| Kącik tolkienowski |
Ognie na Amon Sul |
Przedruk artykułu Ognie na Amon Sul z Inkluza nr 19. 3018 rok III Ery
...i stali się upiorami, cieniami wielkiego Cienia, Powoli dobiegał wieczór 3-go października, drugiego dnia od wyruszenia z Bree. Gandalf zatrzymał konia i popatrzył przed siebie. Już całkiem niedaleko, trochę po lewej majaczyła potężna sylwetka Wichrowego Czuba. Dotarcie tam nie powinno sprawić wielkiego problemu, a szczyt powinien być dobrym miejscem na nocleg. Oczywiście jeżeli oni nie dotarli tam wcześniej... Dotarli. Czarodziej wyczuł to jeszcze zanim ich zobaczył. Przejmujący chłód przeszył jego serce. Mimo, że z tyłu, na zachodnim horyzoncie, rozlewało się jeszcze pomarańczowe słoneczne światło, ducha Gandalfa obległy ciemności. Dziewięciu Jeźdźców czekało na niego u podnóża góry i dobrze wiedzieli, że jest już blisko. Gandalf jednak był w wielkim gniewie. Paraliżujący strach, którym Jeźdźcy porażali wszystkie żywe istoty, nie miał nad nim władzy. Potrafił przeciwstawić mu swoją własną, wielką potęgę. Pierścień na jego palcu zapłonął czerwono. Spiął konia i ruszył galopem przed siebie. Po chwili zobaczył ich - dziewięć ciemnych sylwetek na czarnych jak noc koniach, w czarnych płaszczach skrywających nieistniejące ciało. Nie zwolnił tempa - w tej chwili jaśniejący w oczach gniew wyolbrzymiony widokiem pędzącego rumaka był jego siłą i nie wolno było mu tej przewagi zaprzepaścić. Widzieli, jak się zbliżał. Pędził prosto na nich, a wokół niego jaśniała pomarańczowa aura rozświetlająca przedwczesny zmrok. Przypominał słońce, które chowało się za horyzont daleko za jego plecami. Słońce, którego tak nie lubili, które było nieświadomym, acz najpotężniejszym z ich wrogów. Nie ruszyli się, ale on był coraz bliżej i bliżej... Nie musieli nic mówić. Mieli nad czarodziejem przewagę - mogli wybrać porę starcia. Król krzyknął coś niezrozumiale i Jeźdźcy ustąpili. Rozpierzchli się na wszystkie strony, zrazu w nieładzie, by jednak chwilę potem wycofać się dalej na wschód. Gandalf wygrał pierwsze starcie, ale nadchodziła noc. Wstrzymał konia. Jeźdźcy chwilowo byli poza zasięgiem wzroku, ale w powietrzu czuł wyraźnie aurę strachu, jaką roztaczali wokół siebie. Mógł jechać dalej, w kierunku Rivendell i prawdopodobnie by się przedarł, ale Frodo zostałby wtedy sam. Czarodziej nie mógł na to pozwolić. Zsiadł z konia i skierował się w lewo, na górujący nad okolicą szczyt. Cienistogrzywy szedł posłusznie za czarodziejem. Ze wszystkich rumaków świata on jeden nie bał się Jeźdźców i groza przepełniająca okolicę nie zachwiała nim ani na chwilę. Był potężnym sprzymierzeńcem, dzięki niemu czarodziej wiedział, że nie jest sam. Od południowej strony na szczyt nie prowadziła żadna ścieżka i czarodziej musiał się niemało natrudzić, by wśród skał i skąpo rosnącej roślinności znaleźć drogę w miarę wygodną dla wierzchowca. Blisko pół godziny wspinał się pod górę co pewien czas obracając głowę. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca widział znów ciemne sylwetki Jeźdźców, którzy ponownie zebrali się u podnóży góry. Jego sytuacja była bliska beznadziejnej. W Śródziemiu nie było istoty zdolnej długo opierać się Czarnym Jeźdźcom, jeśli działali razem, w nocy i na pustkowiu. Gandalf wiedział, że przeciwnicy również są tego świadomi. Mrożący krew w żyłach krzyk przeszył powietrze. Cienistogrzywy parsknął i przystanął na chwilę, ale raz jeszcze udało mu się opanować strach. Byli już blisko - kilkadziesiąt metrów przed nimi w bladym świetle wschodzącego księżyca majaczyły kształty kamiennych ruin Amon Sul. Niegdyś piękna, strzelista wieża obecnie stanowiła jedynie okrągłe rumowisko skalne, w którym mało kto rozpoznawał jeszcze ślady dawnej potęgi Północnego Królestwa. Weszli w krąg ruin. Chmury przykryły dużą część nieba, jakby pogoda również chciała ułatwić zadanie sługom Saurona. Jednakże nie wszystko układało się przeciw czarodziejowi - w kamiennym kręgu był ślad ogniska, a obok leżała kupa suchych gałęzi. Ogień był największym sprzymierzeńcem Gandalfa i w nim była teraz cała nadzieja czarodzieja. Przypomniał sobie o Jeźdźcach. Wyjrzał zza kamiennych ruin i wysilając wzrok najmocniej jak potrafił spojrzał w dół. Przez chwilę się wahał, gdyż noc była ciemna i nawet jego oczy nie zawsze potrafiły przeniknąć ciemność na tak dużą odległość, ale po chwili stracił wszelkie wątpliwości. Na dole stały same konie, dziewięć czarnych wierzchowców czekających posłusznie, aż ich właściciele wrócą z polowania. Polowania, które właśnie się zaczęło. Wrócił do ogniska i szybkim ruchem rzucił w krąg podsmalonych kamieni trochę gałęzi. Wzniósł swą laskę w górę i szepnął kilka słów w starożytnym języku. Ognisko natychmiast zapłonęło migocącym płomieniem. Stojący nieopodal Cienistogrzywy rzucał pokaźnych rozmiarów cień na poblskie skały. Gandalf w mgnieniu oka podjął decyzję. Podszedł do swego rumaka i szepnął mu coś na ucho. Koń parsknął cicho i wolnym krokiem zaczął iść w stronę północnego zbocza góry. Sprytnie znajdując przejście między głazami wyszedł poza krąg ruin i skierował się ku północno-wschodnim podnóżom Wichrowego Czuba. Nie było sensu narażać go na spotkanie z Upiorami, a jego pomoc mogła być potrzebna później. Gandalf został sam. Cel był już blisko. Król czuł, że ma przewagę. Nadchodziła jego godzina, jego czas i unicestwienie tego bezczelnego starca w szarym podniszczonym płaszczu będzie pierwszym krokiem do większej jeszcze potęgi, gdy odniesie swemu panu Pierścień. Jego podwładni rozdzielili się chcąc okrążyć szczyt ze wszystkich stron. W górze nad nimi zapłonął ogień. Król zawahał się na chwilę, ale tylko na chwilę. Zaraz ruszył dalej, ciągle w górę i w górę. Nie musiał nic mówić, pozostali Jeźdźcy czuli jego wolę, ich umysły współgrały tworząc jeden mroczny mózg o dziewięciu niewidzialnych ciałach. Koń czarodzieja wymknął im się w ostatniej chwili, ale nie o niego chodziło. Żaden nie zawrócił by gonić pięknego rumaka. Dziewiątka dalej posuwała się naprzód. Szczyt jaśniał nikłym światłem ogniska kilkadziesiąt metrów ponad ich głowami. Chmury zasłoniły już cały księżyc, pojedyncze gwiazdy nieśmiało i niewyraźnie prześwitywały w małych kawałkach czystego nieba. Nic nie mogło im przeszkodzić. Gandalf czuł, że są już blisko. Siedział przy ogniu wpatrując się w skaczące po drwach płomienie. W lewej ręce trzymał swą laskę, a obok leżał Glamdring. Jego ostrze było matowe - nie wykonano go do walki z Upiorami Pierścienia i czarodziej wiedział, że nie w mieczu leży jego nadzieja. Usłyszał jakieś szmery po swojej prawej, od północy. To nie mógł być Cienistogrzywy - on już powinien być na dole... Pojawiło się trzech. Widział ich dobrze, ubranych w szare szaty, z hełmami na głowach i mieczami w rękach. Tacy byli w świecie upiorów, niedostrzegalni prawie dla zwykłego śmiertelnika, lecz dla czarodzieja widzialni bardzo wyraźnie. W środku stał najwyższy, z bladymi, połyskującymi włosami i czarną koroną zatkniętą na podniszczonym hełmie. Nazgule, Ulari, czyli Upiory Pierścienia, najstraszliwsi spośród sług Czarnego Władcy. A wśród nich ich Król, Czarnoksiężnik z Angmaru, prawa ręka Saurona. Gandalf wstał trzymając mocno laskę. Do prawej ręki wziął dwa patyki. Patrzył prosto w oczy króla.
- Odejdź stąd, władco cieni - powiedział cichym, acz stanowczym głosem. - Nie ma dla ciebie miejsca na tym świecie. Tak jak i twojego pana, czeka cię zagłada. Dwóch Nazguli ruszyło do przodu. Ich martwe twarze w połączeniu z odbiciami światła w bladych mieczach wyglądały zaiste przerażająco. Jednak za przeciwnika mieli teraz czarodzieja, Gandalfa Szarego, władającego jednym z Trzech Pierścieni. Król nie docenił swojego przeciwnika. Gandalf schylił się nieco i rzucił patyki w kierunku nadchodzących Nazguli szepcząc cicho zaklęcie. Małe gałęzie natychmiast zapłonęły białym ogniem. Upiorni rycerze nie zdążyli zareagować - płonące patyki owinęły się wokół ich głów jak zaczarowana lina. Rozległ się przejmujący wrzask i oba Nazgule zaczęły cofać się próbując zdjąć z siebie palące pętle. Król się zawahał, jednak nie na długo. Wydobył z siebie zawodzący jęk i ze wzniesionym mieczem ruszył na czarodzieja. Gandalf podniósł Glamdringa i dotknał go swą laską. Ostrze miecza zajaśniało płonącą czerwienią. Król był już blisko, a z tyłu również dochodziły czarodzieja jakieś odgłosy. Wrogowie otaczali go. Cisnął pulsującego karmazynowo Glamdringa pod nogi nacierającego. Tuż przed Królem z miecza wyrosła ściana ognia. Gandalf obrócił się szybko wymawiając słowa zaklęcia i z jego wzniesionej wysoko prawej ręki wystrzeliła wiązka błyskawic rażąc trzy Upiory probujące podejśc go od tyłu. Przeraźliwy wrzask obwieścił nocy porażkę Nazguli. Król w obliczu władającego ogniem i błyskawicami czarodzieja wycofał się. Noc jest długa i przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Krol był cierpliwy i był ciągle świadom swej przewagi. Mógł trochę poczekać - starzec w końcu opadnie z sił. Walczy wszakże sam przeciw Dziewięciu. Gandalf podniósł swój miecz. Ostrze wyglądało już normalnie, chociaż było jeszcze dość ciepłe. Rozejrzał się wokół, ale w kamiennym kręgu był teraz sam. Trzy Nazgule na razie nie brały w ogóle udziału w walce. Dwa były poważnie osłabione, trzy długo jeszcze pamiętać będą białe światło błyskawic. Ale nawet to ich nie powstrzyma przed kolejnym natarciem. Noc jest długa. Chmury rozeszły się nieco i biała twarz księżyca wyjrzała zza ciemnych obłoków. Gwiazdy Vardy świeciły też nieco gęściej dodając czarodziejowi otuchy. Mimo to, Gandalf wiedział już, że nie może tu czekać na Froda. Jeśli uda mu się wytrzymać do świtu, musi stąd uciekać. Może przynajmniej kilku Jeźdźców pojedzie za nim. Podszedł do kamiennych ruin i zaczął się im przyglądać, cały czas czujnie nasłuchując. Kamienie były poorane śladami czasu, ale znać było w nich jeszcze rękę człowieka, które niegdyś ukształtowała je w wieżę strażniczą. Obszedł dookoła krąg co pewien czas szepcząc coś po cichu i kładąc dłoń na skale. Jeśli Upiory znów tu przyjdą, spotka ich niemiła niespodzianka. Król czekał. Nie docenił przeciwnika i stracił cenny czas, ale ciągle miał go dużo. Jego podwładni otoczyli szczyt uniemożliwiając starcowi wydostanie się, ale na razie nie atakowali. Czekali na sygnał dowódcy. Powoli dobiegała północ. Gandalf był zmęczony. Nawet on czasami czuł się wyczerpany i teraz miał ku temu wszelkie powody. Najpierw szaleńczy pościg za Frodem, a teraz walka z Nazgulami. Niewiele ostatnio sypiał i chociaż nie potrzabował tyle odpoczynku ile normalni ludzie czy nawet elfy, walka wyczerpała go niezmiernie. Siedział przy ognisku wpatrując się w czerń nocy malującą ciemne sylwetki gór niedaleko na północ. Księżyc świecił blado i w oddali na jego tle czasem widać było przelatującą sowę lub puchacza. Jeszcze tylko kilka godzin do świtu... Nadeszło trzech. Stanęli na kamieniach otaczających szczyt w trzech różnych miejscach. Nie było wśród nich króla. Gandalf spojrzał na nich wyczerpanym wzrokiem i wstał. Zgarbiony i znużony wydawał się przeciwnikiem niegodnym zwykłego rycerza, lecz w jego sercu ciągle drzemała ogromna moc. Nagle krzyknął coś krótko i zanim Upiory zdążyły się ruszyć pod ich stopami skały rozwarły się i oślepiające białe światło uderzyło z wielką mocą w ich mroczne, blade ślepia. Nie spodziewały się tego. Światłość zupełnie je zdezorientowała, piekący ból, którego wcześniej nie znały, palił im oczy. Wycofały się z cichym jękiem. Znowu poniosły porażkę... Król wzniósł rękę ze sztyletem. Gandalf nie zauważył go. Teraz musi się udać. Cisnął sztylet zakrzywionym ostrzem w kierunku opierającego się na lasce czarodzieja. Ten jednak obrócił się błyskawicznym ruchem i przesunął przed sobą laskę, która zostawiła za sobą świetlistą osłonę. Przeklęty nóż uderzył prosto w środek magicznej tarczy. Rozległ się syk jakby parującej szybko wody, nóż stanął w miejscu i zaczął jakby topnieć, ale i biała poświata wokół niego zbladła wyraźnie. Przez chwilę zmagały się - śmiertelne zaklęcia Mordoru z świetlistą mocą Gandalfa, ale i tym razem ostatecznie mocniejszą okazała się ta druga. Król wrzasnął przeraźliwie. Pierwszy raz zaczął wątpić w swoje zwycięstwo. Podjął decyzję. Kolejna chwila spokoju nie trwała długo. Gandalf nie miał już siły na dalszą walkę. Ogarnęło go zwątpienie. Popatrzył na gwiazdy - według jego rachunku powinna być trzecia nad ranem, ale oszołomiony ciągłą walką mógł się pomylić. Nie był pewien, czy będzie miał siły sprostać następnemu natarciu. Płomień w ognisku dogasał, gdyż czarodziej nie znajdował już w sobie energii, by magicznie go podtrzymywać. Wtedy ich zobaczył. Wszystkich naraz, Dziewięciu Nazguli stało na kamiennym kręgu wokół niego. Korona Króla kłuła noc złowieszczym metalowym blaskiem. Ruszyli. Ze wzniesionymi wysoko mieczami i płonącymi wściekłością bladymi oczami na martwych, białych twarzach wyglądali jak wysłannicy śmierci i właściwie nimi właśnie byli. Gandalf wstał. Odnalazł w sobie siłę na jeszcze jeden, ostatni wysiłek. Chwycił w obie ręce swoją laskę i wzniósł ją na wyprostowanych ramionach wysoko ponad siebie. Wydawać się mogło, że urósł, nie wyglądał już jak zgarbiony starzec, ale raczej jak starożytny król jaśniejący w pełnym swym majestacie. Nazgule zatrzymały się na chwilę i już bliżej nie podeszły - nagle laska Gandalfa zajaśniała jakby zrobiona była z błyskawicy, rozległ się grzmot i zerwał wicher i z błyszczącej laski czarodzieja wystrzeliły we wszystkich kierunkach pędzące pioruny rażąc wszystkich wrogów swą świetlistą mocą. Burza trwała kilka sekund - poprzeplatana wrzaskami cofających się Nazguli i wyciem wiatru w połamanych skałach. Potem była już tylko ciemność. Gdy Gandalf się obudził, szarzał już świt. Wokół wszystko był poczerniałe od ognia i błyskawic, ale nie było widać żadnych śladów po Nazgulach. Udało mu się - dotrwał do świtu. Skrajnie wyczerpany wstał powoli podnosząc Glamdringa i wspierając się na lasce. Przypasał miecz i ostrożnie wyjrzał zza ruin. Nie zauważył nikogo. Wziął mały kamień i wyrzeźbił na nim niewyraźne runiczne G oraz liczbę III, po czym położył go na stosie odłamków skalnych niedaleko ogniska. Raz jeszcze rozejrzał się i ostrożnie zszedł północnym zboczem. Cienistogrzywy czekał tam posłusznie całą noc i teraz przyjaźnie parsknął na widok czarodzieja, po czym powiózł go na wschód, do Rivendell. |