| Kącik tolkienowski |
Opowieści z Ardy: Czarodziej z doliny |
2803 rok III Ery - A więc przyszedłeś... - powiedział do siebie patrząc na ślady krwi gęsto znaczące przyprószoną pierwszym śniegiem trawę. - Wiedziałem, że kiedyś przyjdziesz, ale szkoda, że to już teraz. Pochylił się by przyjrzeć się dokładniej śladom stóp widniejącym na grząskim podłożu. W jednym z nich zebrało się trochę krwi - znak, że ranny przystanął tu na chwilę. - Przecież ty ledwo żyjesz... - szepnął. Przyspieszył kroku. Ślady były coraz świeższe i po chwili dało się słyszeć ciężki oddech rannego. Zaczął padać lekki śnieg i robiło się coraz zimniej. Kończący się właśnie październik wydawał z siebie ostatnie, mroźne tchnienie. Powoli zapadał mrok. Zobaczył go opartego o pień strzelistej sosny, trzymającego się za prawą pierś. Po dłoni spływała mu krew. Miał zamknięte oczy i dyszał głośno. Życie uchodziło z niego powoli, ale nieprzerwanie. Każdy inny leżałby już w śniegu bez ducha, ale ten nie był jak każdy. - Witaj, rycerzu - powiedział podchodząc bliżej do rannego. - źle wyglądasz. Umierający otworzył oczy. Uśmiechnął się blado i rzekł:
- Śmierć może czasem stanowić wybawienie od problemów świata. Ranny nie odpowiedział. Zamknął oczy i tylko lekko unosząca się pierś zdradzała, że jeszcze żyje. Zielarz wziął go pod ramię i poprowadził małą ścieżynką w górę. Co pewien czas dawał mu do wypicia łyk jakiegoś dziwnego napoju, który jakoś ciągle trzymał rycerza na nogach. Szli dość długo, śnieg przestał padać i zapadła noc. Posuwali się bardzo powoli, aż wreszcie dotarli na przełęcz Denimbered. Dalej ludzie z okolicznych krain nie śmieli chodzić. Kilku śmiałków, którzy próbowali, nikt już potem nie widział. - Nie zdołamy dziś dotrzeć do mej chatki - przerwał ciszę zielarz. - Musimy znaleźć inne schronienie na noc. Wielka jest moc Murivoru, ale nawet ten elfi trunek nie utrzyma cię już długo na nogach. W pobliżu jest mała jaskinia, tam przenocujemy.
Rycerz stracił przytomność niemal natychmiast. Rana nie broczyła już krwią, ale była duża i sięgała głęboko. Zielarz patrzył na nią długo zastanawiając się, co robić dalej. Małe ognisko, które rozpalił z odłożonego wcześniej w grocie chrustu, chroniło ich przed zimnem nocy. Nie widział sensu w wypalaniu rany - zioła, którymi ją natarł, dezynfekowały nie gorzej, a nie niszczyły tkanki. W małym, metalowym kubku zrobił ciepły wywar z intensywnie pachnących dużych liści i przygotował okład. Raz jeszcze przypatrzył się rycerzowi - wyglądało na to, że wyciągnął sobie strzałę z piersi. Gdyby przebiła płuco, byłoby po tobie, pomyślał. Jednak na szczęście nie weszła tak głęboko. Nałożył opatrunek i również położył się spać. Nie przewidywał już tej nocy kłopotów, a bardzo rzadko mylił się w swych przewidywaniach...
Kłopoty rzeczywiście nadeszły dopiero rano. A może lepiej byłoby powiedzieć, że odeszły, bo gdy zielarz wstał, rycerza nie było w grocie. Zielarz wziął torbę na ramię i szybkim krokiem wyszedł z jaskini. Nie wiedział, gdzie poszedł jego pacjent, ale wiedział, że może być w niebezpieczeństwie. Nie powinien był sam wychodzić na Denimbered. Ranek był słoneczny, chociaż dość mroźny. Pokrywa śnieżna była na razie niewielka i chodzenie po niej nie sprawiało trudności. Bez problemów wypatrzył ślady człowieka - na szczęście dość świeże. Szybko podążył za nimi. Ślady prowadziły za przełęcz, do Doliny Wiecznego Mrozu. Rycerz powinien był wiedzieć, że z Doliny się nie wraca. Nie powinien był tam pójść. Dostrzegł go kilkadziesiąt kroków przed sobą, idącego powoli między skarlałymi drzewami. Zauważył jeszcze kogoś. W ostatniej chwili. - Stój! - krzyknął. Rycerz obrócił się gwałtownie i syknął z bólu. Elf opuścił łuk. Nie strzelił.
- Chcesz zginąć?! - krzyknął zielarz podchodząc do zaskoczonego rycerza. - Ledwo, co wyszedłeś z opresji i znów chcesz mieć strzałę w piersi?! Strzeż się, bo tym razem byłaby to lewa pierś. Zza pobliskich zarośli wyszedł wysoki, ubrany w szary płaszcz elf. Twarz miał surową, naznaczoną dużą blizną na lewym policzku. W ręku trzymał długi łuk a na plecach miał kołczan pełen śmiercionośnych strzał. Nie odezwał się, tylko stanął obok nich i wbił wzrok w rycerza. Ten poczuł się nieco zakłopotany.
- Nie wiedziałem, że żyją tu elfowie... - zaczął niepewnie. Spojrzał na elfa i dodał:
- To jest Rou'velle, elf z Doliny. Obyczaj każe, byś i ty się przedstawił. Elf pozostał niewzruszony. - Chodźmy już. Nie pora teraz na pogawędki - rzucił zielarz. Lavarre popatrzył na niego i skinął głową. Ruszyli w dół Doliny, lecz Rou'velle pozostał na przełęczy. Patrzył jeszcze chwilę za odchodzącymi postaciami i wrócił do swej kryjówki w zaroślach.
Chatka zielarza była mała, acz przytulna. Wesoło połyskujący w kominku ogień rozgrzewał nie tylko ciała, ale i duchy będących w środku osób. Za oknem lekko prószył śnieg, co w Dolinie było zjawiskiem zupełnie normalnym. Słońce prześwitywało czasem zza chmur zaznaczając swoją obecność grą promieni w lekko rzeźbionych szybach okien. Lavarre siedział w miękkim fotelu i pykał fajkę. Zielarz krzątał się wokół. Był starszy od rycerza, włosy miał już poszarzałe, a na ramionach brunatno-szary płaszcz.
- Muszę wyruszać. Zbyt długo już tu siedzę -zaczął Lavarre. Lavarre uśmiechnął się.
- Dziękuję ci - rzekł. - Za wszystko. Możesz być pewien, że nikt nie dowie się, co naprawdę skrywa Dolina Wiecznego Mrozu. Powtórz to Rou'velle, niech zachowa w pamięci mój obraz jako przyjaciela, a nie niedoszłej ofiary. Lavarre uśmiechnął się. Raz jeszcze rozejrzał się po izbie i wyszedł. Na zewnątrz, pod daszkiem na drewno, leżał jego miecz oraz dary elfów. Wokół panowała cisza, nie było widać żywego ducha, lecz rycerz wiedział, że go obserwują. Cieszył się, że nie po to, by wybrać najlepszy moment do śmiertelnego strzału. |