spis treúci Złomowisko

Gawędy Bezzębnego Jake'a


Marek 'Greid' Wełna

Napoleonek

 

Przedruk artykułu Napoleonek z Inkluza nr 50.

- A napoleonka jadłeś kiedyś?
- Nie.
- A o Frankensteinie słyszałeś?
- Nie
- To słuchaj.

Było tak. Darłem jakąś autostradą, chevrolet pojękiwał - chyba nie odpowiadał mu olej rzepakowy co wlałem do baku. Okolica jak okiem sięgnął pusto, tylko rozkradziony supermakrekt co jakiś czas. Zrobiło się ciemno, to się zatrzymałem na noc. Co się tak patrzysz? Nawet tacy twardziele jak ja muszą czasami spać. Położyłem się na tylnym siedzeniu, zapaliłem sobie cigarete i walnąłem w kimono. Śpię sobie śpię, a tu nagle pierdut, samochód podskakuje tak jak wtedy co się zabawiałem z Rudą. Zaraz wyciągnąłem swojego nieśmiertelnego kałacha, już chcę strzelać, a tu znowu cisza. Wychodzę patrzę, auto mi przesunęło o 10 metrów. Cholerna burza. Tylko jakaś taka krótka, ale pomyślałem sobie "co się będę martwił" i dalej walę w kimono. Z rańca, jak to zwykle bywa na pustyni, obudził mnie upał. Zażyłem toalety. Znaczy przepłukałem gardziołko i żołądek płynem hamulcowym - sieka. Odpaliłem, wózek dałem gaz, a tu dupa zimna. Nie chce jechać. Posypały się "panienki", wziąłem klucz francuski i chciałem naprawiać, ale nie ma tak łatwo. Wiatr jakimś kamorem przywalił w moją oponę i teraz miałem dziurę dużą jak połowa cholernego Teksasu. Chyba ze cztery godziny kleiłem, potem jak ręce na kółko położyłem to mi się nie chciały odkleić. Ruszam, coś stuka i puka, ale jedzie. Pewnie tylni most, dałem gazu, zapaliłem sobie jakiegoś skręta, co go dostałem od znajomego czerwonego i już mi przestało pukać. Jadę sobie jadę, skręt już dawno wypalony, nudno się tak jakoś zrobiło.

W końcu jak już było dobrze po południu przykukałem jakieś ruiny przed sobą. Taka mieścina jakich full na tej kupie piachu, zwanej Ameryką. Odbezpieczyłem wiernego kałacha i wystawiłem lufę przez okno, wiesz, żeby wszystkie wymoczki się wystraszyły. Wjeżdżam na main street, rozglądam się za jakimś barem czy innym ustrojstwem, a tu figa, nic nie ma. Tylko jakieś świsty, cienie, myślę sobie "skąd cienie w środku dnia?" Trafiłem do jakiegoś ghost town. Twardy to ja jestem, ale duchów nie lubię, więc zredukowałem bieg i heja, żeby tylko szybko zwiać. Mijam domek i w ostatniej chwili widzę kolczatkę w poprzek drogi, sru po hamulcach, a że chłopaki z Detroit to przy mnie mameje, zaraz się zatrzymałem. Chwyciłem kałach, wyciągnąłem granat z kieszeni i gotuję się do wojny, a to mi zza winkla wyjeżdża jakiś wariat. Spokojnie jedzie tym swoim koniem w moim kierunku, trzyma białą flagę. Rozglądam się dalej i widzę jeszcze czterech innych wariatów na koniach, wszyscy poubierani w jakieś niebieskie kurtałki i szare spodnie. Myślę sobie "porąbani jacyś Ci tutejsi". Ten jeden z flagą stanął przed maską i gada coś do mnie. Otworzyłem okno i mówię mu żeby powtórzył, nieśmiertelny kałach oczywiście cały czas w pogotowiu. Ten rozmawia do mnie tak "Podróżniku wjechałeś na teren objęty wojną, jeśli podpiszesz pakt o nieagresji to możesz jechać wolno dalej w swoim kierunku", takim pompatycznym tonem, czujesz? Myślę sobie "jaką wojną?, przecież do molocha jeszcze hektar drogi", ale że ja się znam na takich sprawach to walnąłem prosto z mostu "jaką wojną?". Wariat na to "wojną między moimi oddziałami, czyli kawalerią generała Granta, a gwardią napoleońską ufortyfikowaną w mieście 10 mil stąd na północ. Podpisze pan pakt o nieagresji, czy będziemy zmuszeni zastosować siłę?". Jaką kawalerią Granta, jakimi napoleońskimi ufortyfikcośtam, pakt o nieagresji, takie długie słowa... Skołowało mnie to wszystko, ale że jestem światowy człowiek to nie dałem tego po sobie poznać. Zrobiłem mądrą minę i zadałem sakramentalne pytanie "to znaczy ile mam zapłacić?", a ten wariat z flagą zrobił takie duże oczy i wtedy zrozumiałem, że to naprawdę solidnie pokopani klienci. "Nic pan nie musi płacić, wystarczy podpisać pakt o nieagresji" tak do mnie gada, ja się już konkretnie wkurzyłem, więc pytam "stary, nie możesz tak po ludzku?", a on na to "Postawisz mi krzyżyk na moim papierku i jak będziemy atakować Gwardię Napoleońską to schowasz się pod stół i nie będziesz przeszkadzał. Rozumiemy się?". Teraz to już wszystko zakumałem, zrobiłem jak kazał, oni zwinęli kolczatkę i ruszyłem dalej. Wziąłem kurs na to zafortyfikowywane, czy jakoś tak, miasto i tak właśnie trafiłem do Napoleonek

Napoleonek

Jak już się pewnie zdążyłeś domyślić Napoleonek to nazwa miejscowości. Wzięła się ona od głównego centrum towarzysko, kulturalno, militarnego czyli od hotelu "Napoleon". Samo miasteczko położone jest gdzieś w Stanach (gdzie Ci wygodniej) i z daleka nie wyróżnia się z tłumu innych zniszczonych osiedli ludzkich. Tak jak zwykle mamy tutaj centrum zamieszkane przez obywateli, peryferie, w których rezydują szczury i kawał pustyni dokoła będący obszarem działań jakiejś przeszkadzajki (u mnie w tej roli występuje Kawaleria Granta). Jedynym wyróżniającym elementem, jest duży pomalowany na barwy Francji hotel.

Miejsca

Hotel Napoleon zaprasza. Czyli dla czego "Napoleon" jest centrum....
- ...kulturalnym miasta. Szef i dyrektor, który znany jest po prostu jako Dyrektor uważa się za poetę i zbawcę ludzkości. Każdej niedzieli wygłasza jakieś natchnione przemówienie albo czyta jeden ze swoich wierszy. Oczywiście jedno, i drugie jest na zastraszająco niskim poziomie. Jedyny powód dla, którego mieszkańcy przychodzą go słuchać to fakt, że każdy regularny uczestnik niedzielnych spotkań ma prawo do zniżki w spelunie noszącej dumną nazwę "Żona Napoleona".

- ...rozrywkowym miasta. Na parterze hotelu znajduje się jedyne w mieście miejsce gdzie można się napić. Mowa oczywiście o "Żonie Napoleona". Wnętrze wymalowane jest na czerwono, niebiesko i biało. Na ścianie wiszą duże kartony z wypisanymi cytatami ze świętej księgi (czyli: "Najsłynniejsze bitwy Napoleona"). Ceny są przyzwoite (skupują benzynę), można zjeść przypieczonego szczura (zwierzaka, nie człowieka). Zadymy są raczej rzadkie, bo chłopaki z gwardii napoleońskiej pilnują porządku.

- ...militarnym miasta. Dyrektor jest także dowódcą sił zbrojnych miasteczka czyli gwardii napoleońskiej. Jest to około 20 umundurowanych, według wskazówek ze świętej księgi, żołnierzy. Uzbrojenie i wyszkolenie prezentuje przyzwoity poziom. Poza tym pod hotelem znajdują się piwnice, w których Dyrektor magazynuje różnego rodzaju broń. Większość to stare graty, ale można znaleźć też perełki.

Jeszcze uwaga w kwestii wyglądu zewnętrznego hotelu. Budynek ma kształt mniej więcej prostokąta, spowodowane jest to tym, że rusztowaniem były dwa słupy wysokiego napięcia. Między nimi przerzucono liny, belki, potem blachę falistą, stal zbrojeniową. Wraz z upływem lat rusztowanie było obijane wszystkim co się nadawało. Ostatnią warstwę stanowiły szmaty, które potem pomalowano na kolory Francji. Jak wiadomo słupy energetyczne nie służą do budowania wokół nich domów, więc cała konstrukcja jest dość wrażliwa. Szczególnie najwyższe piętro (hotel ma 3 piętra).


Warsztat Gema to całkiem przyzwoite miejsce. Ceny są w normie, można skorzystać z narzędzi (za opłatą), kupić wszystko czego potrzeba; przez jedzenie po broń. Jeżeli ktoś jest chętny to Gem ma na składzie M60 w dobrym stanie, niestety, woła ze niego dość dużą kupę kasy.

Sam warsztat to typowa buda, hangar z blachy falistej otoczony niezliczoną ilością rdzewiejących wraków.


Burdel u Molly to typowo amerykański przybytek. Przytulny różowy, i z pełnym asortymentem. Zlokalizowany w parterowym budynku, który kiedyś robił za supermarket. Regały poprzestawiano, dzięki temu uzyskano coś na kształt kilku pokoi. Ceny są dość wygórowane, bo Molly to monopolistka.

Burdelmama jest także księdzem tutejszego odłamu chrześcijaństwa. W holu wisi 10 przykazań bożych (po odpowiednich przeróbkach, oczywiście).

Główni bohaterowie niezależni

Dyrektor

Typowy przykład przysłowia "pozory mylą", tłuściutki, rozbiegane oczy, niski, łysawy nie wygląda na głównego mieszacza. Ubrany jest zawsze w mundur szeregowca napoleońskiego. Mówi szybko, niewyraźnie szczególnie o poranku. Wraz z upływem dnia oddaje się butelce i skrętom. Jest alkoholikiem i narkomanem (pali jakąś tajemniczą mieszankę), ale nie widać tego na pierwszy rzut oka. Dba o siebie.

Molly

Duża i silna kobieta (wiadomo selekcja naturalna). Pilnuje burdelu jak oka w głowie, a nad swoimi panienkami roztacza wręcz rodzicielską opiekę. Ubiera się w obcisłe sukienki, podkreślające jej obfite wdzięki. Bliżej jej do kobiet Rubensa niż Julii Roberts. Przymila się do każdego faceta jakiego zobaczy (nagania klientów). Jeśli jest się wobec niej w porządku to i ona nie ma złych zamiarów.

Gem

Chudy, wysoki, suchy mechanik. Ma bardzo denerwujący nawyk pocierania dłonią o dłoń. Jest tak chudy, że ubrania wiszą na nim jak na wieszaku. Twarz ma całą pomarszczoną, a włosy siwe. Mówi powoli, zastanawiając się dobrze nad każdym następnym słowem. Negocjacje handlowe z nim to prawdziwy koszmar - jest tak powolny, że zanim na coś się zdecyduje miną wieki.

Koniec tych oficjalnych bzdur. Pora odkryć karty i pokazać co się naprawdę dzieje w mieście.

Tylko dla MG

Gwardia Napoleońska to nie tylko żołnierze. Chłopaki mają jeszcze jedną świętą księgę, jej istnienie jest ściśle tajne. Tytuł tego swoistego skarbu to "Frankenstein", a autorką jest Mary Wollstonecraft Shelley. Banda chłopaków ubóstwiających Napoleona przeczytała Frankesteina. Już to widzicie? Tak dokładnie. Pod hotelem w rozległych piwnicach leży pozszywane z różnych elementów ciało. Brakuje tylko głowy. Dyrektor ubzdurał sobie, że ożywi Napoleona. Nasmarował na tablicy masę wzorów, z których żaden nie jest poprawny i wyszło mu, że potrzebuje dużo benzyny, żeby wytworzyć odpowiednio silny impuls energii elektrycznej. Do wielkiego zbiornika wlewa wszystko co tylko się może palić, obok stoi stary generator prądu. Chyba nie muszę mówić, że w razie próby włączenia generatora cała maszyneria eksploduje.

Dyrektor ma jednak problem. Brakuje mu głowy dla swojego dzieła. Jego Napoleon nie może przecież używać jakiegoś tam pierwszego lepszego mózgu, więc Dyrektor wymyślił, że każdemu przejezdnemu będzie obiecywał darmową butelkę w zamian za wytłumaczenie o co chodzi w jednym artykule z "Młodego Technika". Kiedy do hotelu melduje się jakiś ktoś to dyrektor mówi, że jeśli mu ten ktoś wytłumaczy o co chodzi w tekście to nocleg za darmo. Artykuł traktuje o czarnych dziurach, więc rzadko kiedy ktokolwiek przebija się przez pierwszy akapit. Dyrektor czeka na mądralę, który zrozumie wszystko, wtedy planuje go zabić, a głowę przyczepić do Napoleona.

Teraz pewnie myślicie, że Kawaleria Granta odkryła zamiary Dyrektora i chcę mu przeszkodzić. Pudło. Kawaleria to po prostu banda idiotów, którzy ubzdurali sobie, że trzeba pozabijać trochę Francuzów. Nie przeszkadza im nawet to, że gwardia napoleońska z Francją nie ma nic wspólnego, ważne są pozory. Dużo piją i czytają wyniosłe przemówienia. Dyrektor wie o obecności i zamiarach Kawalerii Granta, widzi w nich realne zagrożenie. Będzie próbował za wszelką cenę zwerbować więcej ludzi do swoich sił zbrojnych, żeby być w stanie stawić skuteczny opór.

Na koniec mamy jeszcze małą wojenkę religijną między Molly, a Dyrektorem. Wprawdzie "Słudzy Nowego Napoleona" (tak nazywają siebie na tajnych spotkaniach) mogliby w jeden wieczór puścić z dymem burdel i wytłuc panienki, ale nie robią tego bo każdemu przywódcy religijnemu potrzebni są przecież jacyś heretycy. Molly orientuje się w tym układzie i dla bezpieczeństwa burdelu jest raczej spokojna podczas głoszenia kazań. Balansuje na krawędzi, z jednej strony stara się dawać tematy dla niedzielnych przemówień Dyrektora, a z drugiej nie chce go sprowokować do podjęcia jakichś zdecydowanych kroków. A tak całkiem na marginesie to sypia z nim czasami.

Zalążki przygód

Głowa Napoleona

Jeśli masz w drużynie mądralę to sprawa jest prosta. Najpierw twoje chłopaki instalują się w miasteczku, potem czytają artykuł i trzaskają piękny wykładzik, a następnie na celownik bierze ich Gwardia Napoleońska. Tutaj mamy dwa wyjścia. Jeśli lubisz dużo akcji i strzelaniny to którejś nocy ekipa Dyrektora bierze się do roboty. Teraz puszczaj wodze wyobraźni, pościgi, strzelaniny, latający hotel (pamiętaj o słabej konstrukcji i zbiorniku benzyny w piwnicach), a na sam koniec może regularna bitwa między gwardią i kawalerią z graczami w samym środku zadymy. Jest jeszcze druga droga (i pewnie masa innych, których nie zauważyłem): Dyrektor stara się zachować pozory. Wynajmuje mordercę i wysyła BG dalej w kierunku peryferii i gruzów, tam jest świetna okazja do podchodów, skradania się oraz innych ciekawych akcji. Może Dyrektor posyła jakiegoś ćpuna na głodzie do pokoju BG, żeby ten odrąbał głowę mądrali? Jest dużo możliwości.

Wojna religijna

Może twoje chłopaki zechcą opowiedzieć się, po któreś ze stron. Może jeden z gwardzistów pobił panienkę i teraz Molly szuka narzędzia zemsty?

Wojna konwencjonalna (bez religii)

Skoro mamy dwie zwaśnione strony, a twoje chłopaki lubią sobie postrzelać, to czemu nie dać im okazji? Podnieś liczebność kawalerii Granta do 200 sztuk, a gwardii do 50. Masz już piękne narzędzia do rozpoczęcia typowo bojowej sesji. Podchody, zwiady i wielgachna regularna bitwa na koniec - czyli to co tygryski lubią najbardziej. W tym wszystkim Dyrektor orientuje się, że jeden z graczy jest wybitnym taktykiem, a to przecież świetny materiał na głowę Napoleona.

Jak ja prowadziłem Napoleona?

Moja drużyna to ślepy (percepcja 6) mądrala Szeryf z NY i wojownik autostrady z Detroit. Zaczęło się tak jak napisałem we wstępie na początku tego tekstu. Bohaterowie graczy trafiają do mieściny, zawierają bliższe znajomości z całą społecznością (łącznie z Molly i jej panienkami). Naprawiają auto u Gema, cichaczem załatwiają gwardzistę, który pobił jedną z pań, słuchają wykładów teologicznych obydwu stron i z nudów zaczynają pić. Na scenę wkracza dyrektor ze swoim artykułem dla mądrych, szeryf nawet lekko wstawiony radzi sobie z tłumaczeniem. Dyrektorowi już świecą się oczka z podniecenia, więc robi wszystko, żeby zatrzymać drużynę w mieście. Obiecuje góry złota, werbuje ich do swoich oddziałów i co najważniejsze obalają razem kilka butelek. Tymczasem szeryf nie do końca trzeźwy trafia do miejscowej ćpalni i we wraku człowieka rozpoznaje swojego dawnego kumpla z NY (lubię czasami dołować). W nocy, kiedy wszyscy odsypiają wieczorne picie do pokoju szeryfa wpada szczur - narkoman na głodzie z piłą motorową. Taki typowy wariat, ślini się i stara się odciąć głowę jednemu z BG. Rozprawienie się z nim to nie duży problem. W ten sposób Dyrektor dostaje preteksty żeby ogłosić łowy na Szczury. Moi zadymiarze skuszeni dużą zapłatą ruszają we dwójkę na peryferia, oczywiście śledzą ich nasłani bandyci. Szczurów nie ma, bo kto jak kto, ale oni to wiedzą kiedy się chować, mamy za to całkiem przyjemną strzelaninę. Po wygranej walce bohaterowie wracają do hotelu, żeby trafić w sam środek kolejnej imprezy. Mieszkańcy świętują ustrzelenie jednego szczura. Dyrektor widząc, że jego kolejny plan spalił na panewce bierze się do roboty zgodnie z dewizą "jeśli coś ma być zrobione dobrze, zrób to sam". Wyciąga najlepsze trunki i ostro piję z szeryfem i wojownikiem autostrady. Kiedy wszyscy są już mocno wstawieni to przymila się, mówi, że boi się o tak wspaniałych towarzyszy i że zwiększy straże tej nocy. Na sam koniec proponuje im, rzekomo, najbezpieczniejszy pokój na najwyższym piętrze.

W nocy się zaczyna. Gwardia wyciąga metry taśmy z amunicją, stary karabin maszynowy, ustawia go na trójnogu w holu i rozpoczyna ostrzał ścian pokoju BG, a że wykonane są z jakiegoś lichego materiału to kule przechodzą bez problemu. Tutaj poszła w ruch ogłuszająca muzyka i różne inne chwyty. Wkurzeni bohaterowie kombinują jakąś linę i między kulami wyskakują z okna. Sznurek jest za krótki. Ktoś go obcina. Gracze lecą, walą w ziemię, która okazuje się być sufitem sali operacyjnej. Gdzieś tam u góry do akcji wkracza kawaleria Granta. Mamy już pełno wymiarową wojnę. Co się potem działo nie będę pisał. Dość powiedzieć, że hotel zmienił się w rakietę, a gracze uciekali przed Citroenem wyładowanym Gwardią Napoleońską (wojownik autostrady musiał się wykazać). Było absurdalnie i wybuchowo. Polecam.

Na koniec

Wiem, że powyższy tekst traktuje o wydarzeniach, co najmniej, dziwnych. Tak się jakoś złożyło, że w moich Stanach nie ma za wiele normalnych osobników. Mam za to "galerię osobliwości", a Napoleonka i jej mieszkańcy to właśnie taka osobliwość. Zostawcie gdzieś na progu normalność i bawcie się.

Na górę strony