Spis treści Wytchnienie

 

Julian Warszawski

O stworzeniu świata

Przedruk artykułu O stworzeniu świata z Inkluza nr 39.

Stało się to dosyć dawno temu, gdy jeszcze wszyscy bawili się w tworzenie. Tendencja do budowania nowych światów stała się swoistą modą. Wszyscy o tym mówili, wszyscy w tym uczestniczyli, każdego do reszty pochłaniało to abstrakcyjne i zupełnie bezużyteczne zajęcie. Sam pamiętam własne światy. Tworzyłem je z wielką pasją, ale nie mogę powiedzieć, że miałem ku temu jakieś specjalne talenty. Byłem dzieckiem, które znalazło sobie bardzo ciekawą zabawkę. Takie jakby klocki, z których można ułożyć nieskończoną liczbę kombinacji. Myślałem wtedy, że robię coś wielkiego i niezmiernie ważnego, czułem się wartościowy i potrzebny. Istne twórcze szaleństwo.

*

Ale i tak pod tym jednym jedynym względem nie dorastałem mu do pięt. Był trochę starszy ode mnie. Wyjątkowo szybko pojmował całą wiedzę. Podobno miał szansę zostać częścią Istoty Rzeczy, ale odmówił. W przypadku, gdy inni w niejakim uzależnieniu nie mogli się oderwać od tworzenia, on w tym gronie był niewątpliwym przewodnikiem, lub nawet wykraczał poza nie. Konstruowanie szybko stało się jego życiem, jego jedyną drogą. Jeśliby ktoś odebrał mu wtedy jego światy, to z pewnością z żalu zamieniłby się w czystą energię i dobrowolnie rozpłynąłby się w otchłani nicości. Ale na szczęście tak się nie stało. Pielęgnował swoją pasję, był częścią wielu towarzystw i połączeń, wygrywał liczne twórcze konkurencje i w miarę upływu czasu stawał się mistrzem. Jednak płacił za to pewną cenę. Coraz bardziej izolował się od nas. Coraz trudniej było się z nim porozumieć. Na początku wiele z nim rozmawiałem. Do dziś pamiętam jego pełne entuzjazmu wywody. Już wtedy uważał, że możliwe jest, aby świat zaczął działać samoistnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Nie wierzyłem w żadne jego teorie, uważałem je za wytwory jego własnej wyobraźni, a mimo to bardzo lubiłem, gdy mówił z nieukrywanym podnieceniem o tym, że świat może stać się perpetuum mobile, że możliwe jest stworzenie dokładnej miniatury naszego wymiaru. Mówił tak poważnie, że czasami było mi go szkoda. Jednak nie próbowałem mu wyperswadować tych myśli. O nie! To by go zniszczyło. Tak bardzo w to wierzył. A ja śmiałem się w duchu. Nie doceniałem go. Być może spostrzegł to, i dlatego zaczął mówić ze mną bardziej formalnie i sucho. Potem mnie unikał. Spotykaliśmy się coraz rzadziej. On był zajęty swą pasją, a ja robieniem kariery. Ja martwiłem się o korzystne pochłanianie energii przez różne formy astralne, on zastanawiał się, jakie prawa mają rządzić jego światem. A potem kontakt między nami się urwał. Usłyszałem o nim ponownie wiele czasu później. Mówiono, że stworzył świat, którego bryły samoistnie się kręcą. To mi przypomniało o naszych młodocianych rozmowach. Miałem zarejestrowane w pamięci chyba każde jego słowo. Słyszałem kiedyś od niego, że aby świat działał samoistnie trzeba wprowadzić w nim ograniczenia w obrębie których miałby funkcjonować. To chyba był klucz do jego wątpliwej pożyteczności wynalazku. Postanowiłem jednak go odnaleźć.

Nie było to łatwe. Przemieszczałem się różnymi międzywymiarowymi skrótami i innymi sobie tylko znanymi drogami. Gdy wreszcie dotarłem do jego domeny było już za późno. Zostawił tylko krótki przekaz dla mnie (ciekawe, skąd wiedział, że będę go szukał), w którym mówił, że udało mu się stworzyć coś więcej, niż samonapędzający się świat. Wspominał coś o łączeniu, o tym, jak on to nazwał 'życiu', o 'organizmach', cokolwiek to było i o ich ewolucji. Technicznie nic nie zrozumiałem z tej wiadomości, ale podświadomie wiedziałem, co chciał mi przekazać. Wspomniał mi kiedyś o tym. Mówił, że jeśli stworzy ten zaplanowany świat, to będzie chciał stworzyć istoty, które by go zamieszkiwały. Istoty podobne do nas. Nasze miniatury. Ziściło się jego marzenie. Stworzył małą replikę naszego wszechświata i postanowił poświęcić się jej udoskonalaniu całkowicie. Nie wiem, jak tego dokonał, ale myślę, że przeniknął do swojego świata, aby tam stać się twórcą doskonałym, opiekunem, panem, kimś ważnym. Osiągnął swój cel i nie potrzebował już dalej egzystować z nami. Szkoda. Ale jeśli mu się udało, jeśli nie zginął gdzieś w czasoprzestrzeni to na pewno jest szczęśliwy. Szczęśliwy w swoim malutkim świecie opierającym się tylko na trzech wymiarach i czasie, a mimo to niezwykłym. Później słuch o nim zaginął. Tysiące innych światów, które pozostawił w swojej domenie zostało zniszczonych, ale nigdy nie odnaleziono tego jedynego. Uznano go za mit i nigdy więcej o tym nie mówiono. I chyba o to mu chodziło. Został zapomniany, a moda na tworzenie odeszła wraz z nim. Zajęliśmy się znowu zwykłymi sprawami, jakimi od początku istnienia zajmowała się cała społeczność bogów.

Na górę strony