Spis treści Świat Mroku

Caern


Chris "Vlad_IV" George Majewski

Uczucia

Cuda się nie zdarzają...

Ike otulił się mocno kurtką. Było zimno, bardzo zimno. Do tego jeszcze zaczął padać śnieg. Cienka, zielona wiatrówka nie zapewniała zbytniej ochrony przed mrozem. Był zmęczony. Musiał oprzeć się o ścianę pobliskiej kamienicy. Nie było to najmilsze uczucie. Naga cegła była jeszcze bardziej nieprzyjemna niż sam mróz... a do tego jeszcze zimniejsza. Nie miał jednak wyjścia. Ona, albo płyta chodnika. Oddech miał ciężki i przerywany ustawicznym kaszlem. Zaczął chwytać głębsze łyki powietrza i powoli przechodziło, jednak zimno zalało jego ciało od środka. Czuł, jakby w gardle pojawiły się nagle kostki lodu, ale wiedział, że jest to tylko złudzenie. Zamknął usta i podniósł wzrok. Z bocznej uliczki doskonale widział główną Szóstą aleję, wraz z jej całym ruchem. Powoli zaczęła ją pokrywać warstewka drobnego śniegu. Niektórzy nazywają go łupieżem... Wyprostował się i oparł się całym bokiem o płaską powierzchnię ściany. Uniósł ręce do ust i chuchnięciami zaczął ogrzewać odsłonięte końcówki palców. Z wysiłkiem stanął o własnych nogach. Chwiejąc się wyszedł z ciemnego zaułka. Światło latarni oślepiło go nieco. Zasłonił twarz brudnym rękawem kurtki i podszedł do pierwszego lepszego przechodnia. Akurat był to bardzo dobrze ubrany człowiek w średnim wieku, nieco łysawy, ale sprawiał miłe wrażenie. Z kieszeni płaszcza wystawała chyba dzisiejsza gazeta. Spoglądał na zegarek, który błyszczał złotem w świetle latarni i przejeżdżających samochodów.

 - Która godzina? - mężczyzna usłyszał gdzieś z boku nieco ochrypły głos, odwrócił się, a jego oczom ukazała się postać z jego koszmarów, bezdomny.
 - Dochodzi siódma... - wyjąkał.
 - Dziękuję panu! - rzucił brudny jegomość i ukłonił się nisko, wykonując przy tym szeroki zamach rękoma i... wywrócił się, wywinął niezłego orła na śniegu.
Mężczyzna w garniturze podbiegł do Ike'a i chwycił za ramię. Próbował go podnieść, ale nie było to takie proste... Bezdomny ważył swoje i był dosyć ciężki do przesunięcia, a co tu dopiero mówić o podniesieniu!
 - Nic się panu nie stało? - pytał zdenerwowany biznesmen, pomagający Ike'owi wstać.
 - Nie... nic mi się nie stało... - jęczał bezdomny, którego nieźle teraz bolała kość ogonowa.
 - Czy coś mogę dla pana zrobić? - kontynuował... chyba z grzeczności.
 - Możesz postawić mi kawę i coś ciepłego do zjedzenia - stwierdził bez ogródek Ike. - Poza tym... możesz mi odstąpić swoją gazetę.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd białych i idealnie równych zębów. Musiał mieć niezłego protetyka - to zdanie samo cisnęło się na usta, pomimo niewątpliwej sympatii, jaką budził ów człowiek. Widać było, że podoba mu się szczerość napotkanego nieznajomego.
 - Pewnie... Czemu nie? Zapraszam do kafejki po drugiej stronie ulicy - uśmiechnął się jeszcze szerzej.
 - Niestety... - mina Ike'a nieco zrzedła. - Za wysokie progi na moje nogi... Ale nic straconego! Zapraszam do sprawdzonej i naprawdę miłej knajpki!
Mężczyzna zmierzył nieznajomego od góry do dołu. Chyba rozważał propozycję.
 - A... czemu nie? I tak mam trochę czasu... - machnął ręką. - Pan przodem.
Ike ruszył zadowolony przed siebie, oglądając się od czasu do czasu, czy poznany przed chwilą mężczyzna nadal za nim idzie. Zabawne, nawet nie spytał go o imię. Zawsze był nieufny w stosunku do nieznajomych... Ale co tam! Ten sprawiał bardzo miłe wrażenie. Do tego stawiał kolację...

Myśl o kawie i ciepłym posiłku dodawała mu otuchy. Zapomniał nawet o męczącym go mrozie. Zerkał uważnie na nieznajomego. Próbował zgadnąć jego myśli, jednak umysł przyszłego dobroczyńcy wydawał się być strasznie odległy od zgłębienia. Wydawał się myśleć o czymś zupełnie odmiennym, aniżeli o sprawie tak trywialnej, jak posiłek.

Po piętnastu minutach ich podróż dobiegła końca. Stali teraz obaj przed dosyć sporą przyczepą kempingową i wpatrywali się w wielki, czerwony neon świecący jasno nad nimi.
 - "Rose's"! To tutaj! - zakomunikował Ike.
Mężczyzna stał przez chwilę i z niedowierzaniem patrzył na bezdomnego. Jego oczy zdawały się wręcz krzyczeć: "Powiedz mi, że to nie tutaj! Proszę!".
 - Wejdziemy? - spytał zniecierpliwiony.
 - Tak... Tak! - krzyknął biznesmen, wyrwany chyba z głębokiej zadumy.
Ike podbiegł do przyczepy. Szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka. Mężczyzna powoli i z klasą wszedł za nim, rozpinając płaszcz w drzwiach. Rozejrzał się wokoło. Chyba nie trafili na godziny szczytu, gdyż przy ladzie siedział tylko jeden facet z wlepionym w kubek kawy zwrokiem. Do tego jeszcze para starszych ludzi w jednym z kątów przyczepy. Za ladą uwijała się ruda kobieta. Wyglądała na coś koło trzydziestki. Na twarzy miała bardzo grubą warstwę makijażu.

Bezdomny usiadł przy ladzie z nieukrywaną dumą. Towarzysz podążył za nim i zajął miejsce po prawej stronie. Kobieta rzuciła szmatkę do zmywania blatu i podeszła do nich. Oparła ręce na bokach i obrzuciła Ike'a wymownym spojrzeniem.
 - Cóż cię do nas sprowadza? - spytała z udawaną złością.
 - Zawsze byłaś słabą aktorką... - Ike od razu ją przejrzał. - Chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela. Nazywa się...
 - Bernard. Bernard Stone - rzucił z uśmiechem i wyciągnął rękę w kierunku kobiety.
 - No właśnie... a teraz podaj nam coś do żarcia... - niecierpliwił się Ike.
 - Nie żarcia tylko jedzenia, niewychowany gburze! - zganiła go kobieta ściskając rękę Bernarda - proszę na niego nie zwracać uwagi. On tak zawsze... Jestem Elżbieta... i dał się pan naciągnąć na posiłek takiemu darmozjadowi?
 - To naprawdę żaden kłopot... - zaczerwienił się i chwilę milczał. - To pani nie jest właścicielką? - zdziwił się Stone.
 - Jestem... A! Chodzi panu o neon! - nie wydawało się, że ją to dziwi. - To po poprzednim właścicielu. Nie miałam pieniędzy, żeby go zmienić, a ludzie i tak się przyzwyczaili... więc tak zostało...
 - Aha... rozumiem... - ich rozmowę przerwało głośne chrząknięcie Ike'a.
 - Mną się nie przejmujcie... - wyraźnie się niecierpliwił. Elżbieta obrzuciła go wymownym spojrzeniem.
 - Co zjecie chłopcy? - znowu oparła ręce na bokach.
 - Dla mnie jajecznicę, grzanki i kawę z dwoma kostkami cukru - jednym tchem wymienił Ike.
 - A co dla ciebie, Bernardzie... chyba mogę tak do ciebie mówić?
 - Oczywiście... Dla mnie tylko kawę... - odwzajemnił rzucane w jego kierunku uśmiechy.
Elżbieta stała chwilę i patrzyła na nich, ale kiwnęła głową i znikła na zapleczu. W barze zapadła cisza, przerywana tylko przez przejeżdżające coraz rzadziej samochody.
 - Więc na imię masz Bernard... - przerwał Ike. - Ja jestem Ike... po prostu Ike... Teraz nikt nie używa już mojego nazwiska...
 - A brzmi ono... - Stone był ciekawski.
 - Nieważne... mów mi Ike, jak wszyscy. - Zamilkł na moment, chyba zbierał siły. - Dziękuję ci za pomoc, dzisiaj na ulicy... i za posiłek...
 - Nie ma za co... - przerwał mu dobroczyńca.
 - Nie! Jest za co... a pamiętaj, że ja zawsze spłacam swoje długi... a za okazaną dobroć zawsze odpłacam tym samym...
 - To naprawdę niepotrzebne... poza tym... - nagle urwał.
 - Wiem... Zastanawiasz się, co człowiek taki, jak ja, może ci ofiarować. O to się nie bój. To już mój problem, jak ja się odwdzięczę. Więc... - przerwała mu wchodząca do środka z dymiącą jajecznicą Elżbieta.
 - Oto wasze zamówienia. Kawa, grzanki i kawa dla pana i kawa dla drugiego pana... A teraz... pałaszujcie - uśmiechnęła się szeroko i nagle uciekła zmieszana.
 - Co jej się stało? - spytał Bernard.
 - Nie wiem... ma swoje fochy... jest dziwną kobietą, ale ma złote serce. Wiele razy, gdy byłem głodny, pozwalała mi najeść się do syta... problem z tym, że potem musiałem cały dzień zmywać... - wybuchnął gromkim śmiechem, a para staruszków położyła na stole pieniądze i czym prędzej opuściła lokal.
 - Faktycznie... - Bernard śmiał się i popijał ciepłą kawę jednocześnie.

Kolejne kilka minut spędzili w ciszy. Ike szybko zamiatał swoją porcję jedzenia, a Bernard powoli sączył kawę i zapoznawał się z treścią gazety, którą przyniósł tu w kieszeni. Wreszcie lektura dobiegła końca... podobnie, jak kawa. Złożył gazetę i położył ją na kontuarze. Złożył dłonie i przełknął ślinę. Spojrzał niecierpliwie na zegarek. Dochodziło w pół do dziewiątej. Czas zleciał tak szybko... a teraz było już tak późno.
 - Niestety... muszę was już opuścić... ale chciałbym wam podziękować... spędziłem naprawdę miłe chwilę... choć na trochę oderwałem się od rzeczywistości... Dziękuję...
Ike i Elżbieta, która właśnie czyściła tłustą plamę na ladzie spojrzeli na niego.
 - Skoro musisz... Chciałbym ci jeszcze raz podziękować... I pamiętaj o mojej obietnicy...
 - Wiesz, że nie trzeba... poza tym... niedługo święta... - Bernard uśmiechnął się szeroko. - Żegnam was.
Schował gazetę do kieszeni, chwycił za swoją teczkę, a na stole położył dwadzieścia dolarów i już miał wyjść, kiedy Ike złapał go za rękaw.
 - A obiecana gazeta? - spytał.
 - A... tak... to ona. - powiedział Bernard, podając mu gazetę.
Wyszedł. Drzwi szybko zamknęły się za nim. Oboje chwilę za nim wyglądali. Elżbieta rzuciła szmatkę na ladę i podeszła do jedynego pozostałego w barze klienta. Szturchnęła go ręką.
 - Proszę pana, już zamknięte.
Facet popatrzył na nią nieprzytomnie. Zgramolił się ze stołka. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Wsadził rękę głęboko do prawej kieszeni i pomieszał w niej chwilę. Wyciągnął pomięty banknot stu dolarowy, położył go na ladzie i wyszedł chwiejnym krokiem. Ela schowała go do kieszeni. Wyszła zza lady i udała się w stronę stolika, przy którym siedzieli dziadkowie. Pieniądze znalezione na nim także schowała i chwyciła za talerze. Ruszyła z nimi w kierunku lady.
 - Kurcze, to już faktycznie prawie święta... - powiedziała, spoglądając na kalendarz. - Będę musiała wystawić choinkę...
 - I jak? - spytał Ike.
 - No... to chyba najmilsza małpa, jaką w życiu spotkałam... Chyba najmilsza ze wszystkich, jakie naciągnąłeś na obiad...
 - Mi też się spodobał... - mówił kończąc kawę. - Dlatego obiecałem mu coś... zamierzam dotrzymać słowa.
 - I co mu dasz?
 - Bezpieczeństwo...
Ela przemilczała słowa przyjaciela. Ike wstał i odstawił kubek na ladę.
 - Dzięki. - powiedział i ruszył w stronę wyjścia, znowu drzwi skrzypnęły.

* * *

Bernard wyszedł z baru. Śnieg padał teraz dosyć mocno. Na ulicy zgromadziła się dość gruba jego warstwa. Postawił kołnierz płaszcza i skulił się mocno. Rozejrzał się wokoło i ruszył w stronę skąd przyszedł z poznanym jegomościem. Mdliło go na myśl o drodze, jaką ma teraz do przebycia, aby dotrzeć do swojego ciepłego domku. W dodatku musiał teraz uganiać się po mieście w mrozie i brnąć przez zalegające wszędzie zaspy. A może zamówić taksówkę? Nie... nie mam pieniędzy, a taksówkarz nie wyciągnie nic z karty kredytowej... a na obietnicę zapłaty też pewnie się nie nabierze... Cóż, pozostaje piechota. Szedł parę minut główną ulicą, ale wiedział, że zajmie mu to dużo więcej. Stanął przy bocznej, ciemnej uliczce. Wiedział, że pójście tędy pozwoliłoby mu zaoszczędzić kilkanaście minut... Skrót kusił. Bernard pomyślał o ciepłej kąpieli i bez wahania wybrał zaułek. Ruszył szybkim krokiem w kierunku drugiej strony. Był to ładny kawałek, ale i tak bliżej, aniżeli Szóstą... Zatopił podbródek w cieple płaszcza. Był w połowie drogi, kiedy naprzeciw siebie zobaczył trzy zbliżające się do niego postacie. Zatrwożył się lekko, ale wierzył, że to nie złodzieje. Byli coraz bliżej. Przyspieszył, żeby szybciej ich wyminąć, ale jeden z nich stanął mu na drodze. Bernard zatrzymał się i chciał iść w drugą stronę... niestety tamtą blokowało dwóch kolejnych zbirów. Objął teczkę i przycisnął ją do piersi. Był przerażony. Serce biło mu szybko i rytmicznie. Pompowało olbrzymie ilości adrenaliny do tętnic i żył. Zaczął się kręcić w kółko, aby chociaż zobaczyć, skąd przyjdzie cios. Niestety, i tak przyszedł z tyłu. Palący żar zalał mu potylicę i osunął się na ziemię. Zaczęli go kopać i bić, zdaję się, pałkami. Wiedział, że nie wyjdzie z tego cało. Myślał o tym, jak wielki błąd popełnił, wybierając ten skrót. Powoli przestawał czuć zadawany mu ból...

Wtem usłyszał kroki. Bardzo wyraźne stuknięcia w bruk, nagle przerodziły się w potężny łomot... jakby słoń biegł ulicą... gorzej... Nagle krzyk... jeden drugi... jakaś mazia bryznęła na niego. Uniósł powoli wzrok. Nad nim stało coś przerażającego... wielka, szara i włochata bestia, przypominająca przerośniętego psa... trzymała w jednej łapie zwłoki jednego z napastników, a drugą pozbawiała głowy drugiego... Bernard zakrył rękoma twarz i zaczął płakać. Wsunął się pod ścianę i zaczął się cały trząść. Płakać i trząść się... wpadł w histerię. Nagle wrzaski i hałasy ustały.

Ike schylił się nad skulonym, pobitym i przerażonym Bernardem i usadził go prosto. Podniósł zakrwawioną teczkę z ziemi i postawił ją obok Stone'a. Położył mu rękę na ramieniu. Bernard poderwał głowę do góry. Widać było strach w jego oczach, ale na znajomy widok zaczął się uspokajać.
 - C... co... co się stało? - wyjąkał przerażony
 - Napadli cię.
 - A t... ty... ty co tu robisz?
 - Pomogłem ci. Mówiłem, że ja zawsze spłacam swoje długi...
 - A... ale t... to... co tu było?
 - Tu nic nie było. To tylko twoja przerażona wyobraźnia - uspokajał go Ike. - Poczekasz tu? - Bernard skinął głową. - Dobrze... muszę zawołać policję. Siedź tutaj i nie ruszaj się...

Ike podniósł się z pozycji kucającej i ruszył w stronę ulicy. Nie oglądał się za siebie... "W końcu wy, małpy, macie święta... ale to i tak nie przeszkadza wam, aby się zabijać..." - pomyślał i mocniej otulił się kurtką.

Na górę strony