| Caern |
Zbyt dużo pytań... |
Znowu pada, cholerna pogoda, pomyślał Doxeopotli. Z całego swojego długiego życia najbardziej chyba nie lubił deszczu. Mógł walczyć z Nephandi, mógł przemierzać głębie Eteralu kiedy jakiś Maruder nastąpił mu na odcisk w pogoni za nim, mógł w pojedynkę stawać przeciwko HIT Markom i stworom wyhodowanym w laboratoriach Technokracji, a na tą cholerną pogodę nic nigdy nie mógł poradzić. W takie dni jak dzisiejszy, kiedy do najbliższego znanego mu schronienia, New Warsaw, miał jeszcze dwie godziny marszu, zazdrościł mistrzom Sił. Widział nie raz jak wywołują pioruny i burze w środku słonecznego dnia, z tym deszczem też by sobie pewnie poradzili. Opasał się ściślej poncho i ruszył dalej. Byleby do New Warsaw, Szczep Krwawego Dębu z pewnością przyjmie go uprzejmie, w końcu to on powiedział im gdzie założyć Caern. To on siedział w Umbrze i odganiał zmory kiedy nieliczne Wilkołaki będące w pobliżu robiły co mogły, aby powstał Caern, w końcu to dzięki niemu powstało ich święte miejsce. Święte miejsce, czasami nie potrafił zrozumieć Garou. Węzeł to węzeł, co w nim świętego? Gdyby nie bliskość Chicago, twierdzy cholernej Technokracji pewnie nie powiedziałby Garou o istnieniu tego miejsca, a zostawiłby je dla siebie. Jednak jest ono znacznie bezpieczniejsze gdy oni tam mieszkają, a znal ich na tyle dobrze, że wiedział, iż opuszczą je tylko w przypadku, gdy nie będzie już ani jednego stojącego na nogach, który mógłby ich "świętego miejsca" bronić. Dziwne stworzenia, dzięki niemu stworzyły swój nowy dom, a teraz nie wpuszczają go tam pod groźbą śmierci. Trudno, nie będzie z nimi walczył, wystarczy, ze znajdzie się w pobliżu, a Garou zaopiekują się aby nie stała mu się krzywda tak długo jak będzie chciał przebywać w okolicy. Jeszcze tylko godzinka. Kiedy już dojdzie siądzie nieopodal Caernu i "podładuje akumulatory". Odpocznie, naje się, wyśpi, czwarty dzień, a wciąż wyczuwał obecność tego cholernego ducha. Ciekawe kto go nasłał, nieważne, poprosi Garou, oni zrobią z nim porządek. Sam by się nim zajął, ale Technokracja blisko, a i trochę zmagazynowanego Paradoksu daje o sobie znać czasami. Byle do Garou, tam odpocznie, a i Paradoks wykrwawi. Już powinien być na miejscu, ale nikt go nie wita, nie widać tez wielkiego dębu, symbolu i centrum Caernu, nie widać nic... Wycie. Wilki czy Garou. Doxeopotli wyrwał się z odrętwienia. Ukryć zapach i znaleźć schronienie. Oklepana Rota jak zwykle zadziałała, zapach mamy z głowy, teraz schronienie. Tamte kamienie będą dobre. Mam jeszcze parę sekund, zdążę. Rzucił się w stronę kamieni, kolejna rota i jego sylwetka zmalała, teraz nikt go nie wykryje, aż on sam nie będzie tego chciał. Zza pagórka wybiegły cztery wilki. Ruszyły w jego kierunku, wiedział jednak, że kierują się do miejsca gdzie sam przed paroma sekundami się znajdował. Zaczął grzebać w umyśle prowadzącego, jak oni na nich mówią, Alfa? Garou był zagubiony, zupełnie jak i on kiedy doszedł do dobrze znanego mu miejsca, a miejsca nie było. Co tu się dzieje, to główna myśl, która kołatała w czaszce wilka. Wtem bez ostrzeżenia, wilk zniknął. Cholera jak mogłem być tak głupi i nie zajrzeć do Umbry - pomyślał Doxeopotli. Wejrzał do Świata Duchów, tam drzewo stało, były tam dwa Wilkołaki, teraz już w formie homid. Jednego poznał od razu i nadzieja powróciła do niego, Krwawy Całun, przywódca szczepu, drugi to pewnie wilk, który wbiegł tu przed chwilą.
- Witaj Krwawy Całunie, przemierzaliśmy okolice i chcieliśmy się zatrzymać na chwile, widzę jednak, z sporo się zmieniło - powiedział nie przedstawiając się Garou, którego Doxeopotli nie znal, ubrany w skórzane spodnie i poncho Indianin, który nie sięgał Krwawemu Całunowi nawet do ramienia. Koleś musi być twardy skoro ośmiela się przerywać starszemu, kiedyś widział jak Krwawy Całun zaprowadzał porządek w swoim szczepie i pewien był, że nie chce oglądać tego po raz kolejny. Jednak Stary Uktena spojrzał tylko na młodszego. Doxeopotli nie widział jego oczu, ale wystarczyło, że zobaczył reakcję drugiego Wilkołaka. Siedział tam już pięć dni, bez jedzenia i picia, nie ruszając się z miejsca. Różne grupy Garou przychodziły, przywódca rozmawiał, a kiedy Uktena podnosił głowę tamci odchodzili. Doxeopotli bał się wejść do Umbry, bal się tego co zobaczy w oczach Ukteny. Żywił się tym co stworzył z Kwintesencji, której nadal sporo w surowym stanie pozostało po Caernie. Poczekam jeszcze dwa dni, jeśli nie wyjdzie to ja przejdę się do niego. Zasnął, a śniły mu się jaszczurki. Wygrzewające się na kamiennych schodach piramid jego rodzinnego Meksyku jaszczurki, przechadzający się ludzie nie byli w stanie ich przestraszyć, jak dawno to było? 100 lat, 200, zanim jego nauczyciel Quetzacoatl odszedł, więcej 300, nigdy nie starał się zapamiętywać swojego życia, wolał aby wspomnienia powracały do niego w strzępkach takich jak ten. Teraz śniły mu się jaszczurki, co to mogło oznaczać? Gdyby był tu ten, walnięty Mówca Tomek, od razu by powiedział co i jak, a tak to tylko można się domyślać. Minęły dwa kolejne dni, nadeszły dwie kolejne grupy Garou, scenariusz się powtórzył. Zawsze dotrzymywał danego słowa, zwłaszcza tego danego sobie. Trzeba iść, cokolwiek miałby zobaczyć, czy usłyszeć, musi iść, musi porozmawiać z przyjacielem. Jeśli tego nie zrobi nigdy się nie dowie co tu się stało. Stworzył jedzenie, trochę mięsa i owoców, znalazł się też bukłak wody, przyjaciel musi być bardzo głodny i spragniony. Wszedł do Umbry, otoczył go dziwny srebrno-czarny świat. Wciągnął niby-powietrze Penumbry i rozluźnił umysł, do Caernu, a raczej jego odbicia miał jeszcze dobre 100 metrów, Garou siedział w niezmienionej pozycji. Postanowił oddać się na chwile medytacji, usiadł na ziemi, przymknął oczy i rozpoczął wędrówkę po umyśle. Ból był nie do zniesienia, co za straszne stworzenia chciały wedrzeć się do jego mózgu. Cóż wydarzyło się w tym miejscu. Powstrzymał napór na swoja jaźń, nie dał się opanować koszmarom. Silny efekt Umysłu i stworzył wokół siebie niesamowicie silną psychiczną tarczę, teraz trzeba się dowiedzieć co tu się działo, bądź nadal dzieje. Przyjaciel siedział nieopodal. Doxeopotli wstał, pozbierał jedzenie i ruszył w jego stronę. Delikatnie zaczynał sondować umysł Garou, nic, nie było żadnych powierzchownych myśli, totalna pustka. Przystanął na skraju Caernu. - Czy mogę wejść do Caernu - rzucił w stronę siedzącego Wilkołaka. Zastanawiał się, czy jest to jeszcze Caern, Węzeł zniknął, zniknęły też wszelkie ślady w realnym świecie. Nie było odpowiedzi, a tylko ledwie słyszalny szept. To samo mamrotanie, które słyszał już kilkakrotnie w ciągu ostatniego tygodnia. Ponownie przysiadł, chciał poczuć swego Avatara, chciał podpowiedzi, ostatniej zanim podejdzie, czy robi słusznie, czy mieszanie się w to nie sprowadza go ze ścieżki. Avatar milczał, milczał jak nigdy dotąd, nie miał nic do powiedzenia, albo pozostawiał wolna rękę, albo chciał, żeby tam wszedł. Ruszył przed siebie. Obszedł siedzącego przyjaciela, aby spojrzeć prosto w jego twarz. Garou siedział ze spuszczona głową, mamrotał te same zdania nie wiadomo, który raz. Doxeopotli usiadł naprzeciwko, pochylił głowę, unikając spojrzenia na twarz Garou, strach przed tym co może zobaczyć wciąż nie został do końca stłamszony jego niemalże niezłomną wolą. - Witaj Krwawy Całunie - powitał starszego człowieka. W jego żyłach widać było przewagę krwi indiańskiej, może nawet była to jedyna krew przelewająca się przez sędziwe arterie. Ubrany we wspaniale wyprawione ubranie ze skór jelenia, niewątpliwe arcydzieło starej roboty "prymitywnych" plemion indiańskich, stary człowiek nie podniósł głowy, nie odpowiedział na przywitanie. Przed oczyma Doxeoptli'ego stanęły sceny jakie widywał przez cały okres swojego tutaj pobytu. Dało się słyszeć, tylko szept, słabszy niż zwykle, ale nadal wyraźny
- Idźcie dalej, tu już nic nie ma, nikogo nie ma, wszyscy odeszli, idźcie dalej, albo również odejdziecie, tu już nic nie ma, nikogo nie ma, wszyscy odeszli... Mag wzmocnił swoja psychiczna tarczę i spojrzał na... Nie to niemożliwe, Garou są przecież tak odporni, to nie może być prawda. Zabiliby go, zniszczyli cały jego szczep, wymazali Caern z rzeczywistości, dlaczegóż mieliby zostawić go przy życiu, dlaczegóż tak go zniekształcono i pozwolono dalej egzystować. Doxeopotli nie mógł uwierzyć w to co widział, choć w porównaniu do innych nadnaturalnych stworzeń jego percepcja mogła zaakceptować niewyobrażalnie więcej, nie był w stanie znaleźć w takim postępowaniu, ani krzty sensu. Jego przyjaciel, nie wyglądał już jak Garou, nie wyglądał jak jakakolwiek żywa istota, jego twarz była kłębowiskiem jaszczurek. Kiedy patrzył na Doxeopotliego ten nawet mimo niesamowicie silnej tarczy czul napór jakiejś siły, siły która na przemian chciała zdominować jego umysł i nakazywała mu odejść. Czuł, że jeśli nie oddali się z tego miejsca jego magya może okazać się zbyt słaba, aby powstrzymać ten nacisk. Wstał i odszedł spory kawałek. Szedł, aż przestał odczuwać działanie tej siły. Zauważył, że idzie jak po sznurku, każde zboczenie z kierunku na północ powodowało powrót siły. Spojrzał do realnego świata. Niesamowite, nigdy nie widział tyle Garou na raz. Wszystkie grupy, które przechodziły przez cień Caernu teraz obozowały nie dalej niż kilometr od niego. Przysiadł i rozpoczął obserwacje. Nie zdążył się przyjrzeć, gdyż usłyszał tuz obok siebie chrapliwy dźwięk. Nie ruszył się, wiedział co zobaczy, jak mógł być takim idiotą, przecież Wilkołaki również poruszają się po Umbrze. To co zrobił nie mieściło się w jego ocenie w żadnych kryteriach logicznego postępowania. - Nazywam się Doxeopotli i przychodzę w pokojowych zamiarach, jestem starym przyjacielem Krwawego Całunu i nie stanowię dla was żadnego zagrożenia - to jedyne co mu przyszło do głowy, a co mogłoby uspokoić Wilkołaka w Crinosie, który jest w najlepszym przypadku podenerwowany, a w najgorszym resztkami siły woli tłumi szał. Podziałało. Za chwilę usłyszał już ludzki głos.
- Przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem, jak mówi stare indiańskie powiedzenie. Czy widziałeś Krwawy Całun? - zza jego pleców wyszedł niski Indianin, którego widział już w Caernie. Doxeopotli stłumił wyraz zdziwienia wychodzący na jego twarz, zanim miał okazje tam zajaśnieć. Dziękował sobie w duchu, za to, iż on podchodząc do Caernu ustawił wokół swego umysłu nieprzenikniony mur, w przeciwnym przypadku pewnie również nie pamiętałby scen, które rozegrały się niespełna godzinę temu.
- Czy jest tu ktoś starszy rangą od Ciebie, Niosący Nadzieje? Musze z nim porozmawiać, szykuje się walka. Bez słowa wstał i podążył przed oblicze Szepczącego Kruka. Szkoda, ze Wendigo nie powiedział mu, ze są nie tylko braćmi, a nawet bliźniakami, wówczas może nie zrobiłby tak głupiej miny na przywitanie. Krwawy Całun nigdy nie wspominał, ze ma brata, już tym bardziej bliźniaka. Po kilku słowach i zwykłej wymianie uprzejmości. Udali się do zaimprowizowanego naprędce wigwamu. Jak zresztą Doxeopotli się spodziewał Garou początkowo jednogłośnie orzekły, iż to sprawka Żmija. Dopiero długie tłumaczenia, które bardzo ciężko przechodziły przez świadomość zebranych i pewnie nigdy nie znalazłyby podatnego gruntu, gdyby nie dyskretna "pomoc" ze strony Maga, sprawiły, iż dotarło, że są na świecie siły, które niekoniecznie służą Żmijowi, a również maja wystarczającą moc, aby uczynić coś tak okropnego. Doxeopotli przekonywał do swojej nie do końca przemyślanej z braku czasu teorii, teraz modlił się aby okazała się ona prawdziwa. O zmierzchu wyruszyli. W oczach Garou widział, ze nie są zbyt zadowoleni z nakazu starszych, aby wykonywać wszystkie jego polecenia bez żadnych dyskusji. Mag miał tylko nadzieje, że Garou w uosobieniu dynamiki, nie odnajdą swojego Dzikuna. Mogłoby to mieć zupełnie nieprzewidywalne konsekwencje, z załamaniem wiary Garou włącznie. Sytuacja była skomplikowana, dodatkowo przez to, ze jego magya stała się teraz znacznie trudniejsza, musiał podtrzymywać kilka efektów tarczy na raz, aby Wilkołaki nie wycofały się znowu do tamtego miejsca. Śmieszne, nie zdąrzył się nawet zastanowić dlaczego wszyscy tam się udawali, Garou nie wiedzieli i chyba tez nie zaprzątnęli sobie głowy sprawdzeniem tego. Pewnie i tak nie doszliby prawdy, jeśli teoria Doxeopotliego była prawdziwa, nie dało się przewidzieć, co kierowało postępowaniem sprawców, bądź sprawcy tego zamieszania. Wiedział tylko, ze jeśli są tam Duchy, to przyda się pomoc Garou, jeśli to efekt umysłu, to sprawa jest o wiele bardziej poważna. Dlatego tez początkowo do Caernu ma zamiar wejść sam i sprawdzić wszystko, czego nie sprawdził wcześniej. Nie poznawał sam siebie, jak mógł postępować tak nieostrożnie, to cud, ze jeszcze żyje, ze nie podzielił losu Garou, którzy zamieszkiwali Węzeł. Dana została mu druga szansa, dane mu było jeszcze raz spróbować rozwiązać ta zagadkę, i nie zamierzał tym razem zawieść. Skupiony wkroczył do Caernu. Sporo wysiłku kosztowało go skupienie się nad przeprowadzaniem swoich badań, ciągle kusiło go aby spojrzeć na starego przyjaciela, o którego życie przyszło mu teraz walczyć, wiedział jednak, iż jeśli to zrobi prawdopodobnie znowu negatywna siła zmusi go do opuszczenia tegoż miejsca. Prowadził swoje badania ostrożnie, nie korzystał z żadnych natychmiastowych efektów. Działając magia sensoryczna, każdą mu dostępną, odprawiał jeden mały rytuał za drugim. Wyniki jego testów, częściowo potwierdzały jego teorie, częściowo jednak zupełnie jej zaprzeczały. Wreszcie nadszedł czas na użycie jego najmocniejszej karty, karty która mogła wyjaśnić wszystko, bądź zanegować wszystkie dotychczasowe wnioski. Gdyby teraz w pobliżu byli jacyś wrogowie chcący go zniszczyć, mogliby to zrobić bez najmniejszego problemu, nie licząc Garou gotowych wkroczyć do akcji w każdej chwili. Jego skupienie sięgnęło zenitu. Zapadł w medytacje, pozwolił aby z jego rezerwuaru odpłynęła surowa kwintesencja, wyciągnął nawet nieużywany już od setek lat medalion z wyrytym symbolem swojej Tradycji, rekwizyt z którego zrezygnował przed wiekami. W tym teście musiał mieć pewność, nie mógł sobie pozwolić na żadne domysły, o ile można mówić o pewności podczas posługiwania się Czasem. Wszystko było gotowe, powoli jego oświecona siła woli zaczynała przełamywać bariery niemożliwego, zaczynał widzieć przeszłość... Kiedy po godzinie wyszedł z Caernu, nadal nie wiedział co zrobić, choć teraz już z innych powodów. Jeśli to co zobaczył zaglądając wzdłuż strumienia czasu w przeszłość, jak i w przyszłość, było prawda czeka go trudny wybór. Któregoś z przyjaciół będzie musiał poświęcić. Pytanie tylko, którego? Nie mógł zrozumieć o co tu chodzi. Nie mógł pojąć jak mogło dojść do takiej sytuacji. Początkowo myślał, że to jakiś wyjątkowo potężny Duch Umrodu przedarł się na ziemie. Po pierwszych testach zaczynał skłaniać się do hipotezy, że raczej Maruderzy wysilali nad tym swoje szalone mózgi. To co zobaczył ugięło jednak pod nim nogi. Czy to możliwe, aby Garou narazili się Mówcy Marzen, czy Mówcy mogli być, na tyle szaleni, aby atakować swoich sprzymierzeńców, zwłaszcza, że nie maja ich zbyt wielu? Niestety na te pytania nie potrafił sobie odpowiedzieć, a pytanie jawiło się aż nazbyt jasno. Dlaczego Tomek to zrobił? Znal Tomka, wiedział, ze Mówca nigdy nie miał nic przeciwko Garou, wielu uważał za swoich przyjaciół. Potrafił z nimi rozmawiać nawet lepiej niż on sam, a jednak poświęcił długie godziny i wezwał cale hordy duchów strażniczych aby wymazać istnienie Caernu ze statycznej rzeczywistości. Właśnie ze statycznej rzeczywistości, jest przecież Mówca Marzeń, mógł przecież usunąć Caern z Umbry, zniknąłby tez w rzeczywistości Śpiących. Zbyt dużo pytań, zbyt mało odpowiedzi, zbyt mało czasu i zbyt mało pomysłów. Wysilił całą swoją wolę i stanął poza strumieniem Czasu, teraz chociaż tego jednego miał pod dostatkiem. Dla Garou minęła minuta, dla Kultysty Czas nie miał żadnego znaczenia. Analizował sytuację, a przede wszystkim zastanawiał się co zrobić, aby odwrócić zaistniałą sytuację. Gdyby możliwe było cofnięcie się w Czasie wówczas sprawa byłaby prosta, niestety to leżało nawet poza jego zasięgiem, a wiedział, ze niewiele jest osób, które znają Czas tak jak on. Doszedł do wniosku, ze prawdopodobnie będzie w stanie zdjąć klątwę z Krwawego Całunu zwłaszcza, ze ma do dyspozycji Garou, którzy odwrócą uwagę ducha podczas Egzorcyzmu. Tyle mógł zrobić, niestety Caern prawdopodobnie jest stracony. Podzielił się swoimi przemyśleniami z Garou, udzielił im instrukcji co maja czynić, po czym rozpoczął przygotowania do swojego rytuału. Martwiło go to, ze nigdy sam nie próbował tego robić, widział raz Tomka, który walczył z "demonem", z Preceptorem Umrodu, wiedział, że teoretycznie posiada wystarczającą wiedze o Duchu, aby sobie poradzić, jednak nie był i pewnie nigdy nie będzie tak biegły i twórczy w tych sprawach jak Mówcy Marzen. Kiedy się patrzy jak oni działają, wydaje się, że dążą do swojej zguby, jednak w tym szaleństwie jest metoda, coć co nie pozwala się duchowi skupić na ataku. Ale on nie był Mówcą, był Kultysta Ekstazy, powinien się wygrzewać na plaży, albo dokonywać masowych Przebudzeń przez swoją muzykę, taniec, sex, tymczasem siedzi w jakiejś zapadłej dziurze i miesza się w sprawę, w której tak naprawdę nie ma żadnego interesu. Ech - pomyślał - za miękkie mam serce. Rytuał się rozpoczął. Garou otoczyły go luźnym kręgiem gotowe zaatakować każdego ducha, który chciałby mu przeszkodzić w rytuale. Doxeopotli siedział na "ziemi" głowę spuścił pomiędzy kolana i rozpoczął egzorcyzm. Początkowo spokojnie zbierał energię, szykując się do potężnego ciosu. Musiał go jednak zadąć znacznie szybciej niż zamierzał. Duch zamieszkujący ciało Krwawego Całunu momentalnie zauważył, ze ktoś szykuje na niego atak. Doxeopotli poczuł suchy trzask czaru rzuconego przez ducha, na jego głowę spadała gałąź, nie przerwał jednak swojej roboty, wiedział że po to są tutaj Garou aby go chronić, a jeśli zobowiązały się to robić to zrobią wszystko aby słowa dotrzymać. Gałąź została schwycona i odrzucona na bok w momencie kiedy czuł już na głowie ruch "powietrza" przez nią wytworzony. Teraz jego kolej, wypuścił z siebie cała nagromadzona dotychczas energię, Garou rozejrzały się podejrzliwie, kiedy poczuły zawirowania efemery, z której zbudowana jest Umbra. Duch też to poczuł, tylko znacznie silniej gdyż atak wymierzony był w niego. Na chwile pojawił się jego kształt, a po twarzy Krwawego Całunu przestały biegać jaszczurki. Doxeopotli wiedział, ze trafił, niemalże odczul ból ducha, jednak nie miał czasu o tym myśleć, gdyż z zewsząd zaczęły dochodzić wycia. Nie wyły jednak Garou, Duch przyzywał swoje sługi na pomoc, a one nie zwykły zwlekać. Garou zacieśniły krąg, gdyby nie one nie miałby szans, potrzebuje tylko paru minut, aby przygotować kolejne, ostateczne uderzenie, jednak to będą pewnie najdłuższe minuty w jego życiu. Dookoła rozgorzała walka, w środku rzezi siedział "spokojnie" Doxeopotli, mrucząc i obracając w palcach swój talizman. To co działo się dookoła stanowczo nie pomagało mu się skupić, mimo to systematycznie gromadził sile do ostatecznego ciosu, ilość Kwintesencji, którą pożytkował do tej walki wystarczyłaby pewnie na stworzenie Dziedziny Horyzontalnej. Jedynym pocieszającym faktem było to, iż jego główny przeciwnik w zamieszaniu tworzonym przez Garou i jego sługi zapomniał chyba, z której strony grozi mu największe niebezpieczeństwo, nadal wiec miał szansę. Skupił się najlepiej jak potrafił, czuł Kwintesencję płynącą przez niego strumieniami, wiedział już, następny atak nie będzie oparty tylko na Duchu, wzmocni go Pierwsza, pierwotną siłą, z której wszystko powstało i której nic nie może się oprzeć. Duch czytał w jego myślach, wiedząc, ze nie przetrzyma takiego ataku, wiedział też, że jego sługi nie zdąrzą przedrzeć się przez Garou i przeszkodzić Magowi w przeprowadzeniu tego ataku, opuścił ciało. To był największy błąd w całej jego egzystencji, dopóki siedział w ciele Doxeopotli wahał się, używając Pierwszej mógł zabić Przyjaciela, teraz nie miał żadnych wątpliwości, uderzył. Nie spodziewał się aż takiego skutku ataku, duch najpierw zaczął się "rozciągać" niszczony bezpośrednim atakiem Ducha, jednak Pierwsza odpływająca z niego powodowała efekt dokładnie odwrotny, a mianowicie "kurczenie się". Widowisko trwało parę sekund, pozbawiona kwintesencji efemera ducha przestała istnieć, sługi rozpierzchły się, wyczerpany Doxeopotli padł na bok, ten ostatni "strzał" kosztował go niemal wszystkie zasoby kwintesencji jakie nosił w swoim ciele. Obudził się, nad głową ujrzał twarz starego Indianina, chciało mu się pić, zasnął. Kiedy obudził się ponownie zobaczył czuwającego nad sobą wilka, próbował odwrócić głowę, nie mógł, nie mógł nawet jasno myśleć, wilk spojrzał na niego, znowu zasnął śnił ciągle ten sam sen. Quetzacoatl rozmawiał z jaszczurka, była ogromna. Nie wiedział o czym rozmawiali, ale nie była to przyjacielska pogawędka. Miejsce, w którym się znajdowali tez było dziwne, wszystko było pomarańczowo-zielone. Obudził się wypoczęty jakby poszedł spać poprzedniego wieczora i przespał dziesięć godzin. Leżał w Umbrze, w Caernie, wszystko wyglądało tak jak pamiętał za wyjątkiem dębu. Nie miał jednej gałęzi, ale nie to było najważniejsze, wewnątrz widać było postać. Postać boga lodowych pustkowi, sinoskórego Wendigo, totem Caernu powrócił, znaczy, że Caern przetrwa. Zaczerpnął kwintesencji, znowu było jej tu pod dostatkiem, i spojrzał do rzeczywistości, tam Caernu nie było. Trudno, Garou nie robi to różnicy, a on i tak nie będzie mógł tu zamieszkać.
- Jestem Ci winien dozgonna wdzięczność za uratowanie mojego szczepu - usłyszał nad sobą glos Krwawego Całunu - nie wiem jak udało Ci się namówić Jaszczurkę, aby uwolniła moich braci, wiedz jednak, ze jesteś pierwszym nie-Garou, który może zawsze korzystać z naszego Caernu. Kiedy mistyczna uczta dobiegała końca, Doxeopotli i jego kabała odchodzili już dawno w swoja stronę, nie rozmawiali, nie pytali Dox'a co się tu działo, wiedzieli że skoro jeszcze się nie pochwalił oznaczało to, ze nie chciał o tym mówić. A w głowie Kultysty wciąż kręciły się pytania, gdzie jest Tomek? Czy spotkają się jeszcze kiedyś? Czy będzie mógł go zapytać, dlaczego? Czy będzie musiał z nim walczyć? Zbyt dużo pytań... |