| Kącik tolkienowski |
Opowieści z Ardy: Na południe |
2836 rok III ery Patrzył na pokryte gwiazdami niebo, bladą tarczę księżyca i przemykające gdzieniegdzie małe chmurki. Ten widok zawsze przywoływał mu na myśl dni dalekiej przeszłości, gdy wraz z innymi jemu podobnymi żył u boku Manwego Sulimo w Valinorze. Ale tamte dni były daleko za nim i tylko we śnie mógł do nich powrócić - obudziwszy się nigdy niczego nie pamiętał. Nie mógł - teraz, dla Śródziemia, nie był Ainurem, Majarem, lecz Istarim, czarodziejem, jednym z pięciu, którzy przybyli z dalekiego Zachodu by wspomóc ludy świata w walce z Sauronem... Nagle gwiazdy znikły, a niebo zasłoniły ogromne czarne chmurzyska. Zagrzmiało. Nie miał się gdzie schronić przed burzą. Deszcz lunął jakby zasłona nieba nagle uległa pod ciężarem zbierającej się nad nią od wielu miesięcy wody. Rozejrzał się dookoła - świat wyglądał jak jeden nieprzerwany, ogromny wodospad. Strumienie wody agresywnie gryzły ziemię wypłukując życiodajną glebę spod korzeni drzew, zatapiając rosnące w zagłębieniach rośliny i robiąc przy tym wszystkim straszny hałas. Pod stopami szybko poczuł mięknące błoto, lecz zafascynowany mocą żywiołu nie ruszał się z miejsca, aż muł powoli zaczął go pochłaniać. Wtedy dopiero się opamiętał i podbiegł szybko do najbliższego drzewa by się na nie wspiąć. Tam chwilowo był bezpieczny, przynajmniej dopóki nie zaczną walić pioruny. Grom przetoczył się po niebie. Najpierw odległy, potem szybko zbliżający się i w końcu zanikający powoli, cicho zapowiadający swych następców. Pierwsza błyskawica pojawiła się daleko na horyzoncie. Po chwili druga, już bliżej. Zaczął zastanawiać się, gdzie grozi mu większe niebezpieczeństwo. Doszedł do wniosku, że z dwojga złego jest szansa, że pioruny oszczędzą jego drzewo, natomiast ziemia wokół wydawała się bulgoczącym wściekle bagnem, nie dającym ani krztyny nadziei temu, kto weń wejdzie. Został na drzewie, obejmując oburącz pień. Zamknął oczy i czekał, a pioruny biły jeden po drugim rozpalając pobliskie laski jaśniejącą w czerni nocy czerwienią. Nieopodal był szeroki wąwóz, którego dnem płynęła rzeka. Jej rwący nurt odsłaniał w wielu miejscach nagie skały czekające na niefortunnego podróżnika, który zrobi o jeden krok za dużo. On nie był podróżnikiem, był obserwatorem. To nie był jego świat, nie jego wąwóz, nie jego burza. Nie jego zagrożenie, pioruny czy bagno... Ale życie było jak najbardziej jego. Otworzył oczy. Pioruny biły po drugiej stronie wąwozu, na razie nie próbując przekroczyć ostatniej granicy, która je od niego dzieliła. Ląd po tamtej stronie płonął czerwienią, a piekielna poświata rozjaśniała przestrzeń upodobniając ją do dnia, a przynajmniej czyniąc niepodobną do nocy. Poczuł pragnienie, by przedostać się na tamtą stronę... Nagle dwa czarne kruki podleciały do niego i zaczęły szarpać szponami za ręce. Na chwilę to one przyciągnęły jego uwagę, reszta rozmazała się i trochę zbladła. - Terlonie! Już były tylko kruki. Kruki, on i drzewo. A dalej wąwóz... Chyba... - Terlonie! Kruki szarpały coraz mocniej. Nic innego nie czuł... - Terlonie! Ptak po prawej przybrał postać Avotara. Drugi znikł. - Terlonie! Obudźże się wreszcie! Terlon powoli otworzył oczy i spojrzał na stojącego przy nim przyjaciela. O czym to śnił? Jakaś burza, deszcz, dwa kruki... - Mówiłeś przez sen i miotałeś się energicznie, a potem ścisnąłeś koc i zamarłeś w bezruchu, myślałem, że może coś się stało - wyjaśnił Avotar. O czym to śnił? Burza, ptaki... - No powiedz coś wreszcie! - Avotar zaczął się niecierpliwić. O czym? Czarne ptaki... - Terlonie, do cholery! O czym? ... - Wszystko w porządku. Miałem zły sen - odezwał się wreszcie. - Wszystko w porządku. - To dobrze. Zaczynałem się martwić. Avotar odwrócił się i odszedł do ogniska. Dzień dawno już zaświtał i Avotar wraz z Flavią przyrządzali na ogniu małe śniadanie. Słońce stało już dość wysoko i zanosiło się na kolejne godziny upału. Terlon spróbował przypomnieć sobie, gdzie właściwie się znajduje. Byli parę mil od Carashith, rybackiego miasta położonego na południowych wybrzeżach wschodniej części Śródziemia. Zdążali do portu, Terlon bowiem postanowił wyruszyć na południowy kontynent - nigdy wcześniej wszak tam nie był. Flavia oczywiście zdecydowała płynąć z nim razem - od kiedy uratował ją porzuconą jako małą dziewczynkę w puszczach na północy, nie odstępowała go na krok, towarzysząc mu wiernie nawet w najtrudniejszych wyprawach. Teraz również nawet nie próbował jej zniechęcać. Wiedział, że byłoby to bezcelowe. Avotar nie chciał opuszczać Śródziemia, był również przeciwny wyjazdowi przyjaciela, lecz nie zniechęcał go do podróży. Terlon chadzał sobie tylko znanymi ścieżkami i nie wydawało się sensownym próbować go zmieniać.
- Cóżeś taki cichy, mistrzu? - Wyrwała go z zamyślenia Flavia.
- Zatem zamierza płynąć na południe? - Siedzący za biurkiem grubawy człowieczek nie zdawał się być specjalnie zaskoczony. Pan Gui nie odpowiedział. Wziął do ręki cygaro i leniwym ruchem zapalił. Radroy z pewnością sobie poradzi, skoro na razie tak dobrze mu szło. Od blisko roku podążał krok w krok za Terlonem, lecz na razie nic się nie dowiedział. A pana Gui bardzo intrygowało, dlaczego nikomu nieznany starzec bez wyraźnego powodu doprowadził do ujęcia pana Nui, jego głównego partnera w handlu niewolnikami z południa. Bardzo to pokiereszowało interesy całej spółki, trzeba się zatem dowiedzieć, komu na tym tak bardzo zależało... Terlon położył się dość wcześnie, chcąc dobrze przespać ostatnią noc na lądzie. Zatrzymali się w oberży "Pod falami", niedaleko portu. Avotar i Flavia poszli na mały spacer po labiryncie wąskich uliczek nadmorskiego miasteczka, więc był sam. Zza okna dochodziły odgłosy wieczornego życia mieszkańców Carashith, ale nie przeszkadzało to zmęczonemu czarodziejowi. Zasnął szybko. Otworzył oczy i zauważył, że ciągle jest na tym samym drzewie, w środku burzy i szalejących żywiołów. Jego wzrok od razu powędrował ku wąwozowi. Ku jego zdumieniu, nad przepaścią wisiała kładka. Drugą stronę zasnuwały czarne opary dymu i nic nie było widać, przynajmniej z daleka. Zeskoczył z drzewa. Wiedział, że ryzykuje, ale bagno nagle stwardniało mu pod stopami. Deszcz przestał padać, burza ustała, a zza chmur wyłoniło się kilka błyszczących gwiazd. Poszedł w kierunku kładki. Coś go tam ciągnęło i nie mógł się oprzeć. Chciał wejść z tą zagadkową ciemność po drugiej stronie i ujrzeć, co jego oczom obecnie było niedostępne. Chciał wiedzieć, mimo, że czuł że ta wiedza nie jest dla niego. Stanął na kładce. Nie miała poręczy i była wąska. Gdy zrobił krok w przód, niebezpiecznie zatrzeszczała. Zawahał się i nagle czerń nieco zrzedła. Zobaczył ciemną postać stojącą jakieś sto metrów za mostkiem, obróconą do niego plecami. Nie ruszała się, lecz potrafił dostrzec, że jest ogromna i okuta w czarną zbroję. Wtedy, tak samo nagle, jak się rozszedł, wszystko znowu osnuł czarny dym. Widać było już tylko wąwóz i kładkę, a Terlon stał w miejscu i nie mógł zrobić kroku. Zobaczył nagle starca, ubranego w brunatny płaszcz, który stał na drugim końcu przejścia i wpatrywał się w niego spod krzaczastych brwi. Terlon nie potrafił nic z siebie wydusić. Tamten natomiast odezwał się:
Czasy spokoju, piękna, miłości, I obróciwszy się na pięcie, zniknął w ciemnościach po drugiej stronie. W tym momencie kładka pękła. Terlon zamachał rękami, zacharczał próbując wydobyć z siebie krzyk i runął w przepaść. Ale zanim dosięgnął najeżonej skalnymi igłami rzeki, obudził się. Był już ranek, wstawał dzień podróży. Radroy stał pod kamienica portową i patrzył na wchodzących na pokład ludzi. Nie tylko ludzi zresztą, widywało się tam też trochę elfów wracających do swych południowych krain, a także kilku krasnoludów pływających po morzu wbrew naturze swej rasy. W końcu wszedł i Terlon, prowadząc za rękę Flavię. Avotar stał przy brzegu i mówił coś jeszcze przyjacielowi. Po chwili jednak kolejni podróżni rozdzielili ich i Terlon znikł z oczu tak Avotarowi jak i Radroyowi. Odczekał, aż Avotar odejdzie i sam ruszył na pokład. Zapłacił hojnie marynarzowi stojącemu przy wejściu - był nim o dziwo krasnolud - i poszedł zarezerwować sobie kajutę. Terlon przemknął mu kilka razy przed oczami, ale w ogólnym tłoku trudno było cały czas śledzić starca. Zszedł więc pod pokład i zajął ładną jednoosobową kajutę, akurat dla tak dobrze płacącego gościa. Statek odbił od brzegu. Radroy poczuł dreszczyk strachu przechodzący przez całe ciało, ale teraz i tak nie było już odwrotu. Postanowił, że spojrzy raz jeszcze na miasto i resztę podróży spędzi w kajucie, może z małymi przerwami na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Wyszedł więc na pokład. Statek już płynął, ale port był jeszcze całkiem niedaleko. Rozejrzał się wokół i dostrzegł Terlona. Zrobiło mu się słabo i wizja rychłej śmierci zawisła mu przed oczami. Terlon trzymał Flavię za rękę i uśmiechał się. I on, i elfka patrzyli prosto na Radroya. Stali na brzegu. |