Pamiętnik cz.1


Pamiętnik ten znalazłem kilka dni po śmierci człowieka podejrzanego o
dokonanie dwunastu brutalnych morderstw. Ubiegłem policję, która
gruntownie przeszukała mieszkanie denata. Wspomnienia nieznajomego
zawarte w poniższym dzienniku wydają się być niekompletne,
niedokończone, charakter pisma właściciela był w wielu miejscach
nieczytelny, wobec czego pozwoliłem sobie na drobne poprawki, które
układają się we w miarę spójną całość, nie licząc pewnych
niedomówień merytorycznych. Publikację pamiętnika zaczynam od dnia
14 października 1997 roku, gdyż zapis jest czytelny właśnie od tej daty,
poprzednie kartki są zalane, a atrament jest rozmyty.



   14 października 1997 roku

       Wczorajsza noc była koszmarna. Obudziłem się z krzykiem o piątej nad ranem. Snu nie pamiętam, wiem jednak, że był potworny, czuję to, czułem to jeszcze mocniej w nocy, oblewając się potem i gruchmoląc pościel. Zastanawiam się, jakie to wspomnienia tkwiły w mojej podświadomości, wyzwalając tak niezrozumiałe i straszne projekcje. Jak zwykle o siódmej, wyszedłem do pracy. Nie zdarzyło się tam nic wartego uwagi, poza tradycyjnymi pretensjami szefa, który jest pamiętliwy i cały czas wypomina mi dwugodzinne spóźnienie sprzed tygodnia. Oczywiście prawdziwego powodu mojego zaspania nie podałem. Noc poprzedzającą spóźnienie spędziłem w towarzystwie wspaniałej dziewczyny poznanej w kawiarni, po drugiej stronie ulicy, na której znajduje się moje mieszkanie. Piękna, podniecająca, wspaniała blondynka o niewinnych oczach. Sam się zdziwiłem, że zechciała mnie odwiedzić. Później stało się to, co musiało się stać. Dziewczyna była niesamowita w łóżku, aż nazbyt ognista, dominująca, powiedziałbym drapieżna. Ale tę noc opisałem przecież dokładniej kilka kartek wstecz i nie będę dalej powielał opisu. Tak czy inaczej dziewczyna zniknęła z samego rana, nie zostawiając żadnych danych o sobie.

15 października 1997 roku

       Ciężki dzień. Byłem dzisiaj wyjątkowo nie w humorze i zdarzało mi się odburknąć kilka razy znajomym z biura, rozlałem też kawę na biurko, plamiąc tym samym spodnie i kilka druków, które potem musiałem wypisać jeszcze raz. Poza biurem też nieciekawie. Szary, paskudny dzień dobił mnie jeszcze bardziej. Pójdę dziś spać wcześnie.

16 października 1997 roku

       Obudziłem się dziś znowu w nienajlepszym humorze. Gdy odsłoniłem żaluzje moje oczy poraziło słońce, które świeciło intensywnie, mimo wczesnej pory. Słońce powinno napełniać energią, dawać chęci do życia. Mnie natomiast dzisiaj denerwowało. Żółta kulo czy musisz świecić tak mocno? Jestem ostatnio bardzo podenerwowany, irytuje mnie dosłownie wszystko. Z zadowoleniem powitałem zmierzch, koniec dnia nudnej pracy, przeciętności, szarej, choć rozświetlonej słonecznym blaskiem codzienności.

   17 października 1997 roku

       Podczas golenia zauważyłem dziś dziwną rzecz. W pewnym momencie, gdy patrzyłem w lustro, obraz przed oczami nieco się rozmazał. Z początku myślałem, że to efekt wczesnego wstania z łóżka, potem przez myśl przeszło mi, że być może ujawniła się jakaś moja wada wzroku. Nie, to niemożliwe, nie jestem przecież krótkowidzem. Na potwierdzenie tych przekonań, zacząłem normalnie widzieć po wyjściu z łazienki. Praca w przesyconym wonią kawy, ciasnym biurze, coraz bardziej mnie denerwuje, chyba pomyślę o jej zmianie. Póki co muszę znosić tę niezdrową atmosferę zawiści, dążenia do podlizania się szefowi, który dla pochlebców i nadgorliwych entuzjastów jest nader szczodry. W tej "konkurencji" prym wiedzie chudziutki koleś, mój biurkowy sąsiad. Moja niechęć do niego cały czas wzrasta, a nawet przeradza się w nienawiść. To ta jego urzędnicza, wazeliniarska gadka, zadarty nos i wiecznie podniesiona głowa, jak gdyby chciał pokazać, że on tu rządzi, te śmierdzące kanapki z cebulą, szczypiorkiem i czosnkiem, które je "dla zdrowia". Te rzeczy doprowadzają mnie do pasji, ale nie jestem konfliktowy, więc staram się nie przejmować i nie myśleć o tym napuszonym palancie.

   18 października 1997

       Dziś obudziłem się znowu wyjątkowo rozbity. Śniadanie za nic nie chciało mi przejść przez przełyk. Mając jeszcze trochę czasu przed wyjściem do pracy usiadłem na fotelu, aby rozkoszować się jeszcze przez jakiś czas błogim spokojem. Myśli przelatywały mi przez głowę jak huragan. Przypominałem sobie zdarzenia poprzednich dni i zastanawiałem się co się ze mną dzieje. Powoli rozważałem konieczność wizyty u psychologa, gdyż mój psychiczny stan niepokoił mnie coraz bardziej. W powodzi myśli wyłowiłem jedną specyficzną. Wśród mgły ponurych rozważań przypomniał mi się sen jaki miałem dzisiejszej nocy. Ciemnozielony, wręcz przechodzący w czerń kolor, który pojawiał się w nocnej imaginacji był motywem wiodącym, podobnie jak ponuro powykręcane gałęzie drzew, które lekko poruszały się, wbrew temu, że nie można było wyczuć nawet lekkiego powiewu wiatru. Czarny stalowy płot, bogato zdobiony, z ostrymi zakończeniami, przypominającymi groty strzał bądź też zęby. Wśród tej scenerii, którą tak dobrze zapamiętałem przewijały się projekcje przypominające film puszczony na przyśpieszonych obrotach, jednak paradoksalnie miało się wrażenie, że wszystko dzieję się niezmiernie wolno. Cóż, taka jest specyfika koszmaru. Pamiętam wykrzywioną twarz człowieka, który z nieobecnym wyrazem twarzy padał na ziemię, tocząc z jamy ustnej i nosa krew. Człowiek powoli staczał się ze skarpy, zatrzymując się na skraju niewielkiego jeziorka porośniętego na brzegach pożółkłą trawą. Innym z goła obrazem była wizja, w której leżałem na dnie świeżo wykopanego dołu, z którego jasnobrązowych ścian wystawały pokręcone korzenie roślin. U góry stał człowiek z łopatą, który sypał na mnie ziemię, zakrywającą powoli moje ciało. Czułem, że tracę oddech, jednak nie mogłem się poruszyć. Zdążyłem jeszcze zobaczyć człowieka, który stał nad dołem, zanim sypnął na mnie ostatnią porcję ziemi, nim się obudziłem. Nie mogłem zidentyfikować jego twarzy. Miałem wrażenie jakby nie istniała, jakby wokół głowy miał warstwę lekkiej mgły.



Marcin Mituniewicz