół. Dosłownie słyszałem, jak łamie się każda z moich kości. Na szczęście nic już nie czułem. Dojrzałem jeszcze podchodzącą do mnie orczycę i zbliżającą się do mojej twarzy stopę. A potem ciemność.

Miałem bardzo dziwny sen. Dziwniejszy nawet od tego z Jaspree. Otóż leżałem związany pod ścianą. Nic nie słyszałem i nic nie czułem. Jedyne co mogłem robić, to patrzeć. Zupełnie jak w najzwyklejszym śnie. Widziałem jak Ignac rozmawia z orczycą i pokazuje na mnie palcem. Widziałem jak wieśniacy przyglądają się mi podejrzanie. Widziałem jak orczyca wyciągnęła sztylet i podeszła do mnie. Widziałem samą Śmierć. Weszła powoli do karczmy przy akompaniamencie błysków zza drzwi. Śmierć miała ponad trzy metry wzrostu, siwą, mokrą brodę sięgającą do pasa i wielki kostur w łapie. Śmierć, która wyglądała tak jak Lerg, wbiła kostur między nogi Ignaca, a następnie zdzieliła go przez łeb. Piękny sen. Aż człowiekowi serce rośnie. Orczyca skoczyła do mojego przyjaciela, a on tylko wyciągnął łapę i ona zwaliła się na ziemię, krzycząc bezgłośnie i zwijając się z bólu. Cudowny sen. Inni rozbiegli się w strachu. Lerg podszedł do mnie. Jego twarz wyglądał na zatroskaną. Dotknął swoją zieloną łapą mojej twarzy i ja to poczułem! A był to najcudowniejszy dotyk, jakiego w życiu uświadczyłem. Uśmiechnąłem się i zamknąłem oczy.

Na górę strony