Spis treści Fantasy

Earthdawn


Glabro

Jaspree (1/3)

Z jaskini tak ciemnej jak bezksiężycowa noc wyszedł najbardziej paskudny stwór, jakiego na oczy widziałem.

- To horror. - wyszeptał za mną Gelt, nasz drużynowy ksenomanta. Zrobił to tak cicho, że ledwo go usłyszałem, ale byłem mu za to wdzięczny.

Stwór przypominał obdartego ze skóry psa, wielkości krowy. Miał sześć "zwykłych" łap, a z jego boków wyrastało kolejne sześć, zakończone ostrzami. Nogi trzęsły mi się ze strachu, jak małemu dziecku na widok grzmotorożca. Skuliłem się jeszcze bardziej, tak bardzo że horror nie miał prawa zobaczyć mnie z miejsca, w którym stał.

- Horn, nie masz się co chować. - znowu powiedział Gelt. - On już wie, że tu jesteśmy. Tylko udaje.
- To co robimy? - zabzyczał mi nad uchem Bzyk.
- To co każdy szanujący się adept robi w takiej sytuacji... Natychmiastowy odwrót! - to rzekłszy ksenomanta rzucił się do ucieczki. Bzyka też nie należało namawiać. Zostałem sam w krzakach. Spojrzałem na horrora, a ten był już tylko pięć metrów ode mnie i biegł tak szybko, że miałem czas tylko na wyciągnięcie miecza i skierowanie ostrzem przed siebie.

Horror wskoczył w krzaki, w których miałem swą kryjówkę i nadział się na moją broń. Ostrze wbiło mu się prosto w czaszkę i weszło aż po nasadę. Stwór z pełną prędkością wpadł na mnie. Ja tylko przeleciałem kilka metrów w powietrzu i uderzyłem w drzewo. Opanowała mnie błoga ciemność.

HORN... HORN...
Otworzyłem oczy. Znajdowałem się na wielkiej równinie, która od horyzontu po horyzont porośnięta była najbardziej kolorowymi kwiatami, jakie widziałem w życiu. Ich zapach był tak przyjemny, że miałem ochotę zamknąć oczy, położyć się pośród nich i zasnąć.
HORN... HORN...
Chciałem spojrzeć w kierunku, z którego dochodził głos, ale on dochodził zewsząd. Miałem wrażenie, że wołam mnie każdy z kwiatów, każde ze źdźbeł trawy. Cały świat.
- Mów. Słucham cię... - mój głos zabrzmiał tak cicho w porównaniu z tym, który mnie wołał, że pewnie mnie nie usłyszał. - Mów! Słucham cię!!
HORN... NIE MUSISZ KRZYCZEĆ... WYSTARCZY MI TWÓJ SZEPT... TWOJA MYŚL... POTRZEBUJE TWOJEJ POMOCY HORN...
- Co mam zrobić? Kim jesteś?
JASPREE... POMI... WSTAŃ Z KOLAN HORN I PRZESTAŃ BIĆ POKŁONY...
- Niegodnym, niegodnym. - wstałem, cały czas się kłaniając. Wielka Pasja potrzebował pomocy od takiego słabeusza jak ja.
NIE JESTEŚ SŁABEUSZEM HORN... ZABIŁEŚ HORRORA... A TERAZ SŁUCHAJ UWAŻNIE... JEDNA Z MOICH ŚWIĽTYŃ W OKOLICACH URUPY JEST NĘKANA PRZEZ HORRORA... POTRZEBUJE TAKIEGO ŚMIAŁKA JAK TY... MUSISZ GO UNICESTWIĆ... ZRÓB TO, A NAGRODA CIĘ NIE MINIE...
- Możesz na mnie liczyć. Mam tylko jedno pytanie. Dlaczego wybrałeś na swego wybawcę mieszkańca Iopos? Przecież stąd do Urupy jest kawał drogi. Cała Barsawia...
TO PROSTE, HORN... WSZYSCY INNI BYLI NA TYLE MĽDRZY, ŻE ODMÓWILI...
- Aha... - zastanowiłem się chwilę nad słowami Pasji. - Kiedy mam wyruszyć?
JAK TYLKO ODZYSKASZ PRZYTOMNOŚĆ, HORN... CZYLI TERAZ...

Poczułem jak ktoś uderza mnie w twarz. Otworzyłem oczy i zobaczyłem uśmiechniętą wietrzniacką mordę. Sądząc po niej wywnioskowałem, że bicie mnie sprawiało Bzykowi przyjemność. Zamierzył się jeszcze raz, na co ja zareagowałem odruchowo i jednym ciosem posłałem kurdupla w krzaki. Z trudem podniosłem się na nogi. W tym samym momencie z krzaków wyleciał Bzyk, trzymając się za rozwalony nos.

- Za co? - wypiszczał.
- Za jajco! - odpowiedziałem. Pomacałem obolałą twarz. Wietrzniak chyba miał niezły ubaw "cucąc" mnie. Nigdy go nie lubiłem, on zresztą mnie również. - Gdzie Gelt?
- Przy horrorze. - Bzyk najpierw spojrzał na ręce poplamione jego krwią, a potem z wyrzutem na mnie. - Czy bicie mniejszych sprawia ci przyjemność?
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielką. - odwróciłem się do niego i skierowałem do Gelta. Z nim też musiałem porozmawiać. - Ty głupi elfie! - odwrócił się do mnie zdziwiony. - Mało przez ciebie nie zginęliśmy.
- Aj tam zaraz. Spójrz na to z innej strony. Dzięki mnie zabiłeś horrora. - posłał mi uśmiech, który jednoznacznie świadczył, że powinienem mu podziękować. Już ja mu podziękuję.
- Na Pasje!!! Horror jeszcze żyje!!! - zakrzyknąłem.

Ksenomanta zachował się tak, jak każdy "szanujący" się adept. Nie spoglądając za siebie rzucił się do panicznej ucieczki. Mało mnie nie stratował, kiedy przebiegł obok. Zadziwiłem się, widząc z jaką zręcznością wymijał drzewa. Krzaki też nie stanowiły dla niego kłopotów.

- Szybciej Gelt!!! Już prawie cię ma!!! - i choć wyda się to niemożliwe, zdołał jeszcze przyspieszyć. Jak na uczonego miał niezłą kondycje... Zwłaszcza jeżeli chodzi o ucieczki.

Podszedłem do cielska horrora i wyciągnąłem swój miecz z jego czaszki. Nie ma co. Dziś ktoś nade mną czuwał. Jednak dla pewności odciąłem horrorowi głowę. Wytarłem miecz o trawę i schowałem go do pochwy na plecach.

- Czekamy na Gelta, czy wchodzimy bez niego? - zapytał Bzyk kiwając głową w kierunku wejścia do jaskini.
- Na mnie nie licz. - zacząłem podnosić swoje porozrzucane rzeczy. - Muszę dostać się do Urupy.
- Gdzie?!? - głos krzyczącego wietrzniaka jest bardzo denerwujący. - Do Urupy? Chyba niepotrzebnie biłem cię w twarz. Mózg ci uszkodziłem. - Bzyk spojrzał z dumą na swoje pięści wielkości mojego oka.
- Nie pochlebiaj sobie. Tymi piąstkami z trudem muchę byś uszkodzić.
- Twój mózg ma podobną wielkość, więc i to byłoby możliwe. - wietrzniak uśmiechnął się triumfalnie. - A po co chcesz do Urupy?
- Właśnie dowcipnisiu. - zza krzaków wyszedł Gelt. - Po co chcesz iść do Urupy?
- Gelt!!! Za tobą!!! - wiem, jestem brutalny. Tym razem jednak elf wykazał się przytomnością umysłu i po około dwudziestu metrach zaświtało mu w tym pustym łbie, że znowu żartuje.
- Bardzo śmieszne... Bardzo, w mordę, śmieszne... - ciężko sapał. Chyba mnie nienawidził. - Więc po co?
- Jaspree mi się objawiła i powiedziała, że muszę jej pomóc. - wypiąłem dumnie pierś. W odpowiedzi Gelt spojrzał na wietrzniaka.
- Znowu biłeś go w głowę?
- Jakie znowu...? Horn, nie słuchaj tego pustego ksenomanty... Dzisiaj był pierwszy raz... Przysięgam.

Pomacałem się po głowie, gdzie znajdowało się kilka starych guzów, które pojawiały się nie wiadomo skąd po przespanych nocach. "Z kim ja się zadaję?" pokręciłem z niedowierzaniem głową.

- Żegnajcie popaprańcy. - odwróciłem się i zacząłem iść w kierunku głównego traktu do Sawomanki, najbliższego portu na Wężowej. - Życzę wam dużo szczęścia w kaerze.

I w ten sposób pozbyłem się moich towarzyszy. Największej pomyłki w moim życiu. Zostali tam przed wejściem do kaeru, patrząc jak odchodzi jedyny, który potrafił ich obronić. Chyba dopiero wtedy mnie docenili.

Dojście do Sawomanki zajęło mi dwa dni. Od razu udałem się do karczmy "Wężowa". Znajdowała się ona blisko portu i pewnie dlatego znaczną część klienteli stanowiły jaszczurki. Rozejrzałem się uważnie dookoła i dostrzegłem tego, kogo szukałem. Siedziała w otoczeniu kilku innych t'skrangów i zajadała jakąś rybę. Podobnie jej towarzysze. Zwróciła na mnie uwagę dopiero w chwili, kiedy przemówiłem.

- Pani kapitan. Jak zdrowie? - jej towarzysze obserwowali mnie z nieufnością, ona jednak rozpoznała mnie po mojej przeraźliwie rudej czuprynie. Przerwała przeżuwanie i uśmiechnęła się, odsłaniając rząd ostrych jak szpilki zębów.
- Horn. Masz dla mnie pieniądze? - ja również się uśmiechnąłem.
- A gdzieżby tam znowu. Pani kapitan wie, że pieniądze się mnie nie trzymają. Mam prośbę...
- I właśnie za to cię kocham, Horn. Za twoją otwartość. Wisisz mi taką kupę srebra, że inny dawca na twoim miejscu chowałby się przez kilka tygodni. Ale nie ty. Ty masz czelność... - jej głos stawał się coraz bardziej... agresywny. Chyba źle ją oceniłem. Może aż tak bardzo mnie nie lubi. - ...stanąć przede mną i z uśmiechem powiedzieć, że nie masz pieniędzy. Jeszcze masz prośbę?
- Aha... Potrzebny mi transport do... - przerwał mi krzyk pani kapitan.
- Brać drania! - siedzące obok niej t'skrangi tylko na to czekały. Błysnęła stal. Sama pani kapitan również podniosłą się na nogi. Szybkim ruchem wyciągnęła swój rapier i wskoczyła na stół. Bez trudu odparowałem jej cios, ale w chwili kiedy ja chciałem uderzyć, jeden z jej kompanów powalił mnie na ziemie, podcinając nogi swym ogonem. Miecz wypadł mi z ręki. Byłem bez broni, ale wciąż mogłem mówić.
- Śmierdzące tchórzliwe jaszczurki! - na chwile się zawahali, co dało mi możliwość dalszych wyzwisk. - Patrzcie jacy dzielni! W pięciu na jednego. Co z waszym jik'harra? - w karczmie zapadła przerażająca cisza. Główna jaszczurka, tak zwana pani kapitan, zmieszała się. Wiedziałem, że ugodziłem w czuły punkt. Odwaga to najważniejsza sprawa u t'skrangów, a na pewno nie świadczyło o niej atakowanie jednego człowieka w piątkę. - Chcesz mojej krwi? W takim wypadku wyzywam cię na pojedynek. Jeżeli wygram darujesz mi dług i przetransportujesz do Urupy...

- A jeżeli nie? - pani kapitan zeskoczyła ze stołu i ruchem ręki kazała swoim towarzyszą odstąpić.
- Ty zadecydujesz. Umowa stoi? - w odpowiedzi Vesta, bo takie było jej imię, uśmiechnęła się i przytaknęła.

"Ślicznie się wpakowałem." Nie znałem się na ich torturach, ale na pewno mnie z nimi zapoznają. O ile przegram. Podniosłem swój miecz i ruchem ręki pokazałem, że puszczam ją przodem. Drugą ręką podniosłem trochę sera z talerza jednego z gości "Wężowej". W walce z fechmistrzem, ser, zaraz po mieczu, był najlepszą bronią. Wyszliśmy na zewnątrz. Za nami reszta gości. Utworzyli krąg w którego centrum byliśmy my.

- Walczymy do pierwszej krwi? - zapytałem, choć i tak wiedziałem, że się zgodzi.

Kiedy przytakiwała, powiedziała coś. Sądząc po zjadliwym uśmiechu jej, jak również jej kompanów, którzy stali w tej chwili kilka metrów za nią, wywnioskowałem, że mnie obraziła. Nie widząc żadnej reakcji z mojej strony zmieszała się trochę i znowu coś powiedziała. Na nieszczęście dla niej, w tej chwili byłem kompletnie głuchy. Ser doskonale wywiązywał się ze swego zadania. Wciąż jednak mogłem mówić.

- Pani kapitan. Cóż za odzywka. No, no, no... Patrząc na panią, nie spodziewałem się takiego ciętego dowcipu - kiedy zobaczyłem nienawiść w jej oczach, moje serce zaśpiewało. To będzie prostsze niż myślałem. Znowu coś powiedziała. Jestem pewien, że gdybym usłyszał tę obelgę, nie stałbym tak spokojnie. Uśmiechnąłem się i kręcąc z dezaprobatą głową posłałem swoją ripostę. - Och, pani kapitan. To było już gorsze. Moja babcia miała bardziej cięty język. - wściekłość znowu zatańczyła na jej gadziej twarzy. Tym razem pozbyła się tego grymasu z dużo większym trudem niż poprzednio.

Wciąż jednak nie walczyliśmy. Pani kapitan nawet się na mnie nie zamierzyła swym rapierem. Dlatego tak bardzo lubiłem pojedynkować się z fechmistrzami. Pierwsze kilka minut to tylko wyzywanie się i krążenie wokół przeciwnika, a dopiero gdy ktoś da się sprowokować, pojedynek zaczyna się na poważnie i przeważnie chwile potem kończy. Sam jestem fechmistrzem i dlatego dobrze wiedziałem, jak z takimi wygrywać. Kolejna odzywka. Tym razem musiało to być coś poważnego, bo stojący za nią dawcy otworzyli ze zdziwienia usta. T'skrangi tylko przyklasnęły. Pewnie znowu coś o moich włosach. Każdy się ich czepiał.

- Pani kapitan lepiej użyje miecza. - przygotowałem się do odparowania kilku agresywnych ataków. - Językiem mnie nie zranisz. Jest równie tępy, co ty... - chamskie uwagi są najlepsze. Żadne tam wysublimowane bzdury. Po prostu walisz prosto z mostu, że przeciwnik jest głupi, zwłaszcza jeżeli jest to inny fechmistrz, i już masz walkę.

Odparowałem jeden atak, uniknąłem drugiego, przeskoczyłem nad ogonem i ciąłem w odsłonięty bok. Miecz nie wszedł głęboko, wystarczyło jednak, żeby polała się krew. Pierwsza krew. Odskoczyłem na kilka kroków, aby dać Veście ochłonąć.

Podniosła się na nogi, spojrzał na ranę, potem na mnie i coś powiedziała. Wyciągnąłem ser z uszu i powiedziałem.

- Możesz powtórzyć. Nic nie słyszałem. - wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, widząc niedowierzanie na jej twarzy. Po chwili pani kapitan zaniosła się śmiechem. Schowała rapier i podeszła do mnie.
- Zapomniałam, jaki z ciebie cwaniak, Horn. Mogłam się domyślić, kiedy nie zareagowałeś na obelgi pod kierunkiem twojej fryzury.
- Od moich włosów pani kapitan nich się odczepi! Mieliśmy umowę. Co z nią?
- Cóż mogę powiedzieć. - weszliśmy z powrotem do karczmy, która znowu wypełniła się gośćmi. Posadziła zielony tyłek na swoim poprzednim miejscu i ruchem ręki pokazała, gdzie ja mam umiejscowić swój. Kiedy to zrobiłem, kontynuowała. - Wygrałeś w uczciwej... - mówiąc te słowa uśmiechnęła się. - ...walce. Daruję ci twój dług.
- A co z transportem? W umowie był też transport. - przez chwile obawiałem się, że Vesta chce się wykręcić.
- Transport też ci załatwię... Ale tylko do Thoralu.
- Ej, miało być do Urupy.
- Tak daleko nie pływam. - wróciła do jedzenia swojej ryby, a zacząłem się zastanawiać nad tym, jak wybrnąć z tej sytuacji. Musiałem szybko dostać się do Urupy. Jaspree potrzebowała mojej pomocy. "Może gdybym jej powiedział... Nie. Pomyśli, że jestem pomylony, tak samo jak pomyśleli o mnie Bzyk i Gelt."
- Słuchaj, mam misje od Jaspree. - spojrzała na mnie zdziwiona. - Kiedy dwa dni temu zabiłem horrora, miałem wizję... - zdziwienie w jej oczach zajął śmiech. Jej kompani, którzy tylko się przysłuchiwali, już chichotali. Kto widział chichoczącego t'skranga, wie jak głupio to wygląda. Ci, którzy nie widzieli, niech żałują.
- Horn, to my jesteśmy t'skrangi. To my słyniemy z przechwałek. - kiedy to powiedziała, wiedziałem, że nic mi nie da mówienie o potrzebującej mojej pomocy Pasji.
- Dobra, jak daleko pływasz?
- Gdzie ci się tak spieszy, Rudzielcu? - słysząc to stare przezwisko szczęki samoistnie się zacisnęły. Nie mogłem dać się sprowokować. Potrzebowałem Vesty i jej statku. Muszę to przeczekać. Jaszczurka wstała i zakrzyknęła. - Hej, słyszeliście? Horn dwa dni temu pokonał horrora. - cała sala zaniosła się śmiechem.

T'skrangi, które siedziały z nami przy stoliku, śmiały się najgłośniej. Spojrzałem na tą piątkę spode łba. Nie zasłużyli na uczestniczenie w mojej świętej misji. Należy ich olać. Nie są godni. Jednak Vesta jeszcze ze mną nie skończyła. - A iloma ciosami pokonałeś tego horrora, Rudzielcu?

- Tak jak ciebie. Jednym. - odszedłem zostawiając ją i jej chłoptasiów.

Kiedy byłem już na zewnątrz, przyspieszyłem kroku. Sakiewka Vesty ciążyła mi w kieszeni. Skierowałem swe kroki do drugiej karczmy w Sawomanki.

"Złoty smok". Nazwa sugerowała lokal o wysokim standardzie. Z zewnątrz też nie wyglądał najgorzej. Szyld był dobrej roboty. Pozłacany smok na niebieskim tle. Jednak zaraz po wejściu do środka uderzał smród potu i alkoholu. Jeżeli chciałeś się uchlać, to nie było lepszego miejsca w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Karczmarz, stary ork imieniem Złamany Kieł, posiadał każdy znany dawcom trunek, a jeśli nie, to potrafił zmieszać piwo z winem w takich proporcjach, że zaraz go otrzymywał. Niebywały talent.

Kiedy zobaczył moją rdzawą czuprynkę wykrzywił gębę w grymasie uśmiechu i pomachał łapą.

- Któż to zaszczycił moje skromne progi? Toż to sam Horn Kredo. - na to gorące powitanie kilka łbów podniosło się znad kufli z jakimiś sikaczami, ale nie widząc nic ciekawego, wróciło do picia. - Co cię sprowadza synek? - mój ojciec był dobrym przyjacielem Złamanego Kła. Od czasu jego śmierci, ork był dla mnie jak ojciec. - Nie często mnie odwiedzasz.
- Wiesz jak jest. Za młodu sam szukałeś przygód.
- Za młodu? Za młodu!? Mówisz, że jestem stary? Jakbym chciał, to jednym ciosem bym cię rozłożył.
- Wiem, wujek. - kazał tak do siebie mówić. - Nie znam lepszego wojownika od ciebie. Czy to prawda, co ojciec mówił, że kiedyś zraniłeś horrora? - ork wypiął dumnie pierś. Każde pytanie o horrora, którego spotkał w latach swej świetności, pieściło go lepiej niż najlepsza dziwka w mieście.
- Nooo... to nic takiego. Zresztą był ze mną twój ojciec i bardzo mi pomógł. Jeżeli masz czas, to opowiem ci całą historię. Chcesz?
- Niestety nie mam czasu. - wolałem przerwać mu zanim zaczął, bo potem mógłbym mieć z tym kłopoty. Historię tą słyszałem już z setkę razy i za każdym horror był jeszcze większy i niebezpieczniejszy. - Muszę szybko dostać się do Urupy.
- Gdzie? - Złamany Kieł znał się na wojaczce, na niczym innym. - Czy to gdzieś koło Jerris?
- Eeee... Nie... Trochę dalej. - lepiej żeby nie wiedział jak bardzo. - Chce kupić konia.
- Koń się znajdzie. A co... - przerwał kiedy zobaczył, jak nurkuje pod bar. - Co robisz?
- Nie ma mnie tu. - wyszeptałem i zacząłem się modlić.
Głos Vesty rozległ się tuż nade mną. Oddzielał mnie od niej tylko blat baru. Szybko mnie znalazła.
- Szukam pewnego człowieka. Nazywa się Horn Kredo, rude włosy, wysoki... Ubrany w brązowy, brudny płaszcz. - spojrzałem na swoje odzienie. Rzeczywiście, przydałoby mu się pranie. Może później. - Wiesz gdzie mogę go znaleźć?
- Nie.
- Naprawdę? - spojrzałem do góry w chwili, kiedy Vesta przykładała swój rapier do gardła Złamanego Kła.
Uśmiechnąłem się, wiedząc, co zaraz się zdarzy. - Ktoś mi powiedział, że... - przerwał jej jeden z t'skrangów.
- Pani kapitan... Kłopoty...

Klienci "Złotego smoka" to największe męty, jakie można spotkać w tych okolicach. Najlepszy z nich oddałby własną matkę za parę srebrników. Strach pomyśleć co zrobiłby najgorszy... Mieli jednak jedną cudowną cechę. Uwielbiali wszelkiego typu burdy. Dzień bez rozwalonego łaba, to miesiąc stracony. Kiedy więc pani kapitan wyciągnęła swój rapier, usłyszałem tylko rumor odsuwanych ław i kroki. W wyobraźni zobaczyłem, jak pijusy otaczają Vestę i jej podwładnych. Widziałem jak t'skrangi wyciągają swoją broń z nadzieją, że zniechęcą w ten sposób napastników. Może by im się udało gdyby nie Złamany Kieł, który powiedział.

- Beczka piwa dla tego, kto przyniesie mi rapier jaszczurki. - na te słowa z gardeł kilkunastu klientów wydobył się wrzask tak donośny, jak okrzyk bojowy najznamienitszych powietrznych łupieżców. Tyle że bardziej pijański.

Karczma zatrzęsła się w posadach. Wszystko co nie było przymocowane do podłogi zaczęło latać. Złamany Kieł również wszedł pod bar i szczerząc wszystkie kły (razem z tym złamanym) zaczął opowiadać mi, jak rozwija się sytuacja. Ilu jest naszych, jaką obraliśmy strategię, jak oceniane są nasze szansę. W końcu nie wytrzymałem i wyskoczyłem zza baru, żeby dojrzeć choćby koniec bójki. "O Pasje." Pomyślałem z niedowierzaniem. "Jeżeli mielibyśmy takich dzielnych żołnierzy, jak tych pijusów, to zawojowalibyśmy całą Therę." Na moich oczach jeden osiłek jednym ciosem kufla posłał dwie jaszczurki parę metrów w tył. Inny dopadł ławę i wywijając nią nad głową ruszył na panią kapitan. Nie wróżyłbym jej długiego życia, gdyby nie jeden z jej marynarzy, który zasłonił ją własnym ciałem. Biedaczek. Muszę jednak przyznać, że pani kapitan jest dobrym strategiem i widząc co się dzieje rzuciła swój rapier w kąt i zakrzyknęła "K'gitros! K'gitros!" Każdy uczony przetłumaczyłby te słowa na "Odwrót! Odwrót!" Ja jednak, wnioskując po natężeniu głosu, a także rozwijającej się sytuacji, powiedziałbym raczej, że słowa te znaczą "Spierdalać! Spierdalać!" I tyle było widać "dzielnych" t'skrangów. Obraz po bitwie był przerażający. Mieliśmy wielu, którzy ponieśli rany od jaszczurzych rapierów. Na podłodze wiele było purpurowych plam. Piwo wymieszane z krwią. Kilku, którzy zdolni byli jeszcze do poruszania się, zaczęło szukać rapierów. Zauważyłem również jednego t'skranga, tego który dostał ławą. Cios zgruchotał mu żebra. Starał się podnieść z ziemi i kiedy wreszcie mu się to udało, jeden z pijusów podszedł do niego z ciężką, drewnianą ławą i zamachnął się.

- NIE! - krzyknęliśmy razem z "wujem". Ława zawisłą w powietrzu. Człowiek spojrzał na nas i chyba zrozumiał, że jeżeli zabije jaszczura, to będzie musiał szukać miejsca do picia gdzie indziej. Podszedłem do t'skranga. Żal mi się go zrobiło. Ledwo oddychał. Objąłem go w pasie, jedną z jego łap przerzuciłem sobie przez szyję i ruszyliśmy w kierunku drzwi. Przy każdym kroku cicho jęczał.

W środku karczmy jest taka duchota, że kiedy wychodzi się na zewnątrz mogą pojawiać się zawroty głowy. Mi to nie groziło, ponieważ byłem uodporniony, ale osłabiony t'skrang o mało co nie zemdlał w moich ramionach. Kilkanaście metrów przed nami dostrzegłem Vestę i jej podwładnych. Tylko ona nie miała żadnych widocznych ran. Podeszli do mnie. T'skrang, którego wyniosłem z karczmy, chyba dopiero teraz uwierzył, że jest uratowany. Mógłbym przysiąc, że widziałem łzy w jego gadzich oczach.

- Upadło ci podczas walki. - powiedziałem, rzucając w kierunku Vesty jej sakiewkę. Nie pytajcie, dlaczego to zrobiłem. Może miałem jeden z tych dni. Dzień dobroci dla t'skrangów.
- Dziękuję. - powiedziała chwytając sakiewkę w locie, ale wiedziałem, że nie chodzi jej o pieniądze. Odwróciła się i ruszyła w kierunku "Wężowej".

Wróciłem do środka. Powoli wszystko wracało do "normy". Jakiś mały ludzki chłopak uwijał się ze szmatą i ścierał co większe plamy piwa i krwi. Pijusy podnosili poprzewracane ławy i znowu wracali do swych codziennych obowiązków. Podszedłem do Złamanego Kła, który był wesół jak nigdy.

- Jak tam, synek? Niezła bójka, co? - ja miałem wyrzuty sumienia. Mieliśmy szczęście, że nikt nie zginął. - Co taki smutny?
- Muszę się dostać do Urupy, a nie mam pieniędzy...
- Też mi nowość. Ty nigdy nie masz pieniędzy. - po chwili zastanowienia powiedział - Pomogę ci, synek. - sięgnął pod bar i wyciągnął cztery rapiery. - Sporo mnie kosztowały, ale co tam. Musisz do Urupy? Sprzedaj te cacka i kup konia. Idź do Zarisa, on da za nie najlepszą cenę. Tylko nie daj się oszukać. - podstawił mi pod nos rapier pani kapitan. - Za to cudo możesz dostać i z trzysta.
- Jeśli nie więcej...
- Właśnie. Potem idź do Korta. Znasz Korta? Mieszka na Bagiennej. Powiedz, że ja cię przysłałem, to cię nie oszuka. Kup u niego konia... Aha, nie pytaj się go, skąd je bierze, bo cię wyrzuci. A potem... Potem to już sam decyduj, synek.
- Dzięki za pomoc. Żegnaj. Wrócę za jakiś czas. - podałem moją kościstą dłoń Złamanemu Kłowi. Uścisnął ją, jak zwykle, za mocno. Podniosłem rapiery i ruszyłem do Zarisa.

Rankiem padał deszcz. Niby nic wielkiego, ale po godzinie jazdy byłem przemoczony do suchej nitki. Koń, którego sprzedał mi Kort, był znakomity. Nie znam się na tych zwierzętach, ale miałem pewność, że podróż na jego grzbiecie minie dużo szybciej, niż na jakiejś szkapie. Co prawda minęła by jeszcze szybciej, gdybym umiał na nim jeździć, ale nie narzekałem. Siodło miałem wyściełane futrem, więc nie powinienem nabawić się odcisków na moim wychudzonym dupsku.

Po tym, jak załatwiłem sprawę z Kortem, resztę wieczoru spędziłem u znajomego uczonego (pijus z niego nie gorszy, niż klienci Złamanego Kła) i razem z nim szukaliśmy najszybszej trasy. Wyniki były przerażające. Dopiero deszcz złagodził skutki nocnej libacji. Należy dziękować Pasją za to, że dzisiaj rano byłem w stanie wstać. Z urywków jakie pamiętam, Nazon doradzał mi, żebym udał się najpierw do Kratas, następnie skrajem Sewros do jeziora Ban... A potem pamiętam tylko... Zdaje się, że w środku nocy Nazon budził mnie, bo on i jego pani potrzebowali kogoś, kto wzniesie toast... Chyba... "Ładnego bohatera sobie wybrałaś, Jaspree." Na szczęście tak zwany uczony przewidział, że niewiele będę pamiętał i dał mi tubę, w której znajdowała się mapa z wyrysowaną drogą. Miałem okazję przyjrzeć się jej, kiedy przeprawiałem się przez Wężową.

Po dwóch godzinach jazdy traktem do Pyłowego Miasta odbiłem w stronę Kratas. Popołudniu deszcz przestał padać i zza chmur nieśmiało wychyliło się słońce, grzejąc mnie w piegowatą twarz. W takiej pogodzie mogłem podróżować. Oczywiście kilkanaście minut później zaczęło padać i ponownie zmoczyło moje ubranie. Ehhh... Nie ma łatwo.

Przed wieczorem dotarłem do niewielkiej wioski, gdzie postanowiłem się zatrzymać. Ludzie, którzy tam mieszkali, patrzyli na mnie wilkiem, ale kiedy sypnąłem srebrem, a miałem go sporo po sprzedaniu rapierów, gotowi byli oddać mi swoją ostatnią koszulę. Zatrzymałem się w karczmie "Czwarty podróżnik". Była niewielka, ale czysta i przytulna. Przynajmniej nie padało mi na głowę. Właścicielem był stary krasnolud, który nazywał się Jarel. Dał mi jeść, pić, nocleg, a potem kazał sobie za to słono zapłacić. Byłem zbyt zmęczony podróżą, żeby się z nim targować, choć on pewnie myślał, że to jego umiejętności kupieckie nakłoniły mnie do zapłaty rachunku. "A niech se kurdupel myśli co chce." pomyślałem wczłapując zmęczony do swego pokoju. Byleby tylko dał mi się wyspać.

Nad rankiem znów byłem w drodze. Podróż była tak samo nużąca jak poprzedniego dnia. Krajobraz niewiele się zmieniał. Równina po prawej, równina po lewej, równina przede mną, równina za mną. Miałem tego powoli dość. Męczyło mnie to, że nie miałem do kogo gęby otworzyć. Na początku gadałem do konia, ale durne bydle nie rozumiało ani słowa. Potem mówiłem sam do siebie, ale po kilkunastu minutach zacząłem grać sobie na nerwach i znowu zamilkłem. A przecież jestem fechmistrzem. Muszę mówić. Do kogokolwiek, byleby odpowiadał.

Kilka godzin po południu dojechałem do wioski Gadzi Staw. Jak okiem sięgnąć nie było żadnego stawu i pewnie dlatego zapamiętałem tą nazwę. Moje pojawienie jak zwykle wzbudziło ogólne zainteresowanie. Chyba nawet trochę za duże. Kiedy mijałem środek wioski, w której centrum znajdowała się studnia, usłyszałem nawoływanie.

- Czcigodny panie, Czcigodny panie! - tym, który dawał głos był gruby mężczyzna. Ubrany w kolorową elfią szatę, która pasowała mu jak świni siodło. Za nim podbiegało dwóch innych. Jeden zdawał się być czarodziejem. Cóż, taki czasy. Prawie każda wioska miała maga. - Czcigodny panie, proszę się zatrzymać. - zatrzymałem konia i spojrzałem na niego z góry. W między czasie jego kompani dobiegli do niego. - Czcigodny panie... - jeśli jeszcze raz nazwie mnie czcigodnym panem, uwierzę, że to prawda. - ...nazywam się Garbas i jestem sołtysem w Gadzim Stawie. Czy czcigodny pan jest adeptem? - wiedziałem co się święci i jak sobie z tym poradzić.

- Nie. - wyobraźcie sobie sytuację. Klient staje przed straganem na rynku i kupuje miecz. Płaci za niego kilkaset srebrników, bo to dobry miecz. Obok stoi głodujący i widząc tyle srebra, prosi bogacza, żeby dał mu kilka miedziaków na jedzenie, na co kupujący z rozbrajającą obłudą mówi, że nie ma pieniędzy. Podobnie wyglądała sytuacja w Gadzim Stawie. Tyle że głodującymi byli wieśniacy a obłudnym bogaczem ja. Spojrzałem na Garbasa wyczekująco. - Czy coś jeszcze?

Garbas zamknął usta, pokręcił przecząco głową i odwróciwszy się, zaczął iść, skąd przyszedł. Reszta gapiów również zaczęła się rozchodzić. Zadowolony z siebie ruszyłem powoli do przodu. Wtedy doszedł mnie głos. Byłem pewnie, że tego maga, którego dojrzałem wcześniej.

- Mówiłem wam, że nie ma RUDYCH adeptów...

Wyprostowałem się na koniu. Koń, cwana bestia, wyczuł, że coś jest nie tak i zatrzymał się. Kazałem mu się odwrócić. Mag patrzył na mnie wyzywająco. Jego chuda gęba szczerzyła garnitur białych zębów.

- Co żeś powiedział? - gdyby moje słowa mogły zabijać... Chyba zrozumiał swój błąd, bo przestał się uśmiechać. Gdzieś z tłumu doszedł krzyk.

- Ignac, uciakaj!

Ignac był wysokim, ludzkim mężczyzną. Miał około dwudziestu lat. Ubrany był w kolorowe szaty, które jednoznacznie świadczyły, że jest magiem. Zeskoczyłem z konia i szybko podszedłem do niego. Garbas i jego drugi kompan zrobili błyskawiczne dwa kroki w tył. Moja twarz znalazła się kilka centymetrów od Ignaca. Spojrzałem mu głęboko w szare oczy, starając się dojrzeć w nich strach. Znalazłem tylko hardość.

- Czy powiedziałeś coś o moich włosach?
- Tak. - jego bezczelność dorównywała mojej. Nie mogłem w to uwierzyć. - Masz coś przeciwko temu, nie-adepcie?

Moją odpowiedzią był sztylet pod jego gardłem. Prawie równocześnie poczułem, że coś ugniata mi brzuch. Spojrzałem w dół. Nie wiedzieć skąd w rękach Ignaca znalazł się sztylet, który teraz przytykał mi do brzucha. Ponownie spojrzałem na jego twarz, a on znów się uśmiechał. O drań!

- Więc jak, pomożesz nam, czy nie?

Ehhh... czasami żałuję, że nie jestem bohaterem negatywnym... Pokiwałem zrezygnowany głową.

- Chodź. - Ignac położył mi dłoń na ramieniu i skierował do karczmy. - Napijemy się czegoś, pogadamy...

Ku rozpaczy wszystkich wieśniaków, łącznie z sołtysem, piliśmy do wieczora. Najlepsze w tym wszystkim było to, że piliśmy na koszt właściciela, który bał się, że im nie pomogę. Muszę przyznać, że Ignac, który okazał się iluzjonistą, to twardy zawodnik. Zwalił się pod stół późnym wieczorem. Ja wypiłem jeszcze jeden kufel piwa i dołączyłem do mojego nowego towarzysza. Jutro idziemy na smoki... Heheheh... Żartuje. Na bagniaki. Hehe... Ale bzdury gadam... To przez to dobre piwo... Eeee...

Rankiem w moim obolałym łbie kołatały się słowa starej, karczemnej piosenki, która brzmiały mniej więcej tak: "Pęka mi czaszka, w żołądku mam muł..." Dokładnie tak się czułem. Słońce wpadające do pokoju przez otwarte okno świeciło zdecydowanie za jasno. Nie miałem pojęcia gdzie jestem. Ostatnie co pamiętałem, to zbliżającą się podłogę.

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Ignac. Znowu szczerzył zęby. Ciekawe z czego tym razem rży.

- Cześć, Szrama Na Ryju. - rzucił od progu.
- Ciszej... - poprosiłem. - Co...?

W odpowiedzi na pytanie iluzjonista podszedł do wiszącego na ścianie lustra i pokazał mi moje odbicie. "O w morde!" Moja twarz wyglądała tak, jakby jakiś psychopata szurał nią o ścianę. Pod prawym okiem miałem krwisty ślad. "No to już po mojej cudownej twarzy." Przełknąłem głośno ślinę.

- Co mi się stało? - dotknąłem rany. Nic nie czułem. Kac wszystko zagłuszał. - Ktoś mi wlał?
- Na pewno chcesz wiedzieć, nie-adepcie? Chluby ci to nie przyniesie.
- Mów... - rzuciłem krótko.
- Całowałeś się z podłogą... Wielokrotnie...
- Ostatnie pytanie. Dlaczego ja mam kaca, a ty nie?
- To magia. - i posłał mi najbardziej rozbrajający uśmiech, na jaki było go stać, a jaki ja byłem wstanie dojrzeć. Sięgnął pod swą szatę i rzucił mi małą fiolkę. - Wypij to... To lekarstwo.

Nie mając innego pomysłu na najbliższe kilka sekund połknąłem zawartość buteleczki. Było tak gorzkie, że aż wykręciłem gębę z obrzydzenia. Jednak poczułem, że napięcie w żołądku powoli ustępuje.

- Lepiej biegnij do kibla.
- Po co...? - odpowiedzią był bulgot w brzuchu i odsłaniający mi wyjście uśmiechnięty Ignac.
- Lepiej się pospiesz. - usłyszałem mijając go w biegu.

Schody pokonałem raz, dwa. Stanąłem w głównej sali karczmy i zacząłem rozglądać się pilnie za upragnionymi drzwiami. Karczmarz spojrzał na mnie z twarzą bez wyrazu, a kiedy zobaczył, że trzymam w dłoniach już rozpięte spodnie i nerwowo drepcze w miejscu, zorientował się o co chodzi i wskazał dłonią drzwi. Nie miałem czasu podziwiać pięknego przedpołudnia. Za karczmą dojrzałem upragniony przybytek. "Uratowany!!!"

"Cudowne" lekarstwo Ignaca opróżniło mi bebechy ze wszystkiego co jadłem w ciągu tygodnia, a jeszcze nie wydaliłem. Pozbyłem się nawet paskudnych racji podróżnych, które mają zwyczaj długo zalegać w żołądku. Zadowolony z dobrze wykonanej roboty wyszedłem na świeże powietrze. Przed karczmą siedział iluzjonista i czyścił sztyletem paznokcie.

- Pasje! co to było? - zapytałem siadając obok niego.
- To...? - poczym skierował ręce do nieba w geście podziękowania i z miną najgorliwszego głosiciela powiedział
- To magia... - i roześmiał się. Ot, trafiłem na wesołego maga. Jednak kac rzeczywiście minął. Czułem się świetnie. Ale byłem głodny.

Podczas spożywania śniadania, a miałem apetyt jak nigdy, do karczmy wszedł Garbas. Od razu skierował się do mojego stolika. Spojrzałem na jego grubą mordę znad parującej miski z bigosem.

- Więc jak, panie Kredo. Możemy na pana liczyć? - żebym tylko pamiętał o co chodziło.
- Oczywiście. Tylko proszę mi przypomnieć, o co chodzi.
- O tego ksenomante, o którym mówiliśmy wczoraj. - zakrztusiłem się posiłkiem. Gdyby nie pomocna dłoń Ignaca, musieliby szukać innego bohatera. Właściwie nie miałbym nic przeciwko, gdyby znaleźli kogoś innego już teraz. Ładnie musiałem mieć w czubie, żeby się na takie coś zgodzić. - Odkąd zamieszkał na Starym Cmentarzu, żyjemy w ciągłym strachu. Nie wiemy jakie są jego plany. Co, jeżeli przyzwie horrora? Jeżeli zna pan ksenomantów, to wie, że są do tego zdolni. - Gelt był ksenomantą i na pewno nie był do tego zdolny. Bał się nawet zombi, które sam przyzywał. - Chcielibyśmy tylko, żeby był pan mediatorem. Nie chcemy go tutaj, ale sami boimy się go o to poprosić.

Łup!!! To kamień, który spadł mi z serca. Już myślałem, że nekrofil ma armię posłusznych mu trupów i w ogóle, że to paskudna sprawa. A tu miła niespodzianka. Misja pokojowa. Potem pojawiło się jedno pytanie.
- A dlaczego Ignac nie poszedł?
- Bo pan Ignac też jest tu przejazdem. Wczoraj miał iść na Stary Cmentarz, ale skoro pan się pojawił, to doszliśmy do wniosku, że w dwójkę raźniej. - wzruszyłem ramionami na znak, że mi to obojętne, choć w głębi duszy dziękowałem Pasją za towarzystwo.

Stary Cmentarz znajdował się trzy godziny drogi od wioski w głęboki las. Znajdował się w pobliżu stawu, od którego wzięła się nazwa wioski. Z relacji mieszkańców dowiedziałem się, że znajduje się tam stara kapliczka w której prawdopodobnie zamelinował się nekrofil. Był to stary troll. Ubrany w czarno-czerwone szaty, z laską na której czubku znajdowała się czaszka barana. Tego dowiedziałem się z kolei od Marlena, wioskowego myśliwego, który kilka dni temu zawitał na Stary Cmentarz i zauważył obcego. Jego wygląd sam w sobie zniechęcał do bliższego poznania. Tak przynajmniej twierdził Marlen. Razem z Ignacem mieliśmy nadzieję, że bardzo przesadzał. Z resztą za kilka godzin sami mieliśmy się przekonać.

Droga przez las była męcząca. Trawa sięgała nam do kolan, często musieliśmy przedzierać się przez zarośla i omijać połacie ziemi podejrzane o bagno. Skutkiem tego było to, że kiedy spośród drzew dostrzegliśmy ściany kapliczki, byliśmy krańcowo wyczerpani, a nasze ubrania przypominały szmaty łachmaniarzy. Spodziewając się najgorszego, zarządziłem piętnastominutowy odpoczynek, żeby zebrać siły przed spotkaniem z prawdopodobnie nieprzychylnie nastawionym ksenomantą.

Cięg dalszy w następnym numerze.

Na górę strony