| WFRP |
Nekromanci |
Przedruk artykułu Nekromanci z Inkluza nr 52. Stary Otto nie był jedynym pracodawcą mojego mistrza. Kilku innych szlachciców i kupców również płaciło mu znaczne sumy. Ciekawe jest to, że tylko jeden z nich zdawał sobie sprawę z jego prawdziwej tożsamości. Pozostali nie mieli o niej pojęcia; równie dobrze mogliby zatrudnić innego, zwyczajnego imperialnego maga. Ale mistrz był zawsze bardzo ostrożny i nie zdradzał nikomu swoich sekretów. Nawet ja przez długi czas nie wiedziałem o nim wszystkiego. Rzecz jasna, o większości naszych pomocników nie ma potrzeby wspominać. Ulicznicy, żebracy, opoje, ladacznice... czasem myślę, że pozbywając się ich, wyświadczaliśmy światu przysługę. Pamiętam, jak podziwiałem cierpliwość mistrza do tych ludzi. Kradzieże, kieszonkostwo, prześlizgiwanie się po zaułkach stolicy - chyba wszystko, co zgadzali się robić za nasze pieniądze, napełniało mnie obrzydzeniem. Większość za parę szylingów zdradziłaby własną matkę. Chwyciwszy zaś palec, od razu nabierali ochoty na całą rękę i nachodzili nas na ulicach Altdorfu, szukając okazji do kolejnej zapłaty. Nawet kolejne zniknięcia ich nie powstrzymywały. W końcu zaczęliśmy chodzić w kapturach, żeby nie wzbudzać takiego zainteresowania. Szumowiny! Sami prosili się o zgubę. Niewiele lepsi byli strażnicy miejscy. Każdego dało się przekupić, istniała tylko kwestia ceny. Wciąż jeszcze pamiętam opowieść mistrza o gwardziście, który napotkał go gdzieś po zmroku przy ciele jednego z żebraków. Strażnik nie tylko zgodził się wówczas za marne cztery korony zupełnie zignorować tę śmierć; stwierdził wręcz, że za to złoto chętnie sam poderżnąłby dziadowi gardło. Kiedy mistrz mi o tym opowiadał (dopiero zaczynałem wtedy naukę i z wielu rzeczy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy), byłem bliski załamania. Niewiele brakowało, a uciekłbym z jego domu. Wtedy zaś musiałby mnie zabić. To był dla mnie jeden z najtrudniejszych sprawdzianów, ale wytrzymałem go i jestem z tego dumny. Nadal jednak nie lubię wracać pamięcią do tej opowieści. Przypomina mi o mojej słabości. Zanim w pełni przyzwyczaiłem się do pracowni, minęło kilka miesięcy. W tym czasie mistrz często znikał na parę dni, zostawiając mnie w posiadłości. Towarzyszył mi tylko Gregor - stary szaleniec przygarnięty przez mego mentora kilka lat wcześniej. Zabawne, że dopóki nie zobaczyłem, na co przeznaczał czas wolny od pracy, wydawał mi się tak zdrowy jak każdy normalny człowiek. Dziwiłem się nawet, dlaczego mistrz nie bał się zdrady. Potem jednak odkryłem, skąd brała się lojalność Gregora - i co natychmiast by się z nim stało, gdyby ktoś przejrzał jego przebranie. Lubiłem starego; szkoda, że tak marnie skończył. Ale wielkie dzieła wymagają ofiar. * * * Pół roku po wyzdrowieniu Ottona stało się coś złego. Mistrz zaczął chodzić po domu jak struty, narzekał na wszystko i wszystkich. Nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie. Przez cały dzień wręcz bałem się spytać, o co chodzi, jednak w końcu zebrałem dosyć odwagi, żeby poprosić mistrza o wyjaśnienie. Najpierw tylko coś odburknął, ale w końcu zgodził się na rozmowę. Jak wiesz, przed tygodniem musiałem nagle wyjechać z miasta. Dlatego nie zdążyłem zostawić Ottonowi jego porcji leku. - Jakiego leku? Przecież starzec był już zdrowy! Ale nie chciałem przerywać, więc tylko słuchałem dalej. - Oczywiście przez te parę dni starzec spokojnie mógłby się bez niego obyć, ale przestraszył się zwykłej gorączki. I sprowadził tę zdzirę z przytułku dla obłąkanych! - ostatnie zdanie wypowiedział z taką złością, że mimo woli się wzdrygnąłem. Zdumiony spojrzałem na mistrza, a on sarkastycznie się uśmiechnął. - Tak, Robercie. Mamy kłopoty. Może jeszcze o nich nie wiesz, ale zaraz wszystko ci wytłumaczę. Kilkanaście miesięcy temu Otto zapadł na pewną rzadką chorobę. Nie mogąc znaleźć leku, najpierw chciał poszukać pomocy u kapłanek Shallyi, ale bał się ujawnić, na co cierpi. Dlatego postanowił zwrócić się do mnie. - Tutaj w głosie mistrza pojawiło się lekkie rozbawienie. - Znaliśmy się od dobrych paru lat i uważał mnie za kogoś w rodzaju przyjaciela. A że już wtedy moja moc była spora (chociaż nie da się jej nawet porównać z tą, którą dysponuję teraz), jego wyleczenie nie przysporzyło mi większych trudności. Ale nie mogłem przecież dopuścić, by taka okazja przeszła mi koło nosa. Dlatego uznałem, że warto zostawić pewną... furtkę. Nie uleczyłem starca całkowicie. Wręczyłem mu tylko lek, który co pewien czas musiał przyjmować. Nie muszę dodawać, że nikt poza mną nie umiał przyszykować tego medykamentu - a nawet jeśli znalazłby się ktoś taki, to na pewno nie zaoferowałby tak atrakcyjnej ceny. W ten oto sposób zapewniłem sobie skromny udział w dochodach Ottona. Tak, stary głupiec na pewno nie mógłby zrobić z tej części lepszego użytku. Ale czym był ten nowy lek, który miał ostatnio przyjmować Otto? (w końcu odważyłem się o to zapytać). I kim jest ta... zdzira? Wolałbym, abyś mi nie przerywał. - Woczach mistrza pojawił się niebezpieczny błysk. - Ale skoro jeszcze się tego nie domyśliłeś... Otto tak naprawdę nigdy nie wyzdrowiał. Kiedy już większość dolegliwości ustąpiła, zaczął przebąkiwać coś o zakończeniu kuracji. Pozwoliłem mu wtedy odstawić lek na parę tygodni (choć oczywiście wiedziałem, iż najpóźniej po miesiącu będzie musiał do niego wrócić). W tym czasie wyświadczyłem mu parę innych ciekawych przysług, ale o nich nie będę ci dzisiaj opowiadał. Po jakichś dwudziestu dniach stary znowu stracił siły i ponownie musiał poprosić o lek. Zwiększyłem stawkę - kolejny sardoniczny uśmiech - ale nie odmówiłem. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez pół roku, aż wreszcie nadszedł ten feralny wyjazd. Kiedy wróciłem, dowiedziałem się, że objawy choroby Ottona nieco przybrały na sile. Stary głupiec okazał się zaś na tyle bojaźliwy, że zignorował moją uprzejmą prośbę o nieszukanie innych lekarzy i zwrócił się o pomoc do znajomej kapłanki Shallyi, pracującej w jednym z altdorfskich hospicjów. Jak powiedział mi syn starca (ten sam, na którego przed sześcioma miesiącami po cichu liczyłem... lecz to znowu dyskusja na inny czas), służebnica już dwa razy była w jego domu. Za dużo! Nie możemy pozwolić na więcej. Przyszedł czas na zmiany, i ty mi w nich dopomożesz. Rzecz jasna, bez wahania zgodziłem się pomóc mistrzowi. Jak się jednak okazało, ani on, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co nas naprawdę czeka. KomentarzNekromanci mogą współpracować z najróżniejszymi ludźmi. Czasami wręcz trudno uwierzyć, jak bardzo rozwiniętą sieć znajomości miewają niektórzy magowie. Ich pomocnikami bywają zarówno złodzieje i żebracy, jak powszechnie poważani szlachcice, a nawet inni czarodzieje. Istnieje wiele dróg wspomożenia nekromanty w osiągnięciu jego ostatecznego celu: pieniądze, księgi, komponenty, wyposażenie... Mroczni magowie rzadko mogą sobie pozwolić na luksus odrzucenia takiej pomocy. Z drugiej jednak strony, żaden adept nekromancji nie zawrze z własnej woli układu z człowiekiem, którego wcześniej dobrze nie pozna. Ryzyko odkrycia tożsamości czarodzieja i miejsca jego pobytu jest zbyt duże. Studia nad naturą życia i śmierci mogą pochłaniać ogromne sumy. Dlatego pierwszą rzeczą potrzebną każdemu nekromancie (każdemu zresztą czarodziejowi w ogóle) są pieniądze. Trudno się dziwić, że mroczni magowie szukają złota wszędzie, gdzie tylko da się je znaleźć. W tym właśnie miejscu wkraczają na scenę bogacze: zamożna szlachta oraz najznaczniejsi bankierzy i kupcy. Umowy zawierane z tak majętnymi ludźmi mogą na długo zapewnić nekromancie wszelkiego rodzaju środki (nie tylko finansowe) potrzebne do badań. Najpierw jednak mag musi znaleźć odpowiedniego szlachcica czy kupca. Poszukiwania takie wiążą się zwykle z długotrwałą obserwacją określonych kandydatów (prowadzoną tak osobiście, jak i za pośrednictwem innych współpracowników). Dopiero po upewnieniu się o właściwej... giętkości moralnej jednego z nich czarodziej może mu złożyć swoją ofertę. Na myśl przychodzą tutaj od razu różnorodne zakazane eksperymenty, ale są one tylko jednym z możliwych przykładów. Ponadto praca mrocznego maga wcale nie musi się wiązać z nekromancją - jej adepci mają przecież wiele innych umiejętności. Jeżeli zaś dany czarodziej prowadzi podwójne życie i jest człowiekiem powszechnie znanym (co w początkowym okresie fascynacji nekromantyczną sztuką wydaje się dosyć prawdopodobne), to jego pracodawca może nawet nie zdawać sobie sprawy, z kim tak naprawdę ma do czynienia. W tym ostatnim wypadku jest całkiem możliwe, że to sami szlachcice będą szukali maga i zabiegali o jego usługi. Oczywiście zamiast pracy nekromanta może również spróbować szantażu. W tym przypadku wszystko zależy od argumentów, jakich użyje (znany i szanowany czarodziej może na przykład zagrozić któremuś z bogaczy publicznym oskarżeniem go o konszachty z Chaosem; nawet jeśli miałoby ono stanowić wierutną bzdurę, zasada "rzucaj błotem, a zawsze coś przylgnie" najpewniej by zadziałała; inną możliwością jest porwanie któregoś z bliskich upatrzonego człowieka). Uogólniając - od ludzi możnych nekromanta może uzyskać na tyle dużo, że szantaż i nielegalna współpraca stają się warte ryzyka. Mroczni magowie mogą także uzyskać pomoc od mniej zamożnych kupców, handlarzy i rzemieślników. U takich ludzi nieco trudniej znaleźć pieniądze, ale można ich wykorzystać do uzyskania najrozmaitszych przedmiotów (tanich, drogich, powszechnych, rzadkich - bez różnicy), których sprzedażą się zajmują. Jeżeli poszukiwana przez maga rzecz jest tania i jej nabytek nie budzi podejrzeń, to czarodziej spróbuje zapewne najzwyczajniej w świecie ją kupić. Nie ma w końcu większego sensu ryzykowanie życiem dla krzesła, stołu czy paru bochenków chleba. Inaczej przedstawia się sprawa, kiedy pożądany przedmiot kosztuje zbyt wiele lub gdy jego zakup jest sprzeczny z prawem. W takich wypadkach nekromanta może się posłużyć kradzieżą, groźbą, szantażem, a nawet zabójstwem. Nieraz jednak konieczne jest wówczas pozbycie się świadków (o ile takowi istnieją) i staranne zatarcie śladów, a to może przysporzyć magowi poważnych trudności. Każdy kupiec czy rzemieślnik ma przecież licznych kolegów po fachu, a ponadto ludzie tacy są zwykle zrzeszeni w cechach lub gildiach, które dbają o ich interesy. Członkostwo takich organizacji oznacza również, że potencjalni pomocnicy czarodzieja są często kontrolowani, a to bardzo utrudnia zawieranie wszelkiego rodzaju nielegalnych transakcji (sfałszowanie ksiąg cechowych rzadko wchodzi w grę, są one bowiem zawsze bardzo dobrze strzeżone). Ogólnie rzecz biorąc, w kontaktach z klasą średnią nekromanta będzie raczej działał zgodnie z prawem. Kolejną warstwą społeczną jest biedota: żebracy, złodziejaszki, pijaczkowie i ulicznice. Ci najubożsi mieszkańcy miast służą zazwyczaj mrocznym magom do brudnej roboty: obserwacji pewnych miejsc i ludzi, kradzieży różnych drobnych przedmiotów, wykradania zwłok lub pośredniczenia w kontaktach z innymi pomocnikami czarodziei. Aby zapewnić sobie takiego sługę, nekromanta może zacząć od rzucenia któremuś biedakowi paru pensów, następnie przez jakiś czas budować zaufanie, a w końcu przejść do zastraszania (wówczas ofiara stanie się już praktycznie niewolnikiem czarodzieja i mag będzie mógł z nią zrobić wszystko, co zechce). Można również od razu zacząć od gróźb - pozwoli to oszczędzić sporo czasu, choć tak stworzona zależność będzie mniej trwała. I wreszcie nekromanta może, nie bawiąc się w ceregiele, porwać i zabić człowieka, którego ciała (lub duszy) potrzebuje. Zbyt wielka liczba zgonów stanie się jednak zapewne przyczyną niepożądanego zainteresowania, a ponadto żywi ludzie są nieraz bardziej przydatni niż martwi. Dlatego takie porwania, choć dosyć powszechne, niekoniecznie będą się zdarzać codziennie. Często bardziej opłaci się mrocznym magom uzależnienie biedaka za pomocą pieniędzy, oszustw i gróźb. W takich wypadkach słudzy umierają dopiero wtedy, gdy stają się nieprzydatni lub niebezpieczni (każdy nowy pomocnik to większe ryzyko odkrycia), ginąc w upozorowanych wypadkach. Tak czy inaczej, służba u nekromanty kończy się zwykle bardzo gwałtownie... czasami jednak, co gorsza, bardzo powoli. Opłacanie biedaków kosztuje niewiele. Dużo złota trafia natomiast z rąk mrocznych magów do kieszeni wszelkiej maści urzędników i pracowników różnych struktur państwowych, od zwykłych strażników do rajców miejskich. W zamian za swoje pieniądze nekromanci mogą od nich uzyskać rozmaite przysługi lub po prostu zapewnić sobie uniknięcie niepotrzebnego zainteresowania. Strażnik miejski na przykład może odciągnąć wartowników z cmentarza, a jego przełożony - zmniejszyć lub w ogóle zlikwidować w danym dniu warty. Nie będzie wielkim problemem namówienie patrolu do ominięcia pewnych wąskich uliczek (szczególnie w niebezpiecznych rejonach miasta), a przy nieco podwyższonym wysiłku - do zapomnienia niektórych szczegółów. Podobnie wielu urzędników, takich jak choćby poborcy podatków, z chęcią dorobi sobie trochę do skromnej państwowej płacy. Wszystko to zaś jedynie drobni pracownicy administracji, a wyżej postawieni ludzie mogą uczynić odpowiednio więcej. Niejedna z uchwał miejskich powstała przecież w okolicznościach, które mogłyby zainteresować uczciwych stróżów prawa. Im potężniejsi jednak są współpracownicy nekromanty, tym bardziej musi on na nich uważać. Jeżeli bowiem coś pójdzie nie tak, usunięcie dawnego pomocnika może się okazać niezwykle trudne, a pozostanie w miejscu przez niego znanym - zwyczajnie mało bezpieczne. Jedynym wyjściem może się wówczas okazać ucieczka i kontynuowanie badań w innym miejscu i innym czasie. Dlatego też mroczni magowie mają zwyczaj dbać o lojalność swych pomocników innymi od przekupstwa drogami. Istnieje przecież wiele ciekawszych metod, tak dobrze już dawniej wypróbowanych... Odmienną postać przybiorą zapewne relacje nekromantów z innymi czarodziejami. Tutaj również możliwe są oczywiście szantaż i zastraszanie, a złoto także zmienia czasami właścicieli - ale magowie są często ludźmi tak potężnymi, że nie ulękną się przed groźbami, a do udanej próby przekupstwa potrzebne będzie naprawdę dużo pieniędzy. Stąd nekromanci raczej nie odkrywają kart, ale udają zwyczajnych czarodziei i ograniczają się do wymiany składników, książek czy materiałów do badań. Kontakty takie trwają jednak zazwyczaj bardzo krótko, zresztą mroczni magowie z powodu znacznej możliwości wykrycia rzadko dążą do ich przedłużania. Jeszcze rzadsza jest współpraca między nekromantą a demonologiem czy też między dwoma różnymi adeptami sztuki Nagasha. Nie jest to dziwne, gdyż mroczne arkana wymagają długich studiów, wielkiego wysiłku i bardzo dużych ilości pieniędzy, a zajmujący się nimi czarodzieje niemal zawsze nabierają chorobliwej niechęci do dzielenia się swymi sekretami. Mówiąc krótko i prosto, nekromanta współdziałający z innym magiem to rzadki widok. Równie (jeśli nie bardziej) rzadkim widokiem są nekromanci działający wspólnie z wyznawcami Chaosu. O ile bowiem magia jednych i drugich jest u swych źródeł bardzo podobna, o tyle jej przejawy i sposoby działania są bardzo różne. Nieczęsto trafia się nekromanta rzucający zaklęcia chaotycznych bogów, jeszcze rzadziej zaś kapłan-kultysta umiejący podążać ścieżkami śmierci. Poza tym obie strony są zwykle tak skryte i podejrzliwe, że nigdy nawet nie dochodzi do spotkania - a jeżeli już dojdzie, to jest ono raczej gwałtowne i krwawe. Zawsze jednak będą się zdarzać wyjątki, a mogą one być tak ciekawe, że warto poświęcić im parę zdań. Okazuje się mianowicie, że możliwości współpracy jest całkiem sporo. Nekromanta może przekazać kultowi pieniądze czy składniki (do zaklęć lub rytuałów) albo też sam je od niego otrzymać. Kultyści mogą oczekiwać od maga wsparcia w postaci zaklęć czy nieumarłych, on sam natomiast zapewne zażąda pomocy w maskowaniu społecznych skutków swej działalności. W końcu zaś jedna ze stron spróbuje zapewne szantażu groźbą odkrycia przed światem. Kto wie, czy z tego wszystkiego nie wyniknie wielobarwny, tajemniczy i groźny węzeł śladów i zdarzeń, którego rozwikłanie przekroczy możliwości każdego badacza i detektywa. Tylko jedno jest tutaj pewne: nekromanta powinien obserwować swych mrocznych współpracowników ze szczególną uwagą, bo nikt inny nie będzie bardziej nieprzewidywalny. Normalnego człowieka można kontrolować; z wyznawcą Chaosu nie jest to możliwe. Następną ważną grupą ludzi są znajomi z przeszłości. Od razu przychodzą tu na myśl kolegia i uniwersytety, w których niejeden nekromanta uczył się kiedyś magii wojennej. Ówcześni koledzy, być może towarzysze dawnych studenckich wybryków, mogą być bardzo pomocni w sprowadzaniu potrzebnych magowi przedmiotów - czarodzieje mają wszak dostęp do wielu rzeczy, które niezwykle trudno byłoby uzyskać innymi drogami. Nekromanta zdoła zapewne bez wielkiego wysiłku nakłonić znajomych do takich przysług, nie ujawniając przy tym swej prawdziwej tożsamości. To prawda, że wciągnięcie ich w pomoc niezgodną z prawem (często konieczną dla dalszych badań) może być znacznie trudniejsze. Niewiele rzeczy może skłonić szanowanego czarodzieja do nagłego rzucenia na szalę wszystkiego, co zdołał dotychczas osiągnąć: bogactwa, respektu, wygody... i życia. Nie jest jednak tak prosto odmówić staremu przyjacielowi, a dawna znajomość może znacząco utrudnić dostrzeżenie, czym tak naprawdę para się nekromanta (tym bardziej, że on sam z całą pewnością się tym nie chwali). A przecież pierwsze kroki (czyli wcześniejsza, legalna współpraca) zostały już wykonane... Niejednego człowieka przywiedziono w ten sposób do zguby. Niejeden człowiek zbyt późno zdał sobie sprawę, że tajemniczemu przyjacielowi tak naprawdę wcale na nim nie zależało, że od początku był tylko narzędziem, które nekromanta porzucił i złamał, kiedy przestało mu być potrzebne. Szkoda, że to opamiętanie zwykło przychodzić dopiero na stosie. Warto jeszcze powiedzieć kilka słów o służących. Trudno przypuszczać, by nekromanta miał ochotę tracić swój cenny czas na zakup żywności czy sprzątanie pracowni. Czasami jest to konieczne, ale zwykle znacznie wygodniej będzie znaleźć dla załatwienia tych spraw kogoś innego. Z oczywistych przyczyn takim sługą musi być wyjątkowo lojalny człowiek. Najbardziej pewni są ożywieni przez maga nieumarli, ci jednak mają wiele innych wad. Brakuje im wyobraźni, nie mogą się pokazywać poza pracownią, a poza tym codziennie trzeba ich tworzyć od nowa (chyba że czarodziej jest już w swej sztuce naprawdę zaawansowany i umie pokonać to ograniczenie). Ale zwykłym ludziom trudno zawierzyć, mało kto zresztą jest w oczach nekromanty godny zaufania. Dlatego wielu czarodziei decyduje się na inne rozwiązanie. Stary Świat jest pełen szaleńców, którzy nie rokują żadnych szans na poprawę. Część z nich trafia wprawdzie do rozmaitych przytułków i hospicjów, ale większość nie otrzymuje takiej pomocy - nieraz zresztą bardzo wątpliwej - i spędza resztę życia (raczej krótkiego) na ulicach miast i placach wiosek. Nikt się takimi ludźmi nie opiekuje, bo i cóż mogą dać w zamian. Jeżeli jednak czarodziej udzieli jednemu z nich pomocy, to zapewne szybko uda mu się uzyskać jego szacunek i zaufanie. Odrobina uwagi wystarczy do zdobycia służącego, który prawdopodobnie ani nigdy nie pomyśli o zdradzie, ani nie zwróci na siebie niepotrzebnej uwagi. A w razie potrzeby będzie można szybko się go pozbyć. Nieustanna ostrożność i nieufność, niezbędne czarodziejowi do przeżycia,
sprawiają w końcu, że zaczyna wietrzyć zdradę w każdym człowieku, którego
zobaczy. Chwile wytchnienia, od początku ulotne i krótkie, po pewnym czasie
niemal zupełnie znikają. Nie ma już czasu na spokój, odprężenie i odpoczynek.
Ciągłe napięcie zniekształca postrzeganie świata i coraz bardziej zbliża
maga do paranoi. Wielu czarodziei popada z tego powodu w szaleństwo, a
żaden nie wychodzi bez szwanku. Ale nikt przecież nie obiecywał, że będzie
łatwo... |