Spis treści Zew Cthulhu

One Shots


Jakub "Rork" Żulczyk

One Shot

 

Przedruk artykułu One Shot z Inkluza nr 41.

Odbezpieczam pistolet. Od tak dawna był przedłużeniem mojej ręki. Spust jest niczym naciągnięty mięsień. Lufa niczym oko. Od tak dawna był przedłużeniem mojego ciała.

Dziś znów ich widziałem, w przesmykach światła w wybitej szybie. Słyszałem te głosy. Przypomniało mi się to wszystko - podobno człowiek przed śmiercią widzi całe swoje życie? Jestem przegrany, stracony. Czuję, że było to zapisane w moich genach od samego początku. Paradoksalnie, nawet się z tym pogodziłem. To tylko efekt uboczny pracy, której pada ofiarą pewien procent osób - jak pylica u górników, lekomania u farmaceutów, oziębłość seksualna u aktorów porno. Ktoś naciska przycisk play w mojej głowie i zaczynam widzieć sam początek. Pamiętam jak zostałem zwerbowany. Pamiętam, gdy po raz pierwszy zapukali do moich drzwi... nie byli wtedy zbytnio delikatni.

- Jest pan bardzo dobrym policjantem, panie Collins.
Papieros. Światło lampki. Zimne pomieszczenie. Smak knebla. I nadal czuję krawężnik z tyłu głowy. Czy to pierdolony odcinek 'Millenium'?
- Chcemy, by jeszcze raz nam pan powiedział, co wtedy widział.
Co wtedy widziałem? Jak mam opisać to bez uciekania w banał? Czy jest to w ogóle możliwe? Pamiętam gdy wbiegliśmy uzbrojeni do tego domku na przedmieściach. Pamiętam krzyczącą z przerażenia matkę, leżącą na ziemi, obejmującą rozszarpane szczątki swojego dziecka. Pamiętam przeciągłe, ogromne buczenie i tę potężną, ruszającą się masę.
TO BYŁO W MOIM DZIECKU.
WZYWAMY BRYGADY SPECJALNE.
STRZELAJ, DO KURWY NĘDZY !
Opowiadam temu obcemu facetowi z pomarszczoną, suchą twarzą coś, czego nie opowiedziałbym własnej żonie, bo wzięłaby mnie za pieprzonego wariata. Jaka postać? Jaki potwór ? Jakie buczenie ? Najśmieszniejsze jest to, że ten facet tylko spokojnie, jednostajnie kiwa głową. Nie śmieje się, nie kiwa pogardliwie, nie pokazuje strażnikom gestu zawiązywania kaftanu bezpieczeństwa. Po prostu słucha, gasi papierosa, zapala następnego i spokojnie mówi:
- Po tym, co pan widział, może pan pracować już tylko dla nas, panie Collins.

Z perspektywy czasu już nawet nie potrafię powiedzieć, czy ten dzień był najlepszym czy najgorszym w moim życiu. Po pewnym czasie i tak zobojętniałem na wszystko. Oficjalnie zostałem po prostu przeniesiony do innej kadry - nieoficjalnie do tajnej agentury, zajmującej się 'zjawiskami paranormalnymi'. Nie spodziewałem się stuków za szafą, latających talerzy i lewitujących pieprzonych sedesów. Pamiętałem tę kobietę, ściskającą oderwaną główkę swojego dziecka. Pamiętałem idącą wprost na mnie cuchnącą, karykaturalną istotę. Tak jak mówił Higgins - pierwszy i chyba ostatni człowiek, z którym zaprzyjaźniłem się w wydziale, alkoholik, impotent i fan futbolu, ale w sumie całkiem miły gość:
- Przyzwyczaisz się. To jak robota w kostnicy.
Może trochę gorsze, co nie zmienia faktu, że w końcu się przyzwyczaiłem.

Lufa jest chłodna i słona. Na dworze powoli budzi się dzień, do uszu dochodzą mi pierwsze poszczekiwania psów, śmiechy dzieci i odgłosy samochodów wyjeżdżających z garażu. Chciałbym coś napisać, jakiś list pożegnalny, ale nie mogę. Gdy tylko przykładam długopis do papieru, ręka od razu kreśli te znaki i symbole. Mam koszmary. Powiesz, to dziwne? Każdy w tym zasranym Wydziale ma koszmary, po tym, co musimy widzieć, oglądać i nad czym pracować. Ale te są inne. Dziwne. Specyficzne. W tych książkach, które kazał czytać mi przełożony, czytałem o takich koszmarach. Te domy, kobiety i istoty powoli szepczą mi do ust swoją pieśń - mówiącą o tym, że jestem już jednym z nich. Niby to nic dziwnego, w końcu wielu agentów pracujących w sekcji do spraw seryjnych mordów samemu staje się po pewnym czasie dewiantami... Nikt z nas nie jest pieprzonym Foxem Moulderem, wchodzącym do domu pełnego rozszarpanych ciał z tym wymuszonym luzem uśmiechniętego yuppie. A ja wolę załatwić sprawę sam, zanim zrobią to moi koledzy po fachu. Wczoraj patrzyłem na moją córeczkę i coś wyszeptało mi do ucha: pokarm. Znów przypomina mi się tamten dzień w lesie. Tamten dzień, gdy to, co przedtem przerażało i wprawiało w stupor, teraz stało się normalne.

- Jakieś niezłe kurestwo musiało ich pokiereszować.
Ledwo słyszę, co mówi do mnie Higgins. Z trudem odganiam od siebie myśl, że ta mozaika z resztek namiotów, ubrań, jedzenia i ludzkich ciał ma w sobie nieodparty urok, ten dziwny magnetyzm, który czujemy, gdy oglądamy rzeźby z zamrożonej ludzkiej krwi albo przepołowione zwierzęta pływające w formalinie w muzealnych salach. Ci turyści byli tu od wtorku. Z tego co mówią archiwa rozmów w ich telefonach, wczoraj panicznie próbowali skontaktować się z policją i ze strażą leśną. Niestety, bezskutecznie. Oglądam ciała, grzebię w cudzych wnętrznościach zabezpieczoną gumową rękawiczką dłonią, patrzę w głąb lasu. Słychać hukanie sowy. - Niedługo będzie czas wejść do Czarnej Chaty - powoli mówię do Higginsa .
- Co? - bełkocze trzymając za brzuch wymiotującego Franklina i jednocześnie opychając się pączkiem.
- No tak ... - wzdycham. - Ty zamiast Twin Peaks, jak zwykle oglądałeś puchar Superbowl.
Słyszę głos czarnej chaty i odbezpieczam broń. Patrzę jeszcze raz na wnętrzności. Powoli przychodzi mi ochota podpisać się pod dziwnym dziełem sztuki.

Jak zwykle, nie mogliśmy nikomu powiedzieć o tym, co znaleźliśmy tam, w lesie. Ja już pewnie zapomniałem. Strzelanie do 'nieistniejących' istot i obiektów, oglądanie rytuałów odpędzania to już czysta rutyna. Ale coś się zmieniło tamtego dnia. Coś pękło. Moja praca przestała mnie przerażać. Nie likwidowałem koszmarów, tak jak koledzy - kokainą, whisky, prostytutkami. Zaznajomiłem się ze złem. Polubiłem je. 'Niewytłumaczalne' i 'bluźniercze' stało się sympatyczne. Gdy strzelałem, gdy uciekałem, gdy zapominałem - czułem się jak policjant, bijący podczas demonstracji swojego brata antyglobalistę. Coś zaczęło się we mnie zmieniać i rosnąć. Ten widok wnętrzności, zniszczonych namiotów... Wciąż mam to przed oczami. I się uśmiecham.

Na szczęście jest jeszcze jakaś zdrowa, ludzka część mojej świadomości. I ona też, niczym projektor, odtwarza mi w głowie kolejny film. Najokropniejszą sprawę jaką zdarzyło mi się zajmować podczas mojej dwuletniej kariery w wydziale.

Znowu dziecko. Jedenastoletnie. Małe, blade, skupione i spokojne. Mamy je teraz na komisariacie, siedzi w najbardziej strzeżonej celi i z beznamiętną twarzą rozgryza kolejne kostki rubika minuta po minucie. Przedtem ułożyło w dwie godziny puzzle z dwóch tysięcy elementów. Na puzzlach był obraz Jacksona Pollocka.
To dziecko dokładnie dwa dni temu poćwiartowało całą swoją rodzinę - ojca, matkę i trójkę młodszego rodzeństwa. Po wyjęciu narządów wewnętrznych i odsączeniu krwi położyło ciało w pięciu przeciwległych kątach pokoju, natomiast z krwi namalowało łączący je spiralny pentagram. Potem odprawiło rytuał. Godzinę później w dzielnicy latynoamerykańskiej wybuchła panika. 'Jakaś dziwna siła', coś nieznanego' rozpłaszczyło na miazgę około dwadzieścia osób stojących pod kościołem Św. Dominika. 'To coś', 'mające postać chmury' poszybowało dalej nad miastem. To my jesteśmy od tego by łączyć takie fakty, w naszym ukrytym w nieużywanym od lat magazynie-biurze.
Patrzę w oczy tego dziecka, potem głaszczę je i przytulam. Jak syna.

Południe? Wieczór? Noc? Przez lawinę myśli przebija się uczucie głodu. No tak, w końcu skazańcowi dostarcza się ostatni posiłek. Jestem po tamtej stronie i wiem o tym dobrze. Tak, jak to stało się przedtem z Higginsem. Zabił swoją żonę, po czym nagi, umorusany krwią wybiegł na ulicę. Oczywiście, musieliśmy to zatuszować. Oczywiście, to ja musiałem upozorować wypadek. Zakopując ciało i kreśląc sigile odpędzające powtarzałem sobie: przecież to tylko twoja pieprzona praca. Jedni naprawiają samochody, drudzy siedzą w biurach, ty codziennie stajesz oko w oko z Nienazwanym. I grzebiąc, go wiedziałem że ja będę następny. Czuję wzbierające we mnie fale szaleństwa. Widzę siebie jedzącego ciało mojej córki. Nie wiem czy to pomieszanie zmysłów czy opętanie - ale wiem, że jest tylko jeden sposób rozwiązania tej sytuacji. Bez mów pożegnalnych i zbędnego patosu, proszę. Ja po prostu kocham moją rodzinę. Ściany zaczynają falować i zmieniać kolor. Powietrze napełnia się lekko zgniłym, siarkowym zapachem. Oto rodzi się we mnie coś, o czym Lovecraft i Barker nawet nie myśleli. Wyobrażam sobie rosnące łuski na mojej skórze. Walka dobra i zła, człowieka i bestii jaka się we mnie teraz toczy dałaby pożywkę trylionom religii, poetów i pisarzy. Dzień za oknem jest taki piękny. Ciekawe, jak wyglądałaby moja córka pokrojona w piekarniku. Jeden strzał. Wystarczy tylko jeden strzał. One shot.

BUM.

Agenta Służb Specjalnych Johna Collinsa znalezionego martwego w swoim mieszkaniu na przedmieściach Bostonu. Oficjalnym powodem, który podały służby specjalne i rodzina zmarłego, była narastająca depresja połączona ze stanami paranoidalnymi, oraz postępujące uzależnienie agenta Collinsa od kodeiny i psychotropów. Collins osierocił czteroletnią córeczkę. Nie zostawił żadnego słowa pożegnalnego, jedynie wypisane na ścianie niezdarnym pismem słowa 'One shot'. Grafolog orzekł, że charakter pisma na pewno nie należy do agenta, mimo wszystko Wydział Służb Specjalnych zdementował jakiekolwiek plotki o wszczęciu dochodzenia w sprawie zabójstwa.

16.09.2002.
Rork

Na górę strony