|
|
Ranny Julek cz. III |
Przedruk artykułu Ranny Julek cz. III z Inkluza nr 41. Na wstępie chciałbym podziękować za duży odzew i zainteresowanie wywołane ostatnim odcinkiem tego dramatu. Siwy w swoim komentarzu do działu zapowiedział, że będzie to ostatnia część cyklu, ale jeśli będzie taka wola czytelników, to być może powstaną kolejne odcinki o podobnej tematyce. Zgodnie z sugestią zamieszczam ostrzeżenie: NIE CZYTAĆ PRZY OBIEDZIE! Do tej pory opisane zostały rany, które bezpośrednio mogły zagrozić życiu. Nie znaczy to, że rany lżejsze można zbagatelizować. Nic bardziej błędnego. Otóż rany mają to do siebie, że wszystkie, w mniejszym lub większym stopniu, są narażone na infekcję. Można więc wprowadzić roboczy podział na rany "czyste" i "brudne". Jako, że rany naprawdę "czyste" powstają tylko na sali operacyjnej, zajmiemy się ranami "brudnymi", czyli potencjalnie lub ewidentnie zakażonymi przez bakterie. Te z kolei można podzielić na "świeże" czyli kilkugodzinne, oraz "stare". Różnica jest taka, że "świeże" można zszywać, natomiast stare lepiej czasem zostawić otwarte, gdyż właśnie one są najbardziej podejrzane o infekcje, poza tym wolno się zasklepiają. Rana taka goi się przez tzw. ziarninowanie. Ziarnina to tkanka powstająca na dnie rany, na którą napełza naskórek z brzegów rany, zostawiając sporą bliznę. Trudno może w to uwierzyć, ale przed wynalezieniem antybiotyków na początku ubiegłego stulecia, to właśnie choroby infekcyjne były główną przyczyną śmierci. Wysoki procent stanowiły rany, zwłaszcza odniesione w walce, zadane mieczem lub bagnetem, który przebił już niejeden brzuch, rany zabrudzone ziemią podczas ucieczki, zadane przez dzikie, czasem chore zwierzęta itd. Problem zakażonych ran był znany od zawsze i przysparzał szamanom, czarownikom, uzdrowicielom, felczerom i lekarzom wiele trudności. Zainfekowanym ranom nieodmiennie towarzyszy żółtawy, gęsty, gorący i cuchnący płyn, wydobywający się z ich światła, czyli ropa. Poglądy na jej powstawanie były rożne, jak i interpretacja jej obecności. Dawniej uznawano ją za dobry omen, gdyż, jak uważano, świadczyła ona o procesie gojenia rany. Obecnie, gdy okazało się, że jest to płyn zapalny, zawierający komórki obronne organizmu, chłonkę, oraz same bakterie i ich toksyny, pojawienie się ropy już tak nie cieszy. Przeciwnie - wywołuje ona panikę o różnym nasileniu, jest bowiem dowodem zainfekowania rany. Infekcja w ranie ma to do siebie, że spowalnia gojenie. Rana taka nie zabliźnia się, sączy i zostawia po sobie szpetną bliznę. Brzegi rany są obrzęknięte, podminowane, a cała okolica jest zaczerwieniona, gorąca i bolesna. Zakażenie lubi się czasem rozprzestrzeniać, co stanowi bardzo groźne powikłanie. Jeśli bowiem bakterie przedostaną się do krwi, mogą z jej prądem podążać do różnych narządów, infekując je i uszkadzając. Powstają tzw. ropnie, czyli zbiorowiska ropy. Może także dojść do uogólnionego zakażenia organizmu, z obecnością dużej ilości bakterii lub ich toksyn we krwi. Taki stan nosi nazwę posocznica i przebiega z wysoką gorączką i wstrząsem toksycznym, w wyniku którego chory często umiera. Nawet dzisiaj, w dobie antybiotyków, posocznica uważana jest za stan bardzo ciężki, a rokowanie jest niekorzystne. Toksyny bakteryjne mogą wywoływać także bardzo groźne choroby, takie jak tężec czy zgorzel gazowa, potocznie zwana gangreną. Jak wspomniałem zainfekowana rana nie chce się goić, gdyż nie dochodzi do zrostu jej brzegów. Jednak na powierzchnię rany może napełzać naskórek, zamykając ją od góry. Ropa zbierająca się we wnętrzu, nie znajdując ujścia, może wtedy naciekać głębsze tkanki, doprowadzając do ich zniszczenia. Nie należy do tego dopuścić, dlatego każdy ropień trzeba naciąć i zdrenować, zakładając tzw. sączki, po których ropa będzie mogła wypływać na zewnątrz. Obecnie w każdym przypadku zainfekowanej rany - a taką może być każda rana powstała poza sterylną salą operacyjną - wypada podać na wszelki wypadek antybiotyk. Jeśli w ranie pojawi się ropa, antybiotyk, a czasem dwa, należy podać obowiązkowo. Kiedyś jednak nie było takiej możliwości, więc we wszystkich kulturach empirycznie wypracowano różne schematy postępowania, nie zawsze w pełni skuteczne. Z ranami radzono sobie na wiele sposobów. Aby zbliżyć brzegi rany w starożytnych Indiach, z braku nici chirurgicznych stosowano olbrzymie żuki. Owady te miały grube, mocne odnóża, które zaczepiano o brzegi rany. Po oderwaniu główki, żuki w śmiertelnych konwulsjach kurczyły odnóża, zbliżając tym samym brzegi rany. W wielu kulturach stosowano na miejsce zranienia przeróżne zioła, mające właściwości odkażające. Indianie stosowali do tego celu nawet pajęczynę, w której całkiem niedawno odkryto związki przeciwbakteryjne. Szeroko stosowanym sposobem dezynfekcji ran były czerwie much, które wgryzały się w tkanki, zjadając je razem z zakażonymi fragmentami martwiczymi. Wraz z rozwojem broni palnej, udziałem w bitwach coraz większej ilości żołnierzy, zwiększonym polem rażenia odłamków artyleryjskich, a także powstaniem szpitali polowych, leczenie ran przybrało charakter masowy. W Europie zajmowali się tym chirurdzy, którzy nie byli początkowo uważani za lekarzy (dopóki jeden z nich nie wyleczył królowi francuskiemu szczeliny odbytu) i byli oni traktowani przez wybitnych internistów delikatnie mówiąc z rezerwą. Trudno się zresztą dziwić, że nie budzili zaufania w czasach, gdy środkiem znieczulającym była gorzałka, stosowana wewnętrznie, cios deską w głowę, albo utrata przytomności wywołana początkiem operacji. Ponieważ wiedza o drogach zakażenia i czynnikach infekcyjnych była czysto metafizyczna, osobnicy ci nie zakładali rękawiczek, można więc sobie wyobrazić powalane błotem i krwią ręce, z czarnymi od ziemi i skrzepów paznokciami. Strój zakładany do zabiegów traktowali mniej więcej tak, jak dzisiejsi mechanicy samochodowi - był jeden i ten sam, a i prany nie często. Z ranami radzili sobie w sposób mało wyszukany - rozgrzane żelazo, które wyparł potem wrzący olej. Te finezyjne środki miały jednak swoje zalety - wysoka temperatura zabijała bakterie, koagulując równocześnie tkanki i hamując tym samym krwawienia. Jednak niewyobrażalne cierpienie rannych niweczyło często wysiłki terapeutyczne i pacjenci umierali z powodu szoku spowodowanego bólem. Jednak, jak to często w życiu bywa, w rozwoju nauki pomógł przypadek. Pewnego razu podczas bitwy skończył się olej. Ponieważ chirurg nie chciał pozostawić rannych bez nadziei na uzdrowienie, zastosował na ranę mieszaninę terpentyny z białkiem kurzym, bez wiary w powodzenie takiej terapii. Na drugi dzień, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, stwierdził, że prawie wszyscy przeżyli i mają się świetnie, podczas gdy spośród nieszczęśników potraktowanych olejem połowa zmarła, a reszta jest w stanie ciężkim. Jednak prawdziwą rewolucję przyniosły dopiero lata czterdzieste ubiegłego wieku, kiedy to Fleming wyizolował i rozpowszechnił penicylinę. Tutaj także pomógł przypadek. Otóż Fleming natrafił na pracę naukową pewnego bakteriologa, któremu przez przypadek spleśniała płytka służąca do posiewów bakterii. Zauważył, że wokół pleśni bakterie nie wyrosły. Bakteriolog ten opisał to zjawisko, ale nie wyciągnął z niego odpowiednich wniosków. Dostał się co prawda na karty historii ale Nagroda Nobla przeszła mu koło nosa... Tym morałem kończę opowieść o ranach. Mam nadzieję, że przyda się Wam zarówno w grach jak i w codziennym życiu. Do następnego numeru postaram się przygotować coś o topielcach, wisielcach i innych nieszczęśnikach, których czasem można jeszcze zawrócić ze ścieżki ku wieczności. Jeśli interesują Was inne tematy pokrewne medycynie to zamówienia przyjmuję jak zwykle pod adresem: nzapotoczny@interia.pl oraz norbertz@tlen.pl |