| Kącik tolkienowski |
Ostatnia wyprawa wodza |
Arathorn siedział pod drzewem ćmiąc fajkę. Przygotował już wszystko na ognisko i czekał tylko aż do końca zapadnie noc. W okolicach gościńca panowała jeszcze dość ładna, jesienna pogoda, lecz na północy, za Fornostem i na Wzgórzach Evendim leżał już śnieg. Tego roku zima nadchodziła bardzo wcześnie, wszak dopiero ledwie się zaczął listopad. Ciemne chmury ciągnące na południe w każdej chwili mogły zrodzić nie lada śnieżycę. Jednakże Arathorn był dobrej myśli, znał dobrze jak mało kto zwyczaje pogody Eriadoru, przewidywał jeszcze co najmniej dwa lub trzy dni bez białego puchu. Na chwilę chmury się rozeszły i na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Najpierw niemrawo, powoli, gdzieniegdzie zabłysły jasne punkciki, później nagle w wielkiej ilości, aż cały nieboskłon zamigotał dziełami Vardy. Piękny to był widok i Arathorn bardzo lubił wpatrywać się w niego myśląc o dalekim zachodzie i próbując wyobrazić sobie piękno Valinoru. Zaraz jednak znów nadciągnęły ciemne kłęby chmur i światła gwiazd zgasły by nie pojawić się już tej nocy. Blada poświata księżyca ledwie prześwitywała zza szczelnej zasłony tuż ponad czubkami drzemiących jodeł. Mimo zamieszania na niebie, w lesie wiatru prawie nie było czuć, panowała napawająca spokojem cisza. Rejony gościńca były bezpieczne, głównie zresztą dzięki Arathornowi i innym strażnikom, podróżni chętnie korzystali z tego szlaku nie wiedząc nawet, komu zawdzięczają spokój podróży.
Miał już zabrać się do rozpalania ogniska, gdy usłyszał kroki. Zamarł w bezruchu i szybko rozpoznał odgłos dwóch par ludzkich nóg. Po chwili z drzew wynurzyła się postać kobiety w płaszczu. Za nią szedł średnio wysoki mężczyzna, lekko utykający na prawą nogę. Arathorn rozpoznał swą żonę.
Ostatnimi tygodniami wśród mieszkańców Bree krążyły pogłoski o bandzie orków buszującej po północnej części Wichrowych Wzgórz. Nie wiedzieliśmy ile w tym prawdy, ale podobno kilku ludzi i hobbitów zaginęło w tamtych rejonach. Znalazło się też kilku świadków, którzy twierdzili, że widzieli i słyszeli orków maszerujących po zmroku po lesie. Dziwnym nam się to zdało, gdyż często bywamy w tamtych rejonach, wiesz przecież sam, i orków od dawna żaden z nas już tam nie spotkał. Arador jednak zdecydował się sprawdzić to osobiście. Chciał, byś poszedł z nim razem, ale byłeś wtedy jeszcze daleko na wschodzie, w okolicach wrzosowisk Etten, więc nie było możliwości zawiadomienia cię. Wszelako poszedłem z wodzem ja, a także Rodellan, którego przecie dobrze znasz. Było to chyba z trzy tygodnie temu. Dawno nie chodziłem po Wichrowych Wzgórzach, lecz sporo pamiętałem jeszcze z czasów młodości. Niewiele się tam zmieniło, zresztą co mogło się zmienić. Przeszliśmy całą okolicę wzdłuż i wszerz, zabrało nam to dwa tygodnie, ale nie znaleźliśmy żadnych śladów obecności orków. Nikt nas nie niepokoił po drodze, a że pogoda jeszcze wtedy dopisywała, zrobiła się z wyprawy na orków piękna wycieczka. Jednak sześć dni temu spadł śnieg - jak zwykle w takich momentach - nagle i w dużej ilości. Rzecz jasna byliśmy zabezpieczeni na taką ewntualność - mieliśmy trochę jedzenia, ubrania, zatem zima nie zaskoczyła nas tak zupełnie. W zaśnieżonych górach podróżuje się jednak dość mozolnie, a że teren wydawał się sprawdzony, zdecydowaliśmy się powoli skierować z powrotem do Bree. Już schodząc z gór twój ojciec przypomniał sobie o małej dolince, której nie przeszliśmy. Rodellan odradzał ten pomysł, ja również nie paliłem się do dalszego marszu, lecz Arador był wodzem i tym razem nie udało nam się go przekonać. Dolinka była blisko więc doszliśmy tam jeszcze tego samego dnia wieczorem. Przez cały dzień śniego lekko padał, ale im później, tym mocniejsza jak na złość robiła się zawieja. W końcu szczęśliwie schroniliśmy się w dolinie, gdzie pobliskie wzgórza chroniły nas trochę przynajmniej od wiatru. Lecz wściekłe wycie zamieci na otaczających nas szczytach dokuczało bardzo i zagłuszało wszelkie leśne odgłosy. Dlatego właśnie daliśmy się podejść. Tam nie było orków. Zgodnie z tym co przewidywaliśmy, wszelkie gobliny dawno wyniosły się z Wichrowych Wzgórz i unikają nas jak ognia. Lecz, nie wiadomo skąd, pojawiły się w dolince dwa górskie trolle. Zobaczyliśmy je, gdy były już bardzo blisko. Niewątpliwie wyczuły zapach ludzi na tych pustkowiach wszakże bardzo rzadki. Trolle potrafią szybko się poruszać, a i śnieg dawał im, większym dużo od nas, przewagę. Nasza szansa tkwiła kuriozalnie w tym, że nadeszły z dwóch różnych stron i jeszcze nie były blisko siebie. Może myślały, że na sam ich widok struchlejemy ze strachu, kto wie. Wątpliwe, by miały wcześniej do czynienia ze Strażnikami.
Arador pierwszy wyciągnął miecz. Jak tylko ruszył w stronę trolla, wyciągnęliśmy broń i podążyliśmy w jego ślady. Potwory wydawały się zaskoczone, bo na chwilę zamarły. Szczęście, że trolle nie należą do specjalnie inteligentnych stworzeń, gdyż ta chwila wahania okazała się dla nas zbawienną.
Dopadliśmy pierwszego po kilku sekundach. Miał w ręku ciężką maczugę, może zresztą była to po prostu spora gałąź jakiegoś drzewa, nie wiem. Zamachnął się nią, ale twój ojciec zręcznie się uchylił i ciął mieczem w nogę trolla. Cios był potężny i przerąbał zrogowaciałą skórę poczwary. Dymiąca posoka trysnęła na śnieg barwiąc miejsce starcia zgniłą zielenią. Troll ryknał jak oszalały i zamachnał się drugi raz ponownie pudłując. Tymczasem Rodellan ciął go po drugiej nodze. Miecz jednak nie tak bardzo rozpędzony jak Aradora, ześliznał się po skórze trolla ledwie go drasnąwszy. Wtedy drugi potwór przebudził się wreszcie z szoku wywołanego naszą niespodziewaną obroną i ogromnymi krokami zaczął się do nas zbliżać. Zgodnie z rozkazem Aradora, zaszedłem mu drogę. Ten także dzierżył w ogromnej łapie maczuge sporych rozmiarów. Tu muszę przyznać, że nogi się pode mną ugięły, nigdy bowiem z trollem wcześniej się nie spotkałem. Przez to właśnie mój unik okazał się zbyt wolnym i cios trolla zahaczył mi o nogę, boleśnie tłukąc mięśnie i naznaczając udo sporą szramą. Udało mi się odskoczyć przed kolejnym natarciem, lecz nic więcej nie mogłem chwilowo zrobić. Troll pognał na pomoc swemu kamratowi, który już wtedy zresztą, pchnięty Aradorowskim mieczem z potworną siłą, dokonywał żywota. Wódz jednak wyciągając broń z ociekającego posoką cielska nie spodziewał się ataku z tyłu, a mój krzyk dobiegł go za późno. Rozpędzony troll trafił obracającego się Aradora w bok druzgocąc ramię i żebra. Rodellan wprawdzie, obróciwszy się szybciej, wskoczył przed będącego w biegu jeszcze potwora i wykorzysując jego pęd wbił mu miecz w brzuch aż ostrze przeszło na wylot, ale dla ojca twego było już za późno. Poczwara zwaliła się na Rodellana przygniatając go swym cielskiem, przez co ma zwichnięte ramie. Z trudem udało mi się go wyciągnąć spod trupa. Gdy podszedłem wtedy do Aradora, dychał jeszcze, ale widać było, że dogorywa. Popatrzył na mnie smutno i z trudem wyszeptał:
Arathorn milczał wpatrując się w ogień. Płomienie niestrudzenie skakały po szczapkach drewna, nieświadome trolli, Strażników czy zbliżającej się zimy. Dla nich świat zawsze będzie taki sam. Dla Arathorna już nie.
Kilka miesięcy później Gilraena powiła syna, Aragorna. Gdy dziecko miało dwa latka, ze Śródziemia odszedł jego ojciec, Arathorn. Samotna matka przeniosła się z synem do Rivendell, gdzie zamieszkiwali zim wiele. Gdy syn jej dorósł, odeszła z domu Elronda by umrzeć wśród swej rodziny w Eriadorze. Wiele lat później Aragorn odegrał kluczową rolę w ostatecznym złamaniu potęgi Saurona, Władcy Pierścieni i został wielkim królem wśród ludzi, podziwianym przez wszystkie wolne rasy Śródziemia. Arador, gdziekolwiek wtedy był, na pewno był dumny ze swego wnuka. |