| Kącik tolkienowski |
Opowieści z Ardy: Łowca |
Przedruk artykułu Opowieści z Ardy: Łowca z Inkluza nr 9 (po korekcie). Blade jesienne słońce chyliło się już ku zachodowi, a chłodny wiatr szumiał w gałęziach rzadko rosnących skarlałych drzew. Pogoda byłaby dokuczliwa nawet w przyjemnej okolicy, a Martwe Bagna na pewno do przyjemnych nie należały. Aragorn z trudem wynajdywał kawałki suchego gruntu, po którym mógł bezpiecznie przejść. Klucząc nieustannie wśród grząskich moczarów, miał bardzo nikłe szanse na odnalezienie tropu Golluma. Tropu, który urwał się niespodzianie przed kilkoma godzinami. Bystre oczy Strażnika rejestrowały każdy ślad, który mógłby wskazywać na obecność poczwary w pobliżu, lecz od jakiegoś już czasu nic nie zauważyły. Tylko dokuczliwe moskity brzęczały dookoła, jeszcze nie odczuwszy lodowatego oddechu zbliżającej się zimy. Aragorn wiedział, że mimo swych niecodziennych umiejętności niedługo będzie musiał przystanąć, noc bowiem zapowiadała się ciemna i chmurna. Podróż przez moczary w takich warunkach była bardzo niebezpieczna, a w ciemnościach można było łatwo zgubić ślad. Dwa dni temu Aragorn niespodzianie natrafił na ślad Golluma wiodący skrajem Martwych Bagien prosto w kierunku Emyn Muil. Natrafił dość szczęśliwie, bo po tygodniach poszukiwań chciał już zrezygnować. Zastanawiał się, dlaczego Gollum nagle zawrócił na północ; wszak wcześniej, jeszcze razem z Gandalfem, tropili go od Mrocznej Puszczy prawie pod Wrota Mordoru. Czy Gollum mógł wpaść w ręce Nieprzyjaciela? Chwilowo jednak nie to pytanie najbardziej trapiło myśliwego. Aragorn podniósł wzrok i spojrzał w kierunku zachodzącego słońca. W ostatnich jego promykach, ledwie przebijających się przez szczelną warstwę szarych chmur, dostrzegł w błocie - nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od miejsca, w którym stał - ślady stóp. Z takiej odległości nie mógł ocenić dokładnie, ale ślady nie sprawiały wrażenia Gollumowych. Zapominając o ostrożności, szybkim krokiem pomaszerował w tamtym kierunku. - A niech to! - zaklął cicho pod nosem, gdy noga zapadła mu się w trzęsawisku prawie do uda. Zachwiał się i omal nie stracił równowagi, ale nie upadł. Powoli wyciągnął nogę z błotnistej mazi. Przypominając sobie o rozsądku, dalej poszedł już powoli i ostrożnie. Z uwagą stąpając po kępach w miarę pewnej trawy, zbliżył się do śladów. Nie było wątpliwości, nie dalej niż godzinę temu był tu jakiś człowiek. Aragorn był zaskoczony. Nikt nie zapuszczał się samotnie w pobliże Mordoru bez wyraźnej potrzeby... Gandalf - przemknęło mu przez myśl - może to Gandalf? Ale skąd miałby wiedzieć? Niezbadane są tajemnice czarodzieja... Podążał za śladem już od godziny. Ściemniło się i panował mrok rozświetlany jedynie przez nikłe promyki migających między chmurami gwiazd. Księżyca nie było widać w ogóle i Strażnik musiał wreszcie poszukać miejsca na odpoczynek. Na moczarach z rzadka trafiały się małe połacie suchej ziemi z wystającymi gdzieniegdzie z gruntu małymi skałkami, jednak w najbliższym otoczeniu Aragorn nie widział nic takiego. Szedł więc dalej, uważając, by nie stracić z oczu śladu, póki w ogóle mógł go jeszcze dojrzeć. Zauważył nikły blask w oddali. Mętne z tej odległości światło wyglądało jak ognisko. Przystanął, niepewny, co czynić. Mimo wszystko ktoś, kto rozpalił tu ogień, mógł być niebezpieczny, mógł być sługą Nieprzyjaciela, mógł wreszcie na kogoś czekać. Na przykład mógł być Gandalfem i czekać na Aragorna... Podszedł bliżej. Cicho, powoli, kryjąc się gdzie tylko mógł. Ukląkł za niedużym krzakiem. Stąd mógł ze spokojem przypatrzeć się siedzącej przy ogniu postaci, sam nie będąc zauważonym. Dzieliło go od nieznajomego jeszcze przynajmniej trzydzieści metrów, a skwierczący na polanach drewna ogień zagłuszał cichy oddech Strażnika. - Proszę, wyjdź zza tego krzaka i podejdź tu bliżej, do ognia - odezwał się nieznajomy - Nie ma sensu się ukrywać, nie jesteśmy wrogami. To nie był głos Gandalfa, chociaż Aragorn wyczuł pewne podobieństwo. Wychylił głowę zza krzewu, chwilę popatrzył na siedzącego przy ogniu człowieka, po czym wstał i podszedł do niego. Mężczyzna był od niego starszy, włosy miał już poszarzałe, okryty był brunatnoszarym płaszczem, a obok niego leżała laska. Przypominał Gandalfa nie tylko głosem, ale Gandalfem nie był. - Rad jestem wreszcie kogoś spotkać na tym pustkowiu. Można by pomyśleć, że rozumne istoty tu jeszcze nie dotarły, prawda? - zaczął nieznajomy. - Ale może najpierw się przedstawię, bo widzę, żem i ja tobie niemałą niespodziankę sprawił swym pojawieniem. Nazywam się Arkhalon, a w niektórych krajach południa, skąd pochodzę, dodają do mego imienia Mon-Ilnar, co w tutejszej mowie można tłumaczyć "ten, co nie ma domu". - Arkhalon Mon-Ilnar? Nie znam języka, w którym nadano ci ten przydomek. Ale cóż, codziennie dowiadujemy się czegoś nowego. Mówisz, że wreszcie kogoś spotkałeś. W takim razie pozwól, że spytam, pierwszy raz w tych stronach? - Pierwszy. Tak daleko na północ jeszcze nigdy nie zaszedłem. - Ja zaś rzadko bywam na ziemiach stąd na południe - odparł szorstko Aragorn. Dziwny nieznajomy nie wzbudzał w nim zaufania, chociaż z drugiej strony nie sprawiał również wrażenia sługi Saurona. Doświadczony czasem i naukami życia Strażnik poznałby się na tym natychmiast. - Moje imię Aragorn, syn Arathorna. Pochodzę z północy, ale znam trochę te tereny, bywałem tu już. Dziwię się więc, że ciebie tu spotkałem. Bo na Martwych Bagnach rzadko spotyka się żywych. Co robisz w tych stronach, Arkhalonie? - Mój przydomek od tego pochodzi, że nigdzie prawie nie zostaję na długo. Mam duszę podróżnika i lubię dalekie wędrówki. Wiele już mil przeszedłem w życiu, z pewnością i w twoje rodzinne strony zawitam pewnego dnia. Ale o mnie niewiele ciekawego można powiedzieć, może więc powiesz mi, czemu te bagna zwane są Martwymi? Czy ma to związek z dziwnymi światełkami, która widać gdzieniegdzie w nocy? Czy to pole jakiejś wielkiej bitwy? Czasem wydaje mi się, że widzę w wodzie twarze. - Tak, to pole bitwy. Wielkiej bitwy sprzed wielu lat. Dziwne, żeś o niej nigdy nie słyszał, skoro tyle podróżujesz. Wyglądasz na mądrego człeka - Aragorn wreszcie usiadł przy ogniu naprzeciw Arkhalona. - Jak już mówiłem, pierwszy raz zawitałem w te strony. I muszę przyznać, że niezbyt mi się podobają. Najpierw kraj cały czarny od popiołu, tak odrażający, że czym prędzej uciekłem z niego w góry, a teraz te bagna... - Kraj popiołów? Byłeś w Mordorze? - Nie znam jego nazwy. Było tam dużo odrażających stworzeń przez was zwanych orkami. Wolałem się z nimi nie spotkać, więc idąc z południa, skręciłem w lewo, na zachód, i przeprawiwszy się przez góry, podążyłem zachodnią ich stroną na północ, aż doszedłem tutaj. Ostatnie normalne ludzkie osady widziałem ponad trzy miesiące temu. - Zadziwiasz mnie, wędrowcze. Żałuję, że nie mam teraz czasu na zawarcie z tobą bliższej znajomości, jednak pilne sprawy wzywają mnie z powrotem na północ. Widzisz bowiem, ja również jestem podróżnikiem i moje nogi więcej mil przemierzyły, niż niejeden ptak w życiu przeleciał. - Nie zaproponuję wspólnej podróży, bo ja często zbaczam z wydeptanych szlaków i w ciekawych miejscach nieraz się zatrzymuję. Myślę jednak, że tę noc możesz spędzić przy moim ognisku... - Właśnie! - przerwał Aragorn - Ognisko! Skąd miałeś drewno na ognisko? Przecież tu prawie nic nie rośnie. Trzeba by godzin kilka zbierać, by chociaż wieczór spędzić przy zbawiennym cieple. - Cóż, miałem nieco szczęścia, bo natrafiłem na miejsce, gdzie sporo rosło takich malutkich drzewek, co to akurat na ogień się nadawały. No i właśnie, ciekawa sprawa, bo jedno z tych drzewek przede mną uciekło. Myślałem, że może zwierz jakiś czy co, ale kształt miał bardziej do człowieka małego podobny, tylko przygarbiony chodził. Wiesz może, co to? - Tak - Aragorn nie wiedzieć czemu nie bał się powiedzieć prawdy. Zaczynał lubić nieznajomego. - To Gollum, z rasy nam, ludziom, pokrewnej - hobbitów. Podążam jego śladem już długi czas, zadanie mam bowiem, by go do mych przyjaciół na północy doprowadzić. Stwór to bowiem podły i wiele złego uczynił, a chociaż cząstkę tego, jeśli go przywiodę, będzie można odmienić. - Z pewnością poważne są jego przewinienia, skoro po takich ostępach go ścigasz, Aragornie. Nie będę się jednak o nie dopytywał, bo to twoja i twych przyjaciół sprawa, ja zaś za wścibskiego nie chciałbym uchodzić. Zmęczony pewnie jesteś, bo wiem wszak, że podróż przez te moczary bardzo siły wyczerpuje. Myślę, że czas zatem nadszedł, by się położyć spać. Kto wie, może jutrzejszy dzień bardziej pomyślne łowy przyniesie i powiedziesz Golluma na północ? Tymczasem powiedz mi jeszcze, gdzie winienem się kierować, chcąc jak najszybciej jakieś osiedla ludzkie zobaczyć. - Myślę, że najlepiej zrobisz, zdążając na zachód, gdy tylko osiągniesz wzgórza Emyn Muil, które to o dwa dni drogi stąd na północ leżą. Dojdziesz do Wielkiej Rzeki, Anduiny, tam przeprawy musisz dokonać, może tratwę zbudować, może miejsce spokojniejsze znaleźć i wpław się przeprawić, jeśliś dobry pływak. Bacz, byś poniżej wodogrzmotów się przez rzekę przeprawiał, by cię na pewną śmierć prąd nie ściągnął. - Co znajdę na drugim brzegu? - Rozległe krainy ludzi - Rohan i Gondor. - Dziękuję ci, Aragornie. Szkoda zaiste, że nie możemy dłużej razem podróżować, bo myślę, że znaleźlibyśmy w sobie dobrych kompanów. Teraz wszakże śpijmy już, jutro też jest dzień. - Tak, czas już odpocząć. Ciekawe, Arkhalonie, przypominasz mi pewnego mojego przyjaciela. Możeś kiedyś o nim słyszał? Ma na imię Gandalf, elfy zaś zwą go Mithrandirem. - Niewiele miałem z elfami do czynienia w mym życiu, Gandalfa zaś jeszcze nie spotkałem. Rad bym go kiedyś poznać. - Może i przyjdzie na to pora, któż to wie? - Jeden Eru, prawdopodobnie. Aragorn położył się, okrywając pobrudzone ubranie wyciągniętym z tobołka kocem. Nie dał po sobie poznać, że ostatnie zdanie Arkhalona bardzo go zaskoczyło. Niewielu ludzi znało imię Eru, wiedza o Jedynym była przechowywana raczej tylko w kręgach starszego plemienia. I oczywiście na dalekim zachodzie, na zawsze dla ludzi zamkniętym. Arkhalon dołożył ostatni raz drew do ognia i również się położył. Cicho strzelające iskry swoją jednostajną melodią szybko ukołysały zmęczonych wędrowców do snu, zanim strawiwszy całe drewno, także ucichły. Aragorn obudził się, trzęsąc się z zimna. Słońce nie wzniosło jeszcze swej tarczy nad horyzont, lecz blada poświata jaśniała już nad wschodnim niebem. Arkhalona nie było, a koc leżał obok - nie dziwne, że śpiący zmarzł, leżąc w samym ubraniu przy zgasłym ognisku. Wstał powoli. Wszystkie jego rzeczy leżały obok, nic nie znikło, chociaż niewiele miał dobytku, który opłacałoby się kraść. Co ciekawe, na ziemi wokół nie potrafił znaleźć żadnych śladów prócz swoich własnych. Jedynym dowodem na to, że nieznajomy wędrowiec mu się nie przyśnił, była kupka popiołu leżąca obok. Po chwili zobaczył także niewyraźnie narysowaną na ziemi strzałę. Kierowała swój grot na zachód, w głąb bagien. Wiedziony przeczuciem podążył w kierunku pokazanym przez strzałę. Po dwóch godzinach marszu zobaczył to, na co liczył - ślady małych, błoniastych stóp Golluma. Zaschłe w błocie, gdzieniegdzie ledwie widoczne, jednak były. Aragorn przypomniał sobie wczorajsze słowa Arkhalona - "może jutrzejszy dzień bardziej pomyślne łowy przyniesie", mówił nieznajomy. Czy on mógł wiedzieć? Kim do licha jest ten Arkhalon? Czy to on narysował strzałę? Przyspieszył kroku i podążył za śladami Golluma. * * * * * - ...Ścigałem go skrajem Martwych Bagien i wreszcie dopadłem. Zaczaiwszy się nad stojącym rozlewiskiem i wypatrując w wodzie, przyłapałem Golluma ciemnym wieczorem. Cały był oblepiony zielonym mułem. Obawiam się, że nigdy mnie ten stwór nie pokocha, kiedy bowiem... |