| Biblioteka |
Tam gdzie rządzą Mi-Go |
Przedruk artykułu Tam gdzie rządzą Mi-Go z Inkluza nr 19. Słowem wstępuLudzie są takimi stworzeniami, które chcą poznać wszystkie zakątki świata. Wielkie odkrycia czynią ze zwykłych, szarych osób bohaterów, którzy stają się nieśmiertelni. Jednak wśród tych wszystkich odkrywców najbardziej tragiczni są ci, którym się nie udało. Umierają oni w najdzikszej dżungli, topią się podczas najgorszych burz, zamarzają na najwyższych szczytach. Tak było m.in. z Mallorym - człowiekiem, który zginął zdobywając Mount Everest - do dzisiaj nie wiadomo czy udało mu się wejść jako pierwszemu na ten najwyższy szczyt świata. Jednak o nim samym możecie dowiedzieć się więcej czytając opowiadanie "Wspinam się na Mount Everest, bo on tam jest". Artykuł ten będzie poświęcony początkom himalaizmu w latach dwudziestych, czyli o tragicznych finałach wielkich odkryć.
Historycznie rzecz ujmującPierwsze historyczne wzmianki o podróżach przez Himalaje pochodzą z XVII wieku. W latach 1624-1626 grupa misjonarzy portugalskich w celu szerzenia nowej wiary kilkakrotnie przekraczała przełęcz Mana La (5610 m n.p.m.). W następnym wieku pojawili się Anglicy, którzy pragnąc zawiązać stosunki dyplomatyczne z Tybetem przemierzali Himalaje. Początek XIX wieku przyniosły pierwsze pomiary wykonane przez Anglików. Jako pierwszy wyczyn typowo turystyczny uznano wejście G.W. Traila na grań Nanda Kot. W drugiej połowie XIX rozwinął się bujnie alpinizm, którego najbardziej znany osiągnięciem było zdobycie Matterhorn (4477 m) w 1865 roku. Zaraz po tym wydarzeniu alpiniści postanowili podwyższyć poprzeczkę i ruszyli na najwyższe góry świata. Już od początku XX wieku wyprawy w Himalaje stały się wręcz "modne". Często dochodziło do tragedii, bowiem pierwsi himalaiści to "grupa uczestników pikniku zaskoczonych śnieżną zadymką". Brakowało profesjonalistów, którzy nauczaliby jak się ubierać, co ze sobą zabrać i co jeść. Profesjonalistów nazywali tych, którzy byli kilka razy w Alpach, zapominając, że tutaj w Himalajach jest całkiem inaczej: zimniej, trudniej i szybciej brakuje tlenu. "Obniżenie ciśnienia atmosferycznego związane jest ze spadkiem parcjalnego ciśnienia tlenu". Niedobór tego pierwiastka jest najpoważniejszym przeciwnikiem wspinaczy, proces adaptacyjny przebiega zaś bardzo powoli. Lata dwudzieste to czas pierwszych wspaniałych wypraw w Himalaje, które przetarły szlaki krwią wielu istnień ludzkich. Ludzie, którzy zginęli w tych najwyższych górach nie mieli tak nowoczesnego sprzętu, który obecnie ułatwia zdobycie wszelkich szczytów: brak nowoczesnej techniki, ciepłych śpiworów i dokładnych map. Zawodził także umysł - błędy optyczne często stawały się powodem śmierci wielu osób. Najgorsza była jednak w tym wszystkim brawura, zabijała one całkowicie logikę oraz racjonalny umysł. Piekielna góra, czyli jak atakowano EverestMount Everest - najwyższą górą świata została uznana już w połowie XIX wieku. Długo jednak spierano się co do nazwy owego szczytu. W 1856 roku na część sir Georga Everesta, człowieka, który zainicjował pomiary himalajskie oficjalnie przyjęto obecnie znana nazwę. Sprawa ta jednak ciągnęła się jeszcze przez kilkadziesiąt lat, ponieważ licznie przeciwnicy wskazywali na tybetańskie nazwy Everestu - Chomo Kangkar (Śnieżny Szczyt Bogini), Chomo-Lungma (Bogini Matka Kraju), jednak jak się później okazała nazwa ta dotyczy całej grupy gór. Istnieje jeszcze jedna nazwa, używana wyłącznie na terenie Nepalu tj. Sagarmatha. Pierwsze próby zdobycia Piekielnej Góry Anglicy planowali na 1915 roku, jednak I wojna światowa uniemożliwiła ich ambitne plany. Pomysł więc powrócił z jeszcze większą siłą tuż po zakończeniu okropnego kataklizmu. Dużą przeszkodą w organizowaniu wypraw w Himalaje w latach dwudziestych nie były pieniądze, ale brak zgody rządu nepalskiego, który zamknął swój kraj dla obcych wpływów aż do 1949 roku. Skutkiem m.in. było wzrosty znacznie Anglii w zdobywaniu nowych szczytów. Wiele państw europejskich "z odmiennych powodów politycznych nie mogły włączyć się do rywalizacji o dach świata". Wszelkie więc wyprawy po 1919 roku zdążało pod Mount Everest drogą okrężną: porze Sikkim i Tybet i nadaremnie atakowało północne stoku góry. Anglicy zdobyli przychylność Dalajlamy i poprzez Tybet w 1921 roku ruszyli na wstępny rekonesans, stawiający sobie za cel odnalezienie najdogodniejszej drogi i rozpoznanie topografii masywu. Pomimo namów Mallorego reszta ekipy nie zdecydowała się pójść wyżej niż 4800 m n.p.m. Druga wyprawa ruszyła następnego roku. Podobnie jak poprzednio szli bez tlenu, Mallory sprzeciwiał się używaniu wszelkich aparatów tlenowych. Zdołali pokonać wysokość 8200 metrów. Następny rok przyniósł kolejną nieudaną próbę zdobycia Mount Everestu, wtedy też potężna lawina zabrała ze sobą siedmiu tragarzy.
W 1924 roku Anglicy postanowili ponownie, mimo tragedii, zdobyć Górę. Dla Mallorego była to ostatnia wyprawa, która do dziś budzi liczne kontrowersje: Czy doszedł? Jeżeli nie, to jak daleko udało mu się zajść? Razem z nim zginął także Andrew Irvine, 22-letni student, który nie był nawet alpinistą, jednak doskonale znał się na aparatach tlenowych - w ostatniej wyprawie Mallory docenił znaczenie tego sprzętu. Ponad rok temu znaleziono ciało Mallorego - najprawdopodobniej przeżył upadek, jednak bezlitosny mróz nie pozostawił mu żadnych szans. Ciało pozostawiono tam, gdzie umarł - u stóp wielkiej Góry. Różne oblicza śmierciIstnieje wiele chorób, które jeszcze na początku XX wieku nie były tak dokładnie zbadane jak dzisiaj. Choroba wysokościowa może przybierać różne formy: łagodne, ale uporczywe bóle głowy, okresowe wymioty, zaburzenia równowagi, uczucie znużenia, niechęć do jakiegokolwiek wysiłku, często towarzyszy temu rozdrażnienie i zaburzenia snu. Najczęściej jednak te objawy zanikają po kilku dniach. Groźniejszą choroba jest obrzęk płuc, które znacznie upośledza funkcje organu oddechowego. W latach dwudziestych mylono tą chorobę z zapaleniem płuc, przez co prowadzono niewłaściwe leczenie, zakończone najczęściej skutkiem śmiertelnym. Kolejną poważną chorobą jest obrzęk mózgu, będący skutkiem przewlekłego i głębokiego niedotlenienia. Uczucie znużenia i senność to pierwsze objawy tej choroby. Potem następuje splątanie lub zanik świadomości z drgawkami, niedowład lub porażenie. Końcowa faza nieuchronnie prowadzi do śmierci poprzez śpiączkę i zatrzymanie pracy układu oddechowego i krwionośnego. Najczęstszą chorobą pojawiająca się w latach dwudziestych to odmrożenia, które następują nie tylko w wyniku następstwa niskiej temperatury, "ale także pośrednio - wskutek niedoboru tlenu".
Ponad 20 kg, czyli niezbędne rzeczy w śnieżnej krainie
UbiórHimalaiście korzystali z najstarszej metody na zimno - ubierali kilka warstw, przekładając różne materiały. Na sam początek zakładali jedwabną, wełnianą lub bawełnianą bieliznę (długie kalesony były niezastąpione), potem na to flanelowe koszule, wełniane swetry i brezentowe anoraki. Spodnie również najczęściej były brezentowe (wiatroodporne), oprócz tego ochraniali podudzia owijaczami z kaszmiru. Ręce były ochraniane przez kilka warstw: najpierw jedwabne (najbardziej delikatne), potem wełniane i na koniec brezentowe. Stopy ochraniano kilkoma warstwami skarpet. Obuwie najczęściej było skórzane. W zależności od indywidualnego upodobania na głowach można było zobaczyć od wełnianych, ciepłych czapek i filcowych kapeluszy aż po skórzane, lotnicze hełmy i korkowe kapelusze. SprzętW latach dwudziestych powoli zaczęły pojawiać się firmy, które specjalizowały się w sprzęcie wspinaczkowym. Jednak najczęściej metodą prób i błędów każdy himalaista dobierał samodzielnie odpowiedni sprzęt. Najlepsze liny były wykonane z naturalnego włókna (np. konopne o trzyżyłowym skręcie), były one jednak bardzo twarde i ciężkie. Najbardziej cenioną firmą (w tamtych czasach), wytwarzającą liny, była francuska firma Beal. Czekany były długie, zakończone stalową głowicą o gładkim ostrzu. Tutaj specjalizowała się szwajcarska firma "Willisch z Zermat". W latach 20. rzadko korzystano ze stalowych raków, częściej po prostu nabijano gwoździami buty. Podobnie jak dzisiaj zanim grupa dotarła na szczyt budowała kilka obozów. Najlepiej sprawdzały się namioty z I wojny światowej, ale i tak były one wyjątkowe liche. Do rozpalania ognia używano paliwa e tabletkach lub po prostu świec.
Aparaty tlenoweWielu ludzi, którzy decydowali się na wyprawę w Himalaje ignorowało potrzebę używania aparatów tlenowych. Nie znano jeszcze wtedy skutków przebywania na dużych wysokościach. Aparaty tlenowe powoli jednak stawały się niezbędnym sprzętem podczas wspinaczki, pomimo że ważyły ok. 16 kg. Były wykonane częściowo z metalowych, a częściowo ze szklanych części. Były więc wyjątkowo podatne na wszelkie uszkodzenia (dlatego też w ekipach najczęściej znajdowała się osoba, która potrafiła naprawiać często psujący się sprzęt). Wystarczały ledwo na 8 - 10 godzin, czasami jednak czas się o kilkadziesiąt minut skracał z powodu niekontrolowanych wycieków tlenu. Dopiero w 1926 roku zmodyfikowano trochę aparaturę - ważyła ona o kilka kg mniej. Jednak dalej były one wyjątkowe ciężkie i nieporadne.
JedzenieTutaj nie było jeszcze wypracowanej jednej metody. W plecakach można było odnaleźć różnego rodzaju pożywienie: przede wszystkim suszone mięso, puszki rybne, makarony, krakersy, mleko skondensowane, silne słodziki. Natomiast w obozach jedzenia było pod dostatkiem: nie brakowało puszkowanych przepiórek z placuszkami, okraszanych wybornym szampanem. Rzeczy osobisteHimalaiści zabierali przeróżne rzeczy ze sobą, które miały dodać im otuchy podczas wspinaczki. Oczywiście zabierali wiele pożytecznych drobiazgów (wysokościomierz, pudełka zapałek, zegarki, noże), jednak o wiele więcej miejsca zajmowały osobiste rzeczy: listy od przyjaciół i rodziny, pamiętniki, pamiątki rodzinne. Yeti, czyli tragiczna pomyłkaLegenda Yeti rozwinęła się stosunkowo wcześnie. Tubylcy opowiadają o wielu przypadkach, kiedy to śnieżna istota ukazywała się ludziom. Jej ogromne ślady, chociaż nigdy nie sfotografowane, stały się symbolem tej istoty. Ta pomyłka, bowiem była to straszliwa pomyłka, znacznie wpłynęła na losy wielu ludzi. Istota Yeti nigdy nie pojawiła się na wiecznie ośnieżonych stokach gór. Istniały tam jednak stwory o wiele groźniejsze od wspomnianej Wielkiej Stopy - były to MI-GO. Te mroczne potwory zabrały wiele istnień ludzkich, którzy nieświadomi ich istnienia naiwnie brnęli na szczyty. Brak jakiegokolwiek rozeznania w topografii Himalajów przyczyniał się do zagubienia między przełęczami, a tam zawodziły wszelkie zmysły. Ludzie stawali się łatwymi ofiarami przeklętych istot, przed którymi ostrzegał sam Lama, nazywając je "skrzydlatymi demonami". Przypadek Mallorego nie wydaje się być odosobniony. Ciemne demony nawiedzały każdego, który bezcześcił wieczną ciszę i samotność Wielkich Gór - jedni pozostawali tam na zawsze, inni powróciwszy nigdy nie odważyli się opowiedzieć, co wiedzieli i czemu udało im się przeżyć. Bowiem oni nie mieli po prostu więcej szczęścia niż ci, którzy pozostali. Można powiedzieć, że mieli go znacznie mniej. Wszystkie cytaty zostały zaczerpnięte z książki "Na szczytach Himalajów" Zbigniewa Kowalskiego i Janusza Kurczaby. |