| |
Coś się kończy... |
Dziś spróbuję zastanowić się nad tym czym są konwenty, a może raczej czym konwenty nie powinny być. Krakon 99 był dla mnie osobiście najlepszym konwentem w zeszłym roku. Polcon nie był już taki wspaniały i z wielkim utęsknieniem czekałem na kolejny wyjazd na Krakon, zwany K2K. Jednak po przyjeździe na miejsce i spędzeniu tam 2 dni straciłem wiarę i postanowiłem więcej Krakowa nie odwiedzać. Dlaczego? Gdybym miał odpowiedzieć krótko to stwierdziłbym iż po prostu jestem idealistą. Spotkania z ludźmi którzy "wiedzą o co chodzi" to kolejne dowartościowanie i zaspokojenie potrzeby przynależności. Jednak we wszystkich spotkaniach, moim zdaniem, powinna unosić się jakaś aura idealizmu, choć możemy ją nazwać jak chcemy (może PESM'owcy nazwaliby ją czymś mrocznym lub tajemniczym). Jednak nawet wielkie imprezy dostarczały mi powodów do tego by wierzyć w ludzi, w tych którzy zajmują się RPG. Krakon po prostu taki nie był. Nie będę omawiał wszystkiego, bo myślę iż jeśli płacę za coś (i to nieźle, bo 60 zł to moim zdaniem nieźle) to powinienem wymagać. Na K2K nie uszanowano moich pieniędzy i nie mówię już o jakichkolwiek przejawach stworzenia jakiegokolwiek klimatu dla takiej imprezy. Nie wiem dlaczego postanowiono zasłonić się Panem Sapkowskim, jako niewiadomo jak wielką atrakcją. Zamiast stwarzać klimat pozbyto się sali projekcyjnej, która w zeszłym roku była czymś wspaniałym, zrezygnowano z komputerów, a wszelkie błędy organizacyjne doprowadzały mnie czasem do wściekłości. Jednym słowem K2K się skończyło, a co się zaczęło? Może coraz bardziej komercja gości w zamiarach organizatorów wszelkich większych imprez. Postawienie na dwie sale pełne karcianek to chyba niezła promocja tej rozrywki. Jednak weźmy kogoś kto interesuje się RPG i chciałby przyjechać na takie spotkanie by poznać ludzi, wysłuchać kilku fajnych odczytów, może zagrać w RPG, czy LARP'a. Bez odpowiedniego nastawienia organizatorów na takich konwentowiczów, imprezka robi się co najmniej drętwa dla entuzjastów rozrywki roleplejowej. Może zacznę odwiedzać małe lokalne konwenty, gdzie organizatorom zależy na ludziach, którzy przyjadą. Nie lubię Coca-coli, ani innych napojów tego typu. Są dla mnie jedynie rzadkim dodatkiem, bo psują zęby i w ogóle są dla mnie przejawem amerykańskiej kultury, za którą nie przepadam. Jednak organizatorzy K2K wpadli na "wspaniały pomysł" umieszczając z tylnej strony identyfikatorów krótkie aforyzmy mające poprawić humor, może domyślali się iż będzie kiepsko. Na moim był napis "Krakon to jest to! To lepsze niż Coca-cola". Zastanawia mnie tylko czy chodziło im o inne wyrażenie dotyczące lury i chcieli to odnieść do swojej imprezy? Mój kolega miał napis "Jesteś kimś, lub nikim", ja na to Krakon jest, albo jest do bani. |