|
Michał Ryszard Koskowski
Historyja krótka o trzech kompanionach, Dybidzbanie Marcinie i chrupaniu sroczki, cz.1
|
Zapadał już zmierzch nad późnojesiennym lasem, gdy trzej jeźdźcy w podróżnych płaszczach wyjechali na rozległą polanę. Nie uczęszczana, częściowo już zarośnięta droga, która ich dotąd prowadziła, dochodziła tutaj do znaczniejszego jakiegoś traktu.
- A na widłach siedzi diabeł i rogami strzyże... - zanucił jeden z nich, odrzucając kaptur i odgarniając opadające na oczy, posklejane od wilgoci jasne włosy.
- Cichaj Gaszko z tymi twoimi czartami - przerwał mu najwyższy z nich, jadący na potężnym, karym koniu fryzyjskim, objuczonym imponującą ilością oręża różnego rodzaju - nie licząc derki i wypchanych sakw. - Wreszcieśmy gdzieś dojechali po tym cholernym skrócie.
- Nie znasz się Krzychu na poezji - pokręcił głową blondyn. - I na innych rzeczach też się nie znasz. Bo widzisz - u nas widłami rozstaje nazywają, a w takich miejscach, widzisz, błędne diabły mieszkają. Zoczy cię taki i ot, już drogi nie znajdziesz.
Tymczasem trzeci z nich, który milczał do tej pory, wjechał na trakt, rozejrzał się i splunął.
- W prawo czy w lewo? I w jedną i w drugą stronę błoto.
- W prawo - zdecydował wysoki.
- A czemu nie w lewo? - spytał złośliwie blondyn.
- Temu, że jak ostatnio pojechaliśmy w lewo, tośmy mojego konia pół dnia z błota wyciągali.
- Nie twojego konia, a twoje żelastwo, mości Cedrowicz.
- Nie moje żelastwo, a twoją głupotę, mości Jurgielewski. To był twój pomysł i twój skrót. W prawo panie Karaś!
Noc nadchodziła szybko, wiatr wzmógł się jeszcze a i deszcz nie odmówił udziału w przeganianiu po lesie opadłych liści. Konie człapały powoli, a jeźdźcy kołysali się w takt chlupotania błocka pod kopytami.
- Zmierzchało a wicher zdradliwy nagimi gałęźmi klekotał po lesie trupiego walca... - przerwał milczenie Jurgielewski, a jego głos zabrzmiał złowrogo w zapadających ciemnościach.
- Krzychu, jak ty mu się nie karzesz zamknąć, to ja mu to tak powiem, że się do wiosny nie odezwie - burknął ponury i zwyczajowo splunął.
Wysoki szlachcic poprawił się w siodle i westchnął ciężko.
- Powiedz lepiej, Gaszko, co dzisiaj będziemy jeść na kolację, zamiast o trupach chrzanić.
- Nie wiem czy zauważyłeś, Krzychu, ale ognia to my dzisiaj nie rozpalimy - wtrącił głucho Karaś.
Nie zbity z tropu blondyn odchrząknął i teatralnie egzaltowanym głosem wyrecytował:
- Na przystawkę nadziewane świńskie wymiona z miętą i truskawkami, popijane nastójką1 z posiekanej jemioły, na danie główne dzik w sosie chrzanowym, lepak2 chrapy łosia nadziewane jabłkami, lubo też szynka gotowana z figami i liśćmi laury obtoczona w miodzie i smażona w cieście, popijane kopowcem3 starym i tłustym, batorynem4 najlepiej jezuickim dwudziestoletnim...
- Skończ Jurgiel, bo się mi się niedobrze robi - przerwał mu wysoki. - Nie wiem, gdzieś się tego nauczył, ale więcej jak chleba ze smalcem albo kaszy ze słoniną nie uświadczysz na południe od Sanoka.
- W brzuchu mi burczy od tego waszego gadania o żarciu - przerwał mu Karaś. - Jeśli macie zamiar coś jeszcze dodać o jedzeniu, to lepiej bądźcie cicho, bo nic mnie tak nie denerwuje jak pusty brzuch.
- Kiedy widzisz, właśnie chciałem jak najszybciej dojść do deseru, żeby... - zaczął Jurgielewski, ale nie skończył, bo Karaś wstrzymał nagle swojego dropiatego wołocha, ominął jadącego pośrodku wysokiego i skoczył na blondyna z obuchem w garści. Gaszko spiął konia ostrogami i uchylił się jednocześnie, a i tak żelazo minęło jego głowę tylko o kilkanaście cali. Ujechał kilka kroków, ale zatrzymał się zaraz widząc, że ponury nie zamierza go dalej gonić. Zdyszanym głosem szybko dokończył:
- Jak najszybciej do deseru, bo światło widziałem i coś mi się widzi, że to musi być ta karczma, o której w Baligrodzie na rynku gadali, że światło całą noc karczmarz trzyma nad bramą, co by złego, co w okolicy mieszka, odczynić.
Z traktu karczmę było ledwie widać. Budynek stał w pewnym oddaleniu, schowany za kępą rozłożystych buków, oparty o ścianę lasu, zaś cała niewielka posiadłość wraz ze stodołą, studnią i skrywającym piwniczkę kopcem otoczona była niewysokim drewnianym płotem. Jedyną bramę zwieńczono daszkiem z podwieszoną lampą, która kołysała się teraz na wietrze rzucając niesamowite cienie na prowadzącą do karczmy drogę i drzewa.
Podjechali bliżej i zsiedli z koni. Jedno z okien rozjaśniało słabe, migotliwe światło, jednak przez błonę nie było nic więcej widać.
- Przygotuj pistolety, mości Karaś - powiedział cicho wysoki, samemu też wyciągając z olstrów krócicę. - A ty Jurgiel milcz. To najlepsze, co możesz nam pomóc. Diabli wiedzą kto tam w środku siedzi, a byłoby bardzo głupio po takiej długiej podróży dostać w łeb od jakiegoś sanockiego opryszka.
Ponury przylgnął do ściany tuż koło drzwi, a Cedrowicz położył dłoń na klamce. Spojrzeli po sobie i kiedy Karaś skinął głową, weszli.
Drzwi otworzyły się z łatwością i bez tradycyjnego skrzypienia. Wnętrze tonęło w półmroku rozjaśnianym jedynie światłem resztek świecy, stojącej na jednym ze stołów. Lewą, krótszą ścianę prostokątnej izby stanowiło wygaszone palenisko i pokaźnych rozmiarów szynkwas. Naprzeciwko drzwi pod oknem stała długa ława, a resztę pomieszczenia wypełniało kilka wielkich stołów, również obstawionych ławami. W kątach czaił się głęboki cień.
Ich kroki zadudniły głucho na drewnianej podłodze. Karaś zatrzymał się blisko wejścia, zaś Cedrowicz stanął pośrodku izby i rozejrzał się.
- Jest tu kto? - zapytał głośno.
Odpowiedziała mu cisza. Wrócił do drzwi.
- Chodź, Jurgiel. Przenocujemy - zawołał.
Konie umieścili koło paleniska a derki rozłożyli na podłodze między szynkwasem a stołem. Karaś przymierzył się do zamka w drzwiach na zaplecze i już wkrótce popijali w najlepsze jakiegoś cienkusza z gąsiorka. Próbowali też rozpalić ogień, żeby coś ugotować, ale namoknięte drewno i zimny komin dawały tylko gryzący oczy dym.
Kiepskie wino zagryzane suszoną wieprzowiną nie dawało na siebie długo czekać i już wkrótce humory im się znacznie poprawiły. Przodował w tym Cedrowicz, który na co dzień i między ludźmi skrywał swoją przypadłość jako przekleństwo losu, teraz jednak nic sobie ze słabej głowy robić nie zamierzał.
- Każ przynieść wina, mój Grzegorzu miły,
Bodaj się troski nigdy nam nie śniły.
Niech i Hanulka zasiądzie tu z nami,
Kurdesz, kurdesz nad kurdeszami! - zaśpiewał nagle na całe gardło wysoki szlachcic, ku zgrozie towarzyszy, którzy, choć w artystycznych materiach również biegłymi nie byli, cedrowiczowskiego muzycznego beztalencia znieść nie byli w stanie.
- Jezu...! - jęknął Karaś i przetarł twarz dłonią. - Jurgiel, daj mu, niech się jeszcze napije i pod stół zwali. Ja go nie zdzierżę...
- Kiedy, widzisz, puszczyku, bachowe trunki budzą w nim szacunek dla poezji, a tego nie wolno zaprzepaścić - odpowiedział blondyn wsparłszy się na łokciu i wpatrując się w wysokiego z zainteresowaniem.
- Żebym cię nie znał, kanalio - warknął ponury, obracając się na drugi bok i zakrywając głowę płaszczem. - Jak go nie uciszysz, to nie zaśniemy, a jak ja się w końcu nie wyśpię, to nigdzie nie pojadę, a jak nie pojadę, to szlag trafi wasz spadek, bo nikt wam nie pokaże, gdzie stary go schował, a mnie na tym naprawdę przestaje zależeć. Im dłużej się z wami tłukę w deszczu, błocie i innych świństwach zamiast siedzieć sobie spokojnie w karczmie gdzieś w Kamieńcu i podskubywać karczmareczkę...
- Żal się, żal, i tak by cię żadna nie chciała, kędyś taki nieużyty - powiedział blondyn niby do siebie.
- Prze zdrowie gospodarz pije,
Wstawaj, gościu! A prze czyje?
Prze królewskie. - Powstawajmy
I także ją wypijajmy!
Prze królowej. - Wstać się godzi...!!! - zaskowyczał Cedrowicz i na te słowa spróbował się podnieść, chwytając się stołu, powietrza i gąsiorka. Płynnym, tanecznym prawie, ale i szybkim dość ruchem wylądował w końcu na skraju ławy. Ława natomiast, zwyczajem ław z jednego krańca nagle obciążonych, podniosła się z końca drugiego, zrzucając szlachcica z hukiem z powrotem na podłogę.
- Prze królowej, psia jej mać... - Cedrowicz spojrzał smutnym wzrokiem na Jurgielewskiego. - Już rano? - spytał cicho.
- Nie rano, bracie, jeszcze nie rano. Widzisz, upiłeś się tak szpetnie, że nawet śpiewki ci nie wychodzą.
- Nigdy mi nie wychodzą.
- Dziś wyjątkowo. Napij się jeszcze.
- Nie! Niech już nie pije!! - rozległ się nagle głos jakiś z głębi karczmy.
Blondyn zamarł. Wysoki czknął. Ponury odkrył głowę szybkim ruchem.
- Kto tam? - spytał drżącym głosem Jurgiel.
- Cicho bądź - skarcił go szeptem Karaś, podnosząc się powoli i sięgając po leżącą na ławie krócicę.
- Prze królowej...? - Cedrowicz zrobił minę bardzo zdziwioną.
Jurgielewski przeczołgał się w stronę paleniska. Konie wierciły się niespokojnie.
- Kto tam jest?! - zawołał Karaś, sypiąc proch na panewkę pistoletu, cały czas schowany w kucki za stołem i ławą.
- Marcin Brzeziński jestem, choć mówią na mnie Dybidzban. A kto pyta? - zza stołu, z głębi ciemności wychynęła zupełnie nagle otyła, męska postać.
Karaś podskoczył nagle i huknął głową w szynkwas.
- Strzelaj! - krzyknął przeraźliwie blondyn rzucając się szczupakiem do drzwi.
- Dybidzban...? - czknął znowu Cedrowicz.
Huknął wystrzał. Wysoki padł na podłogę. Dym i zapach prochu momentalnie wypełniły izbę. Przez chwilę nie było nic widać, poza oświetlonym na żółto przez świecę kłębiącym się tumanem.
- Oszaleliście, czy co? - spytał z oburzeniem nieznajomy głos.
Kompanioni nie odezwali się. Nawet Cedrowicz milczał.
- Nie dawajcie mu więcej wina, bo prędzej by mi uszy zwiędły, niż by jego ścięło. Nie chciałem waszmościom przeszkadzać, ale już nie mogłem wytrzymać.
- Z szlachcicem mamy do czynienia? - odezwał się wreszcie Karaś.
- No Brzeziński jestem przecie. Co mam być? Ormianin? Tatar?
- Dybidzban... - Cedrowicz usiadł niezgrabnie na podłodze i otrzepał się.
- Tak mnie nazywają. To z racji dzbanów piwa, którymi przepiłem razu pewnego...
Karaś odłożył pistolet z powrotem na ławę i przerwał nieznajomemu:
- Cały czas żeś waszmość, jak tu jesteśmy, tam w kącie siedział? Czemużeś się nie odezwał?
- Dobrzeście sobie radzili, po co miałem się wtrącać?
Ponury i blondyn popatrzyli po sobie.
- Osteria5 nie moja - ciągnął brzuchacz - więc o drzwi do komórki się nie będę gniewał. Z resztą i tak nie wiem, gdzie kaczmarz6 klucz schował. A żeście mnie do wina nie zaprosili, to wasze prawo, boście nie wiedzieli, że tu jestem. Ale że mnie teraz też nadal nie zapraszacie, to za chwilę będzie, waszmościowie, wstyd i hańba.
1 nastójka = nalewka
2 lepak = albo
3 kopowiec = stary, gęsty i tłusty miód pitny (w przeciwieństwie do młodego i chudego zwanego dębakiem)
4 batoryn = nazwa słynnego miodu pitnego, wyrabianego przez o.o. Jezuitów
5 osteria = austeria = karczma
6 kaczmarz = karczmarz; to nie błąd tak też dawniej mówiono
|